Tysiąc trzysta bahtów. Facet w białej koszuli powiedział to tak, jak się mówi, która godzina, i już trzymał rękę na pasku mojego plecaka.
– Private car, sir. Sukhumvit, no problem. Very comfortable.
Jego lada była zaraz za bramką przylotów, jedna z kilku, przy których kręcili się tacy sami faceci w takich samych koszulach. Zagadał pierwszy, zanim zdążyłem się rozejrzeć i poszukać czegoś, co wygląda na taksówkę. W kieszeni miałem świeżo wymienione bahty, a za sobą nocny lot z przesiadką i może cztery godziny snu, na raty. Spróbowałem przeliczyć tysiąc trzysta na złotówki i utknąłem na dzieleniu jak w podstawówce.
Kiwnąłem głową.
Przy ladzie położyłem tysiąc w jednym banknocie i trzy setki, a dziewczyna wystawiła mi kwit i podała go oburącz, z ukłonem i uśmiechem. Dopiero kiedy wsuwałem go do paszportu, przyszło mi do głowy, że nie zapytałem, ile kosztuje zwykła taksówka.
Samochód był wypucowany na błysk i tak wychłodzony, że po minucie dostałem gęsiej skórki. Kierowca przez całą drogę milczał, tylko raz zerknął w lusterko, czy jeszcze żyję. Zegar na desce pokazywał 12:50. W Wieluniu dochodziła siódma rano i mama pewnie stała już przy czajniku z telefonem w ręce.
Za szybą ciągnęły się betonowe filary estakady i bilbordy, z których większości nie umiałem przeczytać. Siedziałem sam na tylnej kanapie, rozparty jak prezes, i co chwilę macałem kieszeń z resztą bahtów.
Pokój nad barem
Hostel stał przy Sukhumvit Soi 22, niedaleko wylotu na główną ulicę. Na parterze miał bar bez frontowej ściany, otwarty na chodnik całą szerokością, z wysokimi stołkami i stołem bilardowym w głębi. O tej porze siedział tam jeden chłopak z laptopem, a barman układał piwo w lodówce, butelka przy butelce, etykietami do przodu.
Recepcja była na końcu tej samej lady. Dziewczyna z kolczykiem w nosie zeskanowała mi paszport i odszukała w zeszycie moją rezerwację na tydzień, zrobioną jeszcze w Wieluniu. Odhaczyła ją długopisem i podała mi klucz.
Pokój był na pierwszym piętrze, nad samym barem: łóżko, wiatrak pod sufitem, klimatyzator, wieszak przybity do ściany i okno na soi, za którym wisiały kable i szyld salonu masażu z różowym kwiatem. Rzuciłem plecak w kąt i usiadłem na łóżku, żeby zdjąć buty. Kiedy otworzyłem oczy, było po czwartej, a buty dalej miałem na nogach.
Hasło do wifi wisiało na drzwiach. Ledwie je wpisałem, wiadomości od mamy wskoczyły jedna po drugiej, wszystkie sprzed kilku godzin.
„Doleciałeś?”
„Drogo tam? Tata chce wiedzieć.”
Odpisałem: „Doleciałem, wszystko dobrze.” Po chwili drugą wiadomością: „Normalnie.” Potem wyciszyłem telefon, zanim zdążyła zapytać, co to znaczy normalnie.
Żołądek szedł jeszcze według polskiego zegara, a w Wieluniu była akurat pora na późne śniadanie. Zszedłem na ulicę. Kawałek dalej, przy krawężniku, stał wózek z dwoma palnikami, a kobieta w poplamionym fartuchu smażyła w woku pad thai na kilka porcji naraz i nakładała go na talerze, nie odkładając łopatki. Usiadłem na plastikowym stołku i patrzyłem jej na ręce dłużej niż na własny makaron. Jeden ruch na porcję, żadnej poprawki. U nas na wydawce stało dwóch i robili wolniej.
Holender
Kiedy wróciłem, w barze hostelu zajęta była już połowa stołków. Wziąłem piwo i usiadłem przy ladzie, plecami do ulicy, z telefonem, którego nie miałem po co wyjmować.
– You just arrived today.
Facet ze stołka obok nie pytał, tylko stwierdzał. Był ode mnie o głowę wyższy, nawet na siedząco, miał spalony kark i biały pasek skóry tam, gdzie kończył się rękaw koszulki. Na blacie przed nim leżał telefon z otwartą mapą, a na niej rząd pinezek na wyspach. Przedstawił się, wyciągając rękę. Złapałem tylko, że imię kończy się na „-jan”, a w środku ma dźwięk, jakby ktoś odkasływał. Do końca wieczoru był dla mnie Holendrem. On zapamiętał „Alex” za pierwszym razem.
– How you know? – zapytałem.
– You still have the plane on your face. – Postukał się palcem w policzek. – I was the same. One week ago.
Mówił po angielsku szybko i miękko, z tym gardłowym „g”, i składał zdania od razu, bez układania ich w głowie. Ja swoje układałem. Opowiedział, że rano leci na Koh Samui, a potem na mniejsze wyspy, nurkować przez dwa tygodnie, i że to jego ostatni wieczór w Bangkoku.
– And on the last night I don’t drink alone. That is a rule.
Potem, tak samo lekko, zapytał, jak dojechałem z lotniska.
– Car. Private car.
– Ah. – Uśmiechnął się krzywo, ze współczuciem. – How much?
Nie odpowiedziałem. Napiłem się piwa i zapytałem, czy na tych wyspach są rekiny. Holender pozwolił mi zmienić temat na całe dwa zdania.
– Taxi from the airport is four hundred, maybe four fifty. With the highway and fifty for the airport. I paid four twenty.
Liczyć nie chciałem, ale głowa policzyła sama. Zapłaciłem tyle, co on za trzy taksówki, z nawiązką. Przypomniała mi się dziewczyna za ladą i to, jak podawała mi kwit oburącz. Za tysiąc trzysta od jednego frajera też bym się kłaniał. Holender nie dopytywał. Zamówił mi drugie piwo i to było gorsze, niż gdyby zapytał.
– Come – powiedział, kiedy dopiłem. – The bars on this street, before seven the beer is ninety. After seven the girls come, and then it’s more.
Na telefonie było za kwadrans siódma. Wyszedłem za nim, bo nie umiałem wymyślić, czemu nie.


Kubek
Ulica zmieniała się na moich oczach. Po południu stały tu wózki z jedzeniem i skutery na chodniku, a teraz nad ladami zapalały się girlandy żarówek i z głośników leciały trzy piosenki naraz. Przy wejściu w boczną uliczkę dwie masażystki w firmowych polo, obie dobrze po trzydziestce, zawołały do Holendra po imieniu. Odmachał im, nie zwalniając.
Bary piwne zaczynały się kawałek dalej, po tej samej stronie ulicy, ciasno, daszek przy daszku. W każdym barmanka stała w środku, otoczona ladą, a nad ladą wisiał telewizor, na którym bez dźwięku leciał mecz. Holender wybrał trzeci od rogu, bo, jak powiedział, tu siedział cały tydzień. Dziewczyna za ladą przywitała go po imieniu, tym z kaszlem w środku, i wymówiła je bez trudu.
Przed siódmą przy ladzie siedziały tylko trzy dziewczyny, wszystkie wyraźnie po dwudziestce, jedna jeszcze z mokrymi włosami, i jadły coś z foliowych woreczków. Piwo kosztowało dziewięćdziesiąt. Barmanka zwinęła karteczkę w rulonik i wsunęła do plastikowego kubka, który postawiła przede mną.
– Everything you buy goes in the cup – powiedział Holender. – You pay the cup at the end. Don’t look inside. It doesn’t help.
– And girls? They get?
– Lady drink is one seventy. From that she gets something, fifty, maybe a hundred. The rest is for the bar. So if you like her, you buy. If you don’t like her, you also buy, but slower. And if you want to take her with you, you pay the bar. Bar fine. What she wants, that is between you and her.
Policzyłem to odruchowo, jak marżę na deserze w karcie. Ze szklaneczki za sto siedemdziesiąt do dziewczyny szło pewnie te pięćdziesiąt, reszta do baru, i nikt tu nie udawał, że jest inaczej.
Po siódmej zaczęły przychodzić następne, z torebkami przez ramię, i każda, zanim usiadła, poprawiała włosy w ekranie telefonu. Najmłodsza mogła mieć dwadzieścia pięć lat, kilka miało dobrze po trzydziestce. Piwo podrożało do stu trzydziestu.
Na stołek obok wskoczyła dziewczyna w czerwonej koszulce Liverpoolu, za dużej o kilka rozmiarów, sięgającej do połowy uda, tak że nie było widać, czy ma coś pod spodem. Była koło trzydziestki. Krótkie włosy ufarbowała na rudo, a w uszach miała kolczyki z plastikowymi wisienkami. Zauważyła, że gapię się na herb.
– You like Liverpool?
– No. I like… – I nie wiedziałem, jak to skończyć.
– Me also no like. – Pociągnęła koszulkę za brzeg. – Customer give.
Roześmiała się pierwsza, więc ja też. Imienia nie podała, a ja nie zapytałem, bo na jednym imieniu już tego wieczoru poległem. Skąd jestem, chciała wiedzieć, a kiedy powiedziałem, że z Polski, wykrzyknęła „Lewandowski!” tak głośno, że barmanka się obejrzała.
– How long you stay Thailand?
– April.
– April long time! Then you go home?
Wzruszyłem ramionami. Nie wiem, czemu nie powiedziałem po prostu, że tak, że lot powrotny mam dwudziestego trzeciego. Ona i tak nie czekała na odpowiedź, tylko pokazała na pustą szklaneczkę przed sobą.
– You buy me lady drink? One seventy.
Kiwnąłem. Barmanka nalała jej czegoś czerwonego do małej szklaneczki i dorzuciła do mojego kubka kolejny rulonik.
Zaraz potem przesunęła przez ladę pudełko drewnianych klocków, a ta w koszulce Liverpoolu ułożyła z nich wieżę. Kto przewrócił, ten stawiał. Przewracałem ja. Za trzecim razem zrozumiałem, że ona przy każdym moim ruchu dmucha lekko w wieżę, i nic nie powiedziałem, bo dmuchała mi przy tym w rękę, a jej kolano opierało się o moje udo. Przy kolejnych drinkach nie pytała już słowami, tylko przesuwała pustą szklaneczkę w moją stronę. Kiwałem. Kubek przede mną robił się coraz grubszy.
W którymś momencie złapała mnie za prawy nadgarstek i obróciła rękę wewnętrzną stroną do góry. Okrągła blizna wielkości pięciozłotówki, gładka i jaśniejsza od reszty skóry.
– What this?
– Oil. Kitchen.
– Ooo. Chef. – Przejechała po bliźnie kciukiem, raz i drugi, i nie puściła ręki.
Miałem na nią ochotę i siedziałem z tym na stołku, z kubkiem przed sobą i z ręką w jej dłoni, i udawałem, że interesuje mnie mecz bez dźwięku.
Holender przesiadł się w końcu na drugi koniec lady, do dziewczyny, która od razu położyła mu rękę na karku. Co jakiś czas pokazywał mi nad jej głową kciuk w górę. Koło wpół do dwunastej zapłacił za swój kubek, nie patrząc w rachunek, pocałował dziewczynę w usta i stanął przy mnie.
– Flight at nine. If I stay one more hour, I stay one more week. – Klepnął mnie w ramię. – And next time, Alex, you take the taxi.
Poszedł środkiem ulicy i jeszcze przez chwilę widziałem jego głowę nad ludźmi.


Bar fine
Kiedy Holender zniknął, przysunęła się bliżej. Czułem jej gołe udo przy swoim, ciepłe, i zapach czegoś owocowego, chyba szamponu.
– You take me tonight? Bar fine seven hundred. Your hotel near?
Siedemset dla baru. Reszta, jak mówił Holender, między nią a mną, a tej rozmowy nie zacząłem. Zrobiło mi się gorąco w karku. Płacenie za to było dla innych facetów. Wiedziałem to od zawsze, jeszcze z Wielunia, gdzie o takich wyjazdach opowiadało się przy piwie i zawsze o kimś innym.
– No – powiedziałem. – Tonight no.
– Tomorrow?
Wzruszyłem ramionami. Popatrzyła na mnie chwilę, jakby sprawdzała, czy żartuję, dopiła swoją szklaneczkę, zsunęła się ze stołka i dwa stołki dalej usiadła przy facecie w kapeluszu, który właśnie zamawiał.
Kiwnąłem na barmankę. Wysypała kubek na ladę i rozprostowywała ruloniki po jednym, paznokciem. Siedem lady drinków po sto siedemdziesiąt, jedno piwo przed siódmą, pięć po. Policzyła na kalkulatorze i obróciła go do mnie ekranem. Tysiąc dziewięćset trzydzieści. Więcej niż samochód z lotniska, i tym razem nikt nie zaczepiał mnie za żadną bramką. Kiwałem sam.
Położyłem dwa banknoty po tysiąc i powiedziałem barmance, żeby resztę zatrzymała. Dziewczyna w koszulce Liverpoolu nawet się nie odwróciła.
Do hostelu miałem sto metrów. Bar na dole stał już za kratą, a nocny recepcjonista uchylił mi w niej furtkę, nie odrywając oczu od telefonu.
Czwartek
Gardło miałem suche na wiór, a w pokoju nie było ani łyka wody. Spojrzałem na telefon. Za dwadzieścia ósma. W Wieluniu dochodziła druga w nocy i ciało dalej nie wiedziało, której strefy słuchać.
Na dole stołki stały jeszcze do góry nogami na ladzie, także ten, na którym wczoraj siedział Holender, a barman mył podłogę. Kiedy mnie zobaczył, oparł się na kiju od mopa.
– Your friend go already. Six o’clock. – Pokazał brodą na ulicę, w stronę Sukhumvit.
Poprosiłem o wodę. Wyjął z lodówki dwie butelki, wziął ode mnie setkę i wydał resztę drobnymi. Zdjąłem z lady stołek Holendra, postawiłem go na mokrej podłodze i usiadłem twarzą do ulicy.
