Raport z Indonezji – część 2 (Bali)


Bali

Nie mogę powiedzieć zbyt wiele pozytywnych rzeczy o Bali – jest to według mnie typowy kicz dla turyściaków, coś na zasadzie plaży Patong na Phuket, w Tajlandii. Tak, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że po 4 dniach spędzonych na wyspie w ogóle nie powinienem się wypowiadać. Znane mi są również opowieści znajomych którym nie tylko się podobało, ale mieli dużo sukcesów z lokalnymi dziewczynami. Mnie natomiast nie chce się już wyspy poznawać bardziej lub dawać jej drugiej szansy, są to kompletnie nie moje klimaty.

Bali, Indonezja

Bali, Indonezja

Szczytem kiczu jest oczywiście Kuta, miejsce w którym wybrałem nocleg ze względu na bycie centrum rozrywki i życia nocnego. W praktyce wspominam Kutę tak – nieskończone ilości dziwek (co dla niektórych może być i plusem), handlarzy narkotyków i upierdliwych taksówkarzy. Tak średnio raz na minutę słyszy się coś w stylu „you wan lady boob boom? massage? weed? cocaine? taxi? where are you going?”.

Znalezienie dobrego lokalnego jedzenia graniczy z cudem, wszędzie knajpy zrobione pod turystów z pizzą i pseudo lokalnym korytem. Prawdziwe żarcie i klimatowy market pokazał mi dopiero w ostatni dzień znajomy, który siedzi już drugi rok na Bali, gdyż zaciążył lokalną niewiastę (pozdro K.!). Ogólne wrażenie – słabiutko.

Tinder, Badoo, Indonesian Cupid – 99% dziwki. Szukanie dziewczyny na randkę przez internet w Kucie przypomina bicie głową o ścianę. Swoja drogą, szukanie seksu za kasę przez internet też jest głupim pomysłem, abstrahując od tego, że nigdy nie wiadomo jak ona naprawdę wygląda, czy nie ma 15 kg więcej, zdjęć sprzed 10 lat, lub 15 filtrów zakrywających jej pryszcze, pieprzyki lub zmutowaną twarz (to wszystko się zdarza), to negocjowanie cen z kimś z kim nie ma się kontaktu wzrokowego jest zajebiście nieowocne – zawsze strzelają cenę z kosmosu licząc na znalezienie frajera. A jak już trafi się ta jedna na 100 która nie jest dziwką, to albo jest zwyczajnie brzydka, albo mieszka 10km dalej i nie może przyjechać bo z rana idzie do pracy.

Życie nocne – Są kluby, bary, sklepy z alkoholem. Ceny całkiem ok (nie mylić z tanimi), tylko znowu ta sama sytuacja na scenie randkowej. Albo widać po ubraniach, że hardcorowy lachon za kasę, albo wychodzi w rozmowie. Dziewczyny bardzo przyjazne, często zerkają i dają do zrozumienia, że można podchodzić. W pierwszą noc podbiłem do najfajniejszej dziewczyny w klubie, jak się okazało przyjezdnej 19stki. Liczyłem na to, że skoro jest na wakacjach, to może nie dziwka. Spędziliśmy razem super wieczór, a potem noc. Rano niespodzianka… „Czy dasz mi jakieś pieniądze?”. W Tajlandii w takiej sytuacji bym nie dał, bo co to za cwaniactwo, żeby dopiero rano się odkrywać z byciem dziwką. Tutaj, nowy kraj, nie wiem jak wszystko działa, więc dałem jej 500,000 IDR (34 USD). Pocałowała w policzek, podziękowała i poszła.

Druga noc. Tym razem byłem bardziej uważny i z góry mówiłem dziewczynom, że nie szukam przygody za kasę. W efekcie większość od razu się wykruszała. Aż do czasu, gdy jedna dosłownie się na mnie uparła, to znaczy ile razy odmawiałem jej oferty, tym bardziej ona obniżała. Ze 100 USD po 20 minutach odmawiania zrobiło się 200,000 IDR (13 USD) „na taxi”. Tutaj się złamałem, bo nie spodziewałem się, że znajdę coś lepszego. W łóżku była super, taka gwiazdka filmów dla dorosłych. Chciała oglądać jak to robimy w lustrze, ściągnęła z siebie wszystko poza butami, etc. Ale uciekła od razu po bzykaniu i czułem taki trochę niesmak, że jednak było to za kasę, nawet pomimo tego, że na randkę zazwyczaj wydaje się więcej niż te 13 USD.

Po 2 pierwszych nocach, moja ogólna ocena Bali: 3/10. Fajne miejsce dla ruchaczy dziwek ale mnie to średnio bawi.

Następnego dnia popytałem koleżanek z Dżakarty, normalnych dziewczyn, nie dorabiających dupą, gdzie zatrzymują się jadąc na Bali i gdzie chodzą na imprezy. Dowiedziałem się, że północna Kuta i Samur nie są tak dziwkarskie, więc i właśnie te miejsca byłyby ich wyborem. Zatrzymałem się więc w północnej Kucie. W między czasie na Indonesian Cupid wyhaczyłem laskę która pracuje na recepcji w hotelu w mieście Ubud, oddalonego o 35 km. Wynająłem motor i ruszyłem na północ.

Ubud

Ubud – ja pierdylam co za gówno. Na jednego Azjatę przypada ze 3 białych. Nie po to mieszkam w Azji, żeby otaczać się samymi białasami, to się przecież w ogóle mija z celem. Ubud to taka mieszanka backpackersów z dreadami, bez pieniędzy, śpiących w 10 osobowych pokojach hostelowych i digital nomadów, których marzenia o egzotycznych podróżach mocno ukracają nisko płatne prace.

Podjeżdżam pod hotel mojej nimfy z Indonesian Cupid, na zdjęciach dobrze prezentującej się, a wychodzi takie coś, hmm, powiedzmy zbyt długo przebywające na diecie hamburgerowej aby wzbudzić moje zainteresowanie. Twarz to ona i miała i ładną, owszem, ale reszta schowana pod niewielkimi, ale jednak fałdami tłuszczu, co nie prezentowało się dobrze. Przeszło mi przez myśl, aby brutalnie podziękować za randkę, ale z jakiegoś powodu nie potrafię być tak niemiły. Zupełnie zresztą nie wiem dlaczego, bo dziewczyny mają zero wyrzutów sumienia, żeby olać faceta, czasami nawet rzucając do tego jakieś sympatyczne odzywki typu „spierdalaj” na odchodne. Jesteśmy wychowani w kulturze która uczy nas bycia miłym dla płci przeciwnej – coś czego wiem, że muszę się pozbyć, a jednak w tym przypadku nie mogłem się przełamać. Zabrałem ją na obiecaną randkę, choć od początku wiedziałem, że nic z tego nie będzie.

Pojeździliśmy trochę na skuterze po okolicach Ubud. Przyroda na Bali potrafi być piękna, ale jak nie da się zrobić zdjęcia, żeby do kadru nie wpierdzielali się biali, albo inne chińczyki, to nie jest to mój typ podróży. Tarasy ryżowe były przepiękne. Gdyby jednak przegonić tak z 95% turystów, to prezentowałyby się o niebo lepiej. Udało nam się też wypić kawę z gówna Luwaka. Dobrze przeczytaliście – kawa z nasion przetrawianych i fermentowanych w jelitach zwierzęcia o nazwie Łaskun Palmowy. Takie skrzyżowanie małpy z psem. Jest to, uwaga, najdroższa kawa na świecie.  Koszt filiżanki na miejscu to 7 USD. Koszt 50 gramów tej samej kawy w innym miejscu – 50 USD. Przy okazji poczęstowali mnie różnymi herbatami. 3 razy powtórzyłem, że absolutnie nie jem żadnego cukru i nawet 1 gram wyczuje w herbacie. Pokiwali głową, przyjęli do wiadomości i… przyszło 20 słodkich filiżanek herbaty. Czyli jednak są niekumaci jak Azjaci w innych krajach.

Na koniec pojechaliśmy do lasu małp. Tutaj moja randka chyba wyczuła, że między nami nie iskrzy i postanowiła wrócić. Mapy jak małpy, kiedyś bardzo lubiłem, bo w końcu są takie cute i w ogóle, natomiast charakter małp jest mega wredny. To nie są sympatyczne zwierzątka które chcą się z nami przytulać. Małpy mają wielkie zęby których nie omieszkają użyć jeśli tylko się je dotyka. Ona natomiast, wielkie pany, dotykać nas mogą, głównie po to, żeby coś ukraść, pogryźć i wyrzucić. W ten sposób ludzie tracą nie tylko okulary, ale i np. telefony które potem spadają z wysokiego drzewa. A próbowaliście kiedyś nakarmić małpkę z siatką bananów? Słodki małpiszon podchodzi niby po banana którego im się daje, po czym wyszarpuje całą siatkę, spierdala z dużym łupem i ma w dupie tego jednego banana który oferowaliśmy mu drugą ręką.

Północna Kuta i Seminyak

Północna Kuta faktycznie prezentowała się o niebo lepiej. Nasilenie kurestwa, żebraków, cwaniaków i nachalnych taksówkarzy zmniejszyło się o 70%. Plaża dalej bez szału, wiadomo, 3 razy lepsza niż jakakolwiek europejska, ale mimo to absolutnie nic porównywalnego do np. plaży na filipińskim Boracay. Znajdujący się tu klub – La Favela, okazał się absolutnie najlepszy na Bali. Mimo to, częstotliwość białasów wynosiła około 50%. Było tutaj też zdecydowanie mniej dziwkarstwa (nie mylić z brakiem – były, oj były i to do wyboru do koloru, głuche i kulawe też). Tej nocy byłem jednak zmęczony i po tych wszystkich przygodach nieszczególnie zmotywowany do dalszego działania. Wróciłem do hotelu wcześnie – sam.

Sanur

Sanur, czyli polecane miejsce do obadania, nieszczególnie zdążyłem zwiedzić. W tym momencie w głowie miałem już jak najszybszą ewakuację z Bali. Przyjechałem na spotkanie z Damianem z Ucieczka Do Raju, cyknąłem sweet selfika na plaży i po kilku piwach wskoczyłem z powrotem na motor. Po drodze widziałem jak jakiś sympatyczny Indonezyjczyk wyrwał telefon białej dziewczynie i odjechał motorem. Swoją drogą, ponieważ wypiłem kilka browaków, sprawdziłem w necie jakie są kary za jazdę po alko i okazało się, że Indonezja jest jednym z nielicznych krajów na świecie, gdzie prowadzenie po alkoholu nie jest zakazane. Nie trzymajcie mnie za słowo – ale tak jest napisane w internecie.

Surfing na Bali

Najbardziej z całego pobytu na Bali żałuje, że odkryłem surfing dopiero w ostatni dzień. Instruktor i sprzęt na 2 godziny kosztował jakieś 50zł, a zabawa okazała się naprawdę przednia. Na Bali fale przypominają takie małe tsunami, a że w dzieciństwie dużo jeździłem na snowboardzie, to w miarę szybko ogarnąłem jak unosić się na falach. Nawet nie wiem, czy nie zostałbym dłużej tylko po to aby właśnie poserfować, ale w tym momencie miałem już bilet do Bandung, miasta na Jawie które jest moim kolejnym celem. Swoją drogą na plaży w Kucie ewidentnie jest jakaś polska firma, bo na wielu deskach jest polski orzeł.

Lotnisko w Indonezji

Organizacja na lotniskach w Indonezji jest chyba najgorsza na świecie (na pewno najgorsza z dotychczasowych jakie miałem okazję poznać). Oczywiście samoloty spóźniają się wszędzie, ale tylko w Indonezji informacja o opóźnieniach, ich długości, etc, nie jest NIGDZIE wyświetlana. Na tablicach lot ma godzinę o jakiej miał wystartować, a spanikowani pasażerowie muszą pytać co 5 minut obsługę, czy już wiadomo o której lecimy. Na Bali doszło nawet do sytuacji, gdzie zmienili nam gate z którego mamy wylot. Znowu nikt nie pofatygował się udzielić takiej informacji na monitorze! Być może ktoś podał informację przez głośniki, co jednak przegapiliśmy.

Podobną sytuację miałem 2 razy na lotnisku w Dżakarcie. Tragedia z organizacją, prawie uciekł mi lot ze względu na brak informacji.

Podsumowanie

Moja osobista ocena Bali, jednym słowem – kicz i dziadostwo. Ocena 3/10. Dobre miejsce dla dziwkarzy – wiele, wiele opcji. Zła wiadomość dla zarywaczy, bardzo ciężko coś znaleźć. Wiem, że innym się udawało, ja poległem co rzadko mi się zdarza, nawet w mega kurwidołkach jak Pattaya często wyciągam bez płacenia – na Bali poległem, nie wyrwałem nawet jednej laski. Świetne miejsce na surfing, tragiczne miejsce dla chcących poznać prawdziwą Azję. Wszystko wygląda na robione pod turystów. Taki Ubud to prawdziwa kolonia białasów w Azji. Jestem zdania, że nie należy sugerować się zdaniem innych, więc nie chciałbym aby moja opinia zniechęciła kogoś do wyjazdu na Bali, ale dla mnie miejscówka odpada i nie sądzę aby dostała ode mnie drugą szanse. Tak czy inaczej, Bali jest jednym z miejsc które po prostu trzeba chociaż raz odwiedzić, a zatem veni, vidi, vici…

Trzecia część już wkrótce!

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na zamkniętym forum Forum Azja Po Zmroku,tylko dla facetów! Mamy już ponad 4000 użytkowników i można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o Azji.

Reklamy

Raport z Indonezji – część 1 (Dżakarta)


Wstęp

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że w żaden sposób nie uważam się za eksperta w temacie Indonezji, a poniższe informacje są moimi osobistymi obserwacjami opartymi na 14 dniowym pobycie w kraju. Pomimo tego, iż nie jest to mój pierwszy raz w Indonezji, dalej nie czuje abym znał ten kraj i jest on na swój sposób tajemniczy i intrygujący. Mogę nawet powiedzieć, że wciąż nie mam wyrobionej opinii, ponieważ nie spędziłem w tym muzułmańskim kraju wystarczającej ilości czasu. Z jednej strony już teraz mogę powiedzieć, że Indonezja to trzeci najlepszy kraj w Azji (po Tajlandii i Filipinach), a z drugiej, słynne Bali okazało się największym rozczarowaniem podczas wyjazdu.

Dżakarta, Indonezja. Życie nocne

Dżakarta, Indonezja. Życie nocne

Ciężko też sugerować się opiniami innych, wszak są one skrajnie różne. I tak np, mój przyjaciel z Belgii, który spędził w Indonezji 2 lata, twierdzi, że jest to kraj bardzo wyuzdanych kobiet, gotowych zrzucić majtki po pierwszej godzinie randki, tak moja znajoma Indonezyjka, która notabene również mieszka w Bangkoku, twierdzi, że jest to zaściankowy kraj, w którym islamskie wartości znacząco wpływają na konserwatywny tryb życia.

Jednego w życiu jednak już się nauczyłem. A mianowicie – nigdy nie warto sugerować się opiniami innych. Przykładowo, dosłownie każdy ostrzegał mnie, że Manila to syf, ubóstwo i totalna masakra, a trzymaczem Manila jest moim zdaniem najlepszym miejscem na Filipinach. Zbieżność opinii wynika z oczekiwań, jedni chcą zwiedzać zabytki, inni leżeć plackiem na plaży i hodować raka, a tym czasem moje kryterium to życie nocne i możliwość umawiania się z dziewczynami, nawet jeśli oznacza to spędzenie wyjazdu w zanieczyszczeniach i epickich korkach takich miast jak Bangkok, Manila, czy Dżakarta.

Jak okazało się podczas poprzedniego wyjazdu, Indonezja to kraj sprzeczności. Z jednej strony, konserwatywne i grzeczne dziewczynki zakrywające włosy jak przykazał imam, z drugiej kluby go go z roznegliżowanymi niewiastami, lub DJka grająca muzykę bez bluzki, eksponując przy tym wielkie sylikonowe cycki. Tuż obok modlących się w meczetach, z łatwością można znaleźć wielkie kluby nocne, w których każdy uczestnik jest na ecstasy, kokainie, albo obu ma raz. Jak wszędzie w Azji, bardzo popularne jest też szeroko pojęte kurestwo, od freelancerek w klubach nocnych i ulicznych dupodajek, po masaże, bary karaoke i burdele.

O tym, że w islamskich kraju ceny za alkohol są abstrakcyjne, chyba wspominać nie muszę. W większości miast w Indonezji, w ogóle nie można kupić alkoholu w sklepie – dostępny jest on wyłącznie w klubach lub barach.  Ceny w są różne, od tanich barów z piwem za 3 USD, po kluby z wejściówkami nawet za 25 USD.

Wiedząc że wielu z moich czytelników interesują ceny za płatny seks, zrobiłem research który wygląda następująco (o umawianiu się z normalnymi dziewczynami będzie za chwile):

Ceny oscylują od około miliona rupii (80 USD), co może być ceną za krótki strzał lub nawet całą noc, do nawet trzech milionów. Ceny można zbijać nawet do niskich, np 500,000 tysięcy (34 USD) za całą noc, lub 200,000 za jeden shot (14 USD). Jak zawsze, zależeć to będzie od tego czy jesteś ponury i nieciekawy, czy raczej typem z którym spotkanie jest ekscytujące, ale również i od twojego wieku, wyglądu, wielkości brzucha, etc.

Swoja drogą, przypomniałem sobie historie – off topic – jak pewien Australijczyk twierdził, że w Tajlandii dobrze jest być grubym, oznacza to bowiem, że masz pieniądze na dużo jedzenia. LOL. Abstrahując od tego, że nie znam żadnego kraju w którym brzuch jest uważany za atrakcyjny, to przeciętny taj na minimalnej krajowej jest w stanie żreć ile chce – jedzenie jest tutaj bardzo tanie i nawet bezdomnych z brzuchami da się znaleźć.

A teraz normalne laski. W Dżakarcie świetnie działa internet, appki typu Tinder czy Indonesian Cupid sprawią, że dostaniesz więcej wiadomości niż jesteś w stanie odpisać. Ustawienie sobie randki jest bardzo szybkie i proste. Przyjeżdżając do Dżakarty miałem już ustawionych 15 spotkań i 5 w Bandung (mieście 3 godziny od Dżakarty). Oczywiście nie miałem czasu spotkać się ze wszystkimi dziewczynami, aczkolwiek zawsze lepiej jest mieć za dużo, niż za mało i w ten sposób udało mi się zrobić dwie w jeden dzień.

Dżakarta

Pierwsza niewiasta nie była najpiękniejszą spośród możliwych, była za to gotowa na wszystko, czyli już w wiadomościach byliśmy ustawieni na seks. Jest to niewątpliwa zaleta lasek w wieku 30+. Stawiam, że dziewczyny które stają się już raczej kobietami, koło 30stki zauważają znaczny spadek zainteresowania ze strony facetów i dużo  mniej kręcą nosem. Nie ma już udawania księżniczki, tysiąca lików na Istagramie i kolejki adoratorów, licytujących się który ją zabierze w lepsze miejsce, który ma bardziej napompowanego bicka lub szybszą motorynkę.

W tym konkretnym przypadku, dodatkowym atutem był fakt, że posiada ona samochód oraz swoje mieszkanie, odpadał wiec problem logistyczny – pamiętać należy bowiem, iż w Azji często jest łatwiej zaciągnąć laskę do mieszkania, czy na hotel, niż ją potem z niego wyrzuć – stąd jeśli tylko możliwe iść do jej apartamentu, lub hotelu tymczasowego, opcja taka jest logistycznie lepsza (o świetnych hotelach tymczasowych w Bangkoku i jak namówić dziewczynę aby z nami do takiego poszła napiszę wkrótce post, a jeśli zapomnę – przypomnijcie się).

Jeśli czytałeś mój poprzedni raport z Dżakarty (kliknij tutaj aby go przeczytać), to wiesz, że miałem problem z laską która ulokowała się w hotelu i za nic nie chciała wyjść. Tego typu sytuacje zdarzają się stosunkowo często. Znane mi są osoby które po prostu bezpośrednio wypraszają dziewczyny – mnie na to moje czarne serce nie pozwala. Jeśli już rozłożyła nogi to nie potrafię być niemiły.

Długo zastanawiałem się z którą umówioną dziewczyną najpierw się spotkać – z tą którą najfajniej mi się gadało, z najładniejszą, czy z tą która od razu zgodziła się zrobić loda. Zgadnijcie którą wybrałem.

Na spotkanie wybrałem Starbucks. Miejsce strategiczne, bo po pierwsze nie jest drogie, a po drugie można łatwo z niego uciec, gdyby np. okazało się, że nimfa która przyszła na randkę na zdjęciach miała 40 kg mniej, lub jej januszowy wąs był ukryty 4 filtrami.

W tym przypadku okazało się jednak, że spełnia normy i już po kawie byliśmy w jej samochodzie. Był to piątek wieczór i na własnej skórze przekonałem się co oznaczają korki w Dżakarcie. Spędziliśmy w samochodzie prawie 3 godziny – już po pierwszej rozważałem, aby uciec, ale tyle czasu już zainwestowane, nie mogłem teraz się wycofać z mojej wyczekiwanej nagrody.

W  końcu po dotarciu do jej apartamentu zrobiliśmy po piwku na 40 piętrze ze spektakularnym widokiem na miasto, po czym udaliśmy się skonsumować znajomość.

Dziewica

Około 9 wieczorem daję jej wymówkę, że jestem umówiony „with a friend” i wsiadam na moto taxi. Swoją drogą te taksówki na motorach kosztują tyle co autobus w Tajlandii, praktycznie za darmo się jeździ (aby zamówić, potrzebna jest aplikacja Grab lub GoJek). Spotkanie „with a friend” nawet nie było ściemą, bo byłem umówiony z kolejną laską z Indonesian Cupid. Tym razem wybrałem tą z którą najfajniej mi się rozmawiało, bo spotkanie bez ciśnienia.

Jedyny bar który znam to Memories Cafe na Jalan Jacksa – dzielnicy o której wszyscy mają złą opinię, jak się okazało, podobno chodzą tam tylko ludzie bez pieniędzy i w ogóle niskich lotów. Natomiast jak się jest osobą pijącą, to naprawdę trudno znaleźć inne miejsce gdzie można usiąść z piwem, poza ekstremalnie drogimi klubami nocnymi. Jestem zdania, że jeśli tylko dziewczyna jest pijąca, to należy jej na randce kupić ile tylko drinków jest w stanie wypić – im szybciej się upije, tym szybciej będzie nawiązywać kontakt fizyczny i finalnie – prześpi się z tobą.

Drugie spotkanie poszło bardzo dobrze, jak wspominałem wcześniej, już przez internet coś między nami kliknęło, nigdy nie kończyły się tematy i po prostu fajnie się rozmawiało. Tym razem młodziutka laseczka, na pierwszym roku uniwerku. Po może godzinie pobytu w barze kupiliśmy piwa na wynos i udaliśmy się do mojego hotelu.

W środku dowiedziałem się, że jest dziewicą i mam być delikatny. Taki był plan, ale… nie działało. Próbowaliśmy z 10 razy i nic z tego, nie wychodziło. Nie dość, że Big Willy jest za duży, to jeszcze ona kwiczy z bólu. Ostatecznie prawie się poddałem, gdy moja koleżanka zaproponowała by „może po prostu wsadź w drugą dziurę”. Przyznam, że słyszałem pogłoski o islamskich dziewczynach które wolą w tyłek, aby jak najdłużej zachować dziewictwo, ale zawsze myślałem, że to jakiś ubran legend. Tym czasem jej druga dziura EWIDENTNIE nie była dziewicą, pomimo tego, iż upierała się, że jest. Czyżby jednak nie urban legend?

Następnego dnia obudziłem się, popatrzyłem na moją koleżankę i myślę „nie no kurwa, nie może tak być, że spała ze mną laska całą noc i wyjdzie stąd dziewicą – ja mam reputacje do podtrzymania”. Także obracam ją na plecy i próbuje znowu. Ponownie ciężka sprawa, nie chce iść, próbuje pod każdym kontem, mocniej, delikatniej – dalej nic. W końcu po długich próbach przełom i coś weszło do środka. Myślę sobie super, wreszcie się udało… dopiero po jakiejś minucie, gdy przyjrzałem się dokładniej gdzie wkładam, odkryłem, że… jakoś się samo ześlizgnęło i znowu jest w złej dziurze!!! Ostatecznie dziewica pozostała dziewicą – nie udało się. No cóż, życie składa się również z porażek.

Część druga już wkrótce!

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

 

Owłosiona jak Azjatka


Cały poniższy post dałoby się streścić w jednym zdaniu – Azjatki są owłosione i, według zachodnich standardów, bardzo niezadbane, poczynając od nieogarniętego buszu między nogami, wąsikiem pod nosem, aż do, mnie lub bardziej, włochatych nóg. Wiem, wiem, już teraz chcesz napisać komentarz, że jeszcze takiej nie spotkałeś. Otóż istnieją tylko dwa wyjątki z gatunku nieowłosionych Azjatek.

Owłosiona Azjatka

Owłosiona Azjatka

Gatunek #1

Filipinki. Z tajemniczych powodów, problem ten nie dotyczy filipinek. Szanse na spotkanie owłosionej filipinki są odwrotnie proporcjonalne do spotkania nieowłosionej Azjatki z gatunku lądowego. To znaczy, może się zdarzyć, natomiast jest to ekstremalnie mało prawdopodobne, coś na miarę znalezienia na ulicy banknotu o wysokim nominale.

Gatunek #2

Azjatki które miały już białego faceta. Działa to na prostej zasadzie. Po zobaczeniu owłosionych gir swojej ukochanej, biały facet kupuje jej w prezencie zestaw Gilette. Zakochana Azjatka, sięga po ostrze i usuwa z siebie kołtuny włosów. Do tego szybko uczy się, że to nie tylko jej ukochany preferuje kobiety zadbane, nieowłosione i nie przypominające małpoluda. Od tej pory, pod prysznicem skrupulatnie usuwa włosy z waginy, nóg, i jeśli trzeba, brzucha. Nawyk zostaje i voilà – oto mamy wytrenowaną Azjatkę, która z własnej inicjatywy nie jest już owłosiona i kwalifikuje się na international dating scene.

Dlaczego więc nie spotkałeś jeszcze zarośniętej? Ano z prostej przyczyny – spotykałeś Azjatki z gatunku 1 tudzież 2. Gwarantuje za to, że jeśli masz do czynienia z niewiastą, która nigdy nie posmakowała białej kiełbasy, jej poziom owłosienia będzie raczej ekstremalny. Od tego również są wyjątki, nie można każdego wrzucać do tego samego worka, natomiast mówimy tutaj o statystyce 99 na 100. Dla eksperymentu, wystarczy pooglądać 100 japońskich ponoli i sprawdzić na ilu z nich, gwiazdy dbają o stan swojego krocza. Podobna statystyka będzie we wszystkich znanych mi krajach Azji południowio wschodniej.

Z czego to wynika? Azjaci mają inne preferencje. To co dla nas jest atrakcyjne, dla nich może być kompletnie bezpłciowe. Przykładowo, podstawowe wytyczne piękności dla Azjatów to kolor skóry i kształt nosa – dwie rzeczy, które dla europejczyka kompletnie nie mają znaczenia. Kambodżanka z którą się umawiałem, wspominała nawet, że faceci w jej kraju nie zaakceptowaliby braku gąszczu włosów skrywających jej klejnot kobiecości.

True story

Taka sytuacja. Ekspedientka z 7/11, 19 lat. Zabrałem ją motorem na plażę w prowincji Rayong, następnie do hotelu celem skonsumowania znajomości. Gdy ją rozebrałem, z majtek prawie wyleciały nietoperze, taki busz. Nogi owłosione, brwi niewydepilowane, dziewiczy wąsik pod nosem. Mówię jej, że idę po golarkę do Family Marta za rogiem i ogolę ją od głowy do stóp. Ona protestuje, argumentując, że odrosną jeszcze gęściej. Czyli woli przypominać orangutana.

Inna sytuacja. Do pociągu BTS wsiada studentka, w seksownym uniformie z uniwersytetu, białej koszuli ciasno zapiętej na jej, zapewne sylikonowym biuście, i czarnej spódniczce w stylu mini. Spoglądam na jej twarz, azjatyckie oczy, z delikatnym make upem. Długimi czarnymi włosami i nieśmiałym spojrzeniem. Anioł – myślę sobie w głowie. Oczami mierze ją w dół, ponownie podziwiając rozmiar jej płuc. Potem niżej, idealne wcięcie w talii i jeszcze niżej, rozkoszując się kształtem jej pupy. Następnie spoglądam na jej długie nogi i w tym momencie dostrzegam, jebane kurwa włosy, nieogolone, chamsko zarośnięte nogi niemalże jak u chłopa. Pierwsza myśl, że to może być dobrze zakamuflowany ladyboy, ale NIE, ladyboy akurat zadbałby o oto, aby nie mieć zarośniętych nóg. To nasze śliczne Azjatki mają z tym problem.

I tak to już jest w naszej kochanej Azji. Jeśli umawiasz się ze ścieżynką, która nigdy nie miała faceta z zachodu, możesz spodziewać się, iż przypinać będzie mniej, lub bardziej zwierza. Nie zniechęcaj się jednak. Wszak nasze ukochane Azjatki, w przeciwieństwie do feministek z europy, bez marudzenia ogolą się dla ciebie na zero, jeśli tylko sobie tego zażyczysz.

Ps artykuł napisany na podstawie moich subiektywnych doświadczeń, 8 lat mieszkania w Azji a trybie full time (damn, uwierzycie, że nie byłem w Europie już 8 lat :O) . Byłem w 9 z 11 krajów należących do South East Asia (nie odwiedziłem jeszcze tylko Timur Wschodniego i Brunei) i spałem z przedstawicielką z każdego z tych krajów poza Singapurem (w którym przesiedziałem 4 miesiące, ale byłem odrobinę pochłonięty czasowo). Jak ktoś się nie zgadza z treścią, to niech sobie przekreśli markerem i napisze coś swojego 🙂

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

Kamagra, Tajlandia

Tajemnicze pigułki


Wraz z poznanym niedawno, przyjmijmy umownie, iż zwać on będzie się „Pablo”, biegaliśmy po Bangkockich dzielnicach imprezowych w poszukiwaniu niewiast które idealnie pasowałyby do kategorii „jedno nocnej przygody”. Pomimo tego, iż ostatnimi czasy zajmuje mi to w takich imprezowniach więcej czasu, za co winię starość i nieubłaganie postępujące zakola, a co w rzeczywistości chyba jednak ma źródło w braku motywacji rozmowy z kolejnymi, często nie tylko szarymi i totalnie bez wyrazu, ale i wręcz irytującymi laskami, w końcu udało nam się upolować dwa idealne nadające się okazy.

Coraz częściej kwestionuję siebie, czy aby na pewno warto jest męczyć się towarzystwem tych istot, tylko po to, aby dorwać się do tego, co skrywają pod majtkami. Powiem nawet, że chyba wreszcie zaczynam rozumiem facetów, którzy płacą za dziwki. Uzależnienie i potrzeby trzeba jakoś zaspokajać, ale cały ten proces męczenia się kilku godzinną randką, tylko po to, żeby zakończyła się ona 20 minutami przyjemności, czasami pozostawia wręcz wątpliwości, czy jakoby cały ten proces w ogóle ma sens.

Po krótkiej rozmowie zaprosiliśmy nasze dwie sarenki do mojego apartamentu, gdzie dokupiliśmy dużo whiskey, chipsów, coli, drinków z kilogramem cukru i innych śmieci którymi dziewczyny lubią się tuczyć i truć (a potem narzekać, że są grube). Nimfy były typowymi farang hunerkami, czyli dziewczynkami, które wyszły na imprezę z zamiarem upolowania białej kiełbasy. Oczywiście żadna farang hunterka nie przyzna się wprost, że taki był ich pierwotny plan nocy. Cechą charakterystyczną dla każdej przedstawicielki płci żeńskiej jest brak logiki w kontaktach z płcią brzydką i zwyczaje kłamanie, lub oszukiwanie, przede wszystkim samych siebie. Ile razy słyszeliście od laski, że pójdzie z tobą spać, jeśli obiecasz, że nie będzie seksu, a potem wiadomo jak było? Ja już wręcz prewencyjnie, wyprzedzam je i sam obiecuję, że seksu nie będzie, zanim one zaczną temat. Natomiast tutaj w Azji, do braku logiki dochodzi jeszcze generalnie totalne nieogarnianie, co często daje ciężki do zniesienia mix.

Ah, i aby nie było, że uwziąłem się na Tajki. Generalnie brak rozgarnięcia to cecha wszystkich płci i to nie tylko w Tajlandii, ale i, generalizując, całym regionie Azji południowo- wschodniej. Jadąc np. do Kambodży, czy na Filipiny jest tak samo źle z ogarnianiem rzeczywistości i trybieniem. Przykładowo, taki typowy, w Polsce powiedzielibyśmy Janusz, a w Tajlandii Somchai, jest w stanie zgubić się w swoim mieście, w którym spędził większość życia, nie odnaleźć adresu jakiegoś urzędu, etc. Rekordzistka którą znam, nie jeździ nawet metrem, bo nie wie jak się kupuje bilet i zamiast się nauczyć tej jakże skomplikowanej czynności, woli płacić za taksówki które nie tylko zajmują więcej czasu, ale i są 10 razy droższe. Anyway, to jest off topic o którym ostatnio mówiłem na YouTube tutaj.  Tyrada zakończona. Rant over,

Powracając do historii. Nie jest to kolejna opowieść o tym jak ściągnąłem z jakieś laski majtki. Generalnie każdy przeciętny facet jest w stanie to zrobić bez większego wysiłku. Tak, nawet tajski facet nie ma z tym problemu, bo chyba nie wierzycie w te historie „thai men no good„, które na okrągło powtarzają Tajki? Kłamanie to cecha narodowa Tajlandii, w Malezji i Singapurze jest nawet takie slangowe określanie „don’t thai to me„, które znaczy nic innego jak „przestań tajować / kłamać / oszukiwać”. Gwarantuje, że 90% lasek które chrzanią takie teksty, albo mają faceta, kochanka, albo będą miały, jeśli nie teraz, to za rok, dwa, pięć. I to właśnie lokalnego, lub innego Azjatę. Inną ciekawą kwestią jest, że gdy zrobisz statystykę i zapytasz 100 Tajek, czy mają chłopaka, 90% powie, że nie. Tym czasem statystyka jest odwrotna, 90% ma albo kochanka, albo faceta. Tylko po prostu odruchowo mówią, że nie. Skąd to się bierze, tego nie wiem… Stawiam, że zawsze szukają lepszej opcji.

W mieszkaniu, celem upewnienia się, że noc będzie upojna, Pablo zapytał czy zarzucamy po kamagrze. To jest czynność którą większość facetów robi dyskretnie, tak aby potencjalna partnerka nie zauważyła. My natomiast, mając generalnie w dupie co sobie pomyślą sarenki, zapodaliśmy po pół pigule na ich oczach, co wzbudziło wielką konsternację, co to za tajemnicza tabletka (może matrix). Nie żeby była to tajemnica natomiast w celu podrażnienia się z laskami, nie chcieliśmy im powiedzieć, co jeszcze bardziej rozbudziło ich ciekawość. Postanowiły nawet, że również chcą z nami zjeść po viagrze. Pomimo prób wybicia im tego pomysłu z głowy, dupeczki się uparły. Muszą wrzucić po zielone tabletce i koniec dyskusji. Cóż mieliśmy zrobić. Daliśmy im zieloną pigułkę, którą podzieliły na pół i łakomie połknęły, myśląc chyba, że to może jakieś narkotyki? Pigułka gwałtu? Sam nie wiem. Kto normalny łykałby tabsy niewiadomego pochodzenia o niewiadomym efekcie, pochodzące od osoby którą poznało się dwie godziny wcześniej? My takie znaleźliśmy.

A co było potem? Chyba nie muszę tłumaczyć. Nic ciekawego i zarazem upojna noc. Czyli standardowo, jak w Azji praktycznie każdego weekendu.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

 

 

 

Manila czy Bangkok?


Gdzie jest Forsaken? Co robi i dlaczego milczy? Otóż powód jest dość prozaiczny. albowiem życie w egzotycznym kraju przez wiele lat staje się na tyle normalnym, rutynowym i wręcz nieciekawym, że opisywanie tego co dzieje się wokół mnie wydaje mi się po prostu niewarte uwagi. To oczywiście subiektywna uczucie nie mające odzwierciedlenia w rzeczywistości, widzę bowiem, że YouTubowe vlogi typu „co jem na śniadanie w Azji” potrafią mieć setki tysięcy subskrybentów.

Bangkok, Tajlandia

Filipiny?

W pierwsze kilka dni pobytu w Manili wysłałem CV w parę miejsc. Zrobiłem to bardziej z ciekawości niż faktycznej chęci pracy, tym razem przywiozłem ze sobą wystarczającą ilość środków, aby nie pracować miesiącami, natomiast bardzo chciałem wiedzieć, czy są na Filipinach firmy które byłyby mną zainteresowane i ile są w stanie zapłacić. W pierwszy tydzień odezwała się do mnie agencja która przeprowadziła telefoniczny interview. Potem długo milczeli, wyszukując stanowiska które odpowiadają moim kwalifikacji (odezwali się z ofertą dopiero po wielu tygodniach)

Po miesiącu podróżowania po Filipinach, gdy ponownie byłem w Manili, odezwała się druga firma i przeszedłem przez szereg rozmów kwalifikacyjnych, co mnie strasznie irytowało. Bo aby się dowiedzieć ile są w stanie zapłacić, musiałem odpowiadać na niezliczoną ilość pytań i rozwiązywać masę testów. Najpierw HR manager przez telefon, potem właściciel firmy w Kanadzie przez Skype, następnie zostałem wezwany na testy w Manili, które przyznam, że były trudne. Tuż przed testami zapytali mnie jakiego wynagrodzenia oczekuje. Totalnie strzelając, powiedziałem 60,000 – 70,000 PHP, na co od razu się zgodzili bez negocjacji, więc domyślam się, że powiedziałem za mało.

Test z angielskiego polegał na zapisywaniu tego, co przez słuchawki mówi nagrana osoba i przyznam, że nawet jako osoba która kończyła studia po angielsku i mieszkała 5 lat w Londynie, miałem problem z zapisaniem niektórych słów i zdań. Convalesce, liaison, handkerchief, itd. Test sprawdzał raczej zaawansowaną znajomość języka. Następnie test z prędkości pisania na klawiaturze. Ten chyba akurat zdałem bez problemu. Kolejny z testów sprawdzał reakcje na zachowanie klientów, co uświadomiło mnie, że to chyba nie jest praca dla mnie. Klienci drący ryja przez telefon, a ja miałem pozostać dla nich miły i pomagać. Przyznam, że w tym miejscu miałem już kompletnie dość testów i tej pracy, w Bangkoku intrview do prac za takie pieniądze trwają 5 – 10 minut, a tu mnie męczą i męczą. To oczywiście nie koniec testów, w sumie trwały one 4 godziny. Następnie był tak zwany „mock call”, czyli udawany klient dzwonił i miałem go obsłużyć. Wypadłem chyba tragicznie, ponieważ ów klient zadawał mi techniczne pytania o software używany na kasie, o czym oczywiście nie miałem pojęcia. Did you try restarting your device? What error message do you see? Próbowałem swoich sił. Na koniec, ostatni test z informatyki, bo pozycja była z tym związana. Tu myślałem, że wreszcie odetchnę, ale pytania typu „jakiego formatowania używają pliki w Windowsie 7 A) Fat 32 B) Fat 37 C) exFat D) NTFS ” trochę mnie rozwaliły. Cały proces interview trwał 4 godziny co jak wspominałem, bardzo mnie irytowało. Byłem przekonany, że nie zdałem testów i wstydziłem się zwłaszcza testu z angielskiego. Jakże wielkim zaskoczeniem był więc telefon z firmy z pytaniem kiedy mogę rozpocząć trening, ponieważ pozytywnie przeszedłem fazę testów…

Tutaj doszedłem do punktu w którym musiałem szybko zadecydować o przyszłości. Przyznam, że była to ciężka decyzja, na podjęcie której miałem kilka dni, ponieważ moja wiza dobiegała końca, a firma naciskała, aby zaczynać trening jak najszybciej. Filipiny, Tajlandia, Chiny, a może Indonezja do której mam już bilet (zostałem zmuszony do kupienia na lotnisku w Bangkoku, bo według prawa filipińskiego, trzeba mieć bilet wyjazdowy).

Chiny wiem, Chińczycy są obleśni, cały kraj przypomina trochę bardziej zoo z dzikimi małpkami, niż cywilizację. Natomiast fakt, że płacą dobrze, a dodatkowo moja Tajka jedzie tam na studia magisterskie i nie byłbym sam, dobrze rokował. Moja Tajka kończyła już tam licencjat i mówi po chińsku, więc miałbym dużo łatwiej na starcie.

Indonezją jestem zafascynowany dlatego, że każdy kojarzy ich z islamem i nigdy tam nie pojedzie z tego właśnie powodu. Tymczasem islam nie islam, Indonezyjki się prują bardziej niż np. w Wietnamie, czy  Kambodży, a kluby w Dżakarcie są dużo lepsze niż w Bangkoku (chociaż i 4 razy droższe).

Filipiny? Opcja bardzo kusząca. Mega super dziewczyny, gdyby mieć czas, to można by mieć co noc inną. Randki są krótkie i szybko można przechodzić do rzeczy. Dodatkowo tani alkohol. Jedzenie tak bardzo mnie nie odstrasza, bo i tak jem głównie surowe warzywa, owoce, nasiona i orzechy. Możliwość weekendowych wypadów na rajskie plaże, czy w góry również jest całkiem ekscytujący. W między czasie poznałem tu Filipinkę, z którą dość dobrze się zgraliśmy. Nie tylko nigdy nie mówiła „nie” na nowe pomysły w łóżku, ale i sama inicjowała sytuacje których nie powstydziłby się filmy dla dorosłych z kategorii „hardcore”. Ale… sytuacja z mieszkaniami w Manili jest, jednym słowem, tragiczna. Mieszkanie które aktualnie wynajmowałem kosztowało 300 USD miesięcznie (wysoka cena ponieważ wynajem bez kontraktu i dodatkowo na dniówki, co sumowało się do 300 USD), a jakość była porównywalna do czegoś co w Tajlandii można by dostać za 80 USD. Zimna woda, materac zamiast łóżka, mega mały pokój, brak deski na kiblu i waliłem głową w sufit, który był przewidziany na wzrost Azjaty. Szukając czegoś lepszego, szybko przekonałem się, że jeśli nie chce mieszkać w totalnym syfie, z wypłaty którą mi zaoferowali nie zostanie mi zbyt wiele. I to było powodem który sprawił, że kupiłem kolejny bilet na samolot…

Dlaczego ponownie Bangkok? Przyznam, że jestem znużony Tajlandią. Mieszkając tu, wszystko wydaje mi się normalne, zwyczajne i nieekscytujące. Ponad 7 lat w tym miejscu z którymi przerwami na Wietnam i Filipiny. Dodatkowo, wraz z epoką aplikacji randkowych, już nie jest aż tak łatwo wyrywać Tajki. Powiedziałbym, że widzę różnicę między teraz, a 7 lat temu. Oczywiście na standardy europejskie dalej jest mega prosto. Ale wracając z Filipin trudno nie zauważyć różnicy. Dalej istnieje wiele Tajek które się grzmocą na pierwszej randce i polują co tydzień na nowego faceta, ale różnica jest taka, że czekają na najlepszą opcję która im się trafi. 7 lat temu, znalezienie i wyciągnięcie Tajki z imprezy w weekend zajmowało dosłownie kilka godzin. Dzisiaj czasami łapię się na tym, że jest 2 w nocy, a ja dalej bez towarzystwa chętnego na wspólny powrót. A może to ja się po prostu starzeje? Na szczęście dalej mam parę asów w rękawie, typu możliwość porozumiewania się po tajsku, lub znajomość realiów, lokalnej kultury, etc.

Dlaczego więc Bangkok? Po pierwsze jakość życia. Te 300 USD w Manili za gówniane mieszkanie? W Bangkoku za tą samą kwotę można mieszkać w apartamencie z basenem i siłownią. Po drugie mam tu znajomości. Wiem nie tylko jak utrzymać się na dobrym poziomie sam, jako freelancer, ale i wiem jak dostać prace które płacą dobrze nawet na warunki białego. Przykładowo, znam ludzi którzy dostają mniejsze wypłaty w Anglii, niż oferty które dostaje w Bangkoku. I ostatecznie na jedną z takich ofert się zdecydowałem. I tak oto powróciłem do Bangkoku, trochę tracąc nadzieję, że kiedykolwiek stąd wyjadę. Życie tutaj jest po prostu zbyt proste. Wiza pracownicza, work permit, ubezpieczenie. Stosunek niskich cen do możliwości zarobków jest chyba najlepszy na świecie. Jeśli się mylę, to proszę mnie poprawić – zawsze szukam lepszego miejsca na ziemi, ale do dzisiaj nie znalazłem. Tajlandia, a dokładniej mówiąc Bangkok, jest najwygodniejszy, najbardziej komfortowy, z dostępem do tanich luksusów, dobrego jedzenia, miłych ludzi którzy nie kradną i generalnie nie oszukują, do tego z bardzo rozrywkowymi dziewczynami (nie wiem czy wiecie, że Tajlandia widzie od dawna światowy prym w zdradzaniu partnerów) i masie miejsc do których można wyjść wieczorem, w nocy lub w weekend. A, nie zapominajmy o szybkim, sprawnym i tanim internecie. Sytuacja w ostatnich latach diametralnie się poprawiła i np. sieć AIS ma nieograniczony internet 6 mb upload / download za jedyne 550 batów miesięcznie, co otwiera możliwość prac zdalnych w wielu sektorach. I najlepsze jest to, że nie trzeba podpisywać żadnych kontraktów. Ładujesz kredyty na telefon i boom, internet działa na okres pakietu który wybraliśmy!

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

Mindanao – wyspa dziewic i terrorystów (Filipiny część 3)


Koła samolotu mocno uderzyły o płytę lotniska i oto znalazłem się w Davao, największym mieście wyspy Mindanao. Tuż po wyjściu z lotniska przywitała mnie cała lista mord poszukiwanych terrorystów. Typowe dla muzułmanów brody i obowiązkowo zakryte włosy kobiet, jak nakazał imam, nie pozostawiają wątpliwości jaką religię wyznają lokalni terroryści. Jak powszechnie wiadomo, islam to religia pokoju.

Mindanao, Filipiny

Mindanao, Filipiny

Wiele osób przestrzega przed zapuszczaniem się na Mindanao. Jest to bowiem jedno z miejsc, w których islam szaleje w pełni tego słowa znaczeniu, czyli porywają, obcinają głowy, zakopują żywcem ziemi. Pamiętacie jeszcze Marawi, miasto na Filipinach które zostało przejęte przez islamskich fanatyków i ogłoszone miastem ISIS? Tak jest, Marawi znajduje się właśnie na Mindanao. Oczywiście nie jest tak, że wszędzie jest super niebezpiecznie, są rejony do których lepiej się nie zbliżać i takie, w których raczej nic złego nie powinno się przydarzyć. Davao jest rzekomo jednym z tych miejsc, w których jest raczej bezpiecznie. Tymczasem szybki google search zdradza, że Davao we wszystkich statystkach jest 4 najgorszym miastem na Filipinach jeśli chodzi o indeks przestępczości, zaraz po Quezon, Manili i Cebu. Tereny na które lepiej się nie zapuszczać, to Cotabato (które sąsiaduje z Davao), Marawi, Zababonga i wyspy Sulu. Sulu jest szczególnie niebezpieczne, to właśnie tutaj urzęduje bowiem Abu Sayyaf – grupa islamskich terrorystów z długa historią paskudnych przestępstw.

Taxówką dojechałem do hotelu polecanego przez mojego przyjaciela z Belgii, który mieszka w Bangkoku od 15 lat, a jego żona pochodzi właśnie z Mindanao. Jak twierdził, na Mindanao jest tak tanio, że za 500 peso można spać w hotelu z airconem. Jakież było moje rozczarowanie, gdy po wejściu do tego wspaniałego hotelu, odkryłem, że – znowu – na kiblu nie ma deski, wodę spuszcza się wiaderkiem w którym komary składają jaja, a z prysznica leci wyłączanie zimna woda. Niegdyś białe prześcieradła mają obecnie nieco bardziej żółtawą odcień, a rozmiar pokoju taki bardziej dla hobbita, a nie faceta mojego pokroju, który mierzy sobie ponad 6 stóp wzrostu. Ale nie kłamał – klimatyzacja faktycznie jest.

Było już godzina 10 w nocy. Wszystkie dziewczyny z którymi miałem się spotkać, twierdzą, że to absolutnie za późno na wyjście z domu. Tego własnie nie cierpię na prowincji. Davao niby ma 2 miliony mieszkańców, ale ewidentnie ludzie mają jakąś mentalność mało miasteczkową, żeby nie powiedzieć wiejską. Może 5 lat w Londynie i 7 lat w Bangkoku sprawiły, że nie potrafię się już odnaleźć w mniejszych miastach, natomiast naprawdę mocno mi przeszkadza takie nastawienie ludzi. Wszystko jest za daleko, choć de facto, takie 2 milionowe miasteczko to na upartego da się przejść na nogach. Noc jest od spania, wschód słońca od wstawania. Rozumiem, na wsi trzeba wyprowadzić bawoła w pole i wydoić krowę, ale dlaczego w takim mieście jak Davao ludzie dalej chodzą spać, jakby mieszkali na farmie?

Wychodzę więc na miasto bez konkretnego planu. Tuż przy hotelu zaczepia mnie kulawa dziwka w ciąży, wiek na oko 50 lat. Do you want service? Z ciekawości pytam ile taka usługa od starej baby w ciąży. 1500 peso. Odchodzę i od razu zrobiło się 1000. Dalej dziękuje i idę dalej. Szukam miejsca gdzie można się napić Red Horsa. Ciężko z tym. Same bary karaoke, gdzie filipińce drą ryja do jakiś szarpidrutów. W końcu znajduje ‚Hot legs’, jak się okazuje taki lokalny odpowiednik barów go go. Trochę obawiając się, czy mnie nie opierdolą z kasy, oszukają, zgwałcą lub zabiją, wchodzę do środka. Nie mogę tego przegapić, bo niby jak inaczej opiszę życie nocne w Davao.

Do Hot Legs jest płatne wejście, 50 peso, czyli jakieś 3zł. W sali siedzą młodzi i starzy filipińce, palą papierosy i piją piwo, na scenie zaś „tańczy” z 10 średnio urodziwych pań o średniej wieku 30+. Generalnie to mi się nie podobało, aż do momentu w którym zaczęły ściągać majtki. Ciekawa obserwacja, wcześniej bowiem nie podobała mi się żadna z pań, kiedy zaś zaprezentowały się bez ubrań, szybko zmieniłem zdanie, brałbym do pokoju połowę. Nie były takie złe, większość miała wygolone paski. W ogóle ciekawe, że są na Filipinach miejsca w którym dziewczyny się rozbierają, bo np. w Manili i Angeles i Cebu, zawsze są w bikini i nigdy im żadna garderoba nie spada.  Dziewczyny rzuciły się na mnie jak muchy na gówno – w końcu widok białego (i to jeszcze poniżej 60 lat), to w Davao rzadkość. Lady drinki kosztują coś koło 300 peso, istnieje też możliwość wynajęcia prywatnego pokoju i zabrania tam dziewczynek. Od razu też dodały, że w takim pokoju mogą zrobić dobrze ustami za 1000 peso napiwku. Po piwie wyszedłem. wszystko było ok, nikt mnie nie oszukał, nie zgwałcił, etc. Czy więc można bezstresowo chodzić do Hot Legsów w Davao?

Innego dnia byłem w Hot Legs ze znajomym z Polski i wszystko nie było już takie piękne. Laski może i mieli lepsze, choć nie ściągały majtek, ani nawet nie można było radować oka widokiem cycka, to były całkiem przyjemne z aparycji, nawet pomimo tego, że zdawały się być mocno nadszarpnięte dziećmi. W tym drugim Hot Legsie, już na wstępie lecieli w chuja. Po pierwsze, przyszedłem tam z dziewczyną i na rachunki skasowali ją 100 peso, zamiast 50 za wejście. Po drugie, dostałem na maksa wygazowane piwo, które musiało stać otwarte co najmniej 5 godzin, bo nie miało ani jednego bumbelka. Kelner mnie totalnie zignorował i uciekł kiedy zgłosiłem swój przeciw. Czyżby robili zlewki? Jak ktoś nie dopija, to zlewają do butelki i podają jako nowe piwo? Tego już się nie dowiem. Na szczęście moja laska poszła zrobić awanturę i piwo wymienili. Natomiast jeszcze gorzej było, kiedy mój kumpel zamówił lady drinka dla jednej z hostess (hostessa, ale ładne określenie na dziwkę 🙂 ). Dziewczynka kolegi zamówiła sobie piwo, a na rachunku 600 peso zamiast 300. Wzywamy obsługę która nam wkręca, że to podwójny drink, stąd 600. Ale piwo jest jedno, to jak ma być podwójne? Do tego sama laska powiedziała 3 razy, że koszt jej drinka to 300 i tak samo jest napisane na drzwiach, więc skąd się wzięło 600? No cóż… Gdyby była to Tajlandia, to zrobiłbym mega scenę i cena wróciłaby do normalnej, ale że jesteśmy na Filipinach w których nie wiemy jak i co działa, to kumpel postanowił zapłacić te 600. Natomiast po tym doświadczeniu nie wróciliśmy już więcej do Hot Legsów. Skoro oszukują w tak bezczelny sposób, to niech szukają klientów gdzie indziej.

Wracając do dnia pierwszego. Po wyjściu z Hot Legsów, okazało się, że w Davao jest godzina policyjna od 12stej w nocy i jest wielka czarna dupa, bo nie ma nic. Po pierwszej nocy byłem wielce rozczarowany tym miastem. Uciekłem nawet z samego rana do miasta Digos, aby spotkać się z Belgiem i jego żoną o których wspominałem. Digos… co za pomyłka. Nie dość, że żadna laska z netu nie chciała wyjść, bo za późno, bo nie weekend, bo nie wie co mamie powiedzieć, to w jedynej imprezowni w mieście, laski mnie zlewały jak nigdzie indziej na Filipinach. Było tak źle, że kiedy zapytałem się jakiś panienek, czy mogę z nimi usiąść, usłyszałem NIE. Tragedia. Ale przynajmniej w hotelu była deska na kiblu. Szkoda tylko, że brakowało okna. Z tymi deskami na kiblach, nie wiem o co chodzi. Co drugi hotel nie ma i to nawet te 3*. To jest jakiś żart filipiński, jak można coś takiego oferować ludziom.

Następnego dnia powrót do Davao, gdzie byłem umówiony z bardzo sympatyczną dziewczynką w parku. Rozmawialiśmy godzinami, dokuczaliśmy sobie, wymyśliliśmy głupie ksywki. Potem poszliśmy na imprezę do czegoś w rodzaju roof topu, grała tam muzyka na żywo. Alkohol tak tani, że w Bangkoku chyba woda droższa w knajpach niż tam piwo. O 12 wszystko zaczęło się zamykać (godzina policyjna), więc zabrałem ją do swojego mieszkania które wynająłem przez Air Bnb (hoteli już miałem dość). Oczywiście przed pójściem do mnie musiałem złożyć przysięgę na Chrystusa Zbawiciela, że nie będę próbował jej wyruchać. Po wejściu do domu ściągałem z niej majtki chyba w pierwszych 5 minutach. Nie chciała za to ściągnąć butów, więc tylko zsunąłem z niej dolne części ubrania, podniosłem nogi i zrobiliśmy to w takiej dziwnej pozycji. Przynajmniej coś nowego. Po samym akcie, ona musiała wracać do domu, bo inaczej współlokatorka wiedziałaby, że spędziła ze mną noc, aka ruchała się. A pozory trzeba trzymać.

W sumie dobrze się złożyło, że poszła, bo odprowadzając ją na taxi, odkryłem nowe miejsce do picia alkoholu po godzinie policyjnej. Otóż moje mieszkanie było w slumsach Davao, zaraz przy Oceanie Spokojnym. Wszędzie znaki w którą stronę uciekać w przypadku tajfunu, tsunami, lub trzęsienia ziemi. Dziwna akcja, ale to właśnie slumsy są najbardziej narażone na klęski żywiołowe (swoją drogą na Filipinach ginie w klęskach żywiołowych najwięcej ludzi na świecie, tajfuny potrafią zdmuchnąć całe wioski z powierzchni ziemi). Wracając już sam do domu zauważyłem, że jakieś dziewczyny piją alkohol na ulicy, a była już co najmniej 3 rano. Zapytałem czy mogę się przysiąść, postawiłem litrowego Red Horsa i było super. Od tej pory codziennie po godzinie policyjnej szlajałem się po slumsach i piłem z losowymi ludźmi. Mega przyjazne towarzystwo, przykładowo te pierwsze laski tłumaczyły mi, że głupio im nawet przyjąć ode mnie piwo, bo nie chcą, żebym myślał, że Filipinki to gold diggery, lub naciągaczki na kasę. Innym razem postawiłem typkowi piwo i zdradziłem, że bardzo lubię dziewczyny. Poleciał gdzieś i przyprowadził jakąś 18stkę. Wsadził mi ją na kolana i powiedział „enjoy”. Nie pukałem jej, już nawet nie pamiętam dlaczego, ale sam gest bardzo mi się podobał. Najlepsi ludzie w Davao są na slumsach! A co do jedzenia, sprzedają tam masę warzyw i owoców za jakieś tak śmieszne ceny, że ciężko w to uwierzyć. Np. mały zestaw warzyw w torebce kosztował 5 peso, czyli 30 groszy. A były tam i pomidory, i ogórek, jakaś cebula i parę innych rzeczy. Szczerze to nigdy nie byłem w miejscu o niższych cenach niż Mindanao. Wyjątkiem są tu jednak hotele, które są beznadziejne i drogie.

A teraz przejdźmy do dziewic, których na Mindanao nie brakuje. Powiedziałbym nawet, że jest to raj dla facetów o takim fetyszu, bo sporo lasek nawet po 21 lat, nigdy nie miało w sobie prącia. Do tego wszystkie się zakochują po pierwszym spotkaniu, tak samo zresztą jak ta moja dziewczynka co butów do seksu nie lubi ściągać. Do dzisiaj do mnie codziennie piszą, a minął już ponad miesiąc. Jakbym kiedykolwiek szukał żony, to na pewno byłoby to właśnie na Mindanao i polecam każdemu kawalerowi, który się nie boi islamskich terrorystów, maczet odcinających głowę i porwań dla okupu – ja jeżdżę na motorze w Tajlandii gdzie dziennie ginie na drogach 60 ludzi, więc się nie boję.

Dziewica #1

Poznaliśmy się na Facebooku. Po krótkiej rozmowie, rutynowo zapytałem czy ma dzieci. To jest ważne pytanie, bo Azjatki po dzieciach są mega sflaczałe, z potarganym brzuchem, dupskiem, cyckami które zmieniają się w worki tłuszczu i mocno obniżonym libido. Za dziecko jest z automatu -3 punkty w rankingu zajebistości Forsakena. Tymczasem ta laska śmieje się, że jak może mieć dziecko będąc dziewicą. Od razu zaznaczam, że dziewice to nie jest żaden mój fetysz, powiedziałbym nawet, że chociaż nie jest to minus, to na pewno i nie plus, bo dla nich pójście z facetem do łóżka to mega wydarzenie życia i potem są telenowele, dramaty, etc, a ja po prostu chce się przespać z fajną laską, tak jak każdej innej nocy. Z dziewicą #1 spotkałem się natomiast dlatego, że ma wielkie cycki. Po 7 latach w Tajlandii, która ma pierwsze miejsce na świecie jeśli chodzi o najmniejsze cycki, wyrobiłem sobie taki własnie fetysz – lubię duże. To znaczy nie jest to mus, bo gdyby był to w ogóle nie mieszkałbym w Azji, ale duże cycki to +3 w rankingu zajebistości Forsakena.

Zaprosiłem ją więc na wspólną podróż na wyspę Samal. Samal to wyspa na której jeszcze 2 lata temu (w 2015) Abu Sayyaf porwali 3 białych turystów i jedną Filipinkę, która była dziewczyną jednego z porwanych. Nie chce mi się szukać co się z nimi stało, albo ich wypuścili, albo im obcięli głowy. Nigdy nie wiadomo co strzeli do głowy jebniętym muzułmanom… Tak więc, jako że moja dziewica była tam miejscową, oddałem się w jej ręce, czyli dałem zaplanować jak pojedziemy. Jak potem popatrzyłem na mapę, to załamałem ręce, bo port jest tuż przy slumsach, a ona zabrała nas na jakiś prom przy lotnisku, przez co jechaliśmy 45 minut w jeepney’u (lokalnym autobusie), z którego tak kopciło, że już po 10 minutach chciało mi się rzygać. Sama wyspa, no cóż, może nie powinienem oceniać książki po okładce, ale raczej tragedia. Pierwsza plaża na którą pojechaliśmy zażyczyła sobie 250 peso od osoby za wejście. Co to ma w ogóle być, żeby brać opłaty za wejście na plażę?! Podobno super mają facilities i dlatego taka droga. Proszę więc o próbkę i jakiś cieć bierze nas to pojazdu na prąd, żeby nas podwieźć. Nie działa. Wsiadamy do drugiego, przejeżdżamy 30 metrów i drugi pojazd też nie działa. Idziemy na nogach, a tam plaża taka se, nic ciekawego. Fajny basen, ale iść na plażę, żeby potem siedzieć w basenie, to trochę jak iść do kina i oglądać film z Youtuba na komórce. Pojechaliśmy więc na inną plażę, dla biednych, bo wejście było tylko 40 peso. Plaża powiedziałbym adekwatna do ceny, czyli generalnie chujówka. Za to mieli piwo i udało mi się upić dziewicę, a to już plus, wiadomo, dziewczyny po alkoholu są dużo śmielsze w ważnych sprawach.

Po powrocie do Davao, znalazłem nowy hotel, w którym była deska na kiblu, czysta pościel i w ogóle wow, prawie jak normalny hotel. Prawie robi jednak różnicę, bo wymiary były może 2,5 metra na 2 metry. Jak się kładłem, to nogi i głowa dotykała ścian. Ale przynajmniej nie widać żadnych insektów, bo w hotelu z poprzedniej w nocy obudziły mnie karaluchy które spacerowały po moim ciele. A teraz wracamy do dziewicy i rozdziewiczania. Niby mówiła, że nie, ale jej mowa ciała była na tak, więc nie przejmowałem się zbytnio jej sprzeciwami i ją zrobiłem. Ahhh, te wielkie cycki, nigdy tego nie zaponę. Z miśki poleciało tylko kilka kropelek krwi, ale plamy na pościeli nie pozostawiły wątpliwości – dziewica. Miała za to super nastawienie, bo chociaż trzęsły jej się nogi jak chyba każdej dziewicy, to przy drugiej rundzie już chciała próbować wszystkiego. Od tyłu, na górze, do góry nogami. A kiedy skończyłem z bananem w jej buzi, z zaskoczeniem zapytała „dlaczego to smakuje jak ciepła woda z solą”. Jak słodko 🙂 Następnego dnia czas już był ruszać dalej w podróż, a przyznam, że bardzo żałuje, że nie zostałem z nią dłużej. Mega fajna i pozytywna laska, może nawet materiał na coś dłuższego?

Następnego dnia byłem w autobusie do Bislig. 6 godzinna podróż z filipińcami w jednym autobusie była przeżyciem z gatunku horrorów. Filipińce do autobusu na 40 osób potrafią wsadzić 60. I tak np. masz obcą babe na kolanach, koguty pieją niezadowolone z bycia zamkniętymi w jakiś ciasnych kartonach, które co chwile spadają z siedzeń, po podłodze walają się jakieś marchewki, ogórki i chuj wie co oni tam jeszcze przewozili. Do tego był karzeł i pan bez zębów który puszczał melodyjki z 15 letniej Nokii. Autobus bez klimatyzacji, a jakże, więc zapachy też były mocno swojskie.

W końcu dojechałem do Bislig, aczkolwiek akurat Belg i jego żona przenieśli się 30 km dalej do Hinatuan, więc zapłaciłem jakiemuś typkowi 300 peso, żeby mnie podwiózł na motorze. Po drodze złapał nas tropikalny deszcz, a ja w plecaku komputer i wszystkie dokumenty z uniwersytetu. Trochę się zestresowałem, ale udało się, komputer działa, a na dyplomie moje imię też się nie rozmazało.

Hinatuan

Zalogowałem się do jakiegoś hotelu, w którym tradycyjnie nie było deski na kiblu. Było już późno więc od razu śmigałem na spotkanie z Belgiem i jego żoną. Był z nimi jeszcze jeden filipińczyk, taki maksymalny gej, który miał nam pokazać fajne miejsca następnego dnia. Wszystko spoko, tylko po tym jak wypiliśmy 30, czy 40 Red Horsów (co kosztowało nas jakieś śmiesznie małe pieniądze, chyba nawet nie 100 zł), wszyscy mega narąbani śpiewali karaoke. W pewnym momencie do lokalu wbija ekipa, pare dziewczyn i kilku kolesi. Kupili więcej piw i wyszli. Po sekundzie jedna z lasek z tej grupy wraca i pyta się mnie czy nie chciałbym z nimi pójść na imprezę domową. Ja mówię, że jasne, a na to nasz gej, że to super niebezpieczne iść z obcymi. Wyśmiałem go i powiedziałem, żeby w takim razie tu został, bo ja z nimi idę. Gej niechętnie, ale polazł za mną.

Domówka była całkiem spoko, chociaż nic specjalnego się nie działo. Co prawda każda laska niby coś tam flirtowała ze mną, ale Hinatuan to jest jakaś pierdolona wioska i ludzie mają tu wioskową mentalność. Jak tylko robiłem jakiś kontakt dotykowy z dziewczynami, one wycofywały się. Stąd też, ostatecznie olałem imprezę i poszliśmy szukać mojego hotelu. Gej się na mnie coraz bardziej wieszał, aż w pewnym momencie złapał mnie za rękę. Nie chce być niemiły, bo wiem jak to jest usłyszeć od jakiejś polskiej Joasi „spierdalaj” podczas zalotów, ale musiałem mu dosadnie przypomnieć, że lubię cycki i jak jeszcze raz mnie złapie za rękę, to wrzucę jego 40 kilogramowe ciało za żywopłot posesji obok. Zadziałało. W końcu dotarliśmy do mojego hotelu w którym brama była zamknięta. Po 10 minutach darcia ryja, żeby ktoś otworzył, postanowiłem przeskoczyć przez bramę z kolcami. Niby nic trudnego, tylko widziałem już nie różne zdjęcia jak ludzie się na to nabijają dupami, nogami, fiutami, a nawet twarzą, a ja byłem tak po 10 piwach. Gej krzyczy, że chyba zwariowałem, ale nie będę przecież spał na ulicy jak za pokój zapłaciłem. Przeskoczyłem.

Następnego dnia zwiedzaliśmy prowincję Bislig. Musze przyznać, że pare miejscówek robi wrażenie. Enchanted River, to chyba najbardziej niebieska laguna jaką widziałem w życiu. Z tego też miejsca wzięliśmy prywatną łódź i popływaliśmy po okolicy. Nie będę się rozpisywał o pierdołach, to nie jest blog podróżniczy, a Azja Po Zmroku. Z ciekawych jednak rzeczy, zatrzymaliśmy się w restauracji na morzu gdzie trzeba dopłynąć łodzią, a rybę jesz tylko taka którą złowią na twoich oczach. Nie chciałem nawet myśleć o warunkach higienicznych w tym miejscu. Woda może i niebieska, ale w kiblu nie było światła, jak się szczało, to właściwie nie było się w stanie nawet stwierdzić, czy trafia się do kibla czy nie. Mój kumpel Belg odlał się nawet pod prysznic, w złym pomieszczeniu i nie chciał mi uwierzyć, że to nie jest kibel, tylko właśnie miejsce do kąpania się. Oczywiście wody się nie da spuścić, a na kiblach tradycyjny brak desek (w sumie to zgaduje, bo i tak nie było światła). Mięli za to kilka fajnych kelnerek 17 letnich. Żona Belga, wracając z kibla (pewnie też lała pod prysznicem), powiedziała mi, że kelnerki mnie wołają gdzieś tam na zaplecze. Cóż miałem zrobić, ja jestem jak Rasputin, kobietom i wina nie odmawiam. Coś tam sobie niewinnie poflirtowaliśmy, na ile pozwalał ich łamany angielski, gdy nagle wpadł zazdrosny właściciel i zrobił taką awanturę, że nie wiedziałem, czy lepiej skakać za burtę, czy co robić. Założę się, że ten grubas rucha te kelnerki i dlatego mu się tak nie podobała moja obecność. Again, wioskowa mentalność ludzi.

Tej nocy spałem w lepszym hotelu, który miał recepcję czynną całą noc i nie trzeba było skakać przez druty kolczaste. Pokój był czysty bez robaków, nie śmierdział. Aaa, i na kiblu była deska. Prawie idealnie, czyż nie? No, nie do końca. Po pierwszym numerze 2, kibel się zatkał i znowu gówna prawie wypływały na podłogę. Próbowałem wszystkich znanych metod na odblokowanie, ale nic nie działało. Od tej pory miałem non stop paranoje, że zatkam kibel. Tak szacuje, że za każdym razem jak srasz na Filipinach, ryzyko zatkania kanalizacji wynosi jakieś 20%. I zaznaczam, ja nie używam papieru toaletowego (który uważam za mega obrzydliwy). Kible na filipinach zatykają się czystym klocem, bez dodatków w postaci chusteczek, czy innego badziewia. Ogólnie hardcore, na co dzień człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, jaki to luksus, że żyjemy w krajach gdzie jedno spuszczenie wody rozwiązuje problem. Na Filipinach możesz nakurwiać spłuczką 3 i 4 razy, a gówno dalej dryfuje gdzieś na powierzchni, a jak już się łaskawie spuści, to trzeba trzymać kciuku, żeby nie zapchało rur i nie wróciło na podłogę łazienki z kolegami. Ehhhh!

Dziewica #2

Jakaś randomowa laska która którą jak się okazało miałem na Facbooku, wysyła mi wiadomość, czy naprawdę jestem w Bislig. Okazało się, że mieszka 2 godziny jazdy autobusem stąd i jest chętna przyjechać. Co prawda nie ma żadnych pieniędzy i pożyczy 500 peso na autobus, za który z góry zobowiązałem się zwrócić pieniądze, ale i tak była chętna na przyjazd. Swoją drogą odważnie, jakby wszystkie moje pieniądze ograniczały się do 500 pożyczonych peso, to na pewno nie zapierdalałbym 100 km od domu na spotkanie z nieznajomym, który może się okazać jakimś zboczeńcem. Na szczęście dla niej, żaden ze mnie zboczeniec. No, może trochę. No może więcej niż trochę, ale za to jaki sympatyczny.

Po przyjeździe, zwiedzaliśmy jakieś wodospady i punkty widokowe w Bislig. W między czasie, w rozmowie zapytałem czy czasami nie jest dziewicą, na co usłyszałem, że miała już chłopaka, więc nie. Wieczorem wracamy do hotelu, jakieś przytulanie, etc, aż przechodzę do ataku. Znowu czuje dziwnie znajome trzęsące się nogi jak u dziewicy z przed kilku dni. Laska spięta na maksa, jakby jej mieli wyrwać zęba. Pytam się, czy możemy to odłożyć na później, kładę jej palec na usta i mówię ćśśśśś, zakładam gumkę i próbują w nią wchodzić, a tu… nic. Nie da się wsadzić. Wtedy pytam, „ejjj, ty na pewno miałaś już chłopaka wcześniej?”, na co słyszę, że nigdy tego jeszcze nie robiła, a skłamała, ponieważ mając 21 lat bycie dziewicą wydaje jej się już nie na miejscu i się zwyczajnie wstydziła. Nawet wspomniała, że kiedyś próbowała użyć dildo, żeby przerwać błonę dziewiczą, co też jej też średnio szło. A więc druga pod rząd dziewica zrobiona w przeciągu tygodnia. Swoją drogą, po finale też piękny komentarz zrobiła „o fuj, to wcale nie smakuje dobrze, dlaczego dziewczyny na pornosach lubią to jeść, to nie jest nawet słodkie”. Hehe.

Następnego dnia znowu spotkałem się z Belgiem i jego żoną. Wraz z nimi i moją dziewicą poszliśmy do karaoke w Bislig, gdzie poszło trochę Red Horsów. Mój błąd, że dałem niepijącej dziewicy alkohol, bo zmieniła się w nieporęczne dziecko pod wpływem procentów. Najpierw zaczęła płakać, że świat jest zły, ona ma dobre serce, a wszyscy ją robią w chuja na kasę. Pewna koleżanka dziewicy wymyśliła, żeby razem kupić bitcoiny. Dziewica więc, zamiast założyć swój własny portfel na zakup, oddała całe oszczędności koleżance, która zniknęła wraz z pieniędzmi. Za drugim razem została oszukana na 40,000 peso które jej rodzina musiała gdzieś pożyczyć, bo jakiś typ w Manili miał jej załatwić pracę na statku za tą kwotę. A że ona skończyła studia oficerskie, ma Bachelors of Science in sea transportation, to była to jej wymarzona praca. Oczywiście rodzina zamiast ją ostrzec, że pieniądze za prace, to jakiś oczywisty przekręt, sama się zapożyczyła i wysyłała córeczkę do stolicy.

Po dwóch godzinach płaczu, byliśmy już w domu i dodatkowo do łez, zaczęło się też rzyganie. Najpierw zrzygała się do umywalki, potem obok kibla. Nie była w stanie sprzątać, więc ten przyjemny obowiązek spadł na mnie. Następnie rzygała w łóżku. W ostatnim momencie ją wypchałem i bełty poleciały na podłogę, zamiast na poduszkę. Oczywiści w tym momencie zarzygała sobie już całe włosy. Płacz na przemian z rzygami i wyznaniami miłości do Jezusa. W pewnym momencie zaczęła mnie nieco irytować. Rzygi jeszcze zaakceptuje, ale patologicznego pierdolenia religijnego już nie bardzo. „Jesus I love you, I know you love me too, waaaah, why my life is so bad, Jesus love meeee” . Zostawiłem ją w łazience, gdzie zasnęła w pozycji kucającej, wyglądając trochę jak śpiąca kura. Zrobiłem nawet zdjęcie, ale chyba nie na miejscu byłoby wrzucanie tutaj. Z doświadczenia wiem, że dzięki życzliwości czytelników, co któraś laska o której tu pisze, czyta te teksty, więc nie będę się narażał 🙂 Z samego rana, obudziłem się z bananem w jej ustach, to miały być przeprosiny za jej zachowanie. Taki treatment od rana, jak jej nie wybaczyć.

Laska w sumie była całkiem sympatyczna, więc zabrałem ją ze sobą w dalszą drogę do Surigao, na samej północy Mindanao, skąd odpływa prom do Cebu. Spędziliśmy ze sobą kilka dni i generalnie dziewczynka chyba się we mnie zakochała na maksa, powiedziała już nawet rodzicom, że przeprowadza się do Tajlandii, bo poznała faceta który mieszka w Bangkoku. Codziennie do mnie pisze i snuje historie nawet o dzieciach, o tym kto z nas jaką będzie robił pracę, wysyła mi promocje biletów w Cebu Pacific na trasie Manila – Bangkok z sugestią, żebym może kupił.  W sumie to tyle naobiecywała jaką będzie idealną dziewczyną, że rozważam faktycznie ją tu ściągnąć na jakiś czas…

W drodze do Surigao dałem jej jakieś 100 peso w drobnych, bo już mnie wkurwiało, że za każdym razem jak chce kupić wodę, czy coś, to ona na mnie patrzy i czeka aż zapłacę. Dałem jej więc te drobne i myślę, spoko, już za kibel sobie może sama zapłacić. Tymczasem kupując orzeszki, mówi, żebym jej dał 15 peso. Pytam się gdzie jest stówa którą jej dałem, „oddałam ślepemu żebrakowi w autobusie”. Ja pierdole, laska nie ma żadnych pieniędzy, to jeszcze odda ostatnie drobne ślepemu… masakra.

Po 2 dniach w Surigao miałem już bilet na prom do Cebu. Rozłąka z dziewicom to był niezły dramat, płakała strasznie i prosiła, żebym ją zabrał ze sobą. Ale dla mnie ona była takim trochę strupem. Fajnie, że obrabiała pałę każdego poranka, ale jak ona nic nie robi całymi dniami tyko patrzy na mnie jak w obraz i chodzi za mną jak piesek, to zaczęło mnie to trochę męczyć. Może inaczej byłoby, gdybym ją miał w mieszkaniu w Bangkoku, ale aktualnie jestem w podróży i taki układ mi nie do końca odpowiadał. Trochę czułem się jakbym miał córkę którą trzeba się opiekować.

Z Surigao do jej miasta jest co najmniej 8 godzin autobusem. Daje jej więc 1000 peso, żeby miała na autobus i jakieś jedzenie, plus może taxówkę jeśli będzie taka potrzeba. Ona na to, że zwariowałem, ludzie pomyślą, że jest dziwką jak jej będę dawał pieniądze. Ale dać jej muszę, bo inaczej nie ma za co wrócić do domu. Więc mega gimnastyka, szukamy ustronnego miejsca z dala od wzroku obcych ludzi, abym mógł przekazać jej sekretnie pieniądze… Godzinę później byłem już na promie do Cebu i na tym zakończyła się 10 dniowa przygoda na Mindanao.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

 

Raport z Filipin 2018 (część 2)


Na Filipach jestem już niespełna miesiąc. Dużo się działo, oj dużo. Nie jestem już nawet w stanie odtworzyć wszystkich wydarzeń, stąd też napiszę kilka części podsumowujących. Nie każdego dnia udało mi się coś upolować, choć poświęcałem na to dużo czasu, monotonnie wręcz atakując portale randkowe, imprezy oraz centra handlowe . Początkowa z determinacją biegałem za filipinkami nawet do 5 rano, aż do skutku, jednak z biegiem czasu coraz mniej mi się chciało. Poniżej prezentuje raport z ciekawych sytuacji, o leniwych dniach przy książce, bez alkoholu, dziewczyn i orgii, nie będę wspominał.

Plaża w Manili

Plaża w Manili

Manila

Rano upragniona ewakuacja z hotelu. Buzi buzi z moją narzeczoną (pseudonim Ryba) i czas ruszać w drogę, tym razem padło na dzielnicę Malate. Wyszukuje last minute hotel deals i znalazłem jakiś tani pokój za niecałe 1000 peso. Na zdjęciu wyglądał ok. Tym czasem rzeczywistość można określić jednym słowem: tragedia. Cena absolutnie nie idzie za jakością. Pokój taki mały, że ledwo łózko się mieści i dzielona łazienka z koreańskimi back packersami. Jeszcze aby było zabawniej na recepcji wisi kartka, że nie wolno przyprowadzać gości. To sorry, ale gdzie ja mam to robić, jak nie w pokoju?! Dodatkowo brak sejfu, co jest trochę problemem bo mam przy sobie sporo cashu w gotówce i dwie karty z których jest co kraść. Wsadzam więc dolary pod materac i to się okazało bardzo złym pomysłem, bo natężanego dnia jechałem już w taxi to Makati, gdy przypomniałem sobie, że zapomniałem 1000 USD i paszport pod materacem w jakiś tanim guest housie, w którym jak miałem okazję zaobserwować, sprzątaczki podnoszą materac przy zmienianiu pościeli. I teraz pytanie, czy kiedy taka sprzątaczka widzi swoją prawie roczną wypłatę w pliku banknotów, to się skusi, czy raczej grzecznie odda na recepcji? Na szczęście, zdążyłem odzyskać, acz nie odbyło się to bez stresu. Dodatkowym problemem okazał się internet, który działał wyłącznie w restauracji na górze. Przed wyjazdem nabrałem sobie trochę studentów i uczę ludzi angielskiego i tajskiego przez internet. Tym czasem na Filipinach internet na którym można spokojnie porozmawiać na Skype okazuje się być sporym wyzwaniem.

Tego dnia cały proces latania za laskami był nieco utrudniony, gdyż nie wiedziałem czy moja potencjalna partnerka w ogóle zostanie wpuszczona do środka. Pokój zawsze zamawiam na dwie osoby, więc może by się udało, a może i nie, tego nie wie nikt. Na jednym z portali randkowych na Facebooku umówiłem się z jakąś średniawą laską na Santa Ana. Dlaczego nie czekałem na jakąś lepszą? Bo było wcześnie, a ta zgodziła się od razu na czynności które tygryski lubią najbardziej. To są plusy lasek o mniej reprezentatywnej aparycji. Dużo, dużo prościej dojść z nimi do spraw łóżkowych. Wynająłem pokój w drugim hotelu, ściągałem portki i oddałem się w jej ręce i usta. Po wszystkich ładnie dałem 100 peso na taxówkę i myślałem, że na tym temat się skończy. Tym czasem ona już z domu wysyła mi wiadomość, że chciałaby abym dał jej jakieś „pieniądze na mleko dla dziecka”. Ha, wspominam o tym, ponieważ ten tekst okazał się być odpowiednikiem chorego bawoła w Tajlandii. Tutaj dziewczyny masowo potrzebują mleka dla dziecka. Niby ma sens, wszak Filipiny nie na damo nazywane są fabryką dzieci. Jeszcze w 1970 na Filipinach było 30 milionów ludzi. W 2018 jest to 105 milionów. Czujecie blusa? Od dzisiaj powinniśmy zmienić przysłowie z ruchania się jak króliki, na ruchanie się jak filipińce. To jest jakiś przyrost naturalny z kosmosu. Ale tak to jest jak się daje kościołowi wprowadzić szariat chrześcjański i kondomy są haram.

W dzień wybrałem się jeszcze do dzielnicy Tondo, „na plażę”. Tondo to największe slumsy w Manili, jest to teren o najgęstszym zaludnieniu ludzkim na świecie, mieszka tu bowiem 69,000 ludzi na kilometr kwadratowy. Zbite blachy i kawałki jakiś płyt tworzą żałosną imitację mieszkań, w której mieszkają całe rodziny. Oczywiście wzbudzałem tu niemałą sensację, z prozaicznego powodu, jest tu po prostu niebezpiecznie i normalny biały omija Tondo szerokim łukiem. Nawet taksówarz zdradził, że nie bardzo chce się zapuszczać a te rejony. A ja właśnie dlatego chciałem to zobaczyć. Z radością dawałem się zapraszać na piwo przez rodziny mieszkające na wysypisku śmieci, u których cała  rodzina łącznie ma mniej zębów niż ja, a ich angielski ograniczał się do kilku słów. Oczywiście co druga dupa w ciąży, nie ważne, czy 14 lat, czy 45, na Filipinach wszyscy się rozmnażają jak jebnięci. W takim katolandzie obowiązuje całkowity zakaz aborcji. Ostatecznie okazało się, że nikt mnie nie zabił, nie zgwałcił, nie pobił, ani nawet nie zabrał kamery którą kręciłem filmy. Wręcz przeciwnie, wszyscy byli bardzo mili i obowiązkowe sesje zdjęciowe z wysokim białasem były nie do odmówienia. Raz tylko jakiś typ koniecznie chciał się ze mną napić, a kiedy odmówiłem powiedział „I will shoot you if you don’t drink with me„. Zaśmiałem się, ale jego mina była poważna. Szczerze to do dzisiaj się zastanawiam, czy to był żart, czy faktycznie chciał do mnie strzelać. Udało mi się też dojść do plaży w Manili, którą możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej. Smutna prawda o Filipinach – tak wygląda niestety wiele miejsc.

Tej samej nocy zostałem zaproszony przez pewną modelkę którą puknąłem podczas poprzedniego wyjazdu do Manili, aby dołączyć do niej i jej znajomych na imprezę do klubu Time. Jest to dziwna laska, która jest dominą SM i lubi spuszczać facetom wpierdol. Siada im na twarzy, bije ich pejczem i wyzywa od głupich kutasów. Twierdzi, że taki fetysz powstał na wskutek gwałtu, którego była ofiarą. Początkowo nienawidziła wszystkich samców, teraz chce ich po prostu lać i poniżać podczas seksu. Natomiast prezentuje się bardzo dobrze. No, z jednym wyjątkiem – na zdjęciach ma ogromne cycki, są tak duże, że jeszcze kiedy jej nie znałem, zaoferowałem jej kupno biletu do Tajlandii, aby mnie odwiedziła w Bangkoku. Tym czasem w rzeczywistości są takie, zwyczajne normalne, nic specjalnego. Ewidentne oszustwo Photoshopa lub jakieś wypychane nie wiadomo co, a ja o mało jej nie kupiłem biletu za 300 USD. To mnie generalnie wkurwia. Dlaczego dziewczynom wolno oszukiwać z cyckami, a przykładowo facet wkładający sobie, powiedzmy, skarpetkę w majtki, że niby ma takiego afrykańskiego pytona, jest już śmieszny i żałosny. Takie to trochę wieśniackie, zupełnie jakbym robił sobie zdjęcie w Ferrari z sugestią, że to moje, tym czasem do pracy popierdalał tramwajem. Nie wspominam już nawet o makijażu. Wole już, żeby mi laska przyszła w ogóle nie wymalowana, niż jak ma się zmienić w Shreka po tym jak wejdzie pod prysznic.

Wracając do klubu Time, jest to impreza typu after party, czyli ludzie schodzą się dopiero około 4, 5 rano. Tani jak na Filipiny też nie jest, bo wjazd 600 peso z jednym drinkiem w cenie. Ogólnie jednak godny polecenia. W środku moja domina siedziała z Anglikiem, 3 koleżankami i jednym ladyboyem. Za całą imprezę płacił anglik (how typical), a wszystkie koleżanki mojej dominy były równie atrakcyjne jak i ona sama. Jedną z nich znam już z poprzedniego przyjazdu do Manili, wtedy też wspominała o swoim Angliku który jest jakimś bankowcem w UK. Tej nocy nie zabierałem dominy do siebie bo autentycznie wstyd mi było brać ją do tego gównianego hotelu. To jest lasa z klasą, nie chciałem nawet, żeby zobaczyła tą norę, ale i nie miałem takiego ciśnienia, ponieważ koleżanka od mleka dla dziecka obrobiła mi już wcześniej pałę. Dlaczego więc o tym wspominam? Aaaa, bo następnego dnia było tak….

Miałem już kurewsko dość tanich hoteli więc wynająłem cały apartament przez Air bnb. W pewnym momencie dostaje wiadomość od dominy o treści „czy lubisz trójkąty, bo chciałabym zabrać koleżankę i do ciebie pojechać”. Po przeczytaniu pała stoi jak maszt na fregacie Kolumba, bo wszystkie jej koleżanki były naprawdę ładne i chętnie bym je robił dzień i noc. Podałem więc dominie adres i czekam. W pewnym jednak momencie przeszła mi niepokojąca myśl przez głowę. Bo przecież na imprezie był jakiż tranzystor-ladyboy… Wysyłam wiadomość, aby się upewnić: „hej, ale twoja koleżanka to nie jest ten ladyboy?”. Odpowiedź na którą NIE czekałem nadeszła, złamała mi serce, skurczyła ptaka, a z oczu popłynęły mi łzy. „Właśnie się dowiedziałem, ona jest pedałem” jak to śpiewali kiedyś w Polsce. Z wielkim bólem serca anuluje więc naszego trójkąta. Domina mówi, że on/ona może oglądać jak my się ruchamy, ale ja dziękuje za to. Nie chcę żadnych ladyboyów w mieszkaniu. Abstrahując od tego, że wstydziłbym się przed ochroniarzem wchodzić z nim/nią do mieszkania, to są to po prostu nieobliczane stworzenia które mają na maksa zryty beret hormonami. Wiecie jak to się mówi, że faceci na sterydach są psychiczni? Na tej samej zasadzie, transwestytom odpierdala w czapę od faszerowania się hardcorowymi ilościami estrogenu. I tak powiesz jedno złe słowo i dostajesz butelką w ryj od ladyboya. Takie z nich kobiety, że są gotowe jebnąć cię nożem za to, że odrzuciłeś ich zaloty. I butelka i nóż widziałem na własne oczy w Bangkoku. Butelką dostałem ja, nożem jakiś gościu na ulicy, nie wiem o co poszło. Moja rada – unikać ladyboyów jak ognia. Już nie mówiąc o tym, że jak już  ktoś ma coś ukraść, to prawie zawsze jest to ladyboy. A ja mam przy sobie trochę wartościowych rzeczy bo to dopiero początek wyjazdu. I tym oto sposobem trójkąta nie było…

Tego samego dnia, po tym jak okazało się, że internet i tak nie działa i znowu nie mogę pracować, udałem się do klubu Royal. Była tam taka laseczka w czerwonej sukience która strasznie się na mnie wieszała. Początkowo jej nie chciałem, ale widziałem, że jest strasznie chętna na dupakę, więc w końcu dałem się przekonać i ją zabrałem. W drodze do domu, laska non stop mówi taxówkarzowi, że zrobię jej białe dziecko, będzie miało blond włosy i niebieskie oczy. Eee, no fajnie. Wchodzimy do mieszkanie i po prysznicu do wyra. Cały czas ona mówi, żebym ściągał kondoma i walił strzała w jej miśkę, bo ona chce mieć białe dziecko. Mówię, że ja nie chce, nie będę się zajmował żadnym gówniarzem, a tym bardziej na niego płacił. Jak myślę o dzieciach, blah, gdyby była możliwość, aby nie widzieć żadnego gówniarza poniżej 16 lat do końca życia, to brałbym taką opcję bez namysłu. A najgorsze, że nie można się z takimi poglądami afiszować przed laskami, bo przecież w ich podświadomości ruchanie jest po to, aby zaciążyć i to do tego z facetem, który przy niej będzie i będzie się opiekował nią i gówniarzem. Tak czy inaczej, cała ta sytuacja mnie podjarała i tuż przed tym jak miałem skończyć, ściągnąłem gumkę i oddałem strzał…

Wiecie jak to jest, gdy ludzie pytają „czy na pewno wiesz, że nie masz dziecka?”. Ja już nigdy nie będę pewny. Oczywiście nie wymieniałem się z nią żadnymi numerami, Facbookami, etc. Sama powiedziała, że chce się opiekować gówniarkiem, najważniejsze, żeby miało jasne włoski i niebieskie oczka. A że z kasą może być różnie, to już chyba na Filipinach nie interesuje nikogo, bo robią sobie po 10 dzieci w rodzinie.

To be continued…

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

Raport z Filipin #2018 – część 1


Manila. Jakże cudownie być z powrotem! Specyficzny smród stolicy penetrujący nos od momentu wyjściu z samolotu, urokliwy syf, sterty śmieci walające się pod nogami, szałasy Tondo, rozpadające się przy pierwszym lepszym tajfunie, do tego fajne laski i jeszcze lepsze piwo – San Miguel light. El Hombre dorado!

Na pierwszą noc po przybyciu wynająłem iście zajebisty hotel Red Doorz (słowo zajebisty jest tu sarkazmem level 100, ale o tym za chwilę) w dzielnicy Cubao / Quezon. Quezon jest największym dystryktem 13 milionowej Manili i ma też największy wskaźnik przestępstw w całym kraju, dokonuje się tu statystycznie trzy zabójstwa dziennie. Dlaczego więc wybrałem właśnie Cubao? No chyba mnie znacie. Na randkę przyjechałem, a jakżeby inaczej. A właściwie to na dwie, albowiem przewidziałem, iż jedna z syrenek może okazać się tak zwanym flakiem i się nie pojawić, toteż przygotowałem drugą – zapasową. Fortunnie, żyjemy w dziejach powszechnego dostępu do internetu i takich spotkań można sobie ustawić nawet 5 dziennie, a w takim wielkim mieście jak Manila, materiały na potencjalną przyszłą Mrs Forsaken nie kończą się nigdy.

Filipinka z Quezon

Filipinka z Quezon

Do dzielnicy Cubao udałem się moto – taxi, używając aplikacji Angkas. Taki system jest jedynym sensownym, ponieważ Manila słynie z epickich korków i jest tu chyba jeszcze gorzej niż w Bangkoku. Przypomina mi się taka anegdotka, gdy kiedyś braliśmy autobus na trasie Manila – Angeles i tuż po starcie udaliśmy się spać. Po godzinie myśleliśmy, że może już czas wstawać, bo zaraz będziemy wysiadać, tym czasem według nawigacji google maps zrobiliśmy aż 6 kilometrów.

Hotel Red Doors. Na wstępnie dowiedziałem się, że nikt nie jest w stanie potwierdzić mojej rezerwacji, ponieważ ich system nie działa. A że zapłaciłem za pokój z góry kartą, zmuszony byłem czekać, aż system wróci do życia. Po 20 minutowym check in’ie byłem już w pokoju, w którym jak się okazało nie ma deski klozetowej, woda się zasadniczo w ogóle nie spuszcza, zaś hasło do internetu które dostałem nie działa. Biegnę więc do recepcji po poprawne hasło, gdyż komputer jest mi niezbędny do pracy. Nowe hasło również nie działa, ale żeby nie było tak fajnie, że od razu sprawdziłem, kolejną niespodzianką okazało się to, że karta-klucz nie otwiera mojego pokoju. Tak więc znowu wycieczka na recepcję, żądam naprawy klucza lub zmiany pokoju, ale dowiaduje się łamanym angielskim, że karta nie działa w żadnym pokoju, nie tylko moim, stąd za każdym razem musi biegać cieć z recepcji, aby otworzyć mi drzwi swoim master-key. Pytam po raz trzeci o poprawne hasło do internetu, co wywołało konsternację na ich twarzach, zwołali cały staff, aż w końcu okazało się, że nikt z nich nie zna hasła. Oficjalnie powiedziano mi, że internet aktualnie nie działa i nie będzie działał. Super hotel 3*.

W międzyczasie pierwsza nimfa z którą byłem umówiony stwierdziła, że na pewno miałem przyjechać innego dnia i dzisiaj nie może wyjść. Bardzo ciekawe, bo jeszcze poprzedniego dnia pytała się, czy wyjść po mnie na lotnisko, a dzisiaj już twierdzi, że w ogóle nie miała pojęcia o dacie mojego przyjazdu, choć umawialiśmy się nie tylko na konkretny dzień, ale nawet i godzinę. Próbowała mi nawet robić screen shoty naszej rozmowy, aby udowodnić, że jest niewinna niczemu, na których jednak wyraźnie było napisane kiedy przyjeżdżam. Tutaj chyba winą jest ich generalnie słaby angielki. Powszechnie panuje opinia, że wszyscy Filipińczycy mówią świetnie po angielsku. Dobrze mówią chyba na tle Tajów, albo chińczyków którzy języków obcych nie znają wcale, przy czym wielokrotnie zauważyłem, że używanie bardziej wyszukanego słownictwa sprawia, że nikt nie rozumie co się do nich mówi. Aaaa, I ten ich angielski jest 100% amerykański, jeśli np. powiesz „indicator” zamiast „blinker”, to nikt się nie domyśli co miałeś na myśli.

Fortunnie całą sytuację przewidziałem i randka numer 2 była ustawiona jeszcze przed moim przyjazdem. Sam przebieg jest linearny i można by wręcz rzec nudny – umawiamy się pod moim hotelem, bo przecież nie znam okolicy i nie wiem gdzie iść można, a nawet nie szczególnie wiem jak się poruszać po okolicy. Następnie dochodzi do spotkania i standardowi filipinka nie wie gdzie można wyjść w jej okolicy. Proponuje więc abyśmy kupili San Miguele z 7/11 i zastanowili się co można robić w moim pokoju.

Około dwie godziny później ściągnąłem z niej majtki, a w powietrzu uniósł się zapach zgniłej ryby. Nie żeby mnie to jakoś specjalnie powstrzymywało, to się akurat zdarza często. Laską czasami walą cipki, tak już jest i koniec. Czasami przypomina to bardziej zapach kalmara, innym razem tradycyjny karp. Ciekawi mnie tylko, czy one tego nie czują? Bo mnie osobiście byłoby trochę głupio, gdyby po wyciągnięciu Pytona z portek w powietrzu uniósł się np. zapach zgniłych jajek albo jamy ustnej o poranku. Anyway, sama laska bardzo ładna i bardzo fajna, do tego pracuje w firmie ojca, więc sama sobie zapłaciła za taxówki. Nie żeby to była jakaś oszczędność dla mnie, ale tutaj na Filipinach zarobki są tragiczne, więc wiele lasek oczekuje wsparcia finansowego ze strony faceta. Taka z pracą i swoimi pieniędzy ma więc plus 1 w skali zajebistości. I tak nasza dziewczynka była 8/10, ale za zajebistość ma + 1 i staje się dziewiątką w skali zajebistości Forsakena. Tak btw za zapach ryby nie ma punktów ujemnych w moim rankingu.

A teraz powracamy do przygód ze wspaniały, hotelem Red Doors Cubao. Po pierwszym  waleniu zachciało mi się numer 2, więc siadam na kiblu bez deski, odwalam robotę, a tu kloc się nie tylko nie spuszcza, ale woda zaczyna się wylewać na podłogę i kawałki gówna rozpływają się w każdym kierunku. Alleluja, tego jeszcze tylko brakowało. Mówię więc mojej nimfie, że ubikacja jest nietegos, nie korzystamy. Oczywiście szybko zapomniała, a przecież ostrzegałem i jak poszła pudrować buźkę, czy tam psikać się jakimiś śmierdzącymi perfumami, to nadziała się na niespodziankę I zrobiła takie “eww”. Ale dalej mnie kocha I chce się spotykać 🙂

Tej nocy odwiedziliśmy jeszcze bary w Quezon, podobno miało się tam coś dziać, ale generalnie była trochę tragedia jak chodzi o życie nocne. O dziwo, w jednym z roof topów siedziały ze 3 białe laski. Co one tutaj robią?! Byłem przekonany, że jestem tutaj jedyną białą mordą w całej dzielnicy. Swoją drogą ceny alkoholu są absolutnie epickie na Filipinach. Za dwa San Migusie w roof top barze zapłaciliśmy 100 peso, czyli jakieś niecałe 7 zł. Piwo w takim samym miejscy w Bangkoku kosztowałoby 2 razy więcej.

Po powrocie do hotelu udaliśmy się spać. A przynajmniej próbowaliśmy spać, bo nienawidzę spać z klimatyzacją, jest mi nie tylko za zimno, ale i budzę się chory. Albo ucho boli, albo nos zatkany, albo pała nie staje…. nie no, z tym ostatnim to wiadomo, nie jest tak źle, bo dużo ćwiczeń 🙂 Tyle tylko, że jest kwiecień – najgorętszy miesiąc w tej części Azji, więc spanie bez klimy powoduje zalanie się rzeką potu.

To be continued

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

Filipiny – PagPag, czyli jedzenie odpadów ze śmietnika sposobem na życie


Filipiny – wyróżniony posiłek dnia: PagPag

Brzmi niemalże jak ciekawa i egzotyczna potrawa, Czyż nie? No cóż…
Pagpag jest powszechnie znany jako żywność przetrwania na Filipinach, tego typu forma odżywiania się jest powszechnie praktykowane w Tondo, dzielnicy którą uważa się za najbiedniejszą w stolicy Filipin, Manili. Jego nazwa to lokalne określenie filipińskie, które dosłownie oznacza „pozostawione resztki”. Są to wyrzucone z łańcucha żywnościowego odpadki z restauracji, typu nie do końca obgryzionych kości, lub przeterminowanego mięsa, które wylądowało w koszu.

Filipiny,Manila, PagPag

Filipiny,Manila, PagPag

Niektóre pośród nich, to kawałki skrzydełek kurczaka z McDonalds, częściowo zjedzone kiełbaski, hamburgery lub frytki ze śmietnika, których ktoś postanowił nie dojeść, a nawet zepsute oleje spożywcze.

Można śmiało uznać, że Pagpag jest nie tylko brudnym, obrzydliwym i zwyczajnie ryzykownym dla zdrowia posiłkiem, natomiast dla nieuprzywilejowanej grupy Filipińczyków jest to jedno z najbardziej praktycznych i wartościowych posiłków w ciągu dnia. Osoby które spożywają Pagpag, nazywane są „mambabatchoy”.

Jak jest przyrządzany Pagpag?
Pagpag można pobrać bezpośrednio po usunięciu zauważalnych zanieczyszczeń i odrażających substancji. W większości przypadków Pagpag jest przygotowany na jeden z dwóch sposobów, zanim zostanie podany na pusty żołądek, w zależności od jego stanu. Najprościej, można go po prostu jeszcze raz przyrządzić za pomocą ponownego gotowania w oleju. Alternatywnie, można go usmażyć z cebulą i przyprawami, przekształcając tym samym w tradycyjne filipińskie potrawy, takie jak Adobo lub Kaldereta.
Sam proces i końcowy efekt jest zarazem imponujący, tak jak i niefortunne. Można docenić akt zaradności, choć jest to zwyczajnie smutne, zważając na to, iż ludzie ci muszą zaakceptować fakt, że aby się nasycić, zmuszeni są jeść cudze odpadki.
Jakie zagrożenie niesie ze sobą jedzenie Pagpag?
Nie jest tajemnicą, że spożywanie Pagpag może prowadzić do wielu chorób przenoszonych przez żywność, takich jak WZW typu A, grypa żołądkowa, dur brzuszny, biegunka, oraz cholera. Jedzenie Pagpag jest jak dobrowolne pozwolenie, by toksyny oraz niebezpieczne bakterie dostawały się bezpośrednio do wnętrza ciała.

Zarówno konsumentów, a w szczególności sprzedawców Pagpag ostrzega się, aby nie angażowali się w proces recyklingu jedzenia, a tym bardziej spożywania odpadków. Niefortunnie, cały proces jest powszechny ze względu na ekstremalne ubóstwo, a sprzedawcy upierają się, że nie jest to ani szkodliwe, ani tym bardziej nie sprawia, że ktoś choruje po jego spożyciu. Trudno stwierdzić, czy ludzie ci mogą nie zdawać sobie do końca sprawy o długotrwałych negatywnych skutkach spożywania odpadków, czy zwyczajnie bagatelizują sprawę, ponieważ stanowi to ich źródło utrzymania.

Pagpag nie jest ani tradycyjnym filipińskim jedzeniem, ani tym bardziej ich kuchnią, ale ze względów praktycznych „mambabatchoy”, osoby odżywiające się odpadkami,
traktują to jako jedyną dostępną alternatywę i po prostu muszą jeść to, co jest najtańsze, lub całkiem darmowe, aby wyżywić siebie oraz swoje dzieci. Ludzie w slamsach Manili kupują to na co ich stać. Można by obwiniać rodziców za podawanie tak ryzykownych potraw własnym dzieciom, natomiast za jedyne 20 peso (1,30zł),  można wykarmić
całą rodzinę, co jest tu przeważającym argumentem.
TAK, „mambabatchoy” mogą być w pełni świadomym konsekwencji i ryzyka, ale najlepszym wyborem jest ŻYĆ i przetrwać.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

 

Pattaya – przykładowy program zwiedzania


Poniżej zamieszczam przykładowe punkty które można zwiedzać w Pattaya. Oczywiście zrobienie ich wszystkich w jeden dzień, może być niemożliwe czasowo, natomiast zamieszczam je jako rekonesans co można robić w największym mieście rozpusty.

Wyspa Koh Larn, Pattaya, Tajlandia

Wyspa Koh Larn, Pattaya, Tajlandia

Dzień:

Wyspa Koh Larn – najbliższa wyspa która może kandydować na miano „rajskiej”. Białe piaski, niebieska woda, góry i piękne widoki. Prom na wyspę płynie 40 minut, lub prywata motorówka 15.

Jomtiem beach – choć Pattaya nie słynie z najpiękniejszych plaż w Tajlandii, to na Jomtiem beach warto zajrzeć i chociaż zamoczyć nogi w zatoce tajskiej. Można tu też zobaczyć inne, bardziej grzeczne oblicze Pattayi.

Punkt widokowy Khao Pattaya – znajdujący się na wzgórzu Pratumnak punkt widokowy, jest najbardziej widowiskowym miejscem w regionie. Półksiężycowa panorama zatoki prezentuje się w iście spektakularny sposób.  Idealne miejsce dla koneserów fantastycznych widoków.

Noc:

Beach road – setki barów, restauracji, klubów go go, masaży, lasek sprzedających się na plaży, etc. Czuć nadmorski klimat i choć jest tu generalnie plaża, to choć brzydka i woda brudna (druga plaża w Pattaya – Jom Tiem, jest zdecydowanie lepsza), to zawsze zdjęcie można cyknąć i nogi zanurzyć. Przyjemniej jest się też napić tu piwa wieczorem.

Walking street – najpopularniejsze miejsce w Pattaya z setkami klubów go go, różnego rodzaju knajp gdzie można zjeść homara, lub wielkie krewetki, a także masa hoteli, głównie godzinowy. Najlepszy klub go go na Walking Sreet to Windmill, jest chyba najbardziej hardcorowym w całej Tajlandii, gdzie dziewczyny chodzą z ręczniczkami podcierają sobie piczki, po tym jak klienci robią im dobrze w zamian za 100 batowy napiwek. Najlepszy klub nocny (według mnie) to Ibar. Jest to miejsce gdzie prędzej czy później większość lasek z go go, po zakończeniu pracy idzie dalej imprezować. Poza sezonem na jednego faceta przypada tam 5 lasek.

Soi Buakhao – jest to długa ulica na której znajdziesz najtańszą bazę noclegową (nawet za 300 batów), podobnie do beach road, jest tu masa masaży, barów z hostessami, restauracji, you name it. Można tu również znaleźć tak zwany blow job bar, gdzie za 800 batów można dostać dodatek do piwa.

Walking Street Pattaya Tajlandia

Walking Street Pattaya Tajlandia

LK METRO – największy po Walking street zlepek barów go go z cenami za drinki od 60 batów. Na ulicy można też zjeść taniego kebaba lub burgera.

Beach road soi 6 – jedna ze sławnych ulic w Pattaya, na której znajduje się ekstremalnie duża ilość barów z dziewczynami. Poza blow job barami, których jest tu z 5, znajdziesz tu masę miejsc z barówkami, masaży, a także różne innye miejsca, które na pewno spodobają się niegrzecznym chłopcom.

Kluby w Pattaya – na zakończenie udajmy się na clubbing i rozbijamy się po najlepszych klubach nocnych w Pattaya. Imprezowanie w Pattaya wychodzi sporo taniej niż w Bangkoku, nie ma tu opłat za wejścia do klubów, a piwo zamiast 200 batów, kosztować nas będzie 140. Pattaya słynie oczywiście z niesłychanej ilości atrakcyjnych dziewczyn, które są bardzo przyjazne i za niewielkie pieniądze potrafią bardzo umilić pobyt.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku