Mindanao – wyspa dziewic i terrorystów (Filipiny część 3)


Koła samolotu mocno uderzyły o płytę lotniska i oto znalazłem się w Davao, największym mieście wyspy Mindanao. Tuż po wyjściu z lotniska przywitała mnie cała lista mord poszukiwanych terrorystów. Typowe dla muzułmanów brody i obowiązkowo zakryte włosy kobiet, jak nakazał imam, nie pozostawiają wątpliwości jaką religię wyznają lokalni terroryści. Jak powszechnie wiadomo, islam to religia pokoju.

Mindanao, Filipiny

Mindanao, Filipiny

Wiele osób przestrzega przed zapuszczaniem się na Mindanao. Jest to bowiem jedno z miejsc, w których islam szaleje w pełni tego słowa znaczeniu, czyli porywają, obcinają głowy, zakopują żywcem ziemi. Pamiętacie jeszcze Marawi, miasto na Filipinach które zostało przejęte przez islamskich fanatyków i ogłoszone miastem ISIS? Tak jest, Marawi znajduje się właśnie na Mindanao. Oczywiście nie jest tak, że wszędzie jest super niebezpiecznie, są rejony do których lepiej się nie zbliżać i takie, w których raczej nic złego nie powinno się przydarzyć. Davao jest rzekomo jednym z tych miejsc, w których jest raczej bezpiecznie. Tymczasem szybki google search zdradza, że Davao we wszystkich statystkach jest 4 najgorszym miastem na Filipinach jeśli chodzi o indeks przestępczości, zaraz po Quezon, Manili i Cebu. Tereny na które lepiej się nie zapuszczać, to Cotabato (które sąsiaduje z Davao), Marawi, Zababonga i wyspy Sulu. Sulu jest szczególnie niebezpieczne, to właśnie tutaj urzęduje bowiem Abu Sayyaf – grupa islamskich terrorystów z długa historią paskudnych przestępstw.

Taxówką dojechałem do hotelu polecanego przez mojego przyjaciela z Belgii, który mieszka w Bangkoku od 15 lat, a jego żona pochodzi właśnie z Mindanao. Jak twierdził, na Mindanao jest tak tanio, że za 500 peso można spać w hotelu z airconem. Jakież było moje rozczarowanie, gdy po wejściu do tego wspaniałego hotelu, odkryłem, że – znowu – na kiblu nie ma deski, wodę spuszcza się wiaderkiem w którym komary składają jaja, a z prysznica leci wyłączanie zimna woda. Niegdyś białe prześcieradła mają obecnie nieco bardziej żółtawą odcień, a rozmiar pokoju taki bardziej dla hobbita, a nie faceta mojego pokroju, który mierzy sobie ponad 6 stóp wzrostu. Ale nie kłamał – klimatyzacja faktycznie jest.

Było już godzina 10 w nocy. Wszystkie dziewczyny z którymi miałem się spotkać, twierdzą, że to absolutnie za późno na wyjście z domu. Tego własnie nie cierpię na prowincji. Davao niby ma 2 miliony mieszkańców, ale ewidentnie ludzie mają jakąś mentalność mało miasteczkową, żeby nie powiedzieć wiejską. Może 5 lat w Londynie i 7 lat w Bangkoku sprawiły, że nie potrafię się już odnaleźć w mniejszych miastach, natomiast naprawdę mocno mi przeszkadza takie nastawienie ludzi. Wszystko jest za daleko, choć de facto, takie 2 milionowe miasteczko to na upartego da się przejść na nogach. Noc jest od spania, wschód słońca od wstawania. Rozumiem, na wsi trzeba wyprowadzić bawoła w pole i wydoić krowę, ale dlaczego w takim mieście jak Davao ludzie dalej chodzą spać, jakby mieszkali na farmie?

Wychodzę więc na miasto bez konkretnego planu. Tuż przy hotelu zaczepia mnie kulawa dziwka w ciąży, wiek na oko 50 lat. Do you want service? Z ciekawości pytam ile taka usługa od starej baby w ciąży. 1500 peso. Odchodzę i od razu zrobiło się 1000. Dalej dziękuje i idę dalej. Szukam miejsca gdzie można się napić Red Horsa. Ciężko z tym. Same bary karaoke, gdzie filipińce drą ryja do jakiś szarpidrutów. W końcu znajduje ‚Hot legs’, jak się okazuje taki lokalny odpowiednik barów go go. Trochę obawiając się, czy mnie nie opierdolą z kasy, oszukają, zgwałcą lub zabiją, wchodzę do środka. Nie mogę tego przegapić, bo niby jak inaczej opiszę życie nocne w Davao.

Do Hot Legs jest płatne wejście, 50 peso, czyli jakieś 3zł. W sali siedzą młodzi i starzy filipińce, palą papierosy i piją piwo, na scenie zaś „tańczy” z 10 średnio urodziwych pań o średniej wieku 30+. Generalnie to mi się nie podobało, aż do momentu w którym zaczęły ściągać majtki. Ciekawa obserwacja, wcześniej bowiem nie podobała mi się żadna z pań, kiedy zaś zaprezentowały się bez ubrań, szybko zmieniłem zdanie, brałbym do pokoju połowę. Nie były takie złe, większość miała wygolone paski. W ogóle ciekawe, że są na Filipinach miejsca w którym dziewczyny się rozbierają, bo np. w Manili i Angeles i Cebu, zawsze są w bikini i nigdy im żadna garderoba nie spada.  Dziewczyny rzuciły się na mnie jak muchy na gówno – w końcu widok białego (i to jeszcze poniżej 60 lat), to w Davao rzadkość. Lady drinki kosztują coś koło 300 peso, istnieje też możliwość wynajęcia prywatnego pokoju i zabrania tam dziewczynek. Od razu też dodały, że w takim pokoju mogą zrobić dobrze ustami za 1000 peso napiwku. Po piwie wyszedłem. wszystko było ok, nikt mnie nie oszukał, nie zgwałcił, etc. Czy więc można bezstresowo chodzić do Hot Legsów w Davao?

Innego dnia byłem w Hot Legs ze znajomym z Polski i wszystko nie było już takie piękne. Laski może i mieli lepsze, choć nie ściągały majtek, ani nawet nie można było radować oka widokiem cycka, to były całkiem przyjemne z aparycji, nawet pomimo tego, że zdawały się być mocno nadszarpnięte dziećmi. W tym drugim Hot Legsie, już na wstępie lecieli w chuja. Po pierwsze, przyszedłem tam z dziewczyną i na rachunki skasowali ją 100 peso, zamiast 50 za wejście. Po drugie, dostałem na maksa wygazowane piwo, które musiało stać otwarte co najmniej 5 godzin, bo nie miało ani jednego bumbelka. Kelner mnie totalnie zignorował i uciekł kiedy zgłosiłem swój przeciw. Czyżby robili zlewki? Jak ktoś nie dopija, to zlewają do butelki i podają jako nowe piwo? Tego już się nie dowiem. Na szczęście moja laska poszła zrobić awanturę i piwo wymienili. Natomiast jeszcze gorzej było, kiedy mój kumpel zamówił lady drinka dla jednej z hostess (hostessa, ale ładne określenie na dziwkę 🙂 ). Dziewczynka kolegi zamówiła sobie piwo, a na rachunku 600 peso zamiast 300. Wzywamy obsługę która nam wkręca, że to podwójny drink, stąd 600. Ale piwo jest jedno, to jak ma być podwójne? Do tego sama laska powiedziała 3 razy, że koszt jej drinka to 300 i tak samo jest napisane na drzwiach, więc skąd się wzięło 600? No cóż… Gdyby była to Tajlandia, to zrobiłbym mega scenę i cena wróciłaby do normalnej, ale że jesteśmy na Filipinach w których nie wiemy jak i co działa, to kumpel postanowił zapłacić te 600. Natomiast po tym doświadczeniu nie wróciliśmy już więcej do Hot Legsów. Skoro oszukują w tak bezczelny sposób, to niech szukają klientów gdzie indziej.

Wracając do dnia pierwszego. Po wyjściu z Hot Legsów, okazało się, że w Davao jest godzina policyjna od 12stej w nocy i jest wielka czarna dupa, bo nie ma nic. Po pierwszej nocy byłem wielce rozczarowany tym miastem. Uciekłem nawet z samego rana do miasta Digos, aby spotkać się z Belgiem i jego żoną o których wspominałem. Digos… co za pomyłka. Nie dość, że żadna laska z netu nie chciała wyjść, bo za późno, bo nie weekend, bo nie wie co mamie powiedzieć, to w jedynej imprezowni w mieście, laski mnie zlewały jak nigdzie indziej na Filipinach. Było tak źle, że kiedy zapytałem się jakiś panienek, czy mogę z nimi usiąść, usłyszałem NIE. Tragedia. Ale przynajmniej w hotelu była deska na kiblu. Szkoda tylko, że brakowało okna. Z tymi deskami na kiblach, nie wiem o co chodzi. Co drugi hotel nie ma i to nawet te 3*. To jest jakiś żart filipiński, jak można coś takiego oferować ludziom.

Następnego dnia powrót do Davao, gdzie byłem umówiony z bardzo sympatyczną dziewczynką w parku. Rozmawialiśmy godzinami, dokuczaliśmy sobie, wymyśliliśmy głupie ksywki. Potem poszliśmy na imprezę do czegoś w rodzaju roof topu, grała tam muzyka na żywo. Alkohol tak tani, że w Bangkoku chyba woda droższa w knajpach niż tam piwo. O 12 wszystko zaczęło się zamykać (godzina policyjna), więc zabrałem ją do swojego mieszkania które wynająłem przez Air Bnb (hoteli już miałem dość). Oczywiście przed pójściem do mnie musiałem złożyć przysięgę na Chrystusa Zbawiciela, że nie będę próbował jej wyruchać. Po wejściu do domu ściągałem z niej majtki chyba w pierwszych 5 minutach. Nie chciała za to ściągnąć butów, więc tylko zsunąłem z niej dolne części ubrania, podniosłem nogi i zrobiliśmy to w takiej dziwnej pozycji. Przynajmniej coś nowego. Po samym akcie, ona musiała wracać do domu, bo inaczej współlokatorka wiedziałaby, że spędziła ze mną noc, aka ruchała się. A pozory trzeba trzymać.

W sumie dobrze się złożyło, że poszła, bo odprowadzając ją na taxi, odkryłem nowe miejsce do picia alkoholu po godzinie policyjnej. Otóż moje mieszkanie było w slumsach Davao, zaraz przy Oceanie Spokojnym. Wszędzie znaki w którą stronę uciekać w przypadku tajfunu, tsunami, lub trzęsienia ziemi. Dziwna akcja, ale to właśnie slumsy są najbardziej narażone na klęski żywiołowe (swoją drogą na Filipinach ginie w klęskach żywiołowych najwięcej ludzi na świecie, tajfuny potrafią zdmuchnąć całe wioski z powierzchni ziemi). Wracając już sam do domu zauważyłem, że jakieś dziewczyny piją alkohol na ulicy, a była już co najmniej 3 rano. Zapytałem czy mogę się przysiąść, postawiłem litrowego Red Horsa i było super. Od tej pory codziennie po godzinie policyjnej szlajałem się po slumsach i piłem z losowymi ludźmi. Mega przyjazne towarzystwo, przykładowo te pierwsze laski tłumaczyły mi, że głupio im nawet przyjąć ode mnie piwo, bo nie chcą, żebym myślał, że Filipinki to gold diggery, lub naciągaczki na kasę. Innym razem postawiłem typkowi piwo i zdradziłem, że bardzo lubię dziewczyny. Poleciał gdzieś i przyprowadził jakąś 18stkę. Wsadził mi ją na kolana i powiedział „enjoy”. Nie pukałem jej, już nawet nie pamiętam dlaczego, ale sam gest bardzo mi się podobał. Najlepsi ludzie w Davao są na slumsach! A co do jedzenia, sprzedają tam masę warzyw i owoców za jakieś tak śmieszne ceny, że ciężko w to uwierzyć. Np. mały zestaw warzyw w torebce kosztował 5 peso, czyli 30 groszy. A były tam i pomidory, i ogórek, jakaś cebula i parę innych rzeczy. Szczerze to nigdy nie byłem w miejscu o niższych cenach niż Mindanao. Wyjątkiem są tu jednak hotele, które są beznadziejne i drogie.

A teraz przejdźmy do dziewic, których na Mindanao nie brakuje. Powiedziałbym nawet, że jest to raj dla facetów o takim fetyszu, bo sporo lasek nawet po 21 lat, nigdy nie miało w sobie prącia. Do tego wszystkie się zakochują po pierwszym spotkaniu, tak samo zresztą jak ta moja dziewczynka co butów do seksu nie lubi ściągać. Do dzisiaj do mnie codziennie piszą, a minął już ponad miesiąc. Jakbym kiedykolwiek szukał żony, to na pewno byłoby to właśnie na Mindanao i polecam każdemu kawalerowi, który się nie boi islamskich terrorystów, maczet odcinających głowę i porwań dla okupu – ja jeżdżę na motorze w Tajlandii gdzie dziennie ginie na drogach 60 ludzi, więc się nie boję.

Dziewica #1

Poznaliśmy się na Facebooku. Po krótkiej rozmowie, rutynowo zapytałem czy ma dzieci. To jest ważne pytanie, bo Azjatki po dzieciach są mega sflaczałe, z potarganym brzuchem, dupskiem, cyckami które zmieniają się w worki tłuszczu i mocno obniżonym libido. Za dziecko jest z automatu -3 punkty w rankingu zajebistości Forsakena. Tymczasem ta laska śmieje się, że jak może mieć dziecko będąc dziewicą. Od razu zaznaczam, że dziewice to nie jest żaden mój fetysz, powiedziałbym nawet, że chociaż nie jest to minus, to na pewno i nie plus, bo dla nich pójście z facetem do łóżka to mega wydarzenie życia i potem są telenowele, dramaty, etc, a ja po prostu chce się przespać z fajną laską, tak jak każdej innej nocy. Z dziewicą #1 spotkałem się natomiast dlatego, że ma wielkie cycki. Po 7 latach w Tajlandii, która ma pierwsze miejsce na świecie jeśli chodzi o najmniejsze cycki, wyrobiłem sobie taki własnie fetysz – lubię duże. To znaczy nie jest to mus, bo gdyby był to w ogóle nie mieszkałbym w Azji, ale duże cycki to +3 w rankingu zajebistości Forsakena.

Zaprosiłem ją więc na wspólną podróż na wyspę Samal. Samal to wyspa na której jeszcze 2 lata temu (w 2015) Abu Sayyaf porwali 3 białych turystów i jedną Filipinkę, która była dziewczyną jednego z porwanych. Nie chce mi się szukać co się z nimi stało, albo ich wypuścili, albo im obcięli głowy. Nigdy nie wiadomo co strzeli do głowy jebniętym muzułmanom… Tak więc, jako że moja dziewica była tam miejscową, oddałem się w jej ręce, czyli dałem zaplanować jak pojedziemy. Jak potem popatrzyłem na mapę, to załamałem ręce, bo port jest tuż przy slumsach, a ona zabrała nas na jakiś prom przy lotnisku, przez co jechaliśmy 45 minut w jeepney’u (lokalnym autobusie), z którego tak kopciło, że już po 10 minutach chciało mi się rzygać. Sama wyspa, no cóż, może nie powinienem oceniać książki po okładce, ale raczej tragedia. Pierwsza plaża na którą pojechaliśmy zażyczyła sobie 250 peso od osoby za wejście. Co to ma w ogóle być, żeby brać opłaty za wejście na plażę?! Podobno super mają facilities i dlatego taka droga. Proszę więc o próbkę i jakiś cieć bierze nas to pojazdu na prąd, żeby nas podwieźć. Nie działa. Wsiadamy do drugiego, przejeżdżamy 30 metrów i drugi pojazd też nie działa. Idziemy na nogach, a tam plaża taka se, nic ciekawego. Fajny basen, ale iść na plażę, żeby potem siedzieć w basenie, to trochę jak iść do kina i oglądać film z Youtuba na komórce. Pojechaliśmy więc na inną plażę, dla biednych, bo wejście było tylko 40 peso. Plaża powiedziałbym adekwatna do ceny, czyli generalnie chujówka. Za to mieli piwo i udało mi się upić dziewicę, a to już plus, wiadomo, dziewczyny po alkoholu są dużo śmielsze w ważnych sprawach.

Po powrocie do Davao, znalazłem nowy hotel, w którym była deska na kiblu, czysta pościel i w ogóle wow, prawie jak normalny hotel. Prawie robi jednak różnicę, bo wymiary były może 2,5 metra na 2 metry. Jak się kładłem, to nogi i głowa dotykała ścian. Ale przynajmniej nie widać żadnych insektów, bo w hotelu z poprzedniej w nocy obudziły mnie karaluchy które spacerowały po moim ciele. A teraz wracamy do dziewicy i rozdziewiczania. Niby mówiła, że nie, ale jej mowa ciała była na tak, więc nie przejmowałem się zbytnio jej sprzeciwami i ją zrobiłem. Ahhh, te wielkie cycki, nigdy tego nie zaponę. Z miśki poleciało tylko kilka kropelek krwi, ale plamy na pościeli nie pozostawiły wątpliwości – dziewica. Miała za to super nastawienie, bo chociaż trzęsły jej się nogi jak chyba każdej dziewicy, to przy drugiej rundzie już chciała próbować wszystkiego. Od tyłu, na górze, do góry nogami. A kiedy skończyłem z bananem w jej buzi, z zaskoczeniem zapytała „dlaczego to smakuje jak ciepła woda z solą”. Jak słodko 🙂 Następnego dnia czas już był ruszać dalej w podróż, a przyznam, że bardzo żałuje, że nie zostałem z nią dłużej. Mega fajna i pozytywna laska, może nawet materiał na coś dłuższego?

Następnego dnia byłem w autobusie do Bislig. 6 godzinna podróż z filipińcami w jednym autobusie była przeżyciem z gatunku horrorów. Filipińce do autobusu na 40 osób potrafią wsadzić 60. I tak np. masz obcą babe na kolanach, koguty pieją niezadowolone z bycia zamkniętymi w jakiś ciasnych kartonach, które co chwile spadają z siedzeń, po podłodze walają się jakieś marchewki, ogórki i chuj wie co oni tam jeszcze przewozili. Do tego był karzeł i pan bez zębów który puszczał melodyjki z 15 letniej Nokii. Autobus bez klimatyzacji, a jakże, więc zapachy też były mocno swojskie.

W końcu dojechałem do Bislig, aczkolwiek akurat Belg i jego żona przenieśli się 30 km dalej do Hinatuan, więc zapłaciłem jakiemuś typkowi 300 peso, żeby mnie podwiózł na motorze. Po drodze złapał nas tropikalny deszcz, a ja w plecaku komputer i wszystkie dokumenty z uniwersytetu. Trochę się zestresowałem, ale udało się, komputer działa, a na dyplomie moje imię też się nie rozmazało.

Hinatuan

Zalogowałem się do jakiegoś hotelu, w którym tradycyjnie nie było deski na kiblu. Było już późno więc od razu śmigałem na spotkanie z Belgiem i jego żoną. Był z nimi jeszcze jeden filipińczyk, taki maksymalny gej, który miał nam pokazać fajne miejsca następnego dnia. Wszystko spoko, tylko po tym jak wypiliśmy 30, czy 40 Red Horsów (co kosztowało nas jakieś śmiesznie małe pieniądze, chyba nawet nie 100 zł), wszyscy mega narąbani śpiewali karaoke. W pewnym momencie do lokalu wbija ekipa, pare dziewczyn i kilku kolesi. Kupili więcej piw i wyszli. Po sekundzie jedna z lasek z tej grupy wraca i pyta się mnie czy nie chciałbym z nimi pójść na imprezę domową. Ja mówię, że jasne, a na to nasz gej, że to super niebezpieczne iść z obcymi. Wyśmiałem go i powiedziałem, żeby w takim razie tu został, bo ja z nimi idę. Gej niechętnie, ale polazł za mną.

Domówka była całkiem spoko, chociaż nic specjalnego się nie działo. Co prawda każda laska niby coś tam flirtowała ze mną, ale Hinatuan to jest jakaś pierdolona wioska i ludzie mają tu wioskową mentalność. Jak tylko robiłem jakiś kontakt dotykowy z dziewczynami, one wycofywały się. Stąd też, ostatecznie olałem imprezę i poszliśmy szukać mojego hotelu. Gej się na mnie coraz bardziej wieszał, aż w pewnym momencie złapał mnie za rękę. Nie chce być niemiły, bo wiem jak to jest usłyszeć od jakiejś polskiej Joasi „spierdalaj” podczas zalotów, ale musiałem mu dosadnie przypomnieć, że lubię cycki i jak jeszcze raz mnie złapie za rękę, to wrzucę jego 40 kilogramowe ciało za żywopłot posesji obok. Zadziałało. W końcu dotarliśmy do mojego hotelu w którym brama była zamknięta. Po 10 minutach darcia ryja, żeby ktoś otworzył, postanowiłem przeskoczyć przez bramę z kolcami. Niby nic trudnego, tylko widziałem już nie różne zdjęcia jak ludzie się na to nabijają dupami, nogami, fiutami, a nawet twarzą, a ja byłem tak po 10 piwach. Gej krzyczy, że chyba zwariowałem, ale nie będę przecież spał na ulicy jak za pokój zapłaciłem. Przeskoczyłem.

Następnego dnia zwiedzaliśmy prowincję Bislig. Musze przyznać, że pare miejscówek robi wrażenie. Enchanted River, to chyba najbardziej niebieska laguna jaką widziałem w życiu. Z tego też miejsca wzięliśmy prywatną łódź i popływaliśmy po okolicy. Nie będę się rozpisywał o pierdołach, to nie jest blog podróżniczy, a Azja Po Zmroku. Z ciekawych jednak rzeczy, zatrzymaliśmy się w restauracji na morzu gdzie trzeba dopłynąć łodzią, a rybę jesz tylko taka którą złowią na twoich oczach. Nie chciałem nawet myśleć o warunkach higienicznych w tym miejscu. Woda może i niebieska, ale w kiblu nie było światła, jak się szczało, to właściwie nie było się w stanie nawet stwierdzić, czy trafia się do kibla czy nie. Mój kumpel Belg odlał się nawet pod prysznic, w złym pomieszczeniu i nie chciał mi uwierzyć, że to nie jest kibel, tylko właśnie miejsce do kąpania się. Oczywiście wody się nie da spuścić, a na kiblach tradycyjny brak desek (w sumie to zgaduje, bo i tak nie było światła). Mięli za to kilka fajnych kelnerek 17 letnich. Żona Belga, wracając z kibla (pewnie też lała pod prysznicem), powiedziała mi, że kelnerki mnie wołają gdzieś tam na zaplecze. Cóż miałem zrobić, ja jestem jak Rasputin, kobietom i wina nie odmawiam. Coś tam sobie niewinnie poflirtowaliśmy, na ile pozwalał ich łamany angielski, gdy nagle wpadł zazdrosny właściciel i zrobił taką awanturę, że nie wiedziałem, czy lepiej skakać za burtę, czy co robić. Założę się, że ten grubas rucha te kelnerki i dlatego mu się tak nie podobała moja obecność. Again, wioskowa mentalność ludzi.

Tej nocy spałem w lepszym hotelu, który miał recepcję czynną całą noc i nie trzeba było skakać przez druty kolczaste. Pokój był czysty bez robaków, nie śmierdział. Aaa, i na kiblu była deska. Prawie idealnie, czyż nie? No, nie do końca. Po pierwszym numerze 2, kibel się zatkał i znowu gówna prawie wypływały na podłogę. Próbowałem wszystkich znanych metod na odblokowanie, ale nic nie działało. Od tej pory miałem non stop paranoje, że zatkam kibel. Tak szacuje, że za każdym razem jak srasz na Filipinach, ryzyko zatkania kanalizacji wynosi jakieś 20%. I zaznaczam, ja nie używam papieru toaletowego (który uważam za mega obrzydliwy). Kible na filipinach zatykają się czystym klocem, bez dodatków w postaci chusteczek, czy innego badziewia. Ogólnie hardcore, na co dzień człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, jaki to luksus, że żyjemy w krajach gdzie jedno spuszczenie wody rozwiązuje problem. Na Filipinach możesz nakurwiać spłuczką 3 i 4 razy, a gówno dalej dryfuje gdzieś na powierzchni, a jak już się łaskawie spuści, to trzeba trzymać kciuku, żeby nie zapchało rur i nie wróciło na podłogę łazienki z kolegami. Ehhhh!

Dziewica #2

Jakaś randomowa laska która którą jak się okazało miałem na Facbooku, wysyła mi wiadomość, czy naprawdę jestem w Bislig. Okazało się, że mieszka 2 godziny jazdy autobusem stąd i jest chętna przyjechać. Co prawda nie ma żadnych pieniędzy i pożyczy 500 peso na autobus, za który z góry zobowiązałem się zwrócić pieniądze, ale i tak była chętna na przyjazd. Swoją drogą odważnie, jakby wszystkie moje pieniądze ograniczały się do 500 pożyczonych peso, to na pewno nie zapierdalałbym 100 km od domu na spotkanie z nieznajomym, który może się okazać jakimś zboczeńcem. Na szczęście dla niej, żaden ze mnie zboczeniec. No, może trochę. No może więcej niż trochę, ale za to jaki sympatyczny.

Po przyjeździe, zwiedzaliśmy jakieś wodospady i punkty widokowe w Bislig. W między czasie, w rozmowie zapytałem czy czasami nie jest dziewicą, na co usłyszałem, że miała już chłopaka, więc nie. Wieczorem wracamy do hotelu, jakieś przytulanie, etc, aż przechodzę do ataku. Znowu czuje dziwnie znajome trzęsące się nogi jak u dziewicy z przed kilku dni. Laska spięta na maksa, jakby jej mieli wyrwać zęba. Pytam się, czy możemy to odłożyć na później, kładę jej palec na usta i mówię ćśśśśś, zakładam gumkę i próbują w nią wchodzić, a tu… nic. Nie da się wsadzić. Wtedy pytam, „ejjj, ty na pewno miałaś już chłopaka wcześniej?”, na co słyszę, że nigdy tego jeszcze nie robiła, a skłamała, ponieważ mając 21 lat bycie dziewicą wydaje jej się już nie na miejscu i się zwyczajnie wstydziła. Nawet wspomniała, że kiedyś próbowała użyć dildo, żeby przerwać błonę dziewiczą, co też jej też średnio szło. A więc druga pod rząd dziewica zrobiona w przeciągu tygodnia. Swoją drogą, po finale też piękny komentarz zrobiła „o fuj, to wcale nie smakuje dobrze, dlaczego dziewczyny na pornosach lubią to jeść, to nie jest nawet słodkie”. Hehe.

Następnego dnia znowu spotkałem się z Belgiem i jego żoną. Wraz z nimi i moją dziewicą poszliśmy do karaoke w Bislig, gdzie poszło trochę Red Horsów. Mój błąd, że dałem niepijącej dziewicy alkohol, bo zmieniła się w nieporęczne dziecko pod wpływem procentów. Najpierw zaczęła płakać, że świat jest zły, ona ma dobre serce, a wszyscy ją robią w chuja na kasę. Pewna koleżanka dziewicy wymyśliła, żeby razem kupić bitcoiny. Dziewica więc, zamiast założyć swój własny portfel na zakup, oddała całe oszczędności koleżance, która zniknęła wraz z pieniędzmi. Za drugim razem została oszukana na 40,000 peso które jej rodzina musiała gdzieś pożyczyć, bo jakiś typ w Manili miał jej załatwić pracę na statku za tą kwotę. A że ona skończyła studia oficerskie, ma Bachelors of Science in sea transportation, to była to jej wymarzona praca. Oczywiście rodzina zamiast ją ostrzec, że pieniądze za prace, to jakiś oczywisty przekręt, sama się zapożyczyła i wysyłała córeczkę do stolicy.

Po dwóch godzinach płaczu, byliśmy już w domu i dodatkowo do łez, zaczęło się też rzyganie. Najpierw zrzygała się do umywalki, potem obok kibla. Nie była w stanie sprzątać, więc ten przyjemny obowiązek spadł na mnie. Następnie rzygała w łóżku. W ostatnim momencie ją wypchałem i bełty poleciały na podłogę, zamiast na poduszkę. Oczywiści w tym momencie zarzygała sobie już całe włosy. Płacz na przemian z rzygami i wyznaniami miłości do Jezusa. W pewnym momencie zaczęła mnie nieco irytować. Rzygi jeszcze zaakceptuje, ale patologicznego pierdolenia religijnego już nie bardzo. „Jesus I love you, I know you love me too, waaaah, why my life is so bad, Jesus love meeee” . Zostawiłem ją w łazience, gdzie zasnęła w pozycji kucającej, wyglądając trochę jak śpiąca kura. Zrobiłem nawet zdjęcie, ale chyba nie na miejscu byłoby wrzucanie tutaj. Z doświadczenia wiem, że dzięki życzliwości czytelników, co któraś laska o której tu pisze, czyta te teksty, więc nie będę się narażał 🙂 Z samego rana, obudziłem się z bananem w jej ustach, to miały być przeprosiny za jej zachowanie. Taki treatment od rana, jak jej nie wybaczyć.

Laska w sumie była całkiem sympatyczna, więc zabrałem ją ze sobą w dalszą drogę do Surigao, na samej północy Mindanao, skąd odpływa prom do Cebu. Spędziliśmy ze sobą kilka dni i generalnie dziewczynka chyba się we mnie zakochała na maksa, powiedziała już nawet rodzicom, że przeprowadza się do Tajlandii, bo poznała faceta który mieszka w Bangkoku. Codziennie do mnie pisze i snuje historie nawet o dzieciach, o tym kto z nas jaką będzie robił pracę, wysyła mi promocje biletów w Cebu Pacific na trasie Manila – Bangkok z sugestią, żebym może kupił.  W sumie to tyle naobiecywała jaką będzie idealną dziewczyną, że rozważam faktycznie ją tu ściągnąć na jakiś czas…

W drodze do Surigao dałem jej jakieś 100 peso w drobnych, bo już mnie wkurwiało, że za każdym razem jak chce kupić wodę, czy coś, to ona na mnie patrzy i czeka aż zapłacę. Dałem jej więc te drobne i myślę, spoko, już za kibel sobie może sama zapłacić. Tymczasem kupując orzeszki, mówi, żebym jej dał 15 peso. Pytam się gdzie jest stówa którą jej dałem, „oddałam ślepemu żebrakowi w autobusie”. Ja pierdole, laska nie ma żadnych pieniędzy, to jeszcze odda ostatnie drobne ślepemu… masakra.

Po 2 dniach w Surigao miałem już bilet na prom do Cebu. Rozłąka z dziewicom to był niezły dramat, płakała strasznie i prosiła, żebym ją zabrał ze sobą. Ale dla mnie ona była takim trochę strupem. Fajnie, że obrabiała pałę każdego poranka, ale jak ona nic nie robi całymi dniami tyko patrzy na mnie jak w obraz i chodzi za mną jak piesek, to zaczęło mnie to trochę męczyć. Może inaczej byłoby, gdybym ją miał w mieszkaniu w Bangkoku, ale aktualnie jestem w podróży i taki układ mi nie do końca odpowiadał. Trochę czułem się jakbym miał córkę którą trzeba się opiekować.

Z Surigao do jej miasta jest co najmniej 8 godzin autobusem. Daje jej więc 1000 peso, żeby miała na autobus i jakieś jedzenie, plus może taxówkę jeśli będzie taka potrzeba. Ona na to, że zwariowałem, ludzie pomyślą, że jest dziwką jak jej będę dawał pieniądze. Ale dać jej muszę, bo inaczej nie ma za co wrócić do domu. Więc mega gimnastyka, szukamy ustronnego miejsca z dala od wzroku obcych ludzi, abym mógł przekazać jej sekretnie pieniądze… Godzinę później byłem już na promie do Cebu i na tym zakończyła się 10 dniowa przygoda na Mindanao.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

 

Reklamy

Raport z Filipin 2018 (część 2)


Na Filipach jestem już niespełna miesiąc. Dużo się działo, oj dużo. Nie jestem już nawet w stanie odtworzyć wszystkich wydarzeń, stąd też napiszę kilka części podsumowujących. Nie każdego dnia udało mi się coś upolować, choć poświęcałem na to dużo czasu, monotonnie wręcz atakując portale randkowe, imprezy oraz centra handlowe . Początkowa z determinacją biegałem za filipinkami nawet do 5 rano, aż do skutku, jednak z biegiem czasu coraz mniej mi się chciało. Poniżej prezentuje raport z ciekawych sytuacji, o leniwych dniach przy książce, bez alkoholu, dziewczyn i orgii, nie będę wspominał.

Plaża w Manili

Plaża w Manili

Manila

Rano upragniona ewakuacja z hotelu. Buzi buzi z moją narzeczoną (pseudonim Ryba) i czas ruszać w drogę, tym razem padło na dzielnicę Malate. Wyszukuje last minute hotel deals i znalazłem jakiś tani pokój za niecałe 1000 peso. Na zdjęciu wyglądał ok. Tym czasem rzeczywistość można określić jednym słowem: tragedia. Cena absolutnie nie idzie za jakością. Pokój taki mały, że ledwo łózko się mieści i dzielona łazienka z koreańskimi back packersami. Jeszcze aby było zabawniej na recepcji wisi kartka, że nie wolno przyprowadzać gości. To sorry, ale gdzie ja mam to robić, jak nie w pokoju?! Dodatkowo brak sejfu, co jest trochę problemem bo mam przy sobie sporo cashu w gotówce i dwie karty z których jest co kraść. Wsadzam więc dolary pod materac i to się okazało bardzo złym pomysłem, bo natężanego dnia jechałem już w taxi to Makati, gdy przypomniałem sobie, że zapomniałem 1000 USD i paszport pod materacem w jakiś tanim guest housie, w którym jak miałem okazję zaobserwować, sprzątaczki podnoszą materac przy zmienianiu pościeli. I teraz pytanie, czy kiedy taka sprzątaczka widzi swoją prawie roczną wypłatę w pliku banknotów, to się skusi, czy raczej grzecznie odda na recepcji? Na szczęście, zdążyłem odzyskać, acz nie odbyło się to bez stresu. Dodatkowym problemem okazał się internet, który działał wyłącznie w restauracji na górze. Przed wyjazdem nabrałem sobie trochę studentów i uczę ludzi angielskiego i tajskiego przez internet. Tym czasem na Filipinach internet na którym można spokojnie porozmawiać na Skype okazuje się być sporym wyzwaniem.

Tego dnia cały proces latania za laskami był nieco utrudniony, gdyż nie wiedziałem czy moja potencjalna partnerka w ogóle zostanie wpuszczona do środka. Pokój zawsze zamawiam na dwie osoby, więc może by się udało, a może i nie, tego nie wie nikt. Na jednym z portali randkowych na Facebooku umówiłem się z jakąś średniawą laską na Santa Ana. Dlaczego nie czekałem na jakąś lepszą? Bo było wcześnie, a ta zgodziła się od razu na czynności które tygryski lubią najbardziej. To są plusy lasek o mniej reprezentatywnej aparycji. Dużo, dużo prościej dojść z nimi do spraw łóżkowych. Wynająłem pokój w drugim hotelu, ściągałem portki i oddałem się w jej ręce i usta. Po wszystkich ładnie dałem 100 peso na taxówkę i myślałem, że na tym temat się skończy. Tym czasem ona już z domu wysyła mi wiadomość, że chciałaby abym dał jej jakieś „pieniądze na mleko dla dziecka”. Ha, wspominam o tym, ponieważ ten tekst okazał się być odpowiednikiem chorego bawoła w Tajlandii. Tutaj dziewczyny masowo potrzebują mleka dla dziecka. Niby ma sens, wszak Filipiny nie na damo nazywane są fabryką dzieci. Jeszcze w 1970 na Filipinach było 30 milionów ludzi. W 2018 jest to 105 milionów. Czujecie blusa? Od dzisiaj powinniśmy zmienić przysłowie z ruchania się jak króliki, na ruchanie się jak filipińce. To jest jakiś przyrost naturalny z kosmosu. Ale tak to jest jak się daje kościołowi wprowadzić szariat chrześcjański i kondomy są haram.

W dzień wybrałem się jeszcze do dzielnicy Tondo, „na plażę”. Tondo to największe slumsy w Manili, jest to teren o najgęstszym zaludnieniu ludzkim na świecie, mieszka tu bowiem 69,000 ludzi na kilometr kwadratowy. Zbite blachy i kawałki jakiś płyt tworzą żałosną imitację mieszkań, w której mieszkają całe rodziny. Oczywiście wzbudzałem tu niemałą sensację, z prozaicznego powodu, jest tu po prostu niebezpiecznie i normalny biały omija Tondo szerokim łukiem. Nawet taksówarz zdradził, że nie bardzo chce się zapuszczać a te rejony. A ja właśnie dlatego chciałem to zobaczyć. Z radością dawałem się zapraszać na piwo przez rodziny mieszkające na wysypisku śmieci, u których cała  rodzina łącznie ma mniej zębów niż ja, a ich angielski ograniczał się do kilku słów. Oczywiście co druga dupa w ciąży, nie ważne, czy 14 lat, czy 45, na Filipinach wszyscy się rozmnażają jak jebnięci. W takim katolandzie obowiązuje całkowity zakaz aborcji. Ostatecznie okazało się, że nikt mnie nie zabił, nie zgwałcił, nie pobił, ani nawet nie zabrał kamery którą kręciłem filmy. Wręcz przeciwnie, wszyscy byli bardzo mili i obowiązkowe sesje zdjęciowe z wysokim białasem były nie do odmówienia. Raz tylko jakiś typ koniecznie chciał się ze mną napić, a kiedy odmówiłem powiedział „I will shoot you if you don’t drink with me„. Zaśmiałem się, ale jego mina była poważna. Szczerze to do dzisiaj się zastanawiam, czy to był żart, czy faktycznie chciał do mnie strzelać. Udało mi się też dojść do plaży w Manili, którą możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej. Smutna prawda o Filipinach – tak wygląda niestety wiele miejsc.

Tej samej nocy zostałem zaproszony przez pewną modelkę którą puknąłem podczas poprzedniego wyjazdu do Manili, aby dołączyć do niej i jej znajomych na imprezę do klubu Time. Jest to dziwna laska, która jest dominą SM i lubi spuszczać facetom wpierdol. Siada im na twarzy, bije ich pejczem i wyzywa od głupich kutasów. Twierdzi, że taki fetysz powstał na wskutek gwałtu, którego była ofiarą. Początkowo nienawidziła wszystkich samców, teraz chce ich po prostu lać i poniżać podczas seksu. Natomiast prezentuje się bardzo dobrze. No, z jednym wyjątkiem – na zdjęciach ma ogromne cycki, są tak duże, że jeszcze kiedy jej nie znałem, zaoferowałem jej kupno biletu do Tajlandii, aby mnie odwiedziła w Bangkoku. Tym czasem w rzeczywistości są takie, zwyczajne normalne, nic specjalnego. Ewidentne oszustwo Photoshopa lub jakieś wypychane nie wiadomo co, a ja o mało jej nie kupiłem biletu za 300 USD. To mnie generalnie wkurwia. Dlaczego dziewczynom wolno oszukiwać z cyckami, a przykładowo facet wkładający sobie, powiedzmy, skarpetkę w majtki, że niby ma takiego afrykańskiego pytona, jest już śmieszny i żałosny. Takie to trochę wieśniackie, zupełnie jakbym robił sobie zdjęcie w Ferrari z sugestią, że to moje, tym czasem do pracy popierdalał tramwajem. Nie wspominam już nawet o makijażu. Wole już, żeby mi laska przyszła w ogóle nie wymalowana, niż jak ma się zmienić w Shreka po tym jak wejdzie pod prysznic.

Wracając do klubu Time, jest to impreza typu after party, czyli ludzie schodzą się dopiero około 4, 5 rano. Tani jak na Filipiny też nie jest, bo wjazd 600 peso z jednym drinkiem w cenie. Ogólnie jednak godny polecenia. W środku moja domina siedziała z Anglikiem, 3 koleżankami i jednym ladyboyem. Za całą imprezę płacił anglik (how typical), a wszystkie koleżanki mojej dominy były równie atrakcyjne jak i ona sama. Jedną z nich znam już z poprzedniego przyjazdu do Manili, wtedy też wspominała o swoim Angliku który jest jakimś bankowcem w UK. Tej nocy nie zabierałem dominy do siebie bo autentycznie wstyd mi było brać ją do tego gównianego hotelu. To jest lasa z klasą, nie chciałem nawet, żeby zobaczyła tą norę, ale i nie miałem takiego ciśnienia, ponieważ koleżanka od mleka dla dziecka obrobiła mi już wcześniej pałę. Dlaczego więc o tym wspominam? Aaaa, bo następnego dnia było tak….

Miałem już kurewsko dość tanich hoteli więc wynająłem cały apartament przez Air bnb. W pewnym momencie dostaje wiadomość od dominy o treści „czy lubisz trójkąty, bo chciałabym zabrać koleżankę i do ciebie pojechać”. Po przeczytaniu pała stoi jak maszt na fregacie Kolumba, bo wszystkie jej koleżanki były naprawdę ładne i chętnie bym je robił dzień i noc. Podałem więc dominie adres i czekam. W pewnym jednak momencie przeszła mi niepokojąca myśl przez głowę. Bo przecież na imprezie był jakiż tranzystor-ladyboy… Wysyłam wiadomość, aby się upewnić: „hej, ale twoja koleżanka to nie jest ten ladyboy?”. Odpowiedź na którą NIE czekałem nadeszła, złamała mi serce, skurczyła ptaka, a z oczu popłynęły mi łzy. „Właśnie się dowiedziałem, ona jest pedałem” jak to śpiewali kiedyś w Polsce. Z wielkim bólem serca anuluje więc naszego trójkąta. Domina mówi, że on/ona może oglądać jak my się ruchamy, ale ja dziękuje za to. Nie chcę żadnych ladyboyów w mieszkaniu. Abstrahując od tego, że wstydziłbym się przed ochroniarzem wchodzić z nim/nią do mieszkania, to są to po prostu nieobliczane stworzenia które mają na maksa zryty beret hormonami. Wiecie jak to się mówi, że faceci na sterydach są psychiczni? Na tej samej zasadzie, transwestytom odpierdala w czapę od faszerowania się hardcorowymi ilościami estrogenu. I tak powiesz jedno złe słowo i dostajesz butelką w ryj od ladyboya. Takie z nich kobiety, że są gotowe jebnąć cię nożem za to, że odrzuciłeś ich zaloty. I butelka i nóż widziałem na własne oczy w Bangkoku. Butelką dostałem ja, nożem jakiś gościu na ulicy, nie wiem o co poszło. Moja rada – unikać ladyboyów jak ognia. Już nie mówiąc o tym, że jak już  ktoś ma coś ukraść, to prawie zawsze jest to ladyboy. A ja mam przy sobie trochę wartościowych rzeczy bo to dopiero początek wyjazdu. I tym oto sposobem trójkąta nie było…

Tego samego dnia, po tym jak okazało się, że internet i tak nie działa i znowu nie mogę pracować, udałem się do klubu Royal. Była tam taka laseczka w czerwonej sukience która strasznie się na mnie wieszała. Początkowo jej nie chciałem, ale widziałem, że jest strasznie chętna na dupakę, więc w końcu dałem się przekonać i ją zabrałem. W drodze do domu, laska non stop mówi taxówkarzowi, że zrobię jej białe dziecko, będzie miało blond włosy i niebieskie oczy. Eee, no fajnie. Wchodzimy do mieszkanie i po prysznicu do wyra. Cały czas ona mówi, żebym ściągał kondoma i walił strzała w jej miśkę, bo ona chce mieć białe dziecko. Mówię, że ja nie chce, nie będę się zajmował żadnym gówniarzem, a tym bardziej na niego płacił. Jak myślę o dzieciach, blah, gdyby była możliwość, aby nie widzieć żadnego gówniarza poniżej 16 lat do końca życia, to brałbym taką opcję bez namysłu. A najgorsze, że nie można się z takimi poglądami afiszować przed laskami, bo przecież w ich podświadomości ruchanie jest po to, aby zaciążyć i to do tego z facetem, który przy niej będzie i będzie się opiekował nią i gówniarzem. Tak czy inaczej, cała ta sytuacja mnie podjarała i tuż przed tym jak miałem skończyć, ściągnąłem gumkę i oddałem strzał…

Wiecie jak to jest, gdy ludzie pytają „czy na pewno wiesz, że nie masz dziecka?”. Ja już nigdy nie będę pewny. Oczywiście nie wymieniałem się z nią żadnymi numerami, Facbookami, etc. Sama powiedziała, że chce się opiekować gówniarkiem, najważniejsze, żeby miało jasne włoski i niebieskie oczka. A że z kasą może być różnie, to już chyba na Filipinach nie interesuje nikogo, bo robią sobie po 10 dzieci w rodzinie.

To be continued…

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

Raport z Filipin #2018 – część 1


Manila. Jakże cudownie być z powrotem! Specyficzny smród stolicy penetrujący nos od momentu wyjściu z samolotu, urokliwy syf, sterty śmieci walające się pod nogami, szałasy Tondo, rozpadające się przy pierwszym lepszym tajfunie, do tego fajne laski i jeszcze lepsze piwo – San Miguel light. El Hombre dorado!

Na pierwszą noc po przybyciu wynająłem iście zajebisty hotel Red Doorz (słowo zajebisty jest tu sarkazmem level 100, ale o tym za chwilę) w dzielnicy Cubao / Quezon. Quezon jest największym dystryktem 13 milionowej Manili i ma też największy wskaźnik przestępstw w całym kraju, dokonuje się tu statystycznie trzy zabójstwa dziennie. Dlaczego więc wybrałem właśnie Cubao? No chyba mnie znacie. Na randkę przyjechałem, a jakżeby inaczej. A właściwie to na dwie, albowiem przewidziałem, iż jedna z syrenek może okazać się tak zwanym flakiem i się nie pojawić, toteż przygotowałem drugą – zapasową. Fortunnie, żyjemy w dziejach powszechnego dostępu do internetu i takich spotkań można sobie ustawić nawet 5 dziennie, a w takim wielkim mieście jak Manila, materiały na potencjalną przyszłą Mrs Forsaken nie kończą się nigdy.

Filipinka z Quezon

Filipinka z Quezon

Do dzielnicy Cubao udałem się moto – taxi, używając aplikacji Angkas. Taki system jest jedynym sensownym, ponieważ Manila słynie z epickich korków i jest tu chyba jeszcze gorzej niż w Bangkoku. Przypomina mi się taka anegdotka, gdy kiedyś braliśmy autobus na trasie Manila – Angeles i tuż po starcie udaliśmy się spać. Po godzinie myśleliśmy, że może już czas wstawać, bo zaraz będziemy wysiadać, tym czasem według nawigacji google maps zrobiliśmy aż 6 kilometrów.

Hotel Red Doors. Na wstępnie dowiedziałem się, że nikt nie jest w stanie potwierdzić mojej rezerwacji, ponieważ ich system nie działa. A że zapłaciłem za pokój z góry kartą, zmuszony byłem czekać, aż system wróci do życia. Po 20 minutowym check in’ie byłem już w pokoju, w którym jak się okazało nie ma deski klozetowej, woda się zasadniczo w ogóle nie spuszcza, zaś hasło do internetu które dostałem nie działa. Biegnę więc do recepcji po poprawne hasło, gdyż komputer jest mi niezbędny do pracy. Nowe hasło również nie działa, ale żeby nie było tak fajnie, że od razu sprawdziłem, kolejną niespodzianką okazało się to, że karta-klucz nie otwiera mojego pokoju. Tak więc znowu wycieczka na recepcję, żądam naprawy klucza lub zmiany pokoju, ale dowiaduje się łamanym angielskim, że karta nie działa w żadnym pokoju, nie tylko moim, stąd za każdym razem musi biegać cieć z recepcji, aby otworzyć mi drzwi swoim master-key. Pytam po raz trzeci o poprawne hasło do internetu, co wywołało konsternację na ich twarzach, zwołali cały staff, aż w końcu okazało się, że nikt z nich nie zna hasła. Oficjalnie powiedziano mi, że internet aktualnie nie działa i nie będzie działał. Super hotel 3*.

W międzyczasie pierwsza nimfa z którą byłem umówiony stwierdziła, że na pewno miałem przyjechać innego dnia i dzisiaj nie może wyjść. Bardzo ciekawe, bo jeszcze poprzedniego dnia pytała się, czy wyjść po mnie na lotnisko, a dzisiaj już twierdzi, że w ogóle nie miała pojęcia o dacie mojego przyjazdu, choć umawialiśmy się nie tylko na konkretny dzień, ale nawet i godzinę. Próbowała mi nawet robić screen shoty naszej rozmowy, aby udowodnić, że jest niewinna niczemu, na których jednak wyraźnie było napisane kiedy przyjeżdżam. Tutaj chyba winą jest ich generalnie słaby angielki. Powszechnie panuje opinia, że wszyscy Filipińczycy mówią świetnie po angielsku. Dobrze mówią chyba na tle Tajów, albo chińczyków którzy języków obcych nie znają wcale, przy czym wielokrotnie zauważyłem, że używanie bardziej wyszukanego słownictwa sprawia, że nikt nie rozumie co się do nich mówi. Aaaa, I ten ich angielski jest 100% amerykański, jeśli np. powiesz „indicator” zamiast „blinker”, to nikt się nie domyśli co miałeś na myśli.

Fortunnie całą sytuację przewidziałem i randka numer 2 była ustawiona jeszcze przed moim przyjazdem. Sam przebieg jest linearny i można by wręcz rzec nudny – umawiamy się pod moim hotelem, bo przecież nie znam okolicy i nie wiem gdzie iść można, a nawet nie szczególnie wiem jak się poruszać po okolicy. Następnie dochodzi do spotkania i standardowi filipinka nie wie gdzie można wyjść w jej okolicy. Proponuje więc abyśmy kupili San Miguele z 7/11 i zastanowili się co można robić w moim pokoju.

Około dwie godziny później ściągnąłem z niej majtki, a w powietrzu uniósł się zapach zgniłej ryby. Nie żeby mnie to jakoś specjalnie powstrzymywało, to się akurat zdarza często. Laską czasami walą cipki, tak już jest i koniec. Czasami przypomina to bardziej zapach kalmara, innym razem tradycyjny karp. Ciekawi mnie tylko, czy one tego nie czują? Bo mnie osobiście byłoby trochę głupio, gdyby po wyciągnięciu Pytona z portek w powietrzu uniósł się np. zapach zgniłych jajek albo jamy ustnej o poranku. Anyway, sama laska bardzo ładna i bardzo fajna, do tego pracuje w firmie ojca, więc sama sobie zapłaciła za taxówki. Nie żeby to była jakaś oszczędność dla mnie, ale tutaj na Filipinach zarobki są tragiczne, więc wiele lasek oczekuje wsparcia finansowego ze strony faceta. Taka z pracą i swoimi pieniędzy ma więc plus 1 w skali zajebistości. I tak nasza dziewczynka była 8/10, ale za zajebistość ma + 1 i staje się dziewiątką w skali zajebistości Forsakena. Tak btw za zapach ryby nie ma punktów ujemnych w moim rankingu.

A teraz powracamy do przygód ze wspaniały, hotelem Red Doors Cubao. Po pierwszym  waleniu zachciało mi się numer 2, więc siadam na kiblu bez deski, odwalam robotę, a tu kloc się nie tylko nie spuszcza, ale woda zaczyna się wylewać na podłogę i kawałki gówna rozpływają się w każdym kierunku. Alleluja, tego jeszcze tylko brakowało. Mówię więc mojej nimfie, że ubikacja jest nietegos, nie korzystamy. Oczywiście szybko zapomniała, a przecież ostrzegałem i jak poszła pudrować buźkę, czy tam psikać się jakimiś śmierdzącymi perfumami, to nadziała się na niespodziankę I zrobiła takie “eww”. Ale dalej mnie kocha I chce się spotykać 🙂

Tej nocy odwiedziliśmy jeszcze bary w Quezon, podobno miało się tam coś dziać, ale generalnie była trochę tragedia jak chodzi o życie nocne. O dziwo, w jednym z roof topów siedziały ze 3 białe laski. Co one tutaj robią?! Byłem przekonany, że jestem tutaj jedyną białą mordą w całej dzielnicy. Swoją drogą ceny alkoholu są absolutnie epickie na Filipinach. Za dwa San Migusie w roof top barze zapłaciliśmy 100 peso, czyli jakieś niecałe 7 zł. Piwo w takim samym miejscy w Bangkoku kosztowałoby 2 razy więcej.

Po powrocie do hotelu udaliśmy się spać. A przynajmniej próbowaliśmy spać, bo nienawidzę spać z klimatyzacją, jest mi nie tylko za zimno, ale i budzę się chory. Albo ucho boli, albo nos zatkany, albo pała nie staje…. nie no, z tym ostatnim to wiadomo, nie jest tak źle, bo dużo ćwiczeń 🙂 Tyle tylko, że jest kwiecień – najgorętszy miesiąc w tej części Azji, więc spanie bez klimy powoduje zalanie się rzeką potu.

To be continued

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

Filipiny – PagPag, czyli jedzenie odpadów ze śmietnika sposobem na życie


Filipiny – wyróżniony posiłek dnia: PagPag

Brzmi niemalże jak ciekawa i egzotyczna potrawa, Czyż nie? No cóż…
Pagpag jest powszechnie znany jako żywność przetrwania na Filipinach, tego typu forma odżywiania się jest powszechnie praktykowane w Tondo, dzielnicy którą uważa się za najbiedniejszą w stolicy Filipin, Manili. Jego nazwa to lokalne określenie filipińskie, które dosłownie oznacza „pozostawione resztki”. Są to wyrzucone z łańcucha żywnościowego odpadki z restauracji, typu nie do końca obgryzionych kości, lub przeterminowanego mięsa, które wylądowało w koszu.

Filipiny,Manila, PagPag

Filipiny,Manila, PagPag

Niektóre pośród nich, to kawałki skrzydełek kurczaka z McDonalds, częściowo zjedzone kiełbaski, hamburgery lub frytki ze śmietnika, których ktoś postanowił nie dojeść, a nawet zepsute oleje spożywcze.

Można śmiało uznać, że Pagpag jest nie tylko brudnym, obrzydliwym i zwyczajnie ryzykownym dla zdrowia posiłkiem, natomiast dla nieuprzywilejowanej grupy Filipińczyków jest to jedno z najbardziej praktycznych i wartościowych posiłków w ciągu dnia. Osoby które spożywają Pagpag, nazywane są „mambabatchoy”.

Jak jest przyrządzany Pagpag?
Pagpag można pobrać bezpośrednio po usunięciu zauważalnych zanieczyszczeń i odrażających substancji. W większości przypadków Pagpag jest przygotowany na jeden z dwóch sposobów, zanim zostanie podany na pusty żołądek, w zależności od jego stanu. Najprościej, można go po prostu jeszcze raz przyrządzić za pomocą ponownego gotowania w oleju. Alternatywnie, można go usmażyć z cebulą i przyprawami, przekształcając tym samym w tradycyjne filipińskie potrawy, takie jak Adobo lub Kaldereta.
Sam proces i końcowy efekt jest zarazem imponujący, tak jak i niefortunne. Można docenić akt zaradności, choć jest to zwyczajnie smutne, zważając na to, iż ludzie ci muszą zaakceptować fakt, że aby się nasycić, zmuszeni są jeść cudze odpadki.
Jakie zagrożenie niesie ze sobą jedzenie Pagpag?
Nie jest tajemnicą, że spożywanie Pagpag może prowadzić do wielu chorób przenoszonych przez żywność, takich jak WZW typu A, grypa żołądkowa, dur brzuszny, biegunka, oraz cholera. Jedzenie Pagpag jest jak dobrowolne pozwolenie, by toksyny oraz niebezpieczne bakterie dostawały się bezpośrednio do wnętrza ciała.

Zarówno konsumentów, a w szczególności sprzedawców Pagpag ostrzega się, aby nie angażowali się w proces recyklingu jedzenia, a tym bardziej spożywania odpadków. Niefortunnie, cały proces jest powszechny ze względu na ekstremalne ubóstwo, a sprzedawcy upierają się, że nie jest to ani szkodliwe, ani tym bardziej nie sprawia, że ktoś choruje po jego spożyciu. Trudno stwierdzić, czy ludzie ci mogą nie zdawać sobie do końca sprawy o długotrwałych negatywnych skutkach spożywania odpadków, czy zwyczajnie bagatelizują sprawę, ponieważ stanowi to ich źródło utrzymania.

Pagpag nie jest ani tradycyjnym filipińskim jedzeniem, ani tym bardziej ich kuchnią, ale ze względów praktycznych „mambabatchoy”, osoby odżywiające się odpadkami,
traktują to jako jedyną dostępną alternatywę i po prostu muszą jeść to, co jest najtańsze, lub całkiem darmowe, aby wyżywić siebie oraz swoje dzieci. Ludzie w slamsach Manili kupują to na co ich stać. Można by obwiniać rodziców za podawanie tak ryzykownych potraw własnym dzieciom, natomiast za jedyne 20 peso (1,30zł),  można wykarmić
całą rodzinę, co jest tu przeważającym argumentem.
TAK, „mambabatchoy” mogą być w pełni świadomym konsekwencji i ryzyka, ale najlepszym wyborem jest ŻYĆ i przetrwać.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

 

Pattaya – przykładowy program zwiedzania


Poniżej zamieszczam przykładowe punkty które można zwiedzać w Pattaya. Oczywiście zrobienie ich wszystkich w jeden dzień, może być niemożliwe czasowo, natomiast zamieszczam je jako rekonesans co można robić w największym mieście rozpusty.

Wyspa Koh Larn, Pattaya, Tajlandia

Wyspa Koh Larn, Pattaya, Tajlandia

Dzień:

Wyspa Koh Larn – najbliższa wyspa która może kandydować na miano „rajskiej”. Białe piaski, niebieska woda, góry i piękne widoki. Prom na wyspę płynie 40 minut, lub prywata motorówka 15.

Jomtiem beach – choć Pattaya nie słynie z najpiękniejszych plaż w Tajlandii, to na Jomtiem beach warto zajrzeć i chociaż zamoczyć nogi w zatoce tajskiej. Można tu też zobaczyć inne, bardziej grzeczne oblicze Pattayi.

Punkt widokowy Khao Pattaya – znajdujący się na wzgórzu Pratumnak punkt widokowy, jest najbardziej widowiskowym miejscem w regionie. Półksiężycowa panorama zatoki prezentuje się w iście spektakularny sposób.  Idealne miejsce dla koneserów fantastycznych widoków.

Noc:

Beach road – setki barów, restauracji, klubów go go, masaży, lasek sprzedających się na plaży, etc. Czuć nadmorski klimat i choć jest tu generalnie plaża, to choć brzydka i woda brudna (druga plaża w Pattaya – Jom Tiem, jest zdecydowanie lepsza), to zawsze zdjęcie można cyknąć i nogi zanurzyć. Przyjemniej jest się też napić tu piwa wieczorem.

Walking street – najpopularniejsze miejsce w Pattaya z setkami klubów go go, różnego rodzaju knajp gdzie można zjeść homara, lub wielkie krewetki, a także masa hoteli, głównie godzinowy. Najlepszy klub go go na Walking Sreet to Windmill, jest chyba najbardziej hardcorowym w całej Tajlandii, gdzie dziewczyny chodzą z ręczniczkami podcierają sobie piczki, po tym jak klienci robią im dobrze w zamian za 100 batowy napiwek. Najlepszy klub nocny (według mnie) to Ibar. Jest to miejsce gdzie prędzej czy później większość lasek z go go, po zakończeniu pracy idzie dalej imprezować. Poza sezonem na jednego faceta przypada tam 5 lasek.

Soi Buakhao – jest to długa ulica na której znajdziesz najtańszą bazę noclegową (nawet za 300 batów), podobnie do beach road, jest tu masa masaży, barów z hostessami, restauracji, you name it. Można tu również znaleźć tak zwany blow job bar, gdzie za 800 batów można dostać dodatek do piwa.

Walking Street Pattaya Tajlandia

Walking Street Pattaya Tajlandia

LK METRO – największy po Walking street zlepek barów go go z cenami za drinki od 60 batów. Na ulicy można też zjeść taniego kebaba lub burgera.

Beach road soi 6 – jedna ze sławnych ulic w Pattaya, na której znajduje się ekstremalnie duża ilość barów z dziewczynami. Poza blow job barami, których jest tu z 5, znajdziesz tu masę miejsc z barówkami, masaży, a także różne innye miejsca, które na pewno spodobają się niegrzecznym chłopcom.

Kluby w Pattaya – na zakończenie udajmy się na clubbing i rozbijamy się po najlepszych klubach nocnych w Pattaya. Imprezowanie w Pattaya wychodzi sporo taniej niż w Bangkoku, nie ma tu opłat za wejścia do klubów, a piwo zamiast 200 batów, kosztować nas będzie 140. Pattaya słynie oczywiście z niesłychanej ilości atrakcyjnych dziewczyn, które są bardzo przyjazne i za niewielkie pieniądze potrafią bardzo umilić pobyt.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

Pattaya – co warto wiedzieć


W dzisiejszym wpisie będzie o Pattaya, czyli co warto wiedzieć przed podróżą. Czym jest Pattaya tłumaczyć chyba nie muszę – znajdujący się 150km na południe od Bangkoku nadmorski kurort, aka największy burdel świata. Przy Pattaya, inne aspirujące miasta do tytułu mega – burdeolowni, takie jak Angeles na Filipinach, wydają się jedynie żałosną imitacją. I nie zrozumcie mnie źle – Angeles jest mega zajebistym miastem (możecie znaleźć raport na Azja Po Zmroku), po prostu Pattaya ma dziesięciokrotnie więcej atrakcji jeśli chodzi o życie nocne.

Największym plusem Pattaya jest to, że jest tam po prostu zajebiście tanio. Życie nocne w Bangkoku oraz na popularnych wyspach staje się niedorzecznie drogie. Przykładowo, weekendowa wejściówka do Insanity w Bangkoku to 400 batów i 220 batów za drinki w środku. O tym, że wydziwiają z dress codem, czyli długie spodnie, brak sportowych znaczków na ubraniach, etc, nawet nie wspominam. Tym czasem do Ibar w Pattaya możesz się wbić bez żadnej opłaty, w szortach i klapkach, a koszt piwa to 140 batów, który można zmniejszyć jeszcze bardziej wyrabiając kartę członkowską za jakieś grosze.

Piwo w barach w Bangkoku, średnio 120 za mało butelkę. Piwo w barach w Pattaya – 80 batów. Wiele miejsc sprzedają nawet za 60, wliczając w to wiele klubów go go, gdzie laski świecą cyckami i piczkami. Taki sam go go w Bangkoku to minimum 170 za małe piwo. W Pattaya są oczywiście droższe go go, z tymże te najdroższe mają po prostu standardową cenę z Bangkoku.

Jedzenie – jeśli zostajemy przy korycie tajskim, to ceny w Pattaya są nieco niższe, natomiast jeśli chodzi o Zachodnią kuchnię, to Pattaya jest absolutnym zwycięzcą. Przykładowo, w Pattaya można zjeść porządnego steka za 100 – 150 batów, za taki sam talerz w Bangkoku należy liczyć 200 – 250. Osobiście, preferuję tajskie jedzenie, natomiast w Pattaya jem tylko zachodnie, właśnie dlatego, że jest tańsze niż to co mam na co dzień w stolicy i po prostu się opłaca cenowo.

Hotele – Pattaya ma najlepszą bazę noclegową w całej Tajlandii jeśli chodzi o stosunek jakości do cen. Poza sezonem, możesz mieć np. hotel z basenem za 500 batów. Akurat Bangkok również ma bardzo rozsądną bazę noclegową, ale to nie temat tego artykułu.

Temat których wszystkich interesuje, czyli ile liczą sobie laski za swoje towarzystwo będzie trochę później, teraz tylko zdradzę, że również w Pattaya jest sporo taniej jeśli chodzi o ten aspekt. O tym jak upolować laskę bez płacenia w Pattaya, również będzie poniżej.

Jak dojechać z Bangkoku do Pattaya 

Po pierwsza udajemy się na lotnisko Suvarnabhumi. Tutaj mówię jak dojechać najlepiej, a nie najtaniej, bo oczywiście można się jebać przez mega korki Bangkoku i jechać z terminalów autobusowych za 120 batów. Za to z na lotnisko jedzie szybki pociąg omijający wszystkie korki. Autobusy odjeżdżają co godzinę i z lotniska wyjeżdżają od razu na autostradę, ale aby nie czekać na losowy i upewnić się, że mamy miejsce, lepiej zarezerwować bilet przez internet w Bell Travel Service (google aby znależć ich stronę). Bilet kosztuje 250 batów, ale podróż idzie sprawniej i odwiozą cię pod sam hotel (o tym gdzie spać będzie za chwilę) . Taxi z centrum Bangkoku powinna z licznikiem kosztować 1,000 batów, ale jeśli nie znasz tajskiego, to zapomnij, że któryś cię zabierze. Za 1,500 biorą bez problemu i z Bangkoku i z lotniska, tylko jeśli chodzi o lotnisko – zapomnij o tych chujach którzy stoją na stanowisku taxówek, to są cwaniaki czekające, aby opierdolić naiwnych turystów. Dużo lepiej podjechać na departure floor na samej górze i tam zagadywać do taxówkarzy którzy właśnie wyrzucają ludzi którzy przyjechali na lotnisko. Stąd bez problemu powinni pojechać za 1500, albo mniej, jeśli masz cierpliwość negocjować. A jeśli nie chcesz rozmawiać z tymi bałwanami (celowo zwracam się bez żadnego szacunku, bo taxówkarze w Tajlandii to najgorsi Tajowie jakich spotkasz) to zainstaluj Grab Taxi albo Uber i wtedy bez negocjacji jedziesz za 1200 – 1500. Przy okazji, zanim zapomnę, powrót z Pattaya do Bangkoku jest dużo tańszy – trick jest w tym aby ustawić się na wylotówkę do Bangkoku i patrzeć które taxi mają rejestracje z Bangkoku. Jak złapiesz taxi która wraca pusta do stolicy, bez problemu możesz jechać nawet za 800.

Ja tym czasem nie cierpię transportu publicznego, a taksówkarzy jeszcze bardziej i zawsze jeżdżę motorem. Akurat mieszkam na Asoke, skąd biorąc trasę Rama 4 do Onnut i dalej na Chonburi, trasa zajmuje mi 2 godziny z centrum Bangkoku do Pattaya. Można bez problemu cisnąć 130 na godzinę po świetniej autostradzie. Jeśli chcesz wypożyczyć motor, to możesz się do mnie odezwać (dostępne do wynajmu 125, 250 i 600 cc). Po drodze proponuję z Chonburi zjechać do Ang Sila i Bang Sean, i jechać nad wybrzeżem z pięknymi widokami, przez wzgórze z dzikimi małpami, aż do miasta Siracha. Nie wiem dlaczego, ale bardzo lubię Siracha i zawsze zatrzymuje się tam na kawę. Po prostu przyjemne miasto. Taka trasa zajmuje oczywiście więcej czasu.

Gdzie spać w Pattaya 

Spać można oczywiści wszędzie, natomiast powiem gdzie ja zawsze śpię i dlaczego. Moim głównym kryterium wyboru hotelu jest bezpieczny parking, bo mój motor za bardzo rzuca się w oczy i choć w Tajlandii generalnie nikt nie kradnie, to jak mają ci coś zajebać, to prawdopodobnie właśnie w Pattayi. Poniżej zamieszczam mapkę obszaru gdzie warto (według mnie) wynająć pokój i już wyjaśniam dlaczego.

Pattaya, mapa, Tajlandia

Pattaya, mapa, Tajlandia

Wszystko pomiędzy ulicą Beach road a Pattaya Sai Song road jest świetną lokalizacją z jednego powodu – jeżdżą tam tak zwane Song Teaw, czyli pick upy przerobione na autobusy, całą dobę, z częstotliwością co kilka minut. Bilet kosztuje 10 batów. Czasami kierowcy próbują cwaniakować i chcą 200 licząc na to, że jesteś świeżakiem, wtedy należy zatrzymać następnego. Obie ulice są jednokierunkowe, czyli jeśli zjeżdżamy Beach road, to udajemy się w kierunku Walking Street, a jeśli jedziemy Pattaya Sai Song, to udajemy się w kieruku słynnej soi 6.

Czy warto rezerwować hotele z góry? To kwestia indywidualna. Pattaya ma tak dużą bazę noclegową, że bez problemu można znaleźć coś „z buta”. Wszystko od 400, 500 batów w górę nadaje się już do spania. Oczywiście dla chcących standardu 4* lub 5* Pattaya również oferuje wiele opcji i w zaznaczonym przeze mnie obszarze znajdziesz wiele hotelu. Pokoje szukamy standardowo przez booking, agoda lub airbnb. O ile nie przyjeżdżamy w okresie typu nowy rok lub inne duże święta, bez problemu można znaleźć zakwaterowanie bez uprzedniej rezerwacji.

Do których hoteli można bez problemu przyprowadzać dziewczyny? Odpowiedź bardzo krótka – do wszystkich. Gdyby któryś hotel nie zgadzał się, lub próbował więcej skasować za gościa, szybko wypadłby z rynku, bo nie zapominajmy, 90% ludzi przyjeżdżających do Pattayi jeździ po to, aby grzmocić Tajki.

Gdzie imprezować w Pattaya?  

Pattaya mapa, Tajlandia, imprezy

Pattaya mapa, Tajlandia, imprezy

No to jedziemy z koksem 🙂 Kolejność losowa, nie daje niczemu priorytetów.

Beach road, czyli ten sam obszar w którym polecam spać, ma setki barów, restauracji, klubów go go, masaży, lasek sprzedających się na plaży, etc. Nie mam tu żadnych ulubionych miejsc, tego jest po prostu za dużo. Czuć nadmorski klimat, jest tam generalnie plaża, choć brzydka i woda brudna (druga plaża w Pattaya – Jom Tiem, jest lepsza), to zawsze zdjęcie można cyknąć i nogi zanurzyć. Lubię tam też na plaży się napić piwka w nocy.

Walking street – najpopularniejsze miejsce w Pattaya z setkami klubów go go, różnego rodzaju knajp gdzie można zjeść homara, lub wielkie krewetki, a także masa hoteli, głównie godzinowych (tutaj tip co czasami robię w weekendy. Ponieważ i tak chodzę spać około 6 rano, szukam hotelu dopiero o 4 w nocy i mówię, że będę spał do 18stej. Jeśli mają wolny pokój to bez problemu się zgadzają i za 700, 800 batów można się wyspać, zamiast robić check out o 12 w południe). Najlepszy klub go go na Walking Sreet to Windmill, jest chyba najbardziej hardcorowym w całej Tajlandii, gdzie dziewczyny chodzą z ręczniczkami podcierają sobie piczki, po tym jak klienci robią im minetki za 100 batów. Najlepszy klub nocny (według mnie) to Ibar. Jest to miejsce gdzie prędzej czy później większość lasek z go go, po zakończeniu pracy idzie dalej imprezować. Poza sezonem na jednego faceta przypada tam 5 lasek i jeśli jest odpowiednio późno, to możesz łapać te same laski która w go go chcą 3000, nawet za 1000 i to na całą noc. Więcej o cenach trochę później. Około 5, 6 rano otwiera się klub JP Pool gdzie pozostają niedobitki Pattajskie. Nie znajdziesz lepszych cen na laski niż w JP Pool nad samym ranem.

Soi Buakhao – jest to długa ulica na której znajdziesz najtańszą bazę noclegową (nawet za 300 batów), podobnie do beach road, jest tu masa masaży, barów z hostessami, restauracji, you name it. Jest tu również prowadzony przez francuza blow job bar, gdzie za 800 batów można dostać dodatek do piwa.

LK METRO – największy po Walking street zlepek baróg go go z cenami za drinki od 60 batów. Na ulicy można też zjeść taniego kebaba lub burgera.

Beach road soi 6 – jedna ze sławnych ulic w Pattaya, na której znajduje się ekstremalnie duża ilość barów z dziewczynami. Poza blow job barami, których jest tu z 5, i to takich hardcorowych, gdzie laski walą pały na sofach przy innych klientach, znajdziesz tu bary z pokoikami na górze. Za 1000 batów + 300 bar fine, możesz grzmocić niemal każda laskę na tej ulicy (za orale 700 / 800 bez bar fine)

Gdzie znaleźć laski za kasę i ile to kosztuje – o to się nie musisz bać, wszak to one znajdą ciebie. Ceny zależą nie tylko od jakości dziewczyn, ale od tego jak ty się prezentujesz. Jak masz blond włosy, niebieskie oczy i dobre ciało, to często udaje się i bez kasy, ale generalnie cena to 500 – 5,000. Kiedyś jakiś potwór oferował mi nawet za 320 (do dzisiaj nie wiem skąd to 20 – może inflacja?). W każdym barze i masażu możesz zabrać dziewczynę ze sobą po zapłaceniu bar fine, które w większości wypadków wynosi 300 batów. Jeśli nie chcesz płacić bar fine, to umów się z laską w Ibar po jej pracy i omijasz tą opłatę.  W go go zazwyczaj chcą co najmniej 2000, 3000 za krótki strzał, masaże około 1000, na plaży nawet za 500. Po drodze na wzgórze potwory mówią 300, pewnie polują na jakiś hindusów. Absolutnie najlepsze deale są w późno otwartych klubach nocnych typu Ibar, Insomnia, 808, Lucifer, JP Pool. Tam za 1000 – 2000 masz na całą noc. Naprawdę nie ma stałego cennika. Wszystko zależy od tego jak wyglądasz, czy rozbawiasz towarzystwo, czy zamulasz, czy umiesz negocjować, etc.

Gdzie znaleźć laski bez płacenia – najpierw pamiętaj, że 90% lasek w Pattaya to dziwki. Kiedyś myślałem, że ciężko jest znaleźć bez płacenia, ale szybko odkryłem, że nawet każda dziwka chce mieć chłopaka, lub po prostu lubi się ruchnąć z facetem który jej się podoba. Dodatkowo w Pattaya jest masa turystek z Bangkoku, zwłaszcza w weekendy i niekoniecznie są to dziwki. Moja taktyka – walczę tak długo aż się uda, nawet jeśli jest to 5 rano, a jeśli polegnę to zaczynam dzwonić do lasek z którymi już kiedyś się pukałem bez kasy i prawie zawsze się udaje. Mam co najmniej 3 miejsca w których mógłbym spać za darmo, ale nie po to jadę do Pattaya, żeby spędzać czas z jedną laską. Gdzie poznaje dziewczyny? Większość w Ibar i JP Pool, późno w nocy. Na drugim miejscu jest Facebook, codziennie dodaje mnie z 5 lasek i jak są fajne do je potwierdzam. Potem robię check in, że jestem w Pattaya (to dotyczy też innych miast) i z lasek  które klikają like i są na miejscu, zagaduje. Zdarzyła mi się też laska z soi 6, a także dziewczyna którą znam z prowincji Surin, a która przeprowadziła się do rodziny w Pattaya. Także podsumowując poznać można wszędzie. Moja taktyka – nigdy nie rozmawiaj o żadnych pieniądzach, bo jeśli zapytasz czy chce, to na 95% odpowie, ze tak. Takie miasto. Jeśli ona z własnej inicjatywy wyjeżdża z tematem odpowiadasz „to ty jesteś PROSTYTUTKĄ?! Myślałem, że też mnie lubisz, bo ja ciebie naprawdę lubię”. Jak mówi, że chce kasę, to atakuje następny cel. Uwaga techniczna – może się zdarzyć, że będzie chciała kasę dopiero rano, to się zdarza w Pattaya, ale wtedy też jesteś do przodu, bo nie umawialiście się na żadne kwoty, więc rzucasz 1000 i jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby marudziły, że za mało. W końcu nie umawialiście się na  żadne szczegóły.

Jak chodzi o wyrywanie bez kasy, to w Pattayi wymaga to trochę więcej skilla, jeśli nie idzie ci w Bangkoku, to nie spodziewaj się, że w Pattaya będzie łatwiej. I bądźmy realistami, jeśli jesteś gruby, masz 20, 30 lat więcej niż dziewczyna, to jej motywacją do spotykania się z tobą są tylko pieniądze. Dużo osób nie wierzy, że w Tajlandii w ogóle da się pukać bez płacenia, mnie nie zależy na tym aby kogokolwiek przekonywać – będzie więcej dla mnie. I chociaż uważam się za doświadczonego gracza, to moi znajomi też dają radę nawet w Pattaya, więc jak najbardziej się da, to nie ja jestem jakiś wyjątkowy. I dla tych którzy myślą, że „liczyła na coś więcej”, a ja „oszukałem”, to niby dlaczego spotykają się ponownie i ponownie, wiedząc, że nie mają z tego żadnej finansowej korzyści? Mam w Pattaya co najmniej 5 stałych gików, czyli lasek z którymi się rucham i zawsze chętnie się spotykają.

Co robić w dzień – Pattaya nie ma aż tak dużo do zaoferowania w dzień, ale dalej jest kilka świetnych miejsc jak np. wyspa Koh Larn, o której już pisałem na tej stronie. Dodatkowo jest bardzo fajne wzgórze widokowe, nurkowanie, etc (jeśli ktoś ma ochotę, to mogę polecić polską firmę na nurkowanie). Markety wodne, tygrysy i słonie to raczej gówno dla masowej turystyki, nie polecam.

Jeśli chcesz zobaczyć te wszystkie oraz bonusowe miejsca, to przypominam, że pracuję w turystyce od wielu lat i pokazuje Tajlandię zawodowo. Wypad w grupie do 4 osób od 120 USD. Przy większej ilości osób należy skontaktować się na maila. 

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

 

Z Bangkoku do Laosu motorem – 600 km na dwóch kołach


Po tym jak moja wiza pracownicza została trzykrotnie odrzucona przez urząd imigracyjny w Bangkoku, kilka dni temu postanowiłem udać się z tymi samymi dokumentami do konsulatu Tajlandii w stolicy Laosu. Pomimo tego, iż Laos nie jest moim ulubionym miejscem, a Vientiane jest 700 tysięczną wioską, w której po 12 w nocy ciężko spotkać żywą dusze na ulicy, to jednak tamtejszy konsulat ma opinię bycia najbardziej przyjaznym w rejonie. Wyjazd okazał się rozsądną decyzją i takoż po praz pierwszy od 7 lat pracuję w Tajlandii legalnie na wizie non-immigrant B.

Motorem z Bangkoku do Laosu

Motorem z Bangkoku do Laosu

Jak dostać się do Laosu? Najprościej oczywiście polecieć samolotem. Bezpośrednie połączenie na trasie Bangkok – Vientiane istnieje w linii Air Asia, choć dużo taniej wychodzi polecieć do miasta Udon Thani z Lion Air (30$ w każdą stronę), po czym przejechać lądem do granicy w Nong Khai (60 km) i przejść na drugą stronę. Vientiane jest tuż przy granicy, podróż zajmuje 20 minut i kosztuje 3$ za taxówkę lub jakieś drobne za autobus.

Ja jednak wybrałem inną opcję – postanowiłem przejechać całą trasę na CBR. Nie jest to oczywiście najbezpieczniejsza opcja, tym bardziej nie najszybsza, ale zdecydowanie najbardziej ekscytująca. Dodatkowo, będąc trochę jak przysłowiowy marynarz, który ma w każdym porcie inną, możliwość zatrzymywania się po drodze w moich ulubionych miastach i odwiedzanie koleżanek, przymówiła za tą właśnie opcją. A zatem w drogę…

Jak się jeździ w Tajlandii. Generalnie bardzo wygodnie – drogi są bardzo dobre, z północy na samo południe są duże autostrady, miejscami mają nawet 5 pasów w każdą stronę. Stacje benzynowe, restauracje, wodopoje etc, są w bliskich odległościach. Co 30 km są warsztaty w których można dokonać drobnych napraw w razie potrzeby. Generalnie przez większość trasy sunąłem 120km/h i była to przyjemna podróż. Oczywiście polecam pamiętać, że w Tajlandii na drogach ginie 30 osób dziennie, natomiast ja nauczyłem się prowadzić dopiero tutaj na miejscu (w Europie nigdy nie prowadziłem) i to właśnie w Tajlandii czuje się najbezpieczniej. Kiedy prowadzę w innych krajach, nie wiem czego się spodziewać po innych kierowcach. Tutaj wszyscy są przewidywalni.

Przejechanie z Bangkoku do Udon Thani zajęło mi około 10 godzin z postojami. Zalogowałem się do mojego ulubionego hotelu i nie tracąc czasu, odpaliłem Tinder i Thai Friendly. Na jakieś efekty trzeba było chwilę poczekać, a ja w między czasie ruszyłem zrobić rundę po barach. Swoją drogą, dobrze działa motor na laski, co chwile przybiegają zrobić sobie zdjęcie z zadają głupie pytania typu „czy jest szybki”.

O północy postanowiłem podjechać pod klub Phoenix. Duży, duży, błąd. Jak się jest po 5 piwkach, to lepiej wiedzieć gdzie są check pointy policyjne, bo inaczej się można wdupić, tak jak mi się to udało. Dmuchnięcie w alkomat i zapaliła się czerwona lampka. Ooops. Oficjalnie w Tajlandii grozi za to noc w areszcie (wypuszczają dopiero następnego dnia około 15stej) oraz szybka rozprawa sądowa i 20,000 batów kary. Wydmuchałem 0,65 i choć policja była całkiem przyjazna, jak to w tych rejonach bywa, to jednak zabrali mi motor i zaczęli proces aresztowania. Mnie się jednak śpieszyło, następnego dnia z samego rana musiałem już być w Laosie i nie było opcji, żebym spędzał noc w areszcie. Po 15 minutach negocjacji, policyjnym samochodem podjechaliśmy pod bankomat i musiałem wyskoczyć z 8,000 batów „bez wypisywania”. W drodze powrotnej w ostatniej chwili złapaliśmy policjanta, który odpalał już mój motor aby odwieźć go na komisariat.

W Bangkoku nigdy nie zatrzymuje mnie policja, ostatni raz chyba z 2 lata temu. Wynika to z tego, że znam każde miejsce w którym mogą się rozstawić i po prostu nie przejeżdżam przez te punkty. Stąd też moje złudne poczucie bezpieczeństwa, „skoro nie złapali mnie przez 7 lat, to na pewno i nie dzisiaj”. Więcej już na pewno nie mieszam alko z prowadzeniem, bo za drogo wychodzą ewentualne wpadki.

Oczywiście ochota na imprezę mi przeszła, za to zachciało mi się więcej alkoholu. Bary w Udon Thani są zamykane punkt 12, wtedy po imprezowych ulicach łazi mnóstwo ludzi. Zagadałem do jakiejś laski, żeby załatwiła mi piwerko i po 5 minutach oboje sączyliśmy  San Miguel light. Po pół godzinie byliśmy już w jej hotelu. Na początku wydawało mi się, że ona jest zwyczajnie mało kumata, dopiero w hotelu zauważyłem, że jest na haju. Skurcze mięśni, drapanie, łapanie się za głowę, wielkie czarne źrenice. Czasami wycoodziła do łazienki, tylko po to, żeby od razu wrócić. Innym razem mamrotała sama do siebie. Stawiam, że paliła Ice. Pytam co brała, mówi, że nic. Ale mnie się oszukać nie da. Była dobrze zrobona, więc bez tracenia czasu popchnąłem ją na łóżko i noc zakończyła się w typowy sposób. Tuż po akcie musiałem iść spać – zostało mi kilka godzin snu, więc od razu wróciłem do hotelu. Powiedziałem jej jeszcze na wyjściu, że jeśli naprawdę nic nie brała, to niech następnym razem nie zostawia drinka samego w barze, bo na 100% była na dragach.

Prowincja Loei

Prowincja Loei

Następnego dnia o 7 byłem już na trasie Udon Thani – Nong Khai. Z granicy udałem się prosto do konsulatu i wyszedłem bardzo zadowolony, gdyż moje dokumenty zostały przyjęte bez nawet żadnego komentarza. W Bangkoku co chwile im się coś nie podobało i musiałem uzupełniać dokumenty o same pierdoły typu zaświadczenie o niekaralności. Wiza kosztuje 2000 batów (zwykła turystyczna 1000).

W Laosie generalnie nie wolno spać z dziewczynami – to znaczy jest to prawnie zakazane i nielegalne. Teoretycznie jeśli chcemy iść z Laotanką do hotelu, należy pokazać akt małżeństwa. Dlatego też moim priorytetem przy wybieraniu hotelu było upewnienie się, czy aby na pewno mogę tam z kimś wrócić. W recepcji pytałem prosto z mostu czy nie ma problemu jeśli wrócę z dziewczyną i zabrałem pierwszy hotel który się zgodził u jakiś typków z Bangladeszu.

Po kilku godzinach snu, zabrałem się za odszukanie Bee – dziewczyny z którą spędziłem noc rok temu, kiedy byłem w Laosie. Niestety dała mi wyłącznie Line ID. Mam na liście jakieś 1000 kontaktów, więc przejechanie przez nie wszystkie kilkukrotnie aby ją znaleźć, zajęło mi dużo czasu i nie przyniosło efektu. Stawiam, że zmieniła imię i usunęła zdjęcie, bo nie udało mi się jej znaleźć. Druga próba – przejechałem przez cały Tinder aż skończyły mi się Like’i. Również fiasko. Ostatni desperacki akt – udałem się do baru w którym ją poznałem i pokazywałem jej zdjęcie obsłudze. W końcu znalazłem jedną barmankę która ją zna (choć nie ma do niej kontaktu). Powiedziała, że Bee już tutaj nie bywa, ponieważ wzięła ślub i jest siedzi w domu z mężem. Ehh…

Mój następny cel – Bor Pen Nyang. Dopiero teraz odkryłem ten bar i byłem przyjemnie zaskoczony, ponieważ był dość pełny, pomimo tego, że Vientiane to wieś i knajpy są raczej pustawe, a ludzie chodzą spać o 11, aby rano zasuwać na pole ryżowe. Sącząc browarka Lao zdążyłem się umówić z jakąś laską przez Tinder, miała podjechać do baru na motorku. W między czasie zawołała mnie do stolika inna Laotanka, która miała przy stoliku koleżankę i jakiegoś białego, jak się okazało – Polaka, który też mieszka w Bangkoku. Olałem laskę z Tindera i skupiłem się na tej z baru. Postawiłem jej drina, wypiłem jeszcze jedno piwo i o 12:30 zamknęli bar. Wtedy też, bez żadnych obiekcji poszliśmy razem do mojego hotelu, gdzie mieliśmy dwie rudny – nocną i poranną.

Tego dnia musiałem odebrać mój paszport z konsulatu i okazało się, że Laotanka akurat jedzie do Khon Kean w Tajlandii do chirurga, zrobić sobie sylikonowe cycki. Stać ją na sztuczne cycki, ale oczywiście nie zapomniała poprosić o 3 dolary na tuk tuka. Akurat miałem przejeżdżać przez Khon Kean w drodze powrotnej i dogadywaliśmy się, że pojedziemy razem motorem, ale ostatecznie zmieniła zdanie, bo do jej podróży chciała się przyłączyć jakaś koleżanka.

Laos jest super pod względem językowym, bo dosłownie każdy mówi tam po tajsku i to nie, że trochę, tylko płynnie, rozumieją dosłownie wszystko, włączając w to slang, a także problemu czytają tajski, nawet pomimo tego, że ich alfabet jest inny. Nie wiem czy laotańskie potrawy są takie same jak tajskie, ale jak im podawałem nazwy typu „pad pring geng tale” to przychodziły bez problemu i smakowały jak tajskie. Jednym z minusów Vientiane są ceny za jedzenie, co-najmniej 2 razy większe. Zarówno street food, jak i restauracje. W Tajlandii można jeść za 40 batów na ulicy i od 120 w restauracji. W Laosie było to razy dwa. Za to alkohol jest o połowę tańszy, więc akurat się wyrównywało.

Po odebraniu paszportu musiałem wracać jak szybko się da, ponieważ nie chciałem jechać motorem w nocy z ograniczoną widocznością. Niestety zanim przekroczyłem granicę, była już 15:30 i nie byłem w stanie zajechać daleko. Ostatecznie postanowiłem zmienić trasę i skręcić do prowincji Loei, gdzie znam pewną Tajkę, która wiedziałem na 100%, że będzie zainteresowana spędzeniem ze mną nocy. Co ciekawe, jest to jedna z Tajek, której jakiś życzliwy czytelnik przetłumaczył Azje Po Zmroku i „donosił”, że jestem bad boyem na którego trzeba uważać. Jak słodko, hehe 🙂

22894491_10213659548258875_8818801931646694715_n (1)

Motorem z Laosu do Bangkoku

Prowincja Loei przywitała mnie mrozem. 20C to dla mnie ekstremalna temperatura, było tak zimno, że nie bardzo mogłem jechać motorem. Ubrałem na siebie 3 koszulki i dalej dygotałem. Nic cieplejszego przy sobie nie miałem.

<<<Sekcja z Loei usunięta na prośbę dziewczyny o której tutaj pisałem>>> 

Było już po 12. Ja pojechałem prosto do klubu o nazwie Robot. Impreza mega fajna, tylko ja całkiem na trzeźwo – nie chciałem, aby znowu policja mnie zgarnęła. Piłem wodę gazowaną i robiłem wszystko co w mojej mocy, aby Tajowie nie polewali mi whiskey. Jak ktoś był w klubie tajskim to wie o czym mówię – Tajowie na widok białego muszą się stuknąć szklanką, a jak w szklance brakuje whiskey, to od razu leją ze swojej butelki bez pytania. Po jakiś 40 minutach zostałem zaproszony do stolika, 2 Tajów i 4 Tajki. Oczywiście była to wielka sensacja – farang mówi po tajsku. Bombardowali mnie tymi samymi pytaniami z każdej strony, ale dzięki temu szybko „zgrałem się” z jedną z dziewczyn. Przytulaliśmy się, tańczyliśmy razem i byłem już na 90% pewny, że noc skończymy razem. Sytuacja mnie bardzo wciągnęła, ponieważ rano zrobiłem Laotanke, wieczorem Tajkę z Loei, a tu mi się klei trzecia laska i przyznam, że zrobienie trzech w jeden dzień byłoby moim życiowym rekordem. Niestety, kiedy tylko wypili flaszkę, wszyscy zebrali się razem. Na pytanie czy nie chce zostać ze mną, powiedziała nazwę baru gdzie pracuje i, że mogę ją tam odwiedzić następnego dnia, ale dzisiaj będzie już wracać. I dupa a nie rekord, ciężkie życie.

Rano następnego dnia planowałem przejechać 420 km do Lopburi, ale okazało się, że mam klienta na następny dzień, więc ostatecznie skończyło się na 600 km rajdzie aż do Bangkoku. Przejechanie przez Loei było naprawdę zajebistym doświadczeniem – super góry, wysokie i ładne, nawet nie wiedziałem, że gdzieś poza okolicami Chiang Mai są tak wysokie góry w Tajlandii. Co chwile ostre zakręty, ale mając pożądany motor z dużymi oponami, gibanie się na nich było super zabawą… Po około 10 godzinach dojechałem do Bangkoku i tego dnia nie miałem już siły na nic – udałem się prosto do łóżka. Te kilka dni spania po pare godzin zostawiło odcisk na kondycji. Mimo to, było zajebiście i ciesze się, że nie leciałem samolotem.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

Yangon – raport z największego miasta Birmy


Dzisiaj nietypowy artykuł, albowiem Birma jest bardzo nietypowym miejscem w SEA. W skrócie – nie ma tam kurwa nic. Kiedyś już pisałem raport z Birmy na tej stronie, byłem w Mandalay, Bagan, Inle oraz jedną noc w Yangon. Wtedy też obiecałem sobie, że do Yangon kiedyś powrócę na trochę dłużej, ponieważ było to jedyne miejsce godne uwagi. Podczas poprzedniego wyjazdu, większość kontaktów z dziewczynami ograniczała się do dostawania numerów telefonów na ich stare nokie przypominające cegłówki, po czym nie dało się do nich w ogóle dodzwonić – zwyczajnie nie odbierały telefonu. A jak było tym razem? O tym dowiesz się z poniższego artykułu.

Birma, Yangon

Birma, Yangon

Jak się dostać do Birmy? Większość lotów jest oczywiście na trasie Bangkok – Yangon, ceny są bardzo przystępne, za około 100$ można lecieć tam i z powrotem. Z wjeżdżaniem do Birmy lądem jeszcze do nie dawna były duże problemu, jak jest teraz, nie jestem pewien, ale znając ich stan dróg, jechanie tam lądem jest raczej słabym pomysłem, zwłaszcza, że bilety na samolot są bardzo atrakcyjne.

Wiza. Wjeżdżając do Birmy należy mieć wcześniej wizę, którą zdobywa się na dwa sposoby – albo w ambasadzie Birmy, albo prościej – przez internet za 50 USD. Wiza przychodzi do 3 dni roboczych.

Zakwaterowanie – infrastruktura w Birmie jest marna, hoteli nie jest dużo i są przenocowane o słabej jakości.  Jak zawsze polecam Airbnb, czyli stronę w której wynajmuje się mieszkania od prywatnych osób. Tak też zrobiłem tym razem i miałem całym 1 bedroom apartment dla siebie za 25 USD, przy People’s Park. Powodem dla którego zdecydowałem się na cały apartament, był motywowany głównie brakiem recepcji. Podczas ostatniej wizyty w Yangon, „miła” recepcjonistka nie chciała wpuścić mojej laski, ponieważ nie miała ona przy sobie żadnego ID i zamiast spać w fajnym hotelu zapłaconym przez firmę, musiałem biegać i szukać jakiejś taniej speluny gdzie łaskawie wpuszczą moją birmańską landrynę. Tutaj dodam jeszcze, że Airbnb oraz jakikolwiek wynajem mieszkań tudzież pokoi od osób prywatnych jest w Bimie nielegalny.

Transport – taxówki w Yangon, choć jeżdżą bez licznika i trzeba się targować, są śmiesznie tanie. Za dojazd z lotniska do apartamentu zapłaciłem 5 USD. Większość kursów w mieście można zrobić za 2, 3 USD. Oczywiście trzeba się chwilę potargować, ale trwa to dużo krócej niż w sąsiedniej Tajlandii.

Jedzenie – street food wygląda trochę podle, smakuje dobrze, ale ma inny problem – jego wartości odżywcze są bardzo marne. Znikome ilości białka oraz błonnika, czyli dwóch najbardziej wartościowych składników. Zwykły street food kosztuje jakieś 0.75 USD, ale żeby zjeść jak człowiek, czyli mieć np. jakieś mięso w ryżu zamiast jednego jajka, trzeba zapłacić 3 USD.

22154225_10213423535078693_425547476583212800_n

Birma, Yangon

Alkohol – ceny alkoholu są takie jak w Tajlandii, czyli drożej niż w Polsce, ale zdecydowanie taniej niż w krajach muzułmańskich. Duże piwo w sklepie to niecałe 2 USD, w klubach zasadniczo nie dużo drożej, przy czym prawie każdy klub życzy sobie 10 USD za wejście. Lane piwo w barze również wychodzi tanio.

Co zwiedzać w dzień – to jest strona o życiu nocnym, więc nie będę się rozpisywał, ale powiem jednym zdaniem, że w ogóle nie ma czego zwiedzać. 5 milionów ludzi w mieście i najciekawsze miejsce to park w którym młodzież chodzi się ruchać w krzakach zakryci  parasolką lub dwiema (nie żartuję). Są oczywiście jakieś kamienie na kamieniach, świątynie i inny kicz typu Szwedagon pagoda, czy Sule. Nie warte nawet minuty uwagi. To oczywiście moja subiektywna ocena, jak ktoś się nie zgadza, to niech sobie przekreśli to zdanie markerem na monitorze i dopisze co uważa za bardziej stosowne.

Kluby – liczba klubów wygląda całkiem imponująco, ale niestety jak się zacznie po nich chodzić, to się okazuje, że jest trochę tragedia. Najbardziej polecanym jest klub / bar o nazwie Emperor, który jest zwykłym burdelem. I najgorsze, że ten burdel, był najciekawszym miejscem w całym Yangon :/ Miejsce było nietypowe (wjazd – 8 USD), bo zaraz na wejściu dosłownie atakuje cię 10 lasek i prawie cię rozrywają na strzępy, żebyś tylko którąś zabrał na dupcing do hotelu. Do tego co minutę podchodzą nowe dupeczki i próbują się lepiej zareklamować niż te które już na tobie wiszą. Nie sępią na żadne drinki, przynajmniej mnie żadna nie pytała, chociaż jak zobaczyłem jakie tam tanie piwo (2 USD), to kupowałem im z własnej woli, ale to dopiero po 15 minutach jak obczaiłem o co w ogóle chodzi w tym miejscu. Na środku jest tak zwany fashion show, czyli niby lepsze dupy prezentują wdzięki i kupuje im się kwiatki w ramach adoracji, podobnie jak w innych krajach lady-drinki. Te dziewczynki z fashion show też atakują klientów, tylko zamiast pytania o 70 USD, starują z 100 USD za noc. Ceny są na pewno do negocjowania. Laski z fashion show pracują dla klubu, reszta to freelancerki.

Klub Vibe – sausage festival, czyli 80% faceci i 20% lasek, z których większość przyszła już z jakimiś kolesiami. Spośród tych kilku które były same, prawie żadna nawet na mnie nie spojrzała. Zagadałem do jednej, jej kompletny brak angielskiego uciął rozmowę na starcie.

Harry Bar – znajduje się w Myanmar Plaza, wygląda na całkiem fajne miejsce, masa ludzi, dużo międzynarodowego towarzystwa. Prawie bym polecał, gdyby nie to, że po zamówieniu paru piwek i kilku przekąsek, przyszedł rachunek na 100$. Zaraz jakieś Janusze którzy kładą kafelki Niemcom będą krzyczeć, że przecież 100$ to jest nic, oni jak są na wakacjach w Azji 2 tygodnie w roku, to się muszą poczuć jak królewicze, więc celowo przepłacają za wszystko 6 razy. Natomiast 100$ to jest miesięczna pensja Birmańczyka, więc z tego względu nie polecam.

The Penthouse – fajna miejscówka ze spoko widokiem, coś prawie jak Sky bar, byłem tu na randce z filipinką (więcej o tym później). Niestety, wbrew temu co powiedziała mi filipinka, czyli że jakoby jest to „meat market”, gdzie przychodzi dużo  zajebistych dupeczek szukających białej kiełbasy, poza nami było tam faktycznie kilka rzeczywiście fajnych sztuk, ale wszystkie przyszły z jakimiś starymi Japończykami. Podsumowując – dobre miejsce na przyprowadzenie dziewczyny, ale absolutnie nie to poznawania.

The Muse – totalna porażka. Oczywiście płatne wejście, żeby klienci nie uciekli od razu. W środku może 6 osób, o dziwo były jakieś wolne dziewczyny, to się trochę pomizialiśmy, aczkolwiek ich jakość była słabiutka. Jedyną fajna kumpel od razu dorwał, dla mnie już nic nie zostało ciekawego. Dodam, że było to w sobotę około 12 w nocy. Omijać.

Pioneer – jeden z najbardziej polecanych klubów. Byłem tam o 22, kiedy w środku były same dziewczyny i zapowiadało się bardzo dobrze, chociaż po sposobie ubierania się, widać było, że to 90% dziwki. W pewnym momencie przyszedł nawet do mnie ochroniarz i powiedział, że laski zapraszają mnie do stolika, ale ich pierwsze pytanie to „what hotel you staying at” (czyli – szybko sprawdźmy czy śpi w drogim hotelu i jest warto marnować na niego czas). Jak powiedziałem, że mam apartament, to chyba nawet nie zrozumiały o co mi chodzi. Anyway, uciekłem szybko bo to były jakieś sztywne dziwki ewidentnie. Koło godziny 11:30 klub zrobił się pełny. Fajnie, nie? Wcale nie! Znowu 90% facetów i 10% lasek. Tragedia. Kumpel pytał się jakiś dziwek po ile chodzą, zaczynały od 100$.

Umawianie się przez internet

DateInAsia – na Birme jest całe 4 profile 😀 Oczywiście napisałem do wszystkich i dwie nawet odpisały, ale żadnej nie było w Yangon. Mam na FB kilka Birmanek, to samo – żadnej nie ma w Yangon.

Tinder – ostatnia nadzieja. Na Tinderze przejechałem przez wszystkie profile. 95% to obcokrajowcy. Rozmawiałem z Tajką, Wietnamką, Singapurką i Filipinkami. Miałem match z jedną Birmanką, ale miała tylko jedno zdjęcia które było niewyraźne, więc chatowałem z innymi laskami. To już był 3 dzień bez żadnego walenia, więc robiłem się trochę zdesperowany, nie jestem przyzwyczajony do takich długich przerw. Najbardziej podobała mi się Wietnamka, ale pracowała wieczorem. Singapurka też była spoko, ale bałem się, że nie pójdzie się ruchać na pierwszej rance, a ja już miałem ostatnią noc. Padło więc na Filipinkę.

Innych aplikacji / stronek nie próbowałem btw.

Randka z Filipinką – niemiła niespodzianka, Filipinka się prezentuje… grubo ;( to znaczy nie należy do najchudszych, co na zdjęciach sprytnie ukryła. Pierwsza myśl to uciekać, ale Filipinka mieszka w Yangon 11 lat, jej dziadek jest jednym z generałów armii rządzącej Birmą i twierdziła, że zna najlepsze miejsca w Yangon, w co jej wierzyłem, ponieważ mówiła w lokalnym języku. Tak więc postanowiłem się z nią trochę pobujać. Faktycznie zabrała mnie w pare miejsc które prezentowały się relatywnie lepiej, ale nie ma nawet czego porównywać z Tajlandią. Filipinka cały czas płaciła za taksówki i połowę rachunków, twierdząc, że rzekomo zarabia 2,800$ miesięcznie. Cały czas mówiła jakie ma zajebiste życie z powodu pieniędzy i jak jej się dobrze żyje. To się jednak zmieniło wraz z ilością piw które wypiliśmy i – najebana – zaczęła prawie płakać, że nic w życiu nie robi, tylko pracuje, ostatni raz ktoś ją wyruchał 3 lata temu i musi codziennie bawić się cipką do filmów z redtube. Potem nastąpiło chyba z 10 sugestii, że moglibyśmy razem udać się do domu, ale jej atrybuty fizyczne mnie nie przekonały i zrezygnowałem.

W drodze do domu, taxówkarz uparł się, żeby wciskać mi jakieś dziwki. Akurat chciałem zobaczyć co mają „na ofercie” i za ile, więc się zgodziłem. Jeździliśmy więc po jakiś podejrzanych miejscach i do taxi wsiadały po 2 sztuki dziewcząt, które jak towar na półce miałem oglądać w pół mroku. Oczywiście zero angielskiego każda po kolei. Pierwsze dwie sztuki miały miny jakby ktoś je zmuszał. Powiedziałem taxówkarzowi, że ich nie chce właśnie z powodu tych min. Zrobił telefon i następne dwie wsiadają z ewidentnie sztucznym uśmiechem. Haha. Cena startowa 80$ za noc, łatwo dało się zbić do 50$. Kierowca chciał, żebym dał alfonsowi kasę. Nie trzeba być geniuszem, żeby przewidzieć, że jeśli ktoś chce kasę za ruchanie z góry, to znaczy, że serwis będzie tragiczny. Wykorzystałem to jako wymówkę, aby wysłać je na drzewo i spędziłem 4 noc sam.

Bilans 4 dni w Yangon – zero seksu, kompletnie nic. Mogłem oczywiście zrobić pulpeta, ale co to za przyjemność. Scena randkowa w Birmie jest bardzo uboga, praktycznie jedyna opcja do obcokrajowcy, których na szczęście trochę jest. Dziwkarstwo istnieje, ale i słabo cenowo i wszystkie jakoś mechanicznie, bez życia. Nawet mi przeszło do głowy, że te co wsiadały do taxi mogłby być do tego zmuszane (aczkolwiek nie wiem jak jest naprawdę.)

Mój rating Birmy 2/10. Tajlandia i Filipiny 10/10, tak dla porównania 🙂

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

 

 

 

Wywiad dla magazynu Twój Weekend


Wywiad dla magazynu Twój Weekend

Wywiad dla magazynu Twój Weekend

Twoj weekend: Czytając Twojego bloga można odnieść wrażenie, że czyta się opowieści wyssane z palca kumpla, który zawsze miał słabość do fantazjowania, tymczasem to jest Twoje prawdziwe życie. Czy często spotykasz się z niedowierzaniem w Twoje historie?

Michal Forsaken: Nie często, ponieważ większość ludzi którzy czytają moją stronę to stali bywalcy Azji i dobrze wiedzą jak łatwo poznać dziewczyny będąc białym facetem w Tajlandii, czy na Filipinach. Ja nie jestem jakiś wyjątkowy, większość moich znajomych, którzy mieszkają w Bangkoku kilka lat, ma na „liczniku” 3 cyfrowe ilości Tajek. To nie jest jakaś sekretna wiedza. Jeśli jakiś hipotetyczny Janusz jest w stanie wyciągnąć dziewczynę z klubu w Warszawie raz w miesiącu, to w Bangkoku będzie mu się udawało 5 razy częściej. Za samo bycie europejczykiem ma się tutaj +75%. Natomiast jeśli ktoś nigdy nie jest w stanie poderwać żadnej polki, to może mu nie wychodzić i tutaj, z czym również się spotykałem.
Są oczywiście osoby które nie wierzą w moje historie. Mnie to osobiście rozbawia, bo czy moje życie jest naprawdę tak nietuzinkowe, ażeby ktoś mógł powątpiewać w jego prawdziwość?

TW: Rajskie wyspy, cudowny klimat, imprezy, laski… czy nie czujesz czasem, że żyjesz jak w śnie?

MF: Mieszkam w Tajlandii od ponad 6 lat, przez pierwszy rok faktycznie czułem się jak gdybym zhakował własne życie. Ten okres jednak przeminął. Wyprawa na rajską wyspę, czy przespanie się z kolejną tajką jest czymś normalnym, wręcz rutyną, a imprezy w Bangkoku zwyczajnie mi się znudziły. Co innego, gdy wyjeżdżam na weekend do jednego z sąsiednich krajów, wtedy część początkowych emocji powraca.

TW: Często organizujesz podróż życia Polakom? Ile kosztuje taka przyjemność?

MF: To zależy od sezonu. Od listopada do lutego mam klientów praktycznie codziennie, natomiast kiedy w Polsce zaczyna się ładna pogoda, a u nas w Tajlandii sporo leje ze względu na porę deszczową, w turystyce następuje zapaść i rzadko kiedy mam więcej niż 2 grupy tygodniowo. Ceny zależą od tego, czego życzy sobie klient. Za samo zwiedzanie Bangkoku dla kilku osób nie wychlodzi duzo. Jeśli grupa liczy więcej niż 5 osób, to raczej potrzebny nam jest minivan z kierowcą, co oczywiście zwiększa koszty. Organizuję też wyjazdy w okolice Bangkoku, czyli do Pattaya, Kanchanaburi, Ayuthaya, etc. Zasadniczo jestem w stanie zorganizować wszystko czego potencjalnie może potrzebować przyjezdny do Tajlandii.

TW: Odwiedzają Cię też Polki? Mają ochotę na zabawę z Tobą czy bardziej z Azjatkami/Azjatami? 

MF: Odwiedzają. Są to dziewczyny lub żony czytelników Azja Po Zmroku. Nie za bardzo rozumiem co masz na myśli poprzez zabawę? Jesli chodzi o zabawy ze mna, to raczej nie. Raz dostałem maila od dziewczyny przedstawiającej się jako fanka, innym razem zaproszenie na spotkanie jeśli będę w rodzinnym Bielsku, ale nigdy rozmowa na seksualny tor nie zeszła.

TW: Bardzo często wyruszając w Azję na „podbój serc Azjatek” Europejczycy boją się chorób przenoszonych drogą płciową. Jak się przed nimi chronić? Oprócz prezerwatyw są jakieś sprawdzone sposoby, żeby nie przywieść do domu jakiegoś choróbska?

MF: Nie ma innego sposobu niż prezerwatywy. Problem oczywiście istnieje, polecałbym zabezpieczać się za każdym razem, ponieważ żółtaczką, opryszczką, czy HPV, bardzo łatwo się zarazić. Nie jestem lekarzem, więc nie chcę się rozwodzić na ten temat. Powiem tylko tyle, że nigdy nie spotkałem osoby z HIV w Tajlandii, za to podczas pobytu w Londynie, miałem do czynienia z takimi osobami. Jak wszędzie na świecie, grupy największego ryzyka to homoseksualiści oraz prostytutki.

TW: To prawda, że prezerwatywy w Tajlandii są droższe od pary butów?

MF: Skąd te bzdurne informacje? Prezerwatywy kosztują 4 zł. Durex jest droższy – 10 zł. Najtańsze buty – trampki – są dostępne w Tesco za 25 zł, ale raczej większość butów to koszt około 50 zł. Oczywiście w Tajlandii płaci się w batach, nie złotówkach.

TW: Czy jest jakaś granica/doznanie, które chciałbyś przekroczyć/przeżyć?

MF: Szczerze to nie zastanawiałem się nad tym. 2 dziewczyny już były, to może teraz 3? Haha.

TW: Jakie jest Twoje największe marzenie?

MF: Pasywny dochód, tak abym mógł poświecić 100% czasu oddawaniu się hedonistycznym przyjemnością

TW: Opisz proszę pierwsze 30 sekund rozmowy z dziewczyną, którą chcesz zaprosić do hotelu.

MF: To zależy od sytuacji. Zazwyczaj mówię, abyśmy przenieśli się do mojego mieszkania poprzytulać się, ponieważ w miejscu publicznym nie wypada. Inną alternatywą jest zaproszenie na film, naukę angielskiego, lub przeniesienie się do klimatyzacji, ponieważ w Tajlandii zawsze jest gorąco. Zawsze obiecuję, że na 100% nie będzie seksu i na 95% i tak będzie 🙂

TW: Piersi czy pupa?

MF: Tajki są generalnie mało krągłe i chudawe. Pomimo tego, że kiedyś był to mój typ, po ponad 6 latach przerabiania prawie takich samych figur, jestem bardzo spragniony dużych piersi, więc jeśli potencjalna kandydatka takowe posiada, to duży, duży plus. Zdecydowanie piersi.

 

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku