Poznałem ją po kolczykach. Plastikowe wisienki kołysały się przy każdym kroku, a ona szła środkiem Sukhumvit Soi 22 pod rękę z siwym facetem w sandałach i skarpetkach. Śmiała się z czegoś, co mówił jej do ucha. Koszulki Liverpoolu nie miała. Miała czarną sukienkę do połowy uda, a krótkie rude włosy zaczesała gładko do tyłu, przez co wyglądała starzej niż w środę.
Siedziałem w barze hostelu, na stołku przy ladzie, bokiem do ulicy, i miałem ją przed sobą może przez pięć sekund. Spojrzała w stronę baru. Jej wzrok przeszedł po mnie tak samo jak po stole bilardowym i lodówce z piwem i poszedł dalej. Podniosłem butelkę do ust. Była pusta od kwadransa.
Od środy do jej baru nie wróciłem. W czwartek i w piątek wieczorem skręcałem na rogu w drugą stronę, chociaż w tamtą miałem bliżej do wózka, przy którym kobieta smażyła pad thai. Dwa dni uciekałem przed kimś, kto nie zapamiętał mojej twarzy.
– Ruda z trzeciego od rogu. Wczoraj miała Niemca, dzisiaj chyba Szweda. Po skarpetkach nie poznasz.
Facet ze stołka obok mówił po polsku i patrzył za nią razem ze mną. Darek. Był wysoki i chudy, ze skórą spaloną na brąz i z nosem, z którego schodziła skóra, a siwe włosy do ramion związał w krótki kucyk. Koszulę w kwiaty miał rozpiętą na dwa guziki, w rozcięciu złoty łańcuszek i okulary przeciwsłoneczne, chociaż słońce zaszło dwie godziny temu. Mógł mieć pięćdziesiąt kilka lat.
Siedział koło mnie od godziny, a w tym barze, jak sam mówił, od tygodnia. Przez ten czas dowiedziałem się więcej o ludziach z Soi 22 niż przez trzy dni mieszkania przy niej. Kto komu wisi pieniądze, która barmanka ma męża w Isaanie, a która do męża ma jeszcze Australijczyka, co jej płaci czynsz. Nie pytał, czy chcę wiedzieć.
Zagadał do mnie przez mamę. Telefon leżał na ladzie ekranem do góry, kiedy przyszła od niej wiadomość na WhatsAppie: „Tata pyta, czy dużo tam wydajesz”. Zanim zdążyłem go odwrócić, Darek już czytał to na głos, powoli i z namaszczeniem.
– Czy dużo wydajesz. – Zarechotał. – Powiedz tacie, że jeszcze nie zacząłeś.
Mieszkał w Jomtien, pod Pattayą, a do Bangkoku przyjechał do dentysty. Co chwilę dotykał językiem nowej korony, jakby sprawdzał, czy jeszcze tam jest.
– W Polsce na takiego dentystę czekasz pół roku, a potem jeszcze masz dziękować, że cię przyjął. – Machnął ręką. – Polska, kurwa. Szkoda gadać.
Kiedy powiedziałem, że do tej pory siedziałem w barach piwnych tutaj, na Soi 22, popatrzył na mnie z politowaniem.
– To jest poczekalnia, a nie Bangkok. Dziś cię zabieram do Nana Plaza.
Przyłapał mnie, jak znowu zerkam na ulicę, w stronę, w którą poszła ruda z wisienkami.
– Znasz ją?
– Idziemy czy nie?
Wyszczerzył się, aż błysnęła nowa korona, i zsunął się ze stołka.
Plac pod neonem
Do taksówki wepchnął mnie pierwszego i wcisnął się obok, kolanami w oparcie przedniego fotela. Kierowca podał cenę po angielsku. Darek pokręcił głową, nachylił się do niego między fotelami i dalej szło już ściszonym głosem, pół po tajsku, aż tamten kiwnął. Mnie Darek wyjaśnił po polsku, że Taja trzeba zagadać w jego języku, to od razu jest inna cena. Ile wyniosła ta inna cena, nie usłyszałem, a zapłacił, zanim wysiadłem.
– Ja stawiam. Pierwsza kolejka zawsze moja.
Sukhumvit Soi 4 była ciasna od ludzi. Przy krawężnikach dymiły wózki z jedzeniem, a pod ścianami stały ladyboye w szpilkach, wyższe ode mnie, i wołały do każdego faceta, który przechodził. Darek rzucał im po parę tajskich słów, nie zwalniając, i zerkał, czy patrzę. Jedna złapała mnie za łokieć, a on ją odczepił dwoma palcami, grzecznie, jak rzep od swetra.
Kawałek przed wejściem nagle skręcił między dwa skutery i przeszedł na drugą stronę soi, tak szybko, że zgubiłem go w tłumie. Rozejrzałem się. Przy krawężniku stało dwóch policjantów, jeden jadł coś z patyka. Darka znalazłem dopiero przy samym wejściu, czekał oparty o słup i patrzył w telefon. Nic nie powiedział, a ja nie zapytałem.
Nad bramą Nana Plaza świecił napis: „The World’s Largest Adult Playground”. Za nim był plac, dookoła niego trzy piętra balkonów i schodów, a na nich neony jeden przy drugim, różowe i czerwone. Na dole, pod gołym niebem, stały bary piwne, takie jak u nas na Soi 22. Nad dachem sterczał wieżowiec hotelu z oświetlonymi oknami. Z każdego piętra leciała inna muzyka i na placu mieszało się to w jeden hałas.
– Trzydzieści barów – powiedział Darek i zatoczył ręką koło. – Na wprost, na wszystkich piętrach, ladyboye. Jak tam wejdziesz po pijaku i nie zauważysz, to już twój zasrany problem.
Weszliśmy schodami na środkowy poziom. Przy każdym wejściu stała dziewczyna i zapraszała gości, a Darek każdej mówił to samo tajskie słówko i każda się śmiała. Wybrał drzwi w połowie balkonu, chyba tylko dlatego, że ta przy drzwiach zawołała go po imieniu.
Plakietki z numerami
Zaraz za progiem dmuchnęło na mnie zimnem jak z chłodni i koszulka, mokra na plecach od ulicy, zrobiła się lodowata. Przy wejściu przejęła nas starsza kobieta w czarnym kostiumie, mamasan, jak powiedział potem Darek. Objął ją jak dobrą znajomą, a ona posadziła nas na kanapie tuż pod sceną.
Na środku sali stał podest, na nim rury, a na wszystkich ścianach lustra, więc każdą tancerkę widziałem naraz od przodu i od tyłu. Tańczyło ich kilkanaście, w bikini i na wysokich obcasach, wszystkie na oko po dwudziestce, i każda miała przypiętą plakietkę z numerem. Trzydzieści jeden żuła gumę i liczyła coś na palcach. Czterdzieści osiem jako jedyna naprawdę tańczyła, z zamkniętymi oczami, jakby była tu sama. Od niej najtrudniej było mi oderwać wzrok.
Odruchowo wyjąłem telefon, żeby sprawdzić godzinę. Zanim ekran się rozświetlił, mamasan stała nad nami.
– No photo! No photo!
– Schowaj to, kurwa – syknął Darek. – Za zdjęcie cię stąd wyniosą.
– I check time – powiedziałem do mamasan. – Only time.
Pokazała palcem kieszeń moich spodni i nie odeszła, dopóki telefon w niej nie zniknął. Dwie tancerki na scenie się roześmiały. Jedna postukała się palcem w goły nadgarstek.
Kelnerka przyniosła piwa i wsunęła karteczkę do plastikowego kubka na stoliku. Ten sam kubek co na Soi 22, tylko liczby inne. Zaraz za nią przy naszej kanapie stanęła kobieta w obcisłej granatowej sukience. Koło trzydziestki, z ciemnymi włosami do ramion i złotym zegarkiem za dużym na jej nadgarstek. Darka pocałowała w policzek, mnie podała rękę, jak w biurze.
Usiadła mu przy boku, a on zamówił jej drinka, potem dwa następne dla tancerek, które zeszły ze sceny i stanęły przy nas tylko po to, żeby się z nim przywitać. Karteczki szły do kubka jedna za drugą. Darek nawet na nie nie patrzył. Patrzył, czy patrzą inni.
– Ile dawałeś na dwudziestce dwójce za lady drinka?
– Sto siedemdziesiąt.
– Tu dwieście dwadzieścia. – Postukał w kubek. – Piwo sto osiemdziesiąt, a tam ile, sto trzydzieści? Bar fine tam siedemset, tu tysiąc. Za te ze sceny, co mają branie, i dwa, i trzy. A z nią osobno, dwa, trzy tysiące na krótko, do rana trzy do pięciu. Z tego drinka ona ma czterdzieści procent, reszta dla baru.
– Czemu tak drogo?
– Bo masz dach, klimę i nikt cię z ulicy nie widzi. – Rozparł się na kanapie. – Prawdziwa Tajlandia, Alex, jest w Pattayi. Tu jest wystawa sklepowa.
Policzyłem to sobie. Piwo pięćdziesiąt w górę, drink pięćdziesiąt, bar fine trzysta. Za tę różnicę ktoś płaci chłodnię i kobietę w kostiumie, która pilnuje telefonów. U nas w kuchni powiedziałoby się, że to ten sam schabowy, tylko na ładniejszym talerzu.


Liverpool
Piosenka się zmieniła i tancerki zeszły ze sceny, a na ich miejsce weszły inne. Dziewczyna z numerem czterdzieści osiem przeszła obok naszej kanapy, zatrzymała się i usiadła przy mnie, tak blisko, że czułem przez spodnie chłód jej uda. Miała pieprzyk nad pępkiem i krzywo przyklejoną rzęsę na lewym oku.
– For her also! – zawołał Darek do kelnerki i pokazał na nią palcem. – I’m paying, honey. My friend is shy.
Zapytała, jak mam na imię, skąd jestem i jaką drużynę lubię. Na tym ostatnim się zawiesiłem.
– Football? No team.
– Everybody have team.
– Liverpool.
Wyrwało mi się samo. Przed oczami miałem rudą w czerwonej koszulce, za dużej o kilka rozmiarów, i jej plastikowe wisienki.
– Liverpool! Good team!
Klasnęła w dłonie i przez chwilę opowiadała mi o piłkarzu, o którym nigdy nie słyszałem. Kiwałem. Słomkę ssała tak wolno, że drink starczył na dwie piosenki, a co jakiś czas kładła mi dłoń na udzie, za każdym razem trochę wyżej, a ja za każdym razem udawałem, że patrzę na scenę. Chciałem jej. Siedziałem z tym sztywno, z piwem w obu rękach, jak z kubkiem herbaty na mrozie.
Kiedy szklaneczka była pusta, stuknęła nią lekko o moją butelkę.
– You buy me one more?
– Later.
– Later – powtórzyła i uśmiechnęła się bez urazy. Wstała, poprawiła plakietkę i poszła do stolika dwóch Japończyków przy drugim końcu sceny. Po minucie siedziała już jednemu na kolanie.
Darek widział wszystko.
– Później to jest w Polsce, Alex. Tu jest teraz.
Następne piwa każdy brał już za swoje, a kelnerka postawiła przede mną osobny kubek. Darek pił szybciej ode mnie i koło północy zrobił się miękki. Objął mnie ramieniem przez oparcie kanapy i długo patrzył na scenę, chociaż chyba jej nie widział.
– Ty jesteś porządny chłopak, wiesz? Ja w twoim wieku… – Urwał. Zajrzał do kubka z karteczkami, jakby tam szukał dalszego ciągu, i zawołał kelnerkę.
Rulon
Koło pierwszej kobieta w granatowej sukience wstała i pociągnęła Darka za rękę w stronę baru. Szedł za nią, nie oglądając się na mnie. Z kieszeni spodenek wyjął rulon banknotów spięty gumką, grubszy niż mój portfel. Odliczył z niego tysiąc dla baru i zapłacił rachunek za cały wieczór, który mamasan podsunęła mu na tacce. Sumy nawet nie przeczytał. Mamasan schowała pieniądze i zapisała coś w zeszycie.
Przechodząc koło kanapy, położył mi rękę na ramieniu.
– Swoje płacisz sam, nie? Ja tylko pierwszą. Jutro w południe na dole.
Mój kubek był chudy. Trzy piwa po sto osiemdziesiąt, pięćset czterdzieści, i ani jednego drinka. Zapłaciłem, dołożyłem dwadzieścia kelnerce i zszedłem schodami na plac, gdzie bary piwne grały już ciszej. Ruda z wisienkami pewnie dawno już z kimś wyszła, pomyślałem. Też mi odkrycie.
Taksówkę złapałem przy wylocie Soi 4. Kierowca rzucił cenę, a ja kiwnąłem, zanim zdążyłem ją przeliczyć. Ile, nie powiem.
Soi 22 jeszcze świeciła, ale przy ladach zostali pojedynczy faceci. W trzecim od rogu barmanka zbierała szklanki. Stołek, na którym w środę siedziała ta w koszulce Liverpoolu, był pusty i ktoś położył na nim torebkę. Nie zwolniłem.
Do końca miesiąca
Wstałem przed siódmą, z wisienkami w głowie. W notatkach w telefonie zapisałem dwie rzeczy na niedzielę, pralnię i bankomat. Do południa zaniosłem tylko pranie.
Darek zszedł o dwunastej co do minuty, z małym plecakiem na ramieniu i z piwem już w ręce. Wyglądał, jakby spał w tej samej koszuli, i chyba spał. O kobiecie w granatowej sukience nie powiedział słowa, o tym, co mówił mi na kanapie, też nie. Usiadł obok, pociągnął z butelki i oznajmił, że po obiedzie jedzie autobusem do Jomtien.
– Słuchaj, mała sprawa. – Mówił z butelką przy ustach i patrzył na ulicę. – Karta mi nie przeszła. Polski bank, kurwa mać, w weekend to tam nawet komputery mają wolne. Pożycz trzy tysiące, oddam do końca miesiąca.
Kiwnąłem, zanim skończył zdanie. Wyjąłem portfel i odliczyłem trzy banknoty po tysiąc. Zostały mi w nim dwie setki i drobne, a bankomat i tak miałem na liście. Darek złożył pieniądze na pół i wsunął do kieszeni koszuli, obok okularów.
O rulon spięty gumką nie zapytałem. O to, gdzie ta karta nie przeszła w niedzielę rano, też nie.
– Przyjedź do Pattayi. – Podyktował mi numer i zajrzał przez ramię, jak go zapisuję. Kiedy zapisałem samo imię, kazał dopisać „Pattaya”. – Jomtien właściwie, ale do Jomtien nikt nie jeździ, wszyscy jadą do Pattayi. Pokój ci się znajdzie, mam kumpla. Zobaczysz, jak się żyje naprawdę.
Kiwnąłem. Ktoś mi właśnie załatwiał pokój w mieście, którego nie widziałem na oczy.
Dopił, klepnął mnie w plecy i poszedł. Do Sukhumvit miał sto metrów prosto. Przy wylocie soi stał policyjny pikap z włączonym silnikiem. Darek skręcił w boczną uliczkę przy salonie masażu i poszedł naokoło, z moimi trzema tysiącami w kieszeni koszuli.


