„Long pants. And shoes, no sandals. With shorts they not let you in.”
Wiadomość przyszła we wtorek po trzeciej, kiedy leżałem w pokoju pod wiatrakiem i od godziny nie umiałem się zdecydować, czy w ogóle iść. Długie spodnie miałem jedne, te, w których przyleciałem, i od tamtej pory wisiały wymięte na oparciu krzesła. Wyprasować ich nie było czym. Przewiesiłem je na wieszak przy oknie i liczyłem, że wilgoć zrobi swoje.
Tindera miałem w telefonie od zeszłej zimy. W Wieluniu przez cały rok wyskoczyły mi trzy pary i z żadną nie zamieniłem więcej niż dwóch zdań. W niedzielę wieczorem siedziałem sam w barze hostelu, bez nikogo do rozmowy, i z nudów otworzyłem aplikację. Do poniedziałku rano miałem więcej par niż przez rok w Polsce.
Ona napisała pierwsza. Na profilu miała zdjęcie przy biurku, z identyfikatorem na smyczy, i drugie ze starszą kobietą na tle świątyni, obie w takich samych okularach przeciwsłonecznych. Pod spodem trzy linijki po angielsku, że pracuje w biurze przy Asok, lubi kawę, podróże i szuka czegoś na poważnie. Lat trzydzieści. Imię miała wpisane po tajsku, szlaczkiem z pętelek, i nie zapytałem, jak to się czyta. Potem było już za późno, żeby pytać.
W poniedziałek po południu zapytała, czy w walentynki jestem wolny. Zna dobre miejsce, bar na dachu, blisko jej biura, z widokiem na całe miasto. Odpisałem „OK”, bo nic lepszego nie przyszło mi do głowy. Tego samego dnia dotarłem wreszcie do bankomatu, a w 7-Eleven do dwóch butelek wody dorzuciłem paczkę prezerwatyw. Płacąc, patrzyłem gdzieś ponad głową kasjerki.
Trzydzieste któreś piętro
Pod jej biurowcem przy Asok stałem już przed siódmą. Ze szklanych drzwi co chwilę wychodziły dziewczyny w białych koszulach i z identyfikatorami na smyczach, a ja przy każdej prostowałem się na darmo. Ona wyszła dwadzieścia po i poznałem ją dopiero, kiedy mi pomachała. Była drobniejsza niż na zdjęciach, w białej koszuli i czarnej spódnicy do kolan, z włosami upiętymi spinką. Smycz pewnie zdjęła po drodze i wsadziła do torebki. Pierwsze, na co spojrzała, to moje buty.
– Good. Shoes good.
Do hotelu z barem na dachu szliśmy pięć minut, ona pół kroku przede mną, bo znała drogę. W windzie jechały z nami jeszcze dwie pary i obie dziewczyny trzymały po róży. Ona róży nie miała. Dopiero wtedy pomyślałem, że może powinna.
Na górze kobieta przy wejściu zerknęła na moje buty, potem na spodnie, i dopiero wtedy się uśmiechnęła. Facet za nami miał mniej szczęścia. Odesłała go do windy, bo przyszedł w klapkach, a jego dziewczyna weszła tam za nim i obróciła się do niego tyłem.
Z tarasu było widać pół Bangkoku. Wieżowce stały dookoła z oknami zapalonymi do połowy, a w dole Sukhumvit świeciła jednym długim pasem samochodowych świateł. Na każdym stoliku stała róża w wąskim wazonie. Muzyka grała cicho. Kelner posadził nas przy barierce i podał dwie karty.
Ona swojej nie otworzyła.
– Two of this – powiedziała do kelnera i postukała palcem w moją kartę, gdzieś w połowie strony. – And this one, to share. You like seafood, Alex?
Kiwnąłem. Dopiero kiedy kelner zamykał moją kartę, zobaczyłem, przy czym był jej palec. Osiemset dziewięćdziesiąt bahtów, za jeden koktajl. W barze dziewczyny w koszulce Liverpoolu za tyle miałem pięć lady drinków i resztę na pad thai.
Postanowiłem, że dziś nie liczę. Wytrzymałem do drugiej kolejki.
Koktajle przyszły w kieliszkach na wysokiej nóżce, pod szklanymi kloszami, a kiedy kelner je zdjął, nad stolikiem rozszedł się biały dym. Smakowały trochę jak syrop na kaszel. Ona zrobiła telefonem zdjęcie najpierw drinkom, potem nam obojgu, z miastem za plecami.
Mówiła więcej niż ja, ale po angielsku niewiele lepiej. Pracowała w księgowości, w firmie, która sprowadzała coś z Japonii, a co, tego nie zrozumiałem.
– My boss Japanese. Every day he stay in office last, after everybody. I think he have no wife.
– Why?
– Man with wife go home early. – Wzruszyła ramionami.
Pokazała mi w telefonie swoje biurko, to samo co na zdjęciu z Tindera, tylko z innej strony. Potem mamę, tę w okularach, przed świątynią.
– My mom cook very good. Better than you, I think.
– Maybe. I don’t cook now. Holiday.
Owoce morza przyszły z grilla, na długim półmisku, z trzema sosami w miseczkach. Dwa były z tej samej bazy, tylko do jednego ktoś dosypał chili, a krewetki zeszły z ognia o minutę za późno. U nas szef zawróciłby taki talerz z wydawki. Zjadłem wszystko, co ona zostawiła też.
Zapytała, gdzie mieszkam. Powiedziałem, że w hostelu przy Sukhumvit Soi 22.
– Soi 22. – Pokiwała głową, jakby sprawdzała coś w pamięci. – Many old farang there.
– I’m not old.
– No. You not old.
Zaśmiała się i położyła mi dłoń na przedramieniu, akurat na bliźnie, i zaraz ją cofnęła. Z bliska widziałem, że pod makijażem ma drobne piegi.
Drugą kolejkę zamówiła, zanim się zorientowałem, kiwnięciem do kelnera przez moje ramię. Piliśmy ją wolniej niż pierwszą. Rozmawialiśmy coraz mniej, ona coraz częściej zerkała w telefon, a ja patrzyłem, jak para przy barierce obok robi sobie to samo zdjęcie co my wcześniej.
Koło jedenastej kelner przyniósł rachunek w skórzanej bileterce i położył ją na środku stolika, dokładnie między nami. Otworzyłem ją od razu. Ona akurat komuś odpisywała. Suma na dole wyszła większa niż kubek z siedmioma lady drinkami i samochód z lotniska razem wzięte.
Zapłaciłem gotówką z poniedziałkowego bankomatu. Pieniądze odliczałem na kolanie, pod blatem, żeby nie widziała, ile mi zostaje. Nie patrzyła. Kiedy kelner zabrał rachunek, odłożyła telefon i uśmiechnęła się do mnie, jakbyśmy dopiero co usiedli.
– Thank you, Alex. Happy Valentine.
Pocałowała mnie w policzek i z ustami jeszcze przy moim uchu zapytała, czy może zobaczyć mój pokój.
Dowód przy ladzie
Tuk-tuka zatrzymała sama, machnięciem z krawężnika, i rzuciła kierowcy zdanie po tajsku, z angielskim „Soi 22” w środku, chyba tylko po to, żebym zrozumiał. Hostel pokazałem mu na mapie. Przez całą drogę trzymała mnie za rękę i patrzyła na ulicę.
Bar na dole był już prawie zamknięty. Barman stawiał stołki na ladzie do góry nogami, a kratę zasunął do połowy, więc weszliśmy pod nią, schyleni. Za ladą recepcji siedział nocny recepcjonista, ten sam, który w środę wpuścił mnie przez furtkę i nawet nie podniósł głowy. Tym razem podniósł. Popatrzył na nią, potem na mnie, i powiedział do niej coś po tajsku, krótko.
Nie skończył jeszcze zdania, a ona już otwierała portfel. Wyjęła plastikowy dowód ze zdjęciem i położyła go na ladzie, obrócony do niego, tak jak się podaje bilet konduktorowi. Wsunął go do szuflady i wrócił do telefonu. Cała rozmowa trwała krócej niż moje szukanie klucza po kieszeniach.
Mieszkałem tu prawie tydzień i nikt mi nie powiedział, że tak to działa. Ona wiedziała, zanim on otworzył usta. Może tak się robi w każdym hotelu w Bangkoku i każda Tajka po prostu to wie. Może. Na pierwsze piętro szła schodami przede mną, a ja patrzyłem, jak spódnica napina się na jej pośladkach przy każdym stopniu.


Wiatrak
W pokoju było duszno. Klimatyzator rozkaszlał się jak zawsze i dopiero potem zaczął dmuchać. Przez okno wpadało różowe światło z szyldu salonu masażu.
Odwróciła się od okna i zaczęła rozpinać koszulę, od góry, guzik po guziku, patrząc na mnie. Przy trzecim wyciągnąłem rękę, żeby pomóc, i od razu utknąłem przy jej mankiecie. Zaśmiała się, odsunęła moje palce i skończyła sama.
– You nervous?
– Little.
– Me also little.
Nie wyglądała. Stanik był biały, zwykły, bez koronek, i zdjęła go jednym ruchem, z rękami za plecami. Piersi miała małe, z ciemnymi sutkami. Spódnicę rozpięła z boku, zsunęła z bioder i wyszła z niej, a potem podeszła i ściągnęła ze mnie koszulkę.
Całowała powoli i czekała, co zrobię. Położyłem ręce na jej biodrach, a ona przesunęła je wyżej i przytrzymała swoimi. Stanął mi, zanim zdążyła rozpiąć mój pasek, i poczuła to przez spodnie. Uśmiechnęła się, nie odrywając ust od moich. Rozpięła sprzączkę, a potem cofnęła się i usiadła na brzegu łóżka.
Położyła się na boku i przyglądała mi się w różowym świetle, kiedy zdejmowałem resztę ciuchów. Wzięła mnie za rękę i poprowadziła ją w dół, po brzuchu, między nogi, a swoimi palcami na moich pokazała, jak lubi. Była już mokra. Robiłem dokładnie to, co pokazała, aż zamknęła oczy i odchyliła głowę, a jej udo zaczęło drżeć pod moim łokciem.
– Slowly. Yes. Like this.
Potem pchnęła mnie na plecy i zsunęła się niżej. Wzięła go do ust bez pośpiechu, przytrzymując u nasady, i co chwilę podnosiła wzrok, żeby zobaczyć moją twarz. Wiatrak nad nami kręcił się z cichym stukaniem, a ja liczyłem jego obroty, żeby nie skończyć po minucie. Doliczyłem do jakichś czterdziestu.
Prezerwatywy leżały w szufladzie, jeszcze w reklamówce z 7-Eleven. Szarpałem się z folią tak długo, że wyjęła mi opakowanie z ręki, rozdarła je zębami i założyła mi sama, z językiem w kąciku ust.
Usiadła na mnie i nasunęła się powoli, centymetr po centymetrze, z dłońmi opartymi o moją klatkę piersiową. Przez chwilę w ogóle się nie ruszała. Potem zaczęła, w swoim tempie, i trzymała je, choć dwa razy złapałem ją za biodra, żeby przyspieszyć. Za każdym razem odkładała moje ręce na pościel. Spinka wypadła jej z włosów i stuknęła o podłogę.
Pod nami barman zasuwał resztę kraty. Słyszałem zgrzyt metalu i kogoś, kto na ulicy krzyczał po angielsku, a ona mówiła coś cicho po tajsku, chyba do siebie, i oddychała coraz szybciej. Plecy miała mokre od potu, mimo klimatyzatora, i kiedy przyciągnąłem ją do siebie, przykleiła się do mnie całym brzuchem.
– Now you – szepnęła.
Przewróciłem ją na plecy. Objęła mnie nogami w pasie, wbiła mi pięty w uda i patrzyła mi w twarz, nie zamykając oczu. Łóżko stukało o ścianę i pomyślałem, że słychać to w pokoju obok. Miałem to gdzieś. Skończyła pierwsza, krótko i cicho, z twarzą wciśniętą w moje ramię, a ja chwilę po niej, głośniej, niż bym chciał.
Potem leżeliśmy spoceni pod wiatrakiem, którego stukanie znowu było słychać. Wstała pierwsza, owinęła się moim ręcznikiem i poszła się umyć. Kiedy wróciła, podniosła z podłogi spinkę, upięła włosy i nastawiła w telefonie budzik na szóstą.
– I work nine o’clock. Boss Japanese.
Zrobiła groźną minę i parsknęła śmiechem. Zasnęła prawie od razu, z ręką na mojej piersi. Ja jeszcze długo patrzyłem w sufit. Tym razem nikt nie postawił przede mną kubka na karteczki. Zasnąłem dopiero, kiedy na ulicy zgasł różowy szyld.
Tysiąc na taksówkę
Obudziłem się, kiedy już się ubierała. Koszulę miała wczorajszą, wymiętą, powąchała rękaw i skrzywiła się do mnie. Siedziała na brzegu łóżka i poprawiała makijaż, przeglądając się w telefonie, a kiedy skończyła, nie wstała.
– Alex. I live far. Taxi to my home, change clothes, then office. Can you give me one thousand? For taxi. And little bit for my mom birthday. Tomorrow her birthday.
Powiedziała to tym samym głosem co wczoraj o szefie. Nie spuściła wzroku.
Tysiąc? Holender jechał z lotniska na Sukhumvit za czterysta dwadzieścia, z autostradą. Nie wiedziałem, gdzie trzeba mieszkać, żeby z Soi 22 było dalej niż stamtąd, ale przecież była jeszcze mama. Mama w okularach, ze zdjęcia z Tindera.


Wczorajsze spodnie leżały na krześle, z portfelem w kieszeni. Sięgnąłem po nie z łóżka, za daleko, i omal nie spadłem, a ona się roześmiała, wyjęła go sama i mi podała. Dałem jej jeden banknot, tysiąc. Złożyła go dwa razy i wsunęła pod etui telefonu.
– Thank you, Alex. You good man.
Pocałowała mnie w usta i wyszła z pokoju szybkim krokiem, jak ktoś, kto już jest spóźniony. Zszedłem za nią na dół w szortach i w klapkach.
Nocnego recepcjonisty już nie było, za ladą siedziała recepcjonistka z kolczykiem w nosie. Wyjęła z szuflady jej dowód i podała go przez ladę, a one zamieniły ze sobą kilka zdań. Recepcjonistka się roześmiała, ona też. Z czego, nie wiem. Mignęło mi zdjęcie na dowodzie, z dłuższymi włosami, i imię obok, w szlaczkach jak na Tinderze. Zanim wypatrzyłem coś, co umiałbym przeczytać, schowała dowód do portfela.
Taksówkę złapała przy wylocie soi, a ja nawet nie zaproponowałem, że ją odprowadzę. Pomachała mi przez tylną szybę.
Szuflada
Nie było jeszcze siódmej. Wróciłem do pokoju i położyłem się spać. Spałem do południa, aż obudził mnie barman, który na dole przesuwał stoły.
Przez resztę dnia liczyłem. Bar fine w trzecim barze od rogu kosztował siedemset, a z dziewczyną osobno, tak mówił Holender. Tysiąc to by było bar fine i trzy stówy na wierzch. Za mało jak na całą noc, w Nana do rana szło od trzech do pięciu tysięcy. Za dużo jak na taksówkę.
I jeszcze ten dach, który wybrała ona, i rachunek, którego nie przeliczyłem, zanim kiwnąłem. Razem z tysiącem wychodziło więcej niż w Nana do rana.
Wieczorem siedziałem przy ladzie z piwem i z Tinderem otwartym na jej rozmowie. Ostatnia wiadomość przyszła o 7:12, z taksówki: „Thank you for Valentine Alex. Have good day”. Potem nic. Napisałem „Tomorrow say happy birthday to your mom from me”. Skasowałem „from me”. Potem resztę.
O dziesiątej przyszedł nocny recepcjonista. Usiadł za ladą, otworzył szufladę, w której w nocy leżał jej dowód, wrzucił do niej klucze od skutera i zasunął ją kolanem.


