Chiang Mai – raport z pierwszych dni na dalekiej północy


W Chinag Mai dane mi będzie spędzić cały Sierpień. Najdłuższy wyjazd służbowy w moim życiu, ale generalnie jestem pozytywnie nastawiony. Nawet pomimo tego, że Chiang Mai nie jest moim ulubionym miejscem w Tajlandii. Jest tu po prostu zbyt wielu farangów i np. tak jak w Issan można zatrzymać dowolny pojazd na ulicy i poprosić o podwózkę, tak w takim Chinag Mai to nie przejdzie. Widok białej skóry jest tu dość powszechny. Ma to też inny wymiar – laski nie gwiżdżą na widok białego i, o zgrozo, policja zna podstawy angielskiego, więc nie da się nawet grać głupa. Suma summarum, dobre miejsce dla początkujący ekspatów, ale nie weteranów mojego pokroju. chinang-mai-tajlandia

A więc co ja tutaj właściwie robię? Poza codziennym pluskaniem się w basenie naszego resortu ze zdjęcia powyżej, opiekuje się grupą 50 wolontariuszy z Anglii. Nie wiem nawet jak nazywa się taka pozycja – po angielsku to po prostu lead representative, a w praktyce jestem trochę przewodnikiem, a trochę instruktorem – wszyscy Anglicy mają już za sobą online TEFL, ale dodatkowo, ja, jako instruktor TEFL muszę ich przeszkolić w klasie. W każdy poniedziałek 8h uczę ich o technikach i metodologii nauczania. W każdy czwartek wieczorem prowadzę też lekcje tajskiego. Wtorek do piątek, jesteśmy podzieleni na 5 grup i robimy różnego rodzaju prace na zasadzie wolontariatu. Jedna grupa jedzie myć dupe słonia, druga grupa jedzie do przedszkola uczyć dzieci angielskiego, trzecia grupa jedzie do sierocińca bawić się z sierotami. Całe szczęście, że ja ich tylko nadzoruje, bo jak wchodzę do tego przedszkola i czuje jak jebie moczem od tych dzieci, to od razu sobie przypominam dlaczego nigdy więcej nie chcę być nauczycielem. Weekendy mamy wolne, za to w tygodniu jestem trochę zajebany, bo pomimo tego, że sam wolontariat trwa 2, 3 godziny dziennie, to non stop albo muszę kogoś zabrać na Muay Thai, albo wycieczkę rowerową, albo na nocny bazar, etc. Generalnie nie jest źle, za darmo się popluskam w parku wodnym, poćwiczę tajski boks, itd.

95% wolontariuszy to dziewczyny. Jak tylko ich odbierałem z lotniska, to wiedziałem, że będzie problem z przestrzeganiem zasad, czyli „nie ruchaniem żadnych wolontariuszek”. Bo choć większość z nich przypomina z wyglądu raczej krowy, to jest tam parę naprawdę dobrych sztuk. Np, jest laseczka której ojciec jest z Egiptu i ma zajebiście arabską twarz. Takiej jeszcze nie miałem. W iście tajskim stylu, ktoś źle policzył ilość uczestników i ilość miejsca w autokarze wynajętym, żeby przetransportować nas do Chinag Mai, więc musieliśmy na szybkości wynająć dodatkowy minivan, w którym jechałem ja, 2 wolontariuszy i 5 wolontariuszek. Pierwsze parę godzin, a tu laska z Gibraltaru coś mnie „niechcący” za dużo dotyka. Dosyć oczywisty znak zainteresowania. Po drodze był śpiew, alkohol i haszysz z Egiptu, więc wyszło, z tego przytulanie i wspólne spanie z laską z Gibraltaru, ale jak na razie jestem twardy i nie próbuje nic więcej, bo jak mnie ktoś ze staffu na tym złapie, to od razu stracę pracę.

W końcu dojechaliśmy do Chinag Mai. Na miejscu niespodzianka – muszę dzielić pokój z Harry, czyli reprezentantem firmy po angielskiej stronie. Niezła chujnia, bo teraz będę musiał szukać lasek z własnym mieszkaniem. No i oczywiście nie próżnowałem w tym temacie. Od niedzieli intensywnie używałem aplikacji do randkowania i każda rozmowa miała ten sam schemat:

  1. Cześć. Mieszkasz w Chinag Mai?
  2. Ooo, to super, że tak. Będziemy najlepszymi przyjaciółmi.
  3. Mieszkasz sama czy z rodziną? (to bardzo ważne bo szukam tylko Tajek ze swoim mieszkaniem)
  4. O mieszkasz z rodziną? To dobrze, nie musisz się bać duchów (boom, koniec rozmowy z mojej strony) / Ooo, mieszkasz sama? Nie boisz się duchów?
  5. Masz motor? (to następne zajebiście ważne pytanie, bo ja nie mam swojego pojazdu, więc szukam tylko laski, która będzie po mnie przyjeżdżać)
  6. Nie masz? Aha, to będziemy musieli chodzić na nogach, żeby się spotykać (boom koniec rozmowy, ale zostawiam tak, żeby się dało do niej wrócić) / Masz motor? Super, to wpadnij mnie odebrać jak się będziemy spotykać.
  7. Ok, przyjedź po mnie po 1pm.

Od niedzieli do wtorku przeprowadziłem ten schemat rozmowy z chyba 30 laskami, aż w końcu znalazłem jedną, która spełnia wymagania, czyli ma swoje mieszkanie, motor i wygląda wystarczająco dobrze. Btw, nic w tej rozmowie nie jest przypadkowe. Punkt 1 – muszę wiedzieć, czy tu mieszka, czy jest tylko przyjazdem. Mnie raczej pojedyncze spotkania nie interesują, zawsze szukam laski która będzie moim gikiem i będziemy się spotykać przez jakiś czas. Punkt 2 – zawsze mówię laską, że będziemy tylko przyjaciółmi. Dlaczego? Bo pytam o spotkanie już w 7 zdaniu, na randkę to trochę za szybko, natomiast szanse na spotkanie znacznie wzrastają jeśli nie ma tego „pressure”, że to jest randka i coś poważnego. Punkt 4 – logistyka. Jeśli ona mieszka z rodziną, to muszę mieć swój apartament, a akurat w Chinag Mai dzielę pokój z jednym typem. Innymi słowy – jeśli nie mamy gdzie się iść bzykać, to jest to raczej strata czasu, nie chcę wydawać codziennie kasy na hotele. 5 – motor, znowu logistyka. Ja jak na razie nie mam swojego i nie wiem czy w ogóle będę miał, bo tak naprawdę potrzebny mi jest tylko do tego, żeby spotykać się z laskami, więc już lepiej od razu znaleźć taką, która ma swój.  7 – zasugerowanie spotkania. Jeśli ona nie jest gotowa / nie chce się spotkać, to nie ma co tracić czasu, bo następna bez problemu się zgodzi. Ja na tych aplikacjach do datingu zawsze od razu mówię, że jestem zainteresowany tylko prawdziwymi znajomościami, nie potrzebuje cyfrowych przyjaciół. Część lasek powie „poznajmy się trochę lepiej”, bo faktycznie szybko atakuje, ale ja je olewam, bo wiem, że te pozostałe od razu się spotyka bez takich obiekcji.

Tak więc od niedzieli poszukiwania i w końcu  we wtorek wyhaczyłem jakaś landrynę.  Przyjechała mnie odebrać na motorze i pytam „gdzie jedziemy?” – to pytanie było retoryczne, bo Tajki są totalnie bezużyteczne jak chodzi o jakąkolwiek inicjatywę i nic nie wymyślą, choćby skały srały. Sugeruję więc pójście do parku – znowu miejsce nie przypadkowe. Laska się zgadza i jedziemy (oczywiście ja muszę pokazać drogę, bo pomimo tego, że to jej miasto, ona się zgubi i w ogóle nie wie, że jest w tym mieście jakiś park -standard w Tajlandii). W parku trochę chodzimy, żeby się lepiej poznać, oczywiście to ja decyduję co, jak i kiedy robimy – mówię jej, kiedy siadamy na ławkę, kiedy wstajemy i oglądamy posąg Buddy – z jakiegoś powodu Azjatki się strasznie podniecają jak facet ma nad nimi pełną kontrolę. Druga sprawa – rozśmieszam ją, żartuję, dokuczam. Drażnimy się. Znowu, wszystko to tylko i wyłącznie po to, żeby swobodnie się ze mną czuła i szybciej nie miała obiekcji, żeby wrócić razem do pokoju. Na koniec kino-eskalacja – czyli nawiązujemy coraz śmielszy kontakt dotykowy. Ja lubię technikę – 2 kroki do przodu, jeden krok do tyłu, czyli dotykam ją, wycofuje się, dotykam bardziej, wycofuje się, znowu dotykam bardziej, i znowu trochę się wycofuje. W między czasie cały czas obserwuje jak ona się czuje z tym dotykiem. W tym przypadku wszytko wskazywało na to, że można ścinać bramkę i brać do domu. Wspominałem już, że park nie jest przypadkowy? Tak, jednym z powodów jest to, że nie muszę wydawać żadnych pieniędzy, acz nie jest to główny powód. Głównym powodem jest to, że mam łatwą wymówkę, żeby przenieść się na mieszkanie – w Tajlandii zawsze jest gorąco, więc wystarczy powiedzieć, że z tego powodu idziemy do mieszkania. Zawsze musi być jakiś powód. Dlaczego? Ponieważ pomimo tego, że podświadomie one wiedzą co będzie się działo w pokoju i o co w tym chodzi, to nie chcą się czuć łatwe. Chcą mieć tą swobodę, że mogą sobie pomyśleć: „oh nie, ja wcale nie poszłam się z nim od razu ruchać, my tylko poszliśmy do klimatyzacji, a ruchaliśmy się dlatego, że było tak romantycznie, on był taki męski i bla bla bla”. Niestety społeczeństwo tak programuje kobiety, żeby czuły się winne, jeśli nie stawiają oporu facetowi, więc trzeba im trochę pomóc i dać jakąś wymówkę, żeby to ominąć.

Półtorej godziny od spotkania byłem już w jej mieszkaniu. Szybka akcja, ale dobrze rozplanowana, więc stąd szybki efekt. I w ten oto sposób mam pierwszego gika w Chinag Mai. Na zakończenie wrzucam jeszcze fotke z jej mieszkania, zdjęcie „po”. A ciekawostka jest taka, jeśli się zastanawiacie ile kosztuje takie mieszkanie w Chinag Mai, to pewnie tak jak ja, zdziwicie się, że zaledwie 2,500 thb na miesiąc. To sporo mniej niż w Bangkoku. Aaa, tylko nie ma klimatyzacji, ale za to jest duży wentylator na suficie.

Trzymajcie się dzióbki, o Chiang Mai będzie jeszcze więcej, bo jestem tu cały miesiąc. Sawadee took khon !

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.