Z Bangkoku do Laosu motorem – 600 km na dwóch kołach


Po tym jak moja wiza pracownicza została trzykrotnie odrzucona przez urząd imigracyjny w Bangkoku, kilka dni temu postanowiłem udać się z tymi samymi dokumentami do konsulatu Tajlandii w stolicy Laosu. Pomimo tego, iż Laos nie jest moim ulubionym miejscem, a Vientiane jest 700 tysięczną wioską, w której po 12 w nocy ciężko spotkać żywą dusze na ulicy, to jednak tamtejszy konsulat ma opinię bycia najbardziej przyjaznym w rejonie. Wyjazd okazał się rozsądną decyzją i takoż po praz pierwszy od 7 lat pracuję w Tajlandii legalnie na wizie non-immigrant B.

Motorem z Bangkoku do Laosu

Motorem z Bangkoku do Laosu

Jak dostać się do Laosu? Najprościej oczywiście polecieć samolotem. Bezpośrednie połączenie na trasie Bangkok – Vientiane istnieje w linii Air Asia, choć dużo taniej wychodzi polecieć do miasta Udon Thani z Lion Air (30$ w każdą stronę), po czym przejechać lądem do granicy w Nong Khai (60 km) i przejść na drugą stronę. Vientiane jest tuż przy granicy, podróż zajmuje 20 minut i kosztuje 3$ za taxówkę lub jakieś drobne za autobus.

Ja jednak wybrałem inną opcję – postanowiłem przejechać całą trasę na CBR. Nie jest to oczywiście najbezpieczniejsza opcja, tym bardziej nie najszybsza, ale zdecydowanie najbardziej ekscytująca. Dodatkowo, będąc trochę jak przysłowiowy marynarz, który ma w każdym porcie inną, możliwość zatrzymywania się po drodze w moich ulubionych miastach i odwiedzanie koleżanek, przymówiła za tą właśnie opcją. A zatem w drogę…

Jak się jeździ w Tajlandii. Generalnie bardzo wygodnie – drogi są bardzo dobre, z północy na samo południe są duże autostrady, miejscami mają nawet 5 pasów w każdą stronę. Stacje benzynowe, restauracje, wodopoje etc, są w bliskich odległościach. Co 30 km są warsztaty w których można dokonać drobnych napraw w razie potrzeby. Generalnie przez większość trasy sunąłem 120km/h i była to przyjemna podróż. Oczywiście polecam pamiętać, że w Tajlandii na drogach ginie 30 osób dziennie, natomiast ja nauczyłem się prowadzić dopiero tutaj na miejscu (w Europie nigdy nie prowadziłem) i to właśnie w Tajlandii czuje się najbezpieczniej. Kiedy prowadzę w innych krajach, nie wiem czego się spodziewać po innych kierowcach. Tutaj wszyscy są przewidywalni.

Przejechanie z Bangkoku do Udon Thani zajęło mi około 10 godzin z postojami. Zalogowałem się do mojego ulubionego hotelu i nie tracąc czasu, odpaliłem Tinder i Thai Friendly. Na jakieś efekty trzeba było chwilę poczekać, a ja w między czasie ruszyłem zrobić rundę po barach. Swoją drogą, dobrze działa motor na laski, co chwile przybiegają zrobić sobie zdjęcie z zadają głupie pytania typu „czy jest szybki”.

O północy postanowiłem podjechać pod klub Phoenix. Duży, duży, błąd. Jak się jest po 5 piwkach, to lepiej wiedzieć gdzie są check pointy policyjne, bo inaczej się można wdupić, tak jak mi się to udało. Dmuchnięcie w alkomat i zapaliła się czerwona lampka. Ooops. Oficjalnie w Tajlandii grozi za to noc w areszcie (wypuszczają dopiero następnego dnia około 15stej) oraz szybka rozprawa sądowa i 20,000 batów kary. Wydmuchałem 0,65 i choć policja była całkiem przyjazna, jak to w tych rejonach bywa, to jednak zabrali mi motor i zaczęli proces aresztowania. Mnie się jednak śpieszyło, następnego dnia z samego rana musiałem już być w Laosie i nie było opcji, żebym spędzał noc w areszcie. Po 15 minutach negocjacji, policyjnym samochodem podjechaliśmy pod bankomat i musiałem wyskoczyć z 8,000 batów „bez wypisywania”. W drodze powrotnej w ostatniej chwili złapaliśmy policjanta, który odpalał już mój motor aby odwieźć go na komisariat.

W Bangkoku nigdy nie zatrzymuje mnie policja, ostatni raz chyba z 2 lata temu. Wynika to z tego, że znam każde miejsce w którym mogą się rozstawić i po prostu nie przejeżdżam przez te punkty. Stąd też moje złudne poczucie bezpieczeństwa, „skoro nie złapali mnie przez 7 lat, to na pewno i nie dzisiaj”. Więcej już na pewno nie mieszam alko z prowadzeniem, bo za drogo wychodzą ewentualne wpadki.

Oczywiście ochota na imprezę mi przeszła, za to zachciało mi się więcej alkoholu. Bary w Udon Thani są zamykane punkt 12, wtedy po imprezowych ulicach łazi mnóstwo ludzi. Zagadałem do jakiejś laski, żeby załatwiła mi piwerko i po 5 minutach oboje sączyliśmy  San Miguel light. Po pół godzinie byliśmy już w jej hotelu. Na początku wydawało mi się, że ona jest zwyczajnie mało kumata, dopiero w hotelu zauważyłem, że jest na haju. Skurcze mięśni, drapanie, łapanie się za głowę, wielkie czarne źrenice. Czasami wycoodziła do łazienki, tylko po to, żeby od razu wrócić. Innym razem mamrotała sama do siebie. Stawiam, że paliła Ice. Pytam co brała, mówi, że nic. Ale mnie się oszukać nie da. Była dobrze zrobona, więc bez tracenia czasu popchnąłem ją na łóżko i noc zakończyła się w typowy sposób. Tuż po akcie musiałem iść spać – zostało mi kilka godzin snu, więc od razu wróciłem do hotelu. Powiedziałem jej jeszcze na wyjściu, że jeśli naprawdę nic nie brała, to niech następnym razem nie zostawia drinka samego w barze, bo na 100% była na dragach.

Prowincja Loei

Prowincja Loei

Następnego dnia o 7 byłem już na trasie Udon Thani – Nong Khai. Z granicy udałem się prosto do konsulatu i wyszedłem bardzo zadowolony, gdyż moje dokumenty zostały przyjęte bez nawet żadnego komentarza. W Bangkoku co chwile im się coś nie podobało i musiałem uzupełniać dokumenty o same pierdoły typu zaświadczenie o niekaralności. Wiza kosztuje 2000 batów (zwykła turystyczna 1000).

W Laosie generalnie nie wolno spać z dziewczynami – to znaczy jest to prawnie zakazane i nielegalne. Teoretycznie jeśli chcemy iść z Laotanką do hotelu, należy pokazać akt małżeństwa. Dlatego też moim priorytetem przy wybieraniu hotelu było upewnienie się, czy aby na pewno mogę tam z kimś wrócić. W recepcji pytałem prosto z mostu czy nie ma problemu jeśli wrócę z dziewczyną i zabrałem pierwszy hotel który się zgodził u jakiś typków z Bangladeszu.

Po kilku godzinach snu, zabrałem się za odszukanie Bee – dziewczyny z którą spędziłem noc rok temu, kiedy byłem w Laosie. Niestety dała mi wyłącznie Line ID. Mam na liście jakieś 1000 kontaktów, więc przejechanie przez nie wszystkie kilkukrotnie aby ją znaleźć, zajęło mi dużo czasu i nie przyniosło efektu. Stawiam, że zmieniła imię i usunęła zdjęcie, bo nie udało mi się jej znaleźć. Druga próba – przejechałem przez cały Tinder aż skończyły mi się Like’i. Również fiasko. Ostatni desperacki akt – udałem się do baru w którym ją poznałem i pokazywałem jej zdjęcie obsłudze. W końcu znalazłem jedną barmankę która ją zna (choć nie ma do niej kontaktu). Powiedziała, że Bee już tutaj nie bywa, ponieważ wzięła ślub i jest siedzi w domu z mężem. Ehh…

Mój następny cel – Bor Pen Nyang. Dopiero teraz odkryłem ten bar i byłem przyjemnie zaskoczony, ponieważ był dość pełny, pomimo tego, że Vientiane to wieś i knajpy są raczej pustawe, a ludzie chodzą spać o 11, aby rano zasuwać na pole ryżowe. Sącząc browarka Lao zdążyłem się umówić z jakąś laską przez Tinder, miała podjechać do baru na motorku. W między czasie zawołała mnie do stolika inna Laotanka, która miała przy stoliku koleżankę i jakiegoś białego, jak się okazało – Polaka, który też mieszka w Bangkoku. Olałem laskę z Tindera i skupiłem się na tej z baru. Postawiłem jej drina, wypiłem jeszcze jedno piwo i o 12:30 zamknęli bar. Wtedy też, bez żadnych obiekcji poszliśmy razem do mojego hotelu, gdzie mieliśmy dwie rudny – nocną i poranną.

Tego dnia musiałem odebrać mój paszport z konsulatu i okazało się, że Laotanka akurat jedzie do Khon Kean w Tajlandii do chirurga, zrobić sobie sylikonowe cycki. Stać ją na sztuczne cycki, ale oczywiście nie zapomniała poprosić o 3 dolary na tuk tuka. Akurat miałem przejeżdżać przez Khon Kean w drodze powrotnej i dogadywaliśmy się, że pojedziemy razem motorem, ale ostatecznie zmieniła zdanie, bo do jej podróży chciała się przyłączyć jakaś koleżanka.

Laos jest super pod względem językowym, bo dosłownie każdy mówi tam po tajsku i to nie, że trochę, tylko płynnie, rozumieją dosłownie wszystko, włączając w to slang, a także problemu czytają tajski, nawet pomimo tego, że ich alfabet jest inny. Nie wiem czy laotańskie potrawy są takie same jak tajskie, ale jak im podawałem nazwy typu „pad pring geng tale” to przychodziły bez problemu i smakowały jak tajskie. Jednym z minusów Vientiane są ceny za jedzenie, co-najmniej 2 razy większe. Zarówno street food, jak i restauracje. W Tajlandii można jeść za 40 batów na ulicy i od 120 w restauracji. W Laosie było to razy dwa. Za to alkohol jest o połowę tańszy, więc akurat się wyrównywało.

Po odebraniu paszportu musiałem wracać jak szybko się da, ponieważ nie chciałem jechać motorem w nocy z ograniczoną widocznością. Niestety zanim przekroczyłem granicę, była już 15:30 i nie byłem w stanie zajechać daleko. Ostatecznie postanowiłem zmienić trasę i skręcić do prowincji Loei, gdzie znam pewną Tajkę, która wiedziałem na 100%, że będzie zainteresowana spędzeniem ze mną nocy. Co ciekawe, jest to jedna z Tajek, której jakiś życzliwy czytelnik przetłumaczył Azje Po Zmroku i „donosił”, że jestem bad boyem na którego trzeba uważać. Jak słodko, hehe 🙂

22894491_10213659548258875_8818801931646694715_n (1)

Motorem z Laosu do Bangkoku

Prowincja Loei przywitała mnie mrozem. 20C to dla mnie ekstremalna temperatura, było tak zimno, że nie bardzo mogłem jechać motorem. Ubrałem na siebie 3 koszulki i dalej dygotałem. Nic cieplejszego przy sobie nie miałem.

Wieczorem moja nimfa zaczęła robić wymówki, że ma chłopaka i nie może się ze mną bzykać. Oczywiście jestem za stary, aby wierzyć w to co mówią dzieczyny – prawie zawsze kłamią same sobie, więc zwyczajnie obiecałem, że idziemy tylko na zupę noodlową bez żadnych „romantycznych dodatków”, na co bez problemu się zgodziła. Po zupie zapytałem, czy możemy gdzieś się przytulić w bardziej prywatnym miejscu. Zjechaliśmy na motorach w jakąś soi’ke i pare minut się mizialiśmy, ale spłoszyli nas przechodzący ludzie. Być może przeciętny turysta nie jest w stanie tego zrozumieć patrząc na Pattaye, Phuket, czy centrum Bangkoku, ale Tajlandia generalnie jest bardzo konserwatywna jak chodzi o „pieszczenie się” w miejscach publicznych. Zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z parką Tajka – farang. Jest wielu Tajów, którzy od razu uznają, że skoro Tajka robi coś z białym, to znaczy, że jest dziwką. Paradoksalnie, bywa i tak, że nawet prawdziwe dziwki nie chcą, aby ktoś o nich myślał jako o „dziwce”, więc bez problemu się całują z facetem na plaży w Pattaya, ale u siebie na wsi w Buriram, nawet trzymanie się za rękę na ulicy nie wchodzi w grę.

Laska z Loei nie chciała iść do mnie do hotelu, ale wymyśliła inne „prywatne” miejsce. Jechaliśmy 10 minut poza miasto nad jakieś jezioro i tam w krzach, jak prawdziwi nastolatkowie, zrobiliśmy to. Ani na chwilę nie mogłem przestać myśleć, że zaraz nadepnę na jakiegoś węża, ale ostatecznie udało się wyjść bez zostania pożartym przez dzikie zwierzęta.

Po akcji w krzakach nad jeziorem, przy mrozie 20C stopni, Tajka musiała wracać do domu, bo kazali jej rodzice. Było już po 12. Ja pojechałem prosto do klubu o nazwie Robot. Impreza mega fajna, tylko ja całkiem na trzeźwo – nie chciałem, aby znowu policja mnie zgarnęła. Piłem wodę gazowaną i robiłem wszystko co w mojej mocy, aby Tajowie nie polewali mi whiskey. Jak ktoś był w klubie tajskim to wie o czym mówię – Tajowie na widok białego muszą się stuknąć szklanką, a jak w szklance brakuje whiskey, to od razu leją ze swojej butelki bez pytania. Po jakiś 40 minutach zostałem zaproszony do stolika, 2 Tajów i 4 Tajki. Oczywiście była to wielka sensacja – farang mówi po tajsku. Bombardowali mnie tymi samymi pytaniami z każdej strony, ale dzięki temu szybko „zgrałem się” z jedną z dziewczyn. Przytulaliśmy się, tańczyliśmy razem i byłem już na 90% pewny, że noc skończymy razem. Sytuacja mnie bardzo wciągnęła, ponieważ rano zrobiłem Laotanke, wieczorem Tajkę z Loei, a tu mi się klei trzecia laska i przyznam, że zrobienie trzech w jeden dzień byłoby moim życiowym rekordem. Niestety, kiedy tylko wypili flaszkę, wszyscy zebrali się razem. Na pytanie czy nie chce zostać ze mną, powiedziała nazwę baru gdzie pracuje i, że mogę ją tam odwiedzić następnego dnia, ale dzisiaj będzie już wracać. I dupa a nie rekord, ciężkie życie.

Rano następnego dnia planowałem przejechać 420 km do Lopburi, ale okazało się, że mam klienta na następny dzień, więc ostatecznie skończyło się na 600 km rajdzie aż do Bangkoku. Przejechanie przez Loei było naprawdę zajebistym doświadczeniem – super góry, wysokie i ładne, nawet nie wiedziałem, że gdzieś poza okolicami Chiang Mai są tak wysokie góry w Tajlandii. Co chwile ostre zakręty, ale mając pożądany motor z dużymi oponami, gibanie się na nich było super zabawą… Po około 10 godzinach dojechałem do Bangkoku i tego dnia nie miałem już siły na nic – udałem się prosto do łóżka. Te kilka dni spania po pare godzin zostawiło odcisk na kondycji. Mimo to, było zajebiście i ciesze się, że nie leciałem samolotem.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

Reklamy

Vientiane – raport ze stolicy Laosu


Po raz ostatni w Laosie byłem 5 lat temu. Obiecałem sobie wtedy, że nigdy nie powrócę. Syfiate jedzenie, przecenione taksówki, imprezy zamykane o 12 w nocy i wstydliwe Laotanki. Vientiane, stolica Laosu, to taka duża wieś. Wikipedia podaje, że w miasto liczy 800,000 mieszkańców, natomiast atmosfera jest raczej bardziej prowincjonalna. Suma summarum, nie jest to miejsce w którym się odnajduje.

laos-vientiane-a

 

Raul, jeden z moich najlepszych kumpli w Bangkoku, co 3 miesiące jeździ do Laosu po nową wizę. I przekonuje, że Laos bardzo się zmienił przez te 5 lat. Teraz jest fajnie. Są aplikacje do umawiania się z laskami, a hotele, pomimo tego, że kontakty pomiędzy obcokrajowcami, a Laotankami są prawnie zakazane, przymykają oko kiedy przyprowadza się na noc dziewczynę. No i jest piwo Lao – najlepszy browar ze wszystkich krajów ASEAN! Postanowiłem dać Laosowi drugą szansę.

Jest wiele sposobów na dostanie się do Vientiane z Bangkoku. Jedyny bezpośredni lot to Airasia, można też dojechać pod samą granicę pociągiem lub autobusem, co zajmie około 10 godzin. Ja wybrałem lot do Udon Thani linią Lion Air za 900 thb + minivan z lotniska na granicę za kolejne 200. Tutaj popełniłem pierwszy błąd. Wiza do Laosu kosztuje 30$ i wydawało mi się, że na lotnisku w Udon Thani będzie lepszy kurs niż w Bangkoku. Okazało się jednak, że wszystkie kantory, i na lotnisku, i na granicy były zamknięte i zmuszony zostałem zapłacić batami, po fatalnym kursie. Zamiast 30$ policzyli mnie 1300 batów. Mało tego, jakoś pomyliłem daty i okazało się, że moja tajska wiza skończyła się 2 dni temu, więc po tajskiej stronie dostałem jeszcze mandat na 1000 batów za overstay. Słaby początek imprezy.

Po przekroczeniu granicy i przebiciu się przez wszystkich „życzliwych” taxówkarzy, udało mi się znaleźć przystanek autobusowy. Niestety ostatni autobus odjechał. Oczywiście nie wierzę im na słowo, ale zapytałem po tajsku babci ze sklepu obok, która nie ma interesu, żeby ściemniać i potwierdziła, że dupa a nie autobus o tej porze. Poznałem anglika i hiszpankę, razem wzięliśmy taryfę za 300 thb.

Po dojechaniu na wieś o nazwie Vientiane, chodziłem szukać jakiegoś pokoju. Tutaj pozytywne zaskoczenie, jest bardzo dużo super tanich opcji. Śpię w hotelu Dhaka za 40,000 kipów, czyli jakieś niecałe 200 batów. Łazienka dzielona i pokój super mały, ale prawie za darmo. Wieczorem od razu uderzam na imprezę do Salmo Pub. Tanie piwo Lao i jest nawet trochę lasek. Od razu widać po mordach, że co niektóre dorabiają obrabiając białe pyty. Wszyscy w Vientianie bez problemu rozumieją tajski, więc nie mam problemu z porozumiewaniem się. Gorzej z rozumieniem ich, bo non stop wrzucają laotańskie słowa i tak np. „farang” to „baksida”, „aroy” to „seb”, „maiii” to „bo”, etc. Generalnie język dokładnie ten sam co w Issanie, więc jakoś daje radę, bo w końcu Issan to moje ulubione miejsce w Tajlandii.

Impreza zamyka się o 12. Flirtowałem przez godzinę z kelnerką i byłem przekonany, że da się ruchnąc tej samej nocy, ale dupa, zapytałem czy gdzieś razem pójdziemy, na co odparła, że wszystko jest zamknięte wcześnie, bo Obama jest w Laosie i ona idzie spać. Pomyślałem, że w takim razie chociaż coś wpierdolę przed snem, okazało się jednak, że na wsi po godzinie 12 nie da się nawet kupić jedzenia. Nie ma jednego sklepu otwartego! Całe szczęście, że przywiozłem puszki z tuńczykiem z tajskiego Tesco Lotus.

Inne miejsca w Vientiane gdzie można zaimprezować i poznać jakąś laskę to:

  1. Kop Chai Deu restauracja/bar
  2. Marina night club
  3. Samlo Pub
  4. Wind West
  5. Blue Star

W drodze do hotelu poznałem jakąś starszą dupkę, która jest sprzątaczką w guest housie. Twierdziła że ma 35 lat, ale wyglądała na 40, czyli pewnie miała 45. Anyway, miała piwo, więc pomogłem jej dokończyć. Po piwie zaczęła robić aluzję, że lubi młodszych chłopców (zwracała się do mnie „boy”) i sugerowała, żebyśmy poszli do mnie do pokoju. Przez chwilę rozważałem tą opcję, ale jak ją złapałem za udo i odkryłem, że było takie flakowate jak u babci, to od razu mi się odechciało. Jednak wole młode laski lol. Zaczęło jebać strasznie deszczem i nic już nie było otwarte, więc poszedłem spać.

Rano o 7 dalej strasznie padało, ale musiałem iść do ambasady tajskiej po nową wizę. Wszyscy taxówkarze (których trudno było znaleźć), krzyczeli 50,000 kipów, jakaś pojebana suma, nie ma takiej opcji, żebym zapłacił tyle. Zdecydowałem się więc wypożyczyć pedalski rower za 10,000 kupów i pojechałem do ambasady w tropikalnym deszczy. Trochę krążyłem, bo nie mogłem znaleźć, całe szczęście, że wszyscy w Vientiane rozumieją tajski i mnie pokierowali. W ambasadzie prawie nikogo nie było ze względu na deszcz i wszystko załatwiłem w przeciągu 10 minut. Jakiś debil na zewnątrz mówi, że wypełni mi formularz wizowy z jedyne 100 batów. 100 batów! Czy ich totalnie pojebało z cenami w tym Laosie? Przecież wypisanie tego formularza zajmują może 2 minuty. Czy 2 minuty pracy, którą nawet dziecko może wykonać jest warte 100 batów?

Po ambasadzie udałem się na siłownię. Udało mi się znaleźć miejsce za 10,000 kipów, dobra cena. Pomiędzy setami szukałem lasek na Blendr app. Tak co 5 laska odpowiada. Umówiłem się z dwoma na wieczór (jedna zapasowa jakby któraś z nich anulowała).

Powrót do hotelu i szukanie jedzenia. Ja pierdole, jedzeie w Laosie jest 2, 3 razy droższe niż w Tajlandii. Nie dziwie się, że oni wszyscy tacy chudzi. Do tego to ich jedzenie jest gówniane. Zwykły uliczny gra paw gai w Tajlandii smakuje jak najlepsza restauracja w Laosie. I od tego kosztuje 1/3 ceny.

Miałem ustawione dwie randki. Jedna laska chciała się spotkać daleko od centrum, więc ją olałem, druga przyjechała na motorku mnie odebrać. Szlajamy się trochę po mieście, niestety ona jest jakaś powolna, wstydzi się wszystkiego, więc szanse na zaciągnięcie jej do hotelu tego samego dnia są marne. A ja mam tylko jedną noc do dyspozycji. Potrzebuje jakąś laskę która bez oporów pójdzie się ruchać. Olałem ją I postanowiłem szukać szczęścia na imprezach.

Wieczorem kolejna runda po barach. No, brzmi jakby było ich tam kilka, tym czasem większość z tych “kilku” to coś w rodzaju restauracji / baru. Jest też nocny klub, ale nie chce mi się iść tak daleko na nogach. Udaje się więc do tego samego baru co wczoraj. Flirtuje ze wszystkim barmankami, kelnerkami i klientkami. Wszyscy rozumieją tu tajski, więc idzie gładko. Po lewej siedzi zajebista laska, ale wygląda mi na dziwkę, więc początkowo ją zlewam. Do tego gra w jakieś pokemony na telefonie, więc pierwsza myśl – jakiś retard (retard po tajsku to panyaon, moje ulubione słowo). Kelnerka zdradziła, że już 3 laski jej mówiły, że jestem zajebiście przystojny (kurwa jakimś modelem chyba powinienem zostać). Pytam które i barmanka pokazuje palcem na jedną kelnerkę która nie chciała ze mną iść wczoraj (czyli odpada), jedną ewidentną dziwkę, do tego podstarzałą i tą zajebistą od pokemonów. Od razu więc atakuje pokemoniare.

Rozmowa idzie gładko. Trochę się droczymy I jest kontakt dotykowy. Jest kelnerką we francuskiej restauracji. Kupiłem jej piwo Lao z 14,000 kipów, czyli jakieś 60 batów. Kurwa duże piwo w barze 60 batów, zajebiste ceny za alkohol w tym Laosie! I to nie byle jakie piwo. Laska jakoś się strasznie otworzyła po tym jak jej kupiłem tego drinka, zaczęła mnie dotykać, więc już prawie pewne ruchanie.

Imprezy niestety zamykają się w Laosie o 12. Tuż przed północą Bee (tak miała na imię) mówi, że jak chce jakąś inną laskę, to żebym łapał, bo ona ze mną nie pójdzie do hotelu. Jedno czego się nauczyłem w życiu, że to co laski mówią różne rzeczy, że zrobią lub nie zrobią czegoś, a potem to co robią, kompletnie nie ma powiązania z tym co wcześniej twierdziły, więc nie słucham i atakuje dalej. Akurat o 12 waliło deszczem niesamowicie, więc mówię Bee, żeby poczekała na poprawę pogody w moim hotelu. Zawsze trzeba dawać laską jakąś wymówkę dlaczego idziemy do pokoju. Wymówka może być najbardziej absurdalna na świecie, np. “pokarzę ci mojego kota”. Ważne, żeby miały możliwość wmówienia sobie, że wcale nie idziemy się ruchać, tylko mamy jakiś inny powód. Opornie, ale w końcu dała się namówić. Wsiadamy na jej motor i w hardcorowym tropikalnym deszczu jedziemy dwie ulice dalej do mojego hotelu.

Na recepcji oczywiście od razu się dojebali, bo w Laosie obcokrajowcom nie wolno uprawiać seksu, ani nawet przyprowadzać Laotanek do pokoju. W razie zostania złapanym grozi kara finansowa, areszt i deportowanie. Ale wiadomo, że mnie to nie powstrzyma. Bee ma tak zajebiste ciało, warto zaryzykować. Negocjuje z recepcjonistą ile będzie mnie kosztowało wprowadzenie jej na górę. Zgodzili się na 30,000 kipów I mogliśmy iść dalej. Całe szczęście, że jebało deszczem, bo większość lasek wypłoszyłoby się tą sytuacją i uciekło. Jebany recepcjonista chciał mi zrobić ładny cock block. Anyway. Bee dalej twierdzi, że jak tylko przestanie padać, to jedzie do domu. Jutro na rano musi być w restauracji.

Jak tylko weszliśmy do pokoju, deszcz przestał padać. Bee chce się zbierać, musiałem użyć wrodzonego uroku osobistego, żeby została “na trochę dłużej”. Zaczynamy się całować na łóżku. Bee od razu twierdzi, że nic więcej nie będzie, bo ma okres. Dlatego też mówiła, żebym znalazł inną laskę. Mnie natomiast okres nie przeszkadza. Efekt? Hardcorowo zabrudziliśmy całe łóżko. Pokój wyglądał jakby ktoś w nim został zarżnięty.

Rano druga runda. Ale tu niespodzianka. Bee nie chce widzieć więcej krwi, więc proponuje, żebyśmy użyli drugą dziurę… Zaczyna mi się podobać w tym Laosie… Po skończonej robocie dopadł mnie straszny kac. Potrzebowałem piwa i to w ekspresowym tempie. Bee akurat i tak musiała iść po podpaski, więc poszła do sklepu I przyniosła mi śniadanie + piwo. Pytam się ile mam jej dać kasy, ale kategorycznie odmawia. Piwo jak lekarstwo, od razu kac przeszedł.

O 12 check out z hotelu. Namówiłem Bee, żeby olała prace i się ze mną pobujała. Zzybko odjeżdżamy na motorze, bo baliśmy się, że jak zobaczą tą krew na pościeli, łóżku, ścianach i podłodze, to mnie skasują za to wszystko. Bee podwiozła mnie do ambasady. Odebrałem nową tajską wizę i sru na terminal autobusowy. Bee zaczęła robić dramaty, żebym został chociaż jedną noc dłużej. Przyznam, że bardzo chętnie bym z nią został, niestety na mnie czeka praca w Bangkoku. Ponad to, jedzenie w Laosie kosztuje około 100 batów za posiłek, a ja jem 5 razy dziennie, więc na samo jedzenie schodzi mi sporo kasy w tym Vientiane.

Wsiadam w autobus za 60 batów do granicy. Granice przechodzę na nogach i łapię minivan do Udon Thani za 50 batów. Z Udon Thani będę leciał z powrotem do Bangkoku, ale najpierw impreza w jednym z moich ulubionych miast. Następny raport na AzjaPoZmroku będzie właśnie z Udon!

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.