Vientiane – raport ze stolicy Laosu


Po raz ostatni w Laosie byłem 5 lat temu. Obiecałem sobie wtedy, że nigdy nie powrócę. Syfiate jedzenie, przecenione taksówki, imprezy zamykane o 12 w nocy i wstydliwe Laotanki. Vientiane, stolica Laosu, to taka duża wieś. Wikipedia podaje, że w miasto liczy 800,000 mieszkańców, natomiast atmosfera jest raczej bardziej prowincjonalna. Suma summarum, nie jest to miejsce w którym się odnajduje.

laos-vientiane-a

 

Raul, jeden z moich najlepszych kumpli w Bangkoku, co 3 miesiące jeździ do Laosu po nową wizę. I przekonuje, że Laos bardzo się zmienił przez te 5 lat. Teraz jest fajnie. Są aplikacje do umawiania się z laskami, a hotele, pomimo tego, że kontakty pomiędzy obcokrajowcami, a Laotankami są prawnie zakazane, przymykają oko kiedy przyprowadza się na noc dziewczynę. No i jest piwo Lao – najlepszy browar ze wszystkich krajów ASEAN! Postanowiłem dać Laosowi drugą szansę.

Jest wiele sposobów na dostanie się do Vientiane z Bangkoku. Jedyny bezpośredni lot to Airasia, można też dojechać pod samą granicę pociągiem lub autobusem, co zajmie około 10 godzin. Ja wybrałem lot do Udon Thani linią Lion Air za 900 thb + minivan z lotniska na granicę za kolejne 200. Tutaj popełniłem pierwszy błąd. Wiza do Laosu kosztuje 30$ i wydawało mi się, że na lotnisku w Udon Thani będzie lepszy kurs niż w Bangkoku. Okazało się jednak, że wszystkie kantory, i na lotnisku, i na granicy były zamknięte i zmuszony zostałem zapłacić batami, po fatalnym kursie. Zamiast 30$ policzyli mnie 1300 batów. Mało tego, jakoś pomyliłem daty i okazało się, że moja tajska wiza skończyła się 2 dni temu, więc po tajskiej stronie dostałem jeszcze mandat na 1000 batów za overstay. Słaby początek imprezy.

Po przekroczeniu granicy i przebiciu się przez wszystkich „życzliwych” taxówkarzy, udało mi się znaleźć przystanek autobusowy. Niestety ostatni autobus odjechał. Oczywiście nie wierzę im na słowo, ale zapytałem po tajsku babci ze sklepu obok, która nie ma interesu, żeby ściemniać i potwierdziła, że dupa a nie autobus o tej porze. Poznałem anglika i hiszpankę, razem wzięliśmy taryfę za 300 thb.

Po dojechaniu na wieś o nazwie Vientiane, chodziłem szukać jakiegoś pokoju. Tutaj pozytywne zaskoczenie, jest bardzo dużo super tanich opcji. Śpię w hotelu Dhaka za 40,000 kipów, czyli jakieś niecałe 200 batów. Łazienka dzielona i pokój super mały, ale prawie za darmo. Wieczorem od razu uderzam na imprezę do Salmo Pub. Tanie piwo Lao i jest nawet trochę lasek. Od razu widać po mordach, że co niektóre dorabiają obrabiając białe pyty. Wszyscy w Vientianie bez problemu rozumieją tajski, więc nie mam problemu z porozumiewaniem się. Gorzej z rozumieniem ich, bo non stop wrzucają laotańskie słowa i tak np. „farang” to „baksida”, „aroy” to „seb”, „maiii” to „bo”, etc. Generalnie język dokładnie ten sam co w Issanie, więc jakoś daje radę, bo w końcu Issan to moje ulubione miejsce w Tajlandii.

Impreza zamyka się o 12. Flirtowałem przez godzinę z kelnerką i byłem przekonany, że da się ruchnąc tej samej nocy, ale dupa, zapytałem czy gdzieś razem pójdziemy, na co odparła, że wszystko jest zamknięte wcześnie, bo Obama jest w Laosie i ona idzie spać. Pomyślałem, że w takim razie chociaż coś wpierdolę przed snem, okazało się jednak, że na wsi po godzinie 12 nie da się nawet kupić jedzenia. Nie ma jednego sklepu otwartego! Całe szczęście, że przywiozłem puszki z tuńczykiem z tajskiego Tesco Lotus.

Inne miejsca w Vientiane gdzie można zaimprezować i poznać jakąś laskę to:

  1. Kop Chai Deu restauracja/bar
  2. Marina night club
  3. Samlo Pub
  4. Wind West
  5. Blue Star

W drodze do hotelu poznałem jakąś starszą dupkę, która jest sprzątaczką w guest housie. Twierdziła że ma 35 lat, ale wyglądała na 40, czyli pewnie miała 45. Anyway, miała piwo, więc pomogłem jej dokończyć. Po piwie zaczęła robić aluzję, że lubi młodszych chłopców (zwracała się do mnie „boy”) i sugerowała, żebyśmy poszli do mnie do pokoju. Przez chwilę rozważałem tą opcję, ale jak ją złapałem za udo i odkryłem, że było takie flakowate jak u babci, to od razu mi się odechciało. Jednak wole młode laski lol. Zaczęło jebać strasznie deszczem i nic już nie było otwarte, więc poszedłem spać.

Rano o 7 dalej strasznie padało, ale musiałem iść do ambasady tajskiej po nową wizę. Wszyscy taxówkarze (których trudno było znaleźć), krzyczeli 50,000 kipów, jakaś pojebana suma, nie ma takiej opcji, żebym zapłacił tyle. Zdecydowałem się więc wypożyczyć pedalski rower za 10,000 kupów i pojechałem do ambasady w tropikalnym deszczy. Trochę krążyłem, bo nie mogłem znaleźć, całe szczęście, że wszyscy w Vientiane rozumieją tajski i mnie pokierowali. W ambasadzie prawie nikogo nie było ze względu na deszcz i wszystko załatwiłem w przeciągu 10 minut. Jakiś debil na zewnątrz mówi, że wypełni mi formularz wizowy z jedyne 100 batów. 100 batów! Czy ich totalnie pojebało z cenami w tym Laosie? Przecież wypisanie tego formularza zajmują może 2 minuty. Czy 2 minuty pracy, którą nawet dziecko może wykonać jest warte 100 batów?

Po ambasadzie udałem się na siłownię. Udało mi się znaleźć miejsce za 10,000 kipów, dobra cena. Pomiędzy setami szukałem lasek na Blendr app. Tak co 5 laska odpowiada. Umówiłem się z dwoma na wieczór (jedna zapasowa jakby któraś z nich anulowała).

Powrót do hotelu i szukanie jedzenia. Ja pierdole, jedzeie w Laosie jest 2, 3 razy droższe niż w Tajlandii. Nie dziwie się, że oni wszyscy tacy chudzi. Do tego to ich jedzenie jest gówniane. Zwykły uliczny gra paw gai w Tajlandii smakuje jak najlepsza restauracja w Laosie. I od tego kosztuje 1/3 ceny.

Miałem ustawione dwie randki. Jedna laska chciała się spotkać daleko od centrum, więc ją olałem, druga przyjechała na motorku mnie odebrać. Szlajamy się trochę po mieście, niestety ona jest jakaś powolna, wstydzi się wszystkiego, więc szanse na zaciągnięcie jej do hotelu tego samego dnia są marne. A ja mam tylko jedną noc do dyspozycji. Potrzebuje jakąś laskę która bez oporów pójdzie się ruchać. Olałem ją I postanowiłem szukać szczęścia na imprezach.

Wieczorem kolejna runda po barach. No, brzmi jakby było ich tam kilka, tym czasem większość z tych “kilku” to coś w rodzaju restauracji / baru. Jest też nocny klub, ale nie chce mi się iść tak daleko na nogach. Udaje się więc do tego samego baru co wczoraj. Flirtuje ze wszystkim barmankami, kelnerkami i klientkami. Wszyscy rozumieją tu tajski, więc idzie gładko. Po lewej siedzi zajebista laska, ale wygląda mi na dziwkę, więc początkowo ją zlewam. Do tego gra w jakieś pokemony na telefonie, więc pierwsza myśl – jakiś retard (retard po tajsku to panyaon, moje ulubione słowo). Kelnerka zdradziła, że już 3 laski jej mówiły, że jestem zajebiście przystojny (kurwa jakimś modelem chyba powinienem zostać). Pytam które i barmanka pokazuje palcem na jedną kelnerkę która nie chciała ze mną iść wczoraj (czyli odpada), jedną ewidentną dziwkę, do tego podstarzałą i tą zajebistą od pokemonów. Od razu więc atakuje pokemoniare.

Rozmowa idzie gładko. Trochę się droczymy I jest kontakt dotykowy. Jest kelnerką we francuskiej restauracji. Kupiłem jej piwo Lao z 14,000 kipów, czyli jakieś 60 batów. Kurwa duże piwo w barze 60 batów, zajebiste ceny za alkohol w tym Laosie! I to nie byle jakie piwo. Laska jakoś się strasznie otworzyła po tym jak jej kupiłem tego drinka, zaczęła mnie dotykać, więc już prawie pewne ruchanie.

Imprezy niestety zamykają się w Laosie o 12. Tuż przed północą Bee (tak miała na imię) mówi, że jak chce jakąś inną laskę, to żebym łapał, bo ona ze mną nie pójdzie do hotelu. Jedno czego się nauczyłem w życiu, że to co laski mówią różne rzeczy, że zrobią lub nie zrobią czegoś, a potem to co robią, kompletnie nie ma powiązania z tym co wcześniej twierdziły, więc nie słucham i atakuje dalej. Akurat o 12 waliło deszczem niesamowicie, więc mówię Bee, żeby poczekała na poprawę pogody w moim hotelu. Zawsze trzeba dawać laską jakąś wymówkę dlaczego idziemy do pokoju. Wymówka może być najbardziej absurdalna na świecie, np. “pokarzę ci mojego kota”. Ważne, żeby miały możliwość wmówienia sobie, że wcale nie idziemy się ruchać, tylko mamy jakiś inny powód. Opornie, ale w końcu dała się namówić. Wsiadamy na jej motor i w hardcorowym tropikalnym deszczu jedziemy dwie ulice dalej do mojego hotelu.

Na recepcji oczywiście od razu się dojebali, bo w Laosie obcokrajowcom nie wolno uprawiać seksu, ani nawet przyprowadzać Laotanek do pokoju. W razie zostania złapanym grozi kara finansowa, areszt i deportowanie. Ale wiadomo, że mnie to nie powstrzyma. Bee ma tak zajebiste ciało, warto zaryzykować. Negocjuje z recepcjonistą ile będzie mnie kosztowało wprowadzenie jej na górę. Zgodzili się na 30,000 kipów I mogliśmy iść dalej. Całe szczęście, że jebało deszczem, bo większość lasek wypłoszyłoby się tą sytuacją i uciekło. Jebany recepcjonista chciał mi zrobić ładny cock block. Anyway. Bee dalej twierdzi, że jak tylko przestanie padać, to jedzie do domu. Jutro na rano musi być w restauracji.

Jak tylko weszliśmy do pokoju, deszcz przestał padać. Bee chce się zbierać, musiałem użyć wrodzonego uroku osobistego, żeby została “na trochę dłużej”. Zaczynamy się całować na łóżku. Bee od razu twierdzi, że nic więcej nie będzie, bo ma okres. Dlatego też mówiła, żebym znalazł inną laskę. Mnie natomiast okres nie przeszkadza. Efekt? Hardcorowo zabrudziliśmy całe łóżko. Pokój wyglądał jakby ktoś w nim został zarżnięty.

Rano druga runda. Ale tu niespodzianka. Bee nie chce widzieć więcej krwi, więc proponuje, żebyśmy użyli drugą dziurę… Zaczyna mi się podobać w tym Laosie… Po skończonej robocie dopadł mnie straszny kac. Potrzebowałem piwa i to w ekspresowym tempie. Bee akurat i tak musiała iść po podpaski, więc poszła do sklepu I przyniosła mi śniadanie + piwo. Pytam się ile mam jej dać kasy, ale kategorycznie odmawia. Piwo jak lekarstwo, od razu kac przeszedł.

O 12 check out z hotelu. Namówiłem Bee, żeby olała prace i się ze mną pobujała. Zzybko odjeżdżamy na motorze, bo baliśmy się, że jak zobaczą tą krew na pościeli, łóżku, ścianach i podłodze, to mnie skasują za to wszystko. Bee podwiozła mnie do ambasady. Odebrałem nową tajską wizę i sru na terminal autobusowy. Bee zaczęła robić dramaty, żebym został chociaż jedną noc dłużej. Przyznam, że bardzo chętnie bym z nią został, niestety na mnie czeka praca w Bangkoku. Ponad to, jedzenie w Laosie kosztuje około 100 batów za posiłek, a ja jem 5 razy dziennie, więc na samo jedzenie schodzi mi sporo kasy w tym Vientiane.

Wsiadam w autobus za 60 batów do granicy. Granice przechodzę na nogach i łapię minivan do Udon Thani za 50 batów. Z Udon Thani będę leciał z powrotem do Bangkoku, ale najpierw impreza w jednym z moich ulubionych miast. Następny raport na AzjaPoZmroku będzie właśnie z Udon!

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Reklamy

Chiang Mai – raport z pierwszych dni na dalekiej północy


W Chinag Mai dane mi będzie spędzić cały Sierpień. Najdłuższy wyjazd służbowy w moim życiu, ale generalnie jestem pozytywnie nastawiony. Nawet pomimo tego, że Chiang Mai nie jest moim ulubionym miejscem w Tajlandii. Jest tu po prostu zbyt wielu farangów i np. tak jak w Issan można zatrzymać dowolny pojazd na ulicy i poprosić o podwózkę, tak w takim Chinag Mai to nie przejdzie. Widok białej skóry jest tu dość powszechny. Ma to też inny wymiar – laski nie gwiżdżą na widok białego i, o zgrozo, policja zna podstawy angielskiego, więc nie da się nawet grać głupa. Suma summarum, dobre miejsce dla początkujący ekspatów, ale nie weteranów mojego pokroju. chinang-mai-tajlandia

A więc co ja tutaj właściwie robię? Poza codziennym pluskaniem się w basenie naszego resortu ze zdjęcia powyżej, opiekuje się grupą 50 wolontariuszy z Anglii. Nie wiem nawet jak nazywa się taka pozycja – po angielsku to po prostu lead representative, a w praktyce jestem trochę przewodnikiem, a trochę instruktorem – wszyscy Anglicy mają już za sobą online TEFL, ale dodatkowo, ja, jako instruktor TEFL muszę ich przeszkolić w klasie. W każdy poniedziałek 8h uczę ich o technikach i metodologii nauczania. W każdy czwartek wieczorem prowadzę też lekcje tajskiego. Wtorek do piątek, jesteśmy podzieleni na 5 grup i robimy różnego rodzaju prace na zasadzie wolontariatu. Jedna grupa jedzie myć dupe słonia, druga grupa jedzie do przedszkola uczyć dzieci angielskiego, trzecia grupa jedzie do sierocińca bawić się z sierotami. Całe szczęście, że ja ich tylko nadzoruje, bo jak wchodzę do tego przedszkola i czuje jak jebie moczem od tych dzieci, to od razu sobie przypominam dlaczego nigdy więcej nie chcę być nauczycielem. Weekendy mamy wolne, za to w tygodniu jestem trochę zajebany, bo pomimo tego, że sam wolontariat trwa 2, 3 godziny dziennie, to non stop albo muszę kogoś zabrać na Muay Thai, albo wycieczkę rowerową, albo na nocny bazar, etc. Generalnie nie jest źle, za darmo się popluskam w parku wodnym, poćwiczę tajski boks, itd.

95% wolontariuszy to dziewczyny. Jak tylko ich odbierałem z lotniska, to wiedziałem, że będzie problem z przestrzeganiem zasad, czyli „nie ruchaniem żadnych wolontariuszek”. Bo choć większość z nich przypomina z wyglądu raczej krowy, to jest tam parę naprawdę dobrych sztuk. Np, jest laseczka której ojciec jest z Egiptu i ma zajebiście arabską twarz. Takiej jeszcze nie miałem. W iście tajskim stylu, ktoś źle policzył ilość uczestników i ilość miejsca w autokarze wynajętym, żeby przetransportować nas do Chinag Mai, więc musieliśmy na szybkości wynająć dodatkowy minivan, w którym jechałem ja, 2 wolontariuszy i 5 wolontariuszek. Pierwsze parę godzin, a tu laska z Gibraltaru coś mnie „niechcący” za dużo dotyka. Dosyć oczywisty znak zainteresowania. Po drodze był śpiew, alkohol i haszysz z Egiptu, więc wyszło, z tego przytulanie i wspólne spanie z laską z Gibraltaru, ale jak na razie jestem twardy i nie próbuje nic więcej, bo jak mnie ktoś ze staffu na tym złapie, to od razu stracę pracę.

W końcu dojechaliśmy do Chinag Mai. Na miejscu niespodzianka – muszę dzielić pokój z Harry, czyli reprezentantem firmy po angielskiej stronie. Niezła chujnia, bo teraz będę musiał szukać lasek z własnym mieszkaniem. No i oczywiście nie próżnowałem w tym temacie. Od niedzieli intensywnie używałem aplikacji do randkowania i każda rozmowa miała ten sam schemat:

  1. Cześć. Mieszkasz w Chinag Mai?
  2. Ooo, to super, że tak. Będziemy najlepszymi przyjaciółmi.
  3. Mieszkasz sama czy z rodziną? (to bardzo ważne bo szukam tylko Tajek ze swoim mieszkaniem)
  4. O mieszkasz z rodziną? To dobrze, nie musisz się bać duchów (boom, koniec rozmowy z mojej strony) / Ooo, mieszkasz sama? Nie boisz się duchów?
  5. Masz motor? (to następne zajebiście ważne pytanie, bo ja nie mam swojego pojazdu, więc szukam tylko laski, która będzie po mnie przyjeżdżać)
  6. Nie masz? Aha, to będziemy musieli chodzić na nogach, żeby się spotykać (boom koniec rozmowy, ale zostawiam tak, żeby się dało do niej wrócić) / Masz motor? Super, to wpadnij mnie odebrać jak się będziemy spotykać.
  7. Ok, przyjedź po mnie po 1pm.

Od niedzieli do wtorku przeprowadziłem ten schemat rozmowy z chyba 30 laskami, aż w końcu znalazłem jedną, która spełnia wymagania, czyli ma swoje mieszkanie, motor i wygląda wystarczająco dobrze. Btw, nic w tej rozmowie nie jest przypadkowe. Punkt 1 – muszę wiedzieć, czy tu mieszka, czy jest tylko przyjazdem. Mnie raczej pojedyncze spotkania nie interesują, zawsze szukam laski która będzie moim gikiem i będziemy się spotykać przez jakiś czas. Punkt 2 – zawsze mówię laską, że będziemy tylko przyjaciółmi. Dlaczego? Bo pytam o spotkanie już w 7 zdaniu, na randkę to trochę za szybko, natomiast szanse na spotkanie znacznie wzrastają jeśli nie ma tego „pressure”, że to jest randka i coś poważnego. Punkt 4 – logistyka. Jeśli ona mieszka z rodziną, to muszę mieć swój apartament, a akurat w Chinag Mai dzielę pokój z jednym typem. Innymi słowy – jeśli nie mamy gdzie się iść bzykać, to jest to raczej strata czasu, nie chcę wydawać codziennie kasy na hotele. 5 – motor, znowu logistyka. Ja jak na razie nie mam swojego i nie wiem czy w ogóle będę miał, bo tak naprawdę potrzebny mi jest tylko do tego, żeby spotykać się z laskami, więc już lepiej od razu znaleźć taką, która ma swój.  7 – zasugerowanie spotkania. Jeśli ona nie jest gotowa / nie chce się spotkać, to nie ma co tracić czasu, bo następna bez problemu się zgodzi. Ja na tych aplikacjach do datingu zawsze od razu mówię, że jestem zainteresowany tylko prawdziwymi znajomościami, nie potrzebuje cyfrowych przyjaciół. Część lasek powie „poznajmy się trochę lepiej”, bo faktycznie szybko atakuje, ale ja je olewam, bo wiem, że te pozostałe od razu się spotyka bez takich obiekcji.

Tak więc od niedzieli poszukiwania i w końcu  we wtorek wyhaczyłem jakaś landrynę.  Przyjechała mnie odebrać na motorze i pytam „gdzie jedziemy?” – to pytanie było retoryczne, bo Tajki są totalnie bezużyteczne jak chodzi o jakąkolwiek inicjatywę i nic nie wymyślą, choćby skały srały. Sugeruję więc pójście do parku – znowu miejsce nie przypadkowe. Laska się zgadza i jedziemy (oczywiście ja muszę pokazać drogę, bo pomimo tego, że to jej miasto, ona się zgubi i w ogóle nie wie, że jest w tym mieście jakiś park -standard w Tajlandii). W parku trochę chodzimy, żeby się lepiej poznać, oczywiście to ja decyduję co, jak i kiedy robimy – mówię jej, kiedy siadamy na ławkę, kiedy wstajemy i oglądamy posąg Buddy – z jakiegoś powodu Azjatki się strasznie podniecają jak facet ma nad nimi pełną kontrolę. Druga sprawa – rozśmieszam ją, żartuję, dokuczam. Drażnimy się. Znowu, wszystko to tylko i wyłącznie po to, żeby swobodnie się ze mną czuła i szybciej nie miała obiekcji, żeby wrócić razem do pokoju. Na koniec kino-eskalacja – czyli nawiązujemy coraz śmielszy kontakt dotykowy. Ja lubię technikę – 2 kroki do przodu, jeden krok do tyłu, czyli dotykam ją, wycofuje się, dotykam bardziej, wycofuje się, znowu dotykam bardziej, i znowu trochę się wycofuje. W między czasie cały czas obserwuje jak ona się czuje z tym dotykiem. W tym przypadku wszytko wskazywało na to, że można ścinać bramkę i brać do domu. Wspominałem już, że park nie jest przypadkowy? Tak, jednym z powodów jest to, że nie muszę wydawać żadnych pieniędzy, acz nie jest to główny powód. Głównym powodem jest to, że mam łatwą wymówkę, żeby przenieść się na mieszkanie – w Tajlandii zawsze jest gorąco, więc wystarczy powiedzieć, że z tego powodu idziemy do mieszkania. Zawsze musi być jakiś powód. Dlaczego? Ponieważ pomimo tego, że podświadomie one wiedzą co będzie się działo w pokoju i o co w tym chodzi, to nie chcą się czuć łatwe. Chcą mieć tą swobodę, że mogą sobie pomyśleć: „oh nie, ja wcale nie poszłam się z nim od razu ruchać, my tylko poszliśmy do klimatyzacji, a ruchaliśmy się dlatego, że było tak romantycznie, on był taki męski i bla bla bla”. Niestety społeczeństwo tak programuje kobiety, żeby czuły się winne, jeśli nie stawiają oporu facetowi, więc trzeba im trochę pomóc i dać jakąś wymówkę, żeby to ominąć.

Półtorej godziny od spotkania byłem już w jej mieszkaniu. Szybka akcja, ale dobrze rozplanowana, więc stąd szybki efekt. I w ten oto sposób mam pierwszego gika w Chinag Mai. Na zakończenie wrzucam jeszcze fotke z jej mieszkania, zdjęcie „po”. A ciekawostka jest taka, jeśli się zastanawiacie ile kosztuje takie mieszkanie w Chinag Mai, to pewnie tak jak ja, zdziwicie się, że zaledwie 2,500 thb na miesiąc. To sporo mniej niż w Bangkoku. Aaa, tylko nie ma klimatyzacji, ale za to jest duży wentylator na suficie.

Trzymajcie się dzióbki, o Chiang Mai będzie jeszcze więcej, bo jestem tu cały miesiąc. Sawadee took khon !

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Pattaya – raport z nocy w Sin City


Pattaya to milionowe miasto nad morzem, znajdujące się około 150km na południe od Bangkoku. Podróż z centrum stolicy kosztuj zaledwie 130 batów i popierdalając po zajebistej autostradzie (a są nawet dwie – całą drogę do Chonburi można pojechać płatną autostradą nad ziemią), zajmuje około 2 godziny. Dodatkowo, główne lotnisko Bangkoku, Suvarnabhumi, znajduje się na obrzeżach miasta w kierunku Pattaya, dzięki czemu można ominąć stolicę i udać się wprost do Pattaya, startując od razu z autostrady i omijając wszystkie korki.

pattaya-plaza-tajlandia.jpg

Co takiego jest w Pattaya? W Pattaya jest plaża, a nawet kilka plaż. Jest morze, są skutery wodne. Można tu wpierdolić lobstera, przespać się w luksusowym kurorcie i udać na masaż w spa, a potem nurkowanie. Ale nie dlatego Pattaya jest odwiedzana przez 8 milinów turystów rocznie. Pattaya jest wszak największym burdelem na świecie i żyje  z seks turystki. Nie ma na świecie drugiego takiego miasta jak Pattaya. Dziwki roją się na każdym rogu, a przeważająca większość salonów masażu oferuje dodatki, z każdego baru można zabrać ze sobą dziewczynę po zapłaceniu bar fine’u i generalnie atmosfera jest dosyć poważnie kurewska. Nocne kluby są pełne freelancerek szukających klienta, przy głównej plaży, ciągnącej się przez 4 kilometry, stoi chyba więcej dziwek niż przechodni. Puszczanie się za kasę jest w Pattaya tak normalne i rutynowe, jak jedzenie śniadania. O tym się nie myśli, to po prostu się dzieje.

Największym skupiskiem kurewskości, jest oczywiście Walking Street, czyli około kilometrowa ulica na której znajduje się setki barów go go, klubów nocnych (właścicielem jednego jest Polak) i różnego rodzaju barów. Najlepsze kluby to I-bar i Insominia (t0 moje osobiste odczycie, być może ktoś mieszkający w Pattaya może polecić coś lepszego). W I-bar na każdego faceta przypada chyba z 5 zajebistych lasek, nie jest jakoś bardzo drogo, drinki chodzą po około 130 batów, wejście za free. No i jest to jedno z miejsc gdzie przy odrobinie szczęścia można puknąć coś za darmo (sprawdzone info :D), aczkolwiek 90% lasek to jednak szukające klienta dziwki, jak to w całej Pattayi.

pattaya-dziewczyny-tajlandia_b.jpg

Tutaj, aby oddać istotę kurewskości w Pattaya, opowiem pewną historię. Kiedyś wraz z moim przyjacielem Marcinem zachekowaliśmy się do hotelu na Soi Bakao, jednej ze słynnych ulic w Pattaya. Podobnie jak na Walking street znajduje się tam masa klubów go go, barów, restauracji, etc. Jest to też najtańsze miejsce do spania, są tam budżetowe pokoje za 200 batów na noc (wyglądają jednak przerażająco i śmierdzą spermą). W recepcji hotelu laska coś się dużo uśmiechała do Marcina, więc jak tylko znaleźliśmy się w pokoju, Marcin zadzwonił do niej, żeby przyszła „naprawić air con”, co miało być przynętą. Laska z recepcji przyszła i Marcin prosto z mostu – zrobiłabyś jakiegoś loda, albo coś – na co laska bez żenady – ok, 500 batów. I to była normalnie wyglądająca laska, z normalną pracą w hotelu na recepcji, więc wyobraźcie sobie mentalność tych ludzi w Pattaya.

W ten Weekend akurat szefowa wysłała mnie do Rayong, to jest prowincja niedaleko Pattaya, stąd też postanowiłem skorzystać z okazji i zostać w niedzielę na noc w Pattaya. Jak się bawiłem? Oczywiście, że zajebiście 🙂 Ta laska ze zdjęcia na górze to barówka z soi 6, chyba najbardziej kurewska ulica w całej Pattaya, gdzie w niektórych barach dupy robią loda, przy wszystkich, za co trzeba zapłacić 800 batów. Jest tam takich barów z 5, nazw aktualnie nie pamiętam, poza King Kong i Lick. Takie barówki można oczywiście wyciągać za kasę, czyli zapłacić bar fine, w Pattaya bar fine stoi chyba z 500 batów (nie dam sobie uciąć za to ręki, bo jeszcze nigdy w życiu nie zapłaciłem bar fineu – wiem natomiast, że w Pattaya jest to tańsze niż w Bangkoku). Anyway, poza bar finem trzeba się też umówić z laską ile ona chce kasy za ewentualne ruchanko, albo alternatywnie, można użyć tajnego sposobu na ruchanie za darmo – czyli wkręcenie lasce, że się ją lubi, zabranie Line ID i umówienie się po pracy. Wtedy koszt ruchania spada do ewentualnych paru drników które trzeba jej kupić przed pójściem do hotelu. Metoda sprawdzona wielokrotnie i w Bangkoku i w Pattaya (a także innych miastach jak Udon Thani) i przeze mnie i przez moich znajomych. Oczywiście jak się nie płaci kasą, to trzeba płacić czasem i udawać, że się jest nimi zainteresowanym, więc w pełni rozumiem jak ktoś woli od razu rzucić kasą – czas bywa więcej warty niż kasa. Ja zawsze powtarzam, że w Tajlandii dziewczynom daje się kasę nie za to, żeby przyszły do pokoju, tylko ŻEBY WYSZŁY. Jest dużo chętnych do pobawienia się z białymi za darmo, ale potem siedzą w pokoju, chcą się przytulać, oglądać TV, bleeeee. Jak im się daje kasę, to wiedzą, że chodziło tylko o seks i mogą sobie już iść po skończonej robocie. Anyway, dalej mam więcej czasu niż kasy, więc muszę płacić tym pierwszym i się z nimi umawiać na randki.

Poniżej krótki filmik który telefonem nakręcił wczoraj Tomek. Jest to jeden ze „zwykłych” barów. Ten znajduje się na soi 7. Pierwszy do którego się wczoraj udaliśmy. Można zaobserwować jak się laski kleją.

Podsumowując, jeśli kogoś interesuje seks turystyka, nie ma lepszego miejsca na ziemi niż Pattaya. Można tu nawet wynająć hotel razem z dziewczyną do towarzystwa (albo dwiema) i wtedy mamy na czas pobytu laskę która z nami siedzi przez cały okres i udaje naszą dziewczynę. Więcej o tym napisze w innym poście. Poniżej jeszcze jedno video które wczoraj zrobił Tomek, tym razem z soi 6.

Masz jakieś ciekawe historie z Pattaya? Chcesz dodać coś od siebie? Zostaw komentarz.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Najlepsze miejsce na randkę w Wietnamie – czyli gdzie zaprosić dziewczynę


Tym razem o randkach. Na wstępnie chciałbym sprostować pewną informację. Pisałem gdzieś na Azjapozmorku, że generalnie Wietnamki nie ruchają się na pierwszej randce. Tkwiłem w tym błędnym przekonaniu, gdyż pierwsze 3 z którymi się spotkałem, przetrzymały mnie do drugiego, a nawet trzeciego spotkania. Dodatkowo w internecie przeczytać można dużo informacji, że jakoby wyruchanie Wietnamki jest generalnie trudniejsze niż zliczenie ich koleżanek w Tajlandii. Po 2 miesiącach w Wietnamie mogę już wyprostować – w Saigonie (nie wiem jak w innych miastach), puknięcie Wietnamki na pierwszej randce jest tak samo prawdopodobne jak puknięcie Tajki, czyli jak już przyszła na spotkanie, to szansa na zakończenie w łóżku to co najmniej 50%. Wszystkie Wietnamki, poza tymi pierwszymi trzema które miałem, szły bez problemu na pierwszym spotkaniu. To tak gwoli sprostowania informacji którą podałem wcześniej.

wietnam-saigon-hcmc-kino

A teraz back to the main topic, czyli gdzie najlepiej zabrać Wietnamkę na randkę. Ogólnie lubię chodzić do kina, ponieważ nie trzeba nawet nic mówić, nie jest nudno i można nawiązywać kontakt dotykowy. Powolna kinoeskalacja, coś tam posmyrać po nodze, coś tam szepnąć do ucha, etc. Jak wiadomo, bez odtykania się, można zostać co najwyżej przyjaciółmi. Umawiając się z laską MUSISZ stopniowo coraz bardziej ją dotykać, zaczynając od dłoni, lub ramienia i stopniowo atakując coraz bardziej. Kino jest więc generalnie dobrą miejscówką. Dlatego właśnie zaprosiłem Emy, dziewycznę którą poznałem na jednym z portali randkowych (swoją drogą to jest ona jedną z tych pierwszych trzech która przetrzymała mnie aż 3 spotkania do ruchania, ufff) właśnie nigdzie indziej a na film. Fortunnie jednak dotarłem do district 10 gdzie byliśmy umówieni tak późno, że w kinie nic sensownego już nie leciało

wietnam-saigon-hcmc-kino-.jpg

Dlaczego fortunnie? Otóż Emy wyszła z inicjatywą i zaproponowała alternatywę – NAJLEPSZE MIEJSCE NA RANDKĘ W WIETNAMIE. Zabrała mnie bowiem do prywatnego kina, to znaczy łóżko z projektorem w prywatnym pokoju. Moje pierwsze skojarzenie – pokój do ruchania na godziny! Ale nie, to jest po prostu kino, w którym ogląda się filmy na DVD. Dodatkowo można zamówić jakieś frytki, kawę, a nawet jak zażyczyłem sobie piwo 333 (tak się nazwa), to pobiegli do sklepu i mi przynieśli. Cała impreza kosztuje tyle samo, albo trochę więcej niż normalne kino. Zazwyczaj płacę około 200 – 250 tysięcy dongów za dwie osoby, czyli 10 – 13 USD. Adresu niestety nie mogę podać, bo miałem zapisany na telefonie który straciłem, ale jest takich miejsc więcej w Saigonie, więc jak popytacie to znajdziecie.

Tak więc wchodzimy do „kina” i ładujemy się na łóżko. Wybraliśmy jakiś horror i wszystko poszło bardzo szybko i gładko, albowiem miejsce jest wręcz idealne. Nie dość, że wygodnie, można się rozłożyć, to jest pole do działania, żeby się coś podroczyć, pomiziać, etc. Po jakiś 40 minutach wymacałem już wszystko co się dało i jade dalej, rozpinam jej stanik… Nie jestem pewien jak skończył się film, bo mieliśmy dwie rundy i ciężko było się skupić na oglądaniu.

Od tego dnia zawsze staram się przyprowadzać laski do tego kina. Bo czyż istnieje bardziej sprzyjające miejsce? Klimat, ciemno, czekające łóżko… Po prostu idealne!

 

Jak znaleźć pracę w Wietnamie


Na wstępie zaznaczam, że nie jestem ekspertem i w Wietnamie jestem niespełna 2 miesiące. W Saigonie istnieje spora polonia, są tu i tacy, którzy mieszkają nawet 10 lat i zapewne są w stanie doradzić lepiej ode mnie. Opiszę tutaj moje własne doświadcznie jak znalazłem prace, jakie stawki mi zaoferwano i jak to wygląda w porównaniu do Tajlandii.

vietnam

Full time, czy part time? W związku z tym, że dosyć sporo czasu zajmuje mi robienie tłumaczeń online (z polskiego na tajski i z polskiego na angielski), od początku szukałem wyłącznie prac na pół etatu. Jest to też motywowane tym, że rutyna wprowadza mnie w depesję. Nie potrafię chodzić każdego dnia do tego samego miejsca, widzieć te same twarze i robić te same rzeczy, dużo lepiej znosze pracowanie w kilku miejscach, wykonując dorywcze zajęcia, w różnych branżach. Większość ofert Wietnamie i tak jest na part time, zazwyczaj jeśli mamy do czynienia z pracą na pełny etat, pracodawca zazwyczaj zapewnia zakwaterowanie.

Jaką pracę można wykonywać w Wietnamie? Spotałem informatyków, prawnika, kucharzy, no i oczywiście nauczycieli angielskiego. Ponieważ kończyłem studia związane z edukacją, zacząłem szukanie pracy właśnie od wysyania CV do szkół, wiedząc, że będzie to najszybsza opcja.

Jak szybko można znaleźć pracę? Tutaj przeżyłem mały horror, ponieważ spodziewałem się, że znalezienie pracy zajmiemie 1, 2 dni (tyle zajmuje mi to w Tajlandii), okazało się jednak, że potrwało to aż 2 tygodnie. Mało tego, byłem już w pierwszym tygodniu na paru interview i nie dostawałem od razu ofert. Jest to spowodowane tym, że akurat zaczęły się długie wakacje i większość szół jest aktualnie zamknięta.

wietnam-szkola-nauczyciel-praca-ESL-TEFL.jpg

Jak szukać pracy? Wietnam jest jednym z krajów, w których trzeba być na miejscu, aby znaleźć pracę. Istnieje możliwość zorganizowania tego przez internet z innego kraju, ale o ile nie mamy dobrych kwalifikacji nauczycielskich typu B.Ed albo PGCE, to zostaje nam pracowanie na samych zadupiach. Większość pracodawców chce z nami porozmawiać i zobacyć jak prowadzimy lekcje. Ja szukałem pracy za pośrednictwem craigslist vietnam oraz na grupach na Facebooku typu Saigon teachers.

Ile zarabia się w Wietnamie? Stawki za uczenie part time w Wietnamie wachają się między 10 – 25$ za godzinę. Znajomy, który mieszka tu 10 lat doradził, abym nie przyjmował żandych prac poniżej 18$/h, ponieważ psuje rynek pracy dla wszystkich innych nauczycieli. Faktycznie dostawałem oferty nawet po 22$, ale niestety zawsze było to ledwie kilka godzin w tygodniu. Dopiero po 2 tygodniach znalazła się szkoła która dała mi 15 godzin tygodniowo za 16$. Przyjąłem tą ofetę, ponieważ była najlepszą jaką dostałem, nawet pomimo tego, że oczekiwałem czegoś lepszego. Ceny w Wietnamie są niskie, na jedznie wydaje 5$ dziennie, pokój można wynając za 150$, a całe mieszkanie z 3 sypialniami za 500$. Piwo w sklepie kosztuje 0.50$.

Jak się pracuje w Wietnamskiej szkole? Ogólnie bardzo przyjemnie. Wszystko jest zajebiście zorganizowane, totalnie na odwrót od Tajlandii. W mojej szkole dostaje zrobione plany lekcji, wszystkie materiały, komputer z projektorem i komputerową wersje książki którą mają studenci. Jest to naprawdę ekstra, bo mogę nacisnąć na odtwarzane plików dźwiękowych i nie trzeba nawet się jebać z żadnymi mp3 czy płytami CD. Dodatkowo, jeśli jest to klasa z dziećmi, jest ze mną wietnamski nauczyciel, który, uwaga, wykonuje swoją pracę i pomaga w prowadzeniu lekcji. To ostatnie to totalny szok, bo w Tajlandii asysteci siedzą na Facebooku całą lekcje, a jak ich się poprosi o pomoco biorą bambuswy kij i biją nim dzieci lol. Lekcje trwają godzinę do dwóch, w zależności od wieku studentów. Poza małymi smarkaczami, których rodzice zmuszają do uczenia się wieczorami, morale wśród studentów są wysokie i chcą się uczyć. Często zapraszają też na kolację lub kawę i zawsze płacą rachunek.

Jakie należy spełniać wymagania aby być nauczycielem? Tak jak wszędzie, należy mieć skończone studia i jakiś certyfikat typu TEFL albo CELTA. I tak jak wszędzie, pracę można znaleźć bez powyższych dokumentów, co wiązać się będzie z róznymi problemami, o których dużo już pisałem na tej stronie, więc nie będe się powtarzał.

Tak jak zostało to powiedziane na wstępie, są to moje własne doświadczenia, być może w innych szkołach jest inaczej, takie są jednak moje wrażenia po 2 miesiącach w Saigonie, którymi się z wami dzielę, natomiast nie traktujcie ich jako absolutnej prawdy.

Masz  pytania o prace w Wietnamie? Zostawcie komentarz  i zrobię update.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

600km motorem przez Kambodże


Pod koniec grudnia 2015, administracja mojego uniwersytetu w iście tajskim stylu spierdoliła moje dokumenty do przedłużenia wizy i oto stanąłem przed dwoma wyborami – przesiedzieć w Tajlandii na overstayu 4 dni, tudzież zrobić szybki visa-run do któregoś z sąsiednich krajów. A że Tajlandia jest krajem policyjnym, gdzie Wielki Generał aspiruje do bycia Kin Dzong Un’em numer dwa, toteż stwierdziłem, że bezpieczniej będzie jednak opuścić kraj.

12716105_10207643225654570_1672799274902006357_o

Laos – nudy, odpada. Ciężko z laskami (da się, ale jest to nielegalne, więc samo branie do hotelu już stwarza potencjalne problemy). Birma – same kamienie na kamieniach (świątynie) i nawet na stałe dostawy prądu nie ma co liczyć. Z dziewczynami też lipa – dają numer jak się do nich zagada, a potem nawet nie odbierają telefonu. Internet w Birmie praktycznie nie istnieje. No to może Malezja? Nie za bardzo. Co prawda da się tam wyrwać laski, ale ten muzułmański klimat mnie wkurwia. Jak widzę te ich brody to mi się odechciewa. No i od razu widać po wyrazach twarzy, że ich ten islam przytłacza. W Tajlandii wszyscy są uśmiechnięci, mają kwiaty w ogrodach. W Malezji jest Allah i odbija się to na mordach przeciętnych ludzi.

A więc Kambodża – tani alkohol, imprezy, laski choć brudne z zakurzonymi nogami i wwierconymi diamentami w zębach, to jednak lubią się ruchać z obcokrajowcami. Samolot, czy autobus? Motor!

Szybko okazało się, że nie mam czasu wyrobić odpowiednich dokumentów, ażeby przewieść moją maszynę przez granicę. Zmuszony więc byłem wsiąść w samolot 31 grudnia, zaraz przed sylwestrem i udało mi się od razu zaaranżować wynajem dużego motoru w Phnom Phen. 250cc cross motor. Wystarczy!

Na lotnisku w Phnom Phen poznałem Hiszpana, który chwali sobie… ruchanie Polek.  Szybko też zdradza mi swoje sekretne techniki jak walić Kambodżańskie dziwki za 10$ i nie wierzy, że zamierzam jednak uderzać w te „nie pracujące”, albo chociaż te pracujące, które nie będą mi za to wystawiać rachunku. Nie zależy mi jednak na przekonywaniu go do czegokolwiek. Robimy check in w tym samym hotel (12$ zaraz przy rzece) i tu pierwszy wkurw… po zapłaceniu zauważyłem, że wisi tabliczka „NO GUESTS ALLOWED”. Właściciel jest Australijczykiem, więc próbuje mu wyperswadować, że nie po to jestem w Kambodży, żeby spać samemu w sylwestra, ale za nic nie da się go przekonać. Humor zepsuty ze startu!

Pijemy khmerskie piwa po po 0.60$ za kufel, biegając od baru do baru. Odwiedziliśmy „bar 69”, gdzie kiedyś poznałem laskę ze zdjęcia poniżej i spędziliśmy razem noc, najpierw w klubie, potem hotelu. Sama mi powiedziała, jak mam nie zapłacić bar fineu za nią i choć miejsce sugeruje, że jednak jest dziwką, to nigdy nie rozmawialiśmy o żadnych pieniądzach. No, kupiłem jej ze 3 drinki w klubie Pontoon. Zdjęcie tej niewiasty poniżej, chyba najlepsza Khmerka jaką widziałem, chociaż zazwyczaj nie lubię ciemnej skóry:

 

Niestety nie pracuje już w tym barze, jak powiedziały mi jej koleżanki. A kiedyś tak ją lubiłem, że rozważałem nawet ściągnięcie jej do Bangkoku… głupi pomysł z miliona powodów, hehe. Szukałem jej numeru telefonu, ale niestety moja pamięć do azjatyckich  imion jest tak chujowa, że nie mam pojęcia które imię w telefonie to akurat ona.

Biegamy więc dalej po barach i okazuje się, że laski bez problemu dają Facebook. W Tajlandii by to nie przeszło – burdel mamy im zabraniają, żeby nie umawiały się z klientami poza pracą. W Phnom Phen nawet się z tym nie kryją i od razu dają. Przeciętna Khmerka ma dużo większe cycki niż przeciętna Tajka, ale powiedzmy sobie szczerze – nikt nie ma mniejszych cycków niż Tajki. W Tajlandii jest takie powiedzenie „nom kai dao„, które tłumaczy się na „cycki jak smażone jajka”, bo tak właśnie wyglądają.

W jednym z barów, gdzie postawiłem lasce lady drinka (3$), ona wzięła mnie do jakiegoś VIP roomu gdzie byliśmy sami i tam jej odwaliło. Wyciągnęła cycki, odsunęła majtki i zaczęła ujeżdżać mi palca. Co ciekawe, każda Tajka w takiej sytuacji poszłaby już na całość, a ta nie chciała zrobić nic więcej, bojąc się, że ktoś nas nakryje. Pfff, też mi problem. W końcu się na nią wkurzyłem bo byłem już napalony strasznie, a nic się z tym nie dało zrobić. Wyszedłem.

Sylwestrową noc spędziłem sam. Epic fail!

phnom-phen-kambodza-motor.jpg

Następnego dnia wskoczyłem na motor i udałem się w stronę Sihanoukville. 300 km drogi. W Kambodży jeździ się po prawej stronie, tymczasem ja jestem przyzwyczajony do lewostronnego ruchu w Tajlandii, który ustanowił jeszcze król Rama V bo za bardzo podlizywał się Anglikom, żeby ci nie skolonizowali mu kraju. Kilka razy odruchowo jechałem po lewej i jeszcze trąbiłem na nich, szybko uświadamiając sobie, że to ja jade jak debil pod prąd.

kambodza-phnom-phen

Po drodze robiłem przystanki w rożnych wsiach, gdzie wisiały wypatroszone psy, a widok białego na drogim motorze wzbudzał dość sporą sensacje. Khmerowie są brudni, śmierdzący, wokół nich latają muchy, a przy tym są bardzo mili i życzliwi. Z zainteresowaniem podchodzili pytać skąd jesteś, a ich zdolności w angielskim są 10 razy lepsze niż  w Tajlandii.

Motory na drogach w Kambodży są jak duchy dla kierowców – całkowicie niewidzialne. Normalnie spychają cię z drogi, pare razy musiałem zjechać już na trawę, bo oni mają jakąś paranoje, że muszą się wyprzedzać non stop, a jak jedzie z naprzeciwka motor, to po prostu jadą na czołówkę i dają znak światłami czyt. „spierdalaj albo zaraz cię rozpiedole”. A właśnie, długich świateł połowa pojazdów w ogóle nie wyłącza, oślepiając pojazdy z naprzeciwka. Szybko też nauczyłem się, że wszystkie motory w Kambodży jeżdżą wyłącznie na poboczu i kiedy ja jechałem środkiem pasa, kierowcy na mnie trąbili, nawet pomimo tego, że jestem na dużo szybszym pojeździe niż ich rozlatujące się gruchoty 40sto letnie.

W końcu dojechałem. Po drodze prawie mnie zabili ze 4 razy, ale i tak było fajnie. Sihanoukville to miasto nad morzem, więc od razu poszedłem się wykąpać. Plaża raczej chujowa i zaśmiecona, ale i tak 10 razy lepsza niż te gówna które mamy w jakiejś Francji, czy Hiszpanii. Zachekowałem się w hotelu za 7$ (wszystko inne było zajęte – okres sylwestrowy), który przypominał pryczę więzienną, ale ważne, że miałem gdzie spać, a Kambodżanki akurat są przyzwyczajone do mieszkania w szałasach, więc wiedziałem, że też im nie będzie przeszkadzać.

Sihanoukville-plaza-kambodza

W końcu dojechał i Hiszpan. Jechał autobusem 2 razy dłużej niż ja na motorze. Pojechaliśmy na plażę jakieś 5 km dalej, miejsce nazywa się Victory Hill i jest tam masa barów z laskami. Trochę  popiliśmy, po filtrowaliśmy z dupeczkami, ale generalnie bez szału. Kilka z nich pracowało kiedyś w Tajlandii i łatwiej było nam rozmawiać po tajsku niż angielsku.

Wracamy na główną plaże, gdzie znajduje się sporo klubów. Prawie same dziwki. W końcu dopadłem jedną która zdaje się być normalna. Po 10 minutach przytulanek, zaciągnęła mnie do brudnego kibla, albo raczej pomieszczenia z dziurą w podłodze do srania z metalowymi drzwiami jak w altanie, i zatrzasnęła drzwi. Zaczyna się ze mną całować, a że mnie te Kambodżanki jakoś trochę brzydzą, bo wyglądają na zakurzone, to popchałem jej głowę, żeby całowała na wysokości pasa, a nie w usta. Rozpiąłem rozporek i boom, pierwsza poważniejsza akcja w Kambodży. Po skończonej robocie, okazuje się, że… jednak dziwka. w zajebiście łamanym angielskim, mówi, że mam  jej dać 30$. Wyciągam z kieszeni pomarszczone 100 batów (czyli około 10 zł) i wsadzam jej do ręki. Ona na to „Denk you, denk you” i koniec znajomości.

Uderzamy do następnego klubu, poznaje nową laskę, która wydaje się być normalna (czyt. nie dziwka) . W między czasie pojawia się Hiszpan i mówi, że już jedną za 10$ zrobił (taki ma budżet ustalony lol) i teraz szuka następnej. Ja postawiłem pare drinków mojej i nawet mi się coraz bardziej podobała. W pewnym momencie poprosiła, żebym odwiózł na motorze jej siostrę do domu, bo Sihanoukville jest niebezpieczne i one się boją wracać w dwójkę, nawet taxówką.

Odwiozłem je na motorze. Trochę piszczały jak dawałem po gazie, ale nie mogłem się powstrzymać, bo ten motor to zajebista zabawka. Dotarliśmy. Ja pierdole gdzie one mieszkają. Buda mojego psa wyglądała lepiej niż ten szałas do którego węże, robaki, etc, miały możliwość wejść przez jedną z 10 dziur. Proper hardcore, chciałem zrobić zdjęcie, ale pomyślałem, że może to nie na miejscu. Pojechaliśmy z powrotem i po godzinie pytam, czy idziemy spać razem, na co słyszę… „will you give me any money?„. Ja pierdole, czy ten Sihanoukville to same dziwki?! Wtedy mi już przeszła ochota na wszystko i wróciłem do hotelu.

Następny dzień leczyłem kaca i nie miałem nawet motywacji, żeby szukać jakiejś laski pośród tych wszystkich dziwek. Akurat nie miałem zainstalowanego Tindera, ale na Badoo była lipa straszna, same białe laski, a to mnie akurat nie interesuje w ogóle.

Kolejny dzień czas już było wracać do Phnom Phen. Przejchałem następne 300km. Oddałem motor (15$ za dzień) i szukam samolotu, a tu surprise, wszystkie loty po 150$! Okres sylwestrowy, pojebało ich z cenami. Nawet tyle nie miałem, a z tajskiej karty nie chciał mi bankomat dawać siana. Do Tajlandii bez wizy nie można już w ogóle wjeżdżać drogą lądową (kiedyś dawali 15 dni, teraz albo trzeba mieć wizę z ambasady albo lecieć samolotem). Idę więc do jakiejś agencji, żeby wyrobili mi wizę turystyczną, a tu następna niespodzianka… mój banknot 100$ jest trochę potargany i nikt go nie chce przyjąć. Haha, utknąłem w Kambodży! Bardzo żałowałem, że nie pojechałem jednak do Wietnamu…

Następne 2 dni trochę się stresowałem jak ja kurwa wyjadę z tej Kambodży bez kasy. Szefowa w Bangkoku obiecała, że kupi mi bilet na samolot, ale minęły dwa dni i ona nie była w stanie tego zrobić, ponieważ… na komórkę przychodziło hasło, które trzeba było wpisać na stronę i dla niej była to przeszkoda nie do przejścia. Dwa dni się z tym męczyła i nic (w ogóle mnie to nie dziwi – Tajowie są naprawdę absolutnie bezużyteczni).

W końcu okazało się, że kolega Karol który jest przewodnikiem w firmie Rainbow, akurat ma grupę w Phnom Phen i udało nam się spotkać. Wypiliśmy flaszkę za 3$ (zdjęcie poniżej), pożyczył mi 200$ i następnego dnia byłem już w samolocie do Bangkoku…

 

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Khon Kean – najlepsze miasto do życia w Tajlandii


W mój ostatni tydzień w Tajlandii przed wyjazdem do Wietnamu, los sprowadził mnie do mojego ulubionego miasta w całej Tajlandii – do znajdującego się 400 km od Bangkoku na północny wschód – Khon Kean. Co robię w Khon Kean? Jestem na tak zwanym standby, czyli siedzę w hotelu i bujam się po imprezach, na wypadek gdyby firma mnie potrzebowała, w przypadku czego wezwą mnie do pracy. Tak też siedzę już czwarty dzień w Issan, jak nazywa się ten region, i wcale nie bezczynnie, gdyż zleceń na tłumaczeń mam całą masę, tak też nie narzekam na nadmiar wolnego czasu i klikam na komputerze po kilka godzin dziennie, z przerwami na spanie, siłownie, dziewczyny i imprezy. Jak do tej pory nie zostałem wezwany do pracy dla której docelowo tu jestem, ale to nawet lepiej – darmowy hotel w moim ulubionym mieście.

Jeśli kiedykolwiek powrócę mieszkać w Tajlandii (co jest bardzo prawdopodobne), to właśnie będzie to Khon Kean.

pullman-khon-kaen-tajlandia.5

A dlaczego jest to moje ulubione miasto? Otóż miasto to, nie ma nic do zaoferowania turyście. Dlaczego więc mi się tu podoba? Ponieważ nie ma tu turystów! Dodatkowo, płace w Issan są sporo niższe niż w Bangkoku, w związku z czym zwyczajnie jest tu bardzo mało farangów. Znajdzie się oczywiście trochę nauczycieli, wszak miasto liczy sobie około 400,000 ludzi (wikipedia podaje 100 – dobry przykład na to, że nie wikipedii zdarza się kłamać). Dlaczego zależy mi jednak na braku obcokrajowców?

Jest taka dziwna zależność, że im więcej jest gdzieś obcokrajowców, tym bardziej zjebani stają się Tajowie i działa to też  drugą stronę, im mniej obcokrajowców, tym bardziej zajebiści są Tajowie. Niestety my biali demoralizujemy i widać to nawet po Bangkokou – dzielnice typu lower Sukumvith, czy Banglamphu, słyną z oszustów, dziwek, lasek które lecą tylko na kasę, etc. Tymczasem wystarczy pojechać do Bang Kapi, czy Thonburi i nagle Tajowie stają się super życzliwi i nikt nie ma ukrytej agendy, nikt nie zagaduje, udając przyjaznego tylko po to, aby coś sprzedać, etc.

I dokładnie tak samo jest w Khon Kean – brak białych i zajebiście życzliwi ludzie. Często zdarza się, że lokalni postawią piwo, czy kolacje, odmawiając absolutnie moich pieniędzy. Ludzie którzy podchodzą zapytać się skąd jestem i co tu robię, nie mają żadnej ukrytej agendy, oni naprawdę zwyczajnie zaciekawieni są obcokrajowcem, których jest tu jak na lekarstwo.

Ceny w Khon Kean są sporo mniejsze niż w stolicy. Przykładowo, duże piwo w barach/klubach przy uniwersytecie, kosztuje 55 batów, czyli tyle samo co w sklepie! Apartamenty chodzą tu po 3,000 i 4,000 batów za miesiąc.

Oh, a czy wspominałem już o ruchu na drogach? Tutaj nie ma korków i niekończącego się sznuru samochodów. A zanieczyszczenia? Jest dużo lepiej niż w Bangkoku, aczkolwiek idealnie również nie jest.

A teraz to co tygryski lubią najbardziej, czyli dziewczyny. Większość farangów w Khon Kean ma bliżej 50siątki niż 20stki, skąd wywołuje dosyć dużo reakcji typu „hej, mogę sobie zrobić z tobą zdjęcie?” od miejscowych dziewcząt. Khon Kean to miasto studenckie i duża część miasta jest w przedziale wiekowym 18 – 24 lata. Umawianie się jest ekstremalnie proste, w końcu konkurencji prawie zero, zazwyczaj używając stronek randkowych i aplikacji pytam o spotkanie w trzecim zdaniu i prawie zawsze się zgadzają. Zresztą zobaczcie screena z Tindera poniżej. I najfajniejsze jest w tym to, że to są normalne laski, które nawet nie szukają białego faceta, tylko przypadkowo gdzieś się napatoczyłem. To nie są gold diggery, czy barówy, a normalne laski, w większości z uniwersytetu.

13174008_10208422255889839_3338045465635697_n

Jakie są minusy Khon Kean? Po pierwsze lokalni mają małą potrzebę mówienia po angielsku, w związku z czym znajomość języków obcych jest dość tragiczna, jest jeszcze gorzej niż w Bangoku. Co więcej, w Khon Kean ludzie mówią nie po tajsku, a w issan, co jest językiem dużo bardziej podobnym to laotańskiego niż tajskiego. Nawet znając tajski, ciężko jest mi ich rozumieć, bo przeplatają języki co dwa zdania. Z innych minusów powiedziałbym, że mały rozmiar miasta – 400,000 ludzi, jeśli porandkuje tu 2, 3 miesiące, to wszystkie mnie już będą znać.

Tak czy inaczej, podsumowując, uważam Khon Kean za najlepsze miasto w Tajlandii i na pewno będę chciał tu kiedyś pomieszkać. Możliwość pracy jako wykładowca na Khon Kean university bardzo mnie kusi.

 

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

 

 

 

Top 3 kluby go go w Bangkoku


Jednego czego nie brakuje w Bangkoku, to bary go go, gdzie skąpo ubrane, lub całkiem gołe Tajki, kręcą dupkami przy rurkach. W Bangkoku znajdują się 4 dzielnice z klubami go go. Są nimi Soi Cowboy (stacja BTS Asoke), Nana Plaza (stacja BTS Nana) i Patpong (stacja BTS Sala Deng). A czwarta? Czwarta jest dla Tajów i znajduje się na ulicy Sutisan, przy stacji BTS Sapan Kwai. W tej czwartej jest znacznie taniej, natomiast bez znajomości tajskiego nie ma nawet jak zamówić piwa. Napisze o tej dzielnicy innym razem.

Jakiś czas temu, klient zapytał mnie, który z klubów go go jest najlepszy. To oczywiście ocena subiektywna, ale poniżej przedstawiam moją listę top 3 klubów go go w Bangkoku.

Numer 3 – Billboard (Nana Plaza) 

billboard-nana-plaza-bangkok-tajlandia-bary-go-go-klub-gogo

Bilboard jest na samej górze kompleksu Nana Plaza, po lewej stronie od wejścia. Klub jest większy niż przeciętny bar go go w Tajlandii i wiele dzieje się w środku. Zaraz po wejściu, musisz zdecydować, czy chcesz siedzieć przy jacuzzi, gdzie gołe Tajki bawią się pianą, czy scenie-karuzeli, gdzie Tajki kręcą się koło rurek. Ciężki wybór, gdyż widoki po obu stronach są iście kuszące. Billboard jest bardziej zrelaksowany i interaktywny, w przeciwieństwie do innych barów, gdzie po prostu się siada i gapi. Jest duża szansa, że twoje oczy będą wędrować pomiędzy sceną z okazyjnymi showami i jacuzzi, gdzie dziewczynki toplają się w pianie. Showy w Billboard nie są agresywne, można by nawet wybrać się tu z dziewczyną, natomiast więcej zabawy będziemy mieć jeśli przyjdziemy wyłącznie w męskim towarzystwie.

Ceny zaczynają się od 120 thb za drinka, 600 thb za wyciągnięcie Tajki z pracy i około 2,000 do 3,000 batów za skorzystanie z jej ciała.

Numer 2 – Baccara 

bangkok-tajlandia-najlepsze-Go-Go-Bary-w-Bangkoku-Baccara

Baccara jest zapełniona ludźmi każdego dnia, jeśli przyjdziesz o 9, to może zabraknąć już miejsc siedzących. Przeciwne do praktyk innych barów na soi Cowboy, dziewczyny w środku są tak śliczne, jak te nawołujące do wejścia na zewnątrz.

Bacarra ma dwa piętra i scenę otoczoną czerwonymi kanapami oraz barem pod tylną ścianą. Podłoga na drugim piętrze jest przejrzysta, więc widać co dzieje się na pierwszym piętrze, za to z pierwszego piętra, jeśli popatrzeć w górę, mamy do czynienia z jednym z najpiękniejszych widoków w Bangkoku nocą .

Baccara zatrudnia nie tylko śliczne Tajki, ale i dużą ilość tancerek, które mają trochę więcej umiejętności od przeciętnej pracowniczki tajskiego klubu go go. Tajki w Baccara zazwyczaj noszą mundurki szkolne, oczywiście wersje mało zakrywającą i zapewne to własnie jest przyczyną dla której w środku jest tylu Japończyków oraz Koreańczyków.

Ceny: Za wejście nie płaci się nic, natomiast drinki oscylują w granicach 180 batów. Lady drinki kosztują tyle samo, a bar fine to standardowe 600 batów.

Numer 1 Crazy House (soi Cowboy) 

Crazy-House-bangkok-tajlandia-Go-Go-w-Bangkok

Moim ulubionym klubem go go w Bangkoku jest Crazy House. Po prostu nie ma lepszego. Duża scena w kształcie litery 8 na której zawsze jest więcej niż 10 dziewczyn – wszystkie są całkiem rozebrane i wygolone na pasek 😉 O dziwo są uśmiechnięte i wyglądają jakby dobrze się przy tym bawiły (w przeciwieństwie do innych tego typu miejsc). Większość naprawdę dobre wyglądająca, powyżej przeciętnej, młode, chude, z cyckami – na pewno nie wyjdziesz stąd z myślą „idę do innego miejsca bo nie znalazłem żadnej która mi się spodobała”.

Upewnij się też, że odwiedzisz drugie piętro. Nie ma tam showów w stylu niesławnych ping pongów, natomiast są dziewczyny które robią małe show, typu smarowanie się olejkami, oblewanie woskiem ze świeczki, etc. W klubie jest nawet winda, ale trzeba być naprawdę leniwym jak Taj, żeby jechać windą dosłownie jedno piętro.

W klubie jest też trzecie piętro, gdzie Tajski przebierają się i wuwają swoje Somtamy ze sticky rice’em. New House to nowa miejscówka, znajduje się tuż za rogiem Soi Cowboy, na Sukumvith soi 23.

Ceny: 150 thb za piwo, 170 za koktaile, lady drinki za 150 i bar fine 700. Aby skorzystać z ciała jednej z Tajek, należy umówić się na cenę, będzie to w granicach 2,000 – 3,000 batów za jeden strzał.

A jakie są wasze ulubione kluby go go w Bangkoku? Podzielcie się w komentarzach.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.