Issan trip, dzień 1 – Buriram


Każdy czytelnik już chyba wie, że moją ulubioną częścią Tajlandii jest Issan. Zlepek 20 prowincji, który zajmuje powierzchnię 1/3 Tajlandii. Nie ma tu nic ciekawego dla turysty, a dodatkowo jako najbiedniejszy region kraju, o pracę dla obcokrajowca również raczej ciężko (no chyba że ktoś ma ochotę torturować się z pojebanymi tajskimi dziećmi w szkole).

Dlaczego więc ta bardzo lubię Issan? Tak, zajebiście, że jest tu co najmniej o 1/3 taniej niż w Bangkoku, ale to nie jest główny powód. Głównym powodem są ludzie. Bezinteresownie przyjaźni, szczerze zainteresowani, nie zepsuci przez pieniądze obcokrajowców. W Issan to całkiem normalne, że obcy postawi ci drinka, a kiedy ludzie pytają skąd jesteś, to nie dlatego, że chcą coś sprzedać, a raczej z chęci nawiązania znajomości. Dodatkowo, dziewczyny w Issan są moimi ulubionymi – większość z nich nigdy nie miało żadnego kontaktu z białasem, co rodzi naprawdę ciekawe przygody. Mój ulubiony typ dziewczyny, to taka, która patrzy mi w oczy jak zahipnotyzowana – bo mają inny kolor niż każdy facet jakiego spotkała dotychczas w swoim życiu. Uwielbiam gdy ciągnie mnie za włosy na ręce, bo jeszcze nigdy nie widziała tak owłosionego ciała. Kiedy ściągnę spodnie, powie „wow, jaki on duży!” i ciężko zinterpretować, czy to ją podnieca, czy bardziej przeraża. I większość dziewczyn w Issan pasuje w ten właśnie schemat. A najważniejsze, że są to normalne dziewczyny, pracujące w szkołach, sklepach, lub studiujące na uniwersytetach. Nie są to dziwki których wszędzie pełno w Pattaya, Phuket, czy dzielnicach Bangkoku gdzie nie brakuje obcokrajowców.

Korzystając więc z okazji, że mogę pracować za pośrednictwem internetu, a przez cały tydzień żadne dodatkowe prace się nie zapowiadają, bez zastanowienia postanowiłem jechać na północny wchód. Podróż planowaliśmy samochodem, który niestety zepsuł się w dzień wyjazdu, więc ostatecznie pojechaliśmy autobusem. Pierwszy przystanek – prowincja Buriram. Buriram to ciekawa prowincja, bo jedna z 2 w Tajlandii gdzie spora część ludzi posługuje się językiem Kmerskim (oprócz języka Issan który de fato jest laotańskim, no i oczywiście Tajskim – bo przecież w TV i w szkołach muszą go używać na co dzień). Poza tym Buriram to straszna wieś, oraz miejsce pochodzenia mojej pierwszej tajskiej miłości – Nim.

Dojechaliśmy późnym wieczorem. Od razu czuć spadek temperatury – 22 stopnie. Ubieramy bluzy bo zimno. Przez Agoda.com dorwaliśmy fajny hotel za 600 thb (QOO hotel). Postanowiliśmy, ze bierzemy jeden pokój i jeśli któryś z nas wróci z laską (albo obydwoje), to dokupimy drugi. Nie marnując czasu od razu idziemy do Lively Market – jednej z imprezowni w Buriram. Ja szybko organizuje laskę przez internet, która do nas dojeżdża (fotka na górze – twarz obciąłem specjalnie), a mój ziomek, urodzony ruchacz z talentem, szybko zaprzyjaźnił się z kelnerką w barze w którym byliśmy.

Po 30 minutach moja dziewczynka deklaruje, że jedzie spać, bo rano musi iść do pracy. Po drodze podrzuci mnie do hotelu samochodem… Twierdzi, że nie możemy razem spędzić nocy, bo przecież się nie znamy… Ale zaraz. Po co ona mu obraną koszulkę z tak dupnym dekoltem i kleiła się do mnie cały wieczór? Nigdy nie należy słuchać co mówią laski. One pierdolą i kłamią tobie i sobie. Są zaprogramowane, żeby udawać trudne. Inaczej same o sobie źle myślą i reszta społeczeństwa też zwyzywa od dziwek, łatwych, etc. Zamiast więc słuchać co tam pierdzieli, pocałowałem ją w samochodzie i złapałem za talię mocno, przyciągając do siebie. Na pewno nie możemy razem spać? Pytam. Ok, pójdę z tobą, ale tylko spanie, obiecaj, że nie będziesz próbował nic więcej…. Just a hug, I promise. To jest chyba najczęstsze kłamstwo które powtarzam prawie każdego dnia 🙂

I teraz logistyczna bomba niespodzianka – okazało się, że właścicielem hotelu w którym śpię jest ex tej laski i ona nie może tam iść. Ja pierdole, to się nazywa szczęście… 12 w nocy, ja zaczynam prace o 7 am, ona o 8am i jeździmy po mieście szukać hotelu. To nie wróżyło dobrze… W końcu znaleźliśmy Siriporn hotel za 260 batów. Zajebista nora, ale nie chciałem już za drugi pokój przepłacać, więc nawet mi odpowiadało. No cóż i tak potrzebowaliśmy pokój dodatkowy bo mój ziomek ściągnął na hotel tą kelnerkę z Lively Market.

W nowym hotelu laska zaczyna marudzić, że nie mają szlafroku, więc jak ona ma spać. Powiedziałem, że spoko, zgasimy światło i może spać goła, mnie się wstydzić nie trzeba. Rozebrała się do majtek i mówi – pamiętaj co obiecałeś, nie próbuj mnie wyruchać. Dla mnie to śmieszne. Przecież laska która zgodziła się pójść z facetem do hotelu kosztem bycia niewyspaną w pracy na następny dzień i rozbiera się przy nim do majtek, to praktycznie równoznaczne z tym, że ma się ochotę ruchać. Znowu nic jej nie słucham i łapie ją za jej duże (jak na Tajkę) cycki. Super ciało, bez dzieci, zero tłuszczu, cycki są, ładnie wygolona (aczkolwiek trochę stara – 33 lata)… Swoją droga, jak Tajka jest wygolona, to na bank miała faranga który ją już nauczył, że trzeba się golić. Moja twierdzi, że ogoliła się do bikini, bo była niedawno nad morzem… wierze w tą historie 50:50, tylko dlatego, że tutaj nie ma farangów. Jakbym ją poznał w Bangkoku – 100% kłamstwo 🙂

A teraz final nocki – jak przycisnąć świeżo poznaną laskę z oporami do seksu. Pamiętamy, że opory są tylko w jej głowie – ona boi się co ty o niej pomyślisz. Boi się, że inni o niej źle pomyślą. I na koniec – sama nie chce o sobie źle myśleć. Ale to nie znaczy, że nie chce się ruchać. Tak więc winą za seks trzeba obarczyć faceta. Tutaj moja technika –  idę trochę na jaskiniowca, to znaczy ona niby mnie odpycha z 1/5 siły (jakby naprawdę nie chciała, to by odpychała mocno), a ja się na nią pcham z 2/5 siły. Czyli trochę mocniej niż ona mnie odpycha, zbliżając się do celu, ale jednak daje jej możliwość „ucieczki”. Tutaj należy pamiętać, żeby zawsze dać jej możliwość jednak cię odepchnąć, bo inaczej to się nazywa gwałt 😉 W takim wypadku trzeba się wycofać i spróbować znowu za 20 sekund, czy trochę więcej jeśli będzie trzeba. W moim wypadku jednak, pierwsza próba zadziałała. Jak tylko byłem w środku, od razu wskoczyła na jeźdźca i ewidentnie miała chcicę cały wieczór tylko normy społeczne jej na to pozwalały.

I tak oto minął dzień 1 w Issan. Jutro dzień 2, również napiszę raport (postaram się zrobić dzień po dniu) ale ponieważ podoba mi się ta niunia, to może być trochę nudny, to znaczy – ta sama laska.

Radosne życie playboya w Bangkoku


Kiedyś moja przyjaciółka, europejka, stwierdziła, że mój czas przemija – jeśli do 30 lat się nie ustatkujesz, to koniec z tobą. Dziewczyny nie będą się tobą interesowały, o ile nie będziesz miał w chuj kasy. Ponieważ minęły kolejne urodziny to chyba czas zweryfikować rzeczywistość vs. przepowiednie 🙂

Po krótkim namyśle zdecydowanie mogę stwierdzić, że im więcej mam doświadczenia, tym łatwiejsze staje się zawieranie nowych znajomości. Po 6 latach w Tajlandii jestem w stanie odpalić którąś z aplikacji randkowych i ustalić spotkanie od razu w swoim apartamencie. Tutaj oczywiście będzie do zależeć od levelu zajebistości danej dziewczyny. Fajne laski dostają na Thai Friendly po 300 wiadomości dziennie, w takim przypadku trzeba się umówić np. w parku albo kinie, no i samo przebicie się przez gąszcz wiadomości nie jest łatwe – na szczęście znam magiczny trik, jestem białasem który potrafi pisać po tajsku, co od razu łapie ich uwagę. W przypadku dziewczyn które same odzywają się jako pierwsze, sprawa prezentuje się banalnie – w większości przypadków można zapraszać do domu w 2, lub 3 wiadomości z dużą szansą na to, że dziewczyna przystanie na taką propozycje.

Tak więc, pomimo nie pierwszej młodości, bez problemu jestem w stanie znaleźć chętną laskę w każdy dzień tygodnia. Ale wiadomo, nie o ilość a jakość chodzi. Postanowiłem więc przeanalizować laski z którymi się umawiam „na stałe”. Mój typ to „good girl”, czyli nie chodzi na imprezy, nie ma kont na portalach randkowych, jest studentką na uniwersytecie albo pracuje w officie i… jestem jej pierwszym białasem. Najlepiej jeśli w ogóle nie zna słowa po angielsku. To nie są żadne reguły i niektóre moje laski totalnie odbiegają od tego obrazu. Dziewczyny nie muszą spełniać tych wymogów, ale generalnie lubię niewinne i celuje (w miarę możliwości) w ten typ.

Gik po tajsku oznacza osobę z którą uprawiamy seks, która nie jest naszym boyfriendem/girlfriendem. Jest to BARDZO POPULARNY ARRANGEMENT w Tajlandii. Dla przypomnienia Tajlandia zawsze wygrywa w rankingach jako najbardziej rozpustny kraj – najnowsze badanie z tego roku pokazało, że 70% osób przyznaje się do zdrad w związkach (ciekawe ile się nie przyznaje?). Anyway, przeanalizujmy moje aktualne giki 🙂

Gik numer 1 – Kik. Z Kik spotykam się przed wszystkim z prozaicznego powodu, jakim są jej duże cycki. Ponieważ w Tajlandii znalezienie laski z dużymi cyckami graniczy z cudem (kiedyś Tajki wygrały światowy ranking na najmniejsze cycki świata), to jest to po prostu coś fajnego. Poza tym jest za stara na mój gust, bo ma ze 3 lata więcej niż ja. Ma też dobrą pracę w hotelu jako menadżer i mieszka w luksusowym apartamencie na Rama 9. Ogólnie pieniądze lasek mnie nie interesują, ale miło popływać po seksie w basenie na 40 piętrze z widokiem na Skukumvith 🙂 Kik potrafi pisać po angielsku, ale nic nie rozumie kiedy się do niej mówi i sama tez nie za bardzo potrafi skleić zdanie. Jest to jedna z lasek które są dostępne wyłącznie jeśli zna się tajski – i dlatego ją lubię. Niestety laski które wcześniej nie ruchały się z farangai łatwo się zakochują i  to właśnie spotkało Kik. Na szczęście, chociaż nie rozmawialiśmy na ten temat, ona zdaje się wiedzieć i akceptować, że spotykam się z innymi.

Gik numer 2 – Nam. Nam znam od jakiś 2 lat. Poznaliśmy się przez Tinder. Ma ona w pytę tatuaży, co wiem że wbrew temu co przed chwilą napisałem o moim „ideale”, też mnie strasznie rajcuje. Lubię takie ekstremy, albo super grzeczna laska, albo super niegrzeczna. Nam pracuje w urzędzie podatkowym i też się we mnie zakochała. Tutaj było sporo dramatów, bo ona na siłę próbowała sprawić, abyśmy byli w związku. Blokowała mnie na Facebooku wielokrotnie, gdy odmawiałem, aż w końcu zaakceptowała znajomość bez zobowiązań. Dostałem tylko zakaz postowania zdjęć z laskami na swoim Facebooku i mam się przed nią nie afiszować kontaktami z innymi. Nam generalnie zajebiście się dla mnie stara, bez problemu zgadza się na wszystko w seksie, sprząta pokój, etc.

Gik numer 3 – May. May prawie pasuje w ideał grzecznej dziewczynki. Prawie, bo zna angielski i też ją gdzieś przez internet dorwałem, czyli dobra nie do końca. Nie pije, nie pali , ma 20 lat i zawsze chodzi w swoim uniformie studentki, bo studiuje poniedziałek do piątek. May nie jest we mnie zakochana, ale też długo walczyła o związek i dopiero niedawno przestała naciskać. Za to nie za bardzo mogę jej się przyznawać, że spotykam się z innymi. Ponieważ jestem jej drugim w życiu facetem, May lubi wszystkiego próbować. Głupie rzeczy jak np. „spróbujemy na jeźdźca, jeszcze tak nie robiłam”. Ma też w zwyczaju dokumentowanie naszych łóżkowych wyczynów Iphonem.

Gik numer 4 – Jane. Kiedy poznałem Jane miała 18 lat. Teraz już się postarzała, bo ma 19. Jane jest przesłodka, jest bardzo pracowita – codziennie zapierdziela  w pizzeri na telefonie – odbiera zamówienia. Z wypłaty którą dostaje 1/3 kasy wysyła rodzicom, a za resztę żyje w dużym mieście. Zawsze się upiera, że sama za siebie za wszystko zapłaci i nawet jak jej wciskam kasę na taksówkę, to i tak odkłada. Trochę głupio bo ja dostaję wypłatę w euro i dolarach, więc 200 thb to dla mnie zupełnie nieistotna kwota, a ona pewnie zapierdziela cały dzień na tą kwotę… Anyway, imponuje mi tym, że jest tak pracowita, bo większość Tajek do definicja lenistwa. Jane wygląda zajebiście… dziewiczo. Ona jest naprawdę młoda i to mnie w niej strasznie kręci. Jest bardzo naiwna, wszystko co mówię bez kwestionowania przyjmuje za absolutną prawdę. Widać, że jeszcze się na nikim nie przejechała. Do tego ma średniej wielkości cycki (nie mylić z dużymi), ale to już jest super, bo są większe niż przeciętna Tajka. Po tajsku jest taki idiom „nom kai dao”, co oznacza „cycki jak smażone jajka”, bo niestety tak wyglądają cycki większości tajek :/

Gik numer 5 – Maya. Maya też nie należy do grzecznych dziewczynek, pracuje w barze go go na Patpongu. Żeby było śmiesznie, poznałem ją oprowadzając klientów z Azji Po Zmroku 🙂 Poznaliśmy się nigdzie indziej, a w jej pracy. Normalnie bym się nią nie interesował, ale przykleiła się jak rzep i siedziała ze mną cały wieczór, nawet pomimo tego, że nie kupiłem jej żadnego drinka. Maya ma 25 lat i jest Kambodżanką. I właśnie dlatego, że jest Kambodżanką ma cycki 🙂 Znowu nie duże porównując do europejek, ale zdecydowanie widać różnicę porównując do przeciętnej Tajki. Nie mamy czasu za często się spotykać ponieważ ona pracuje w nocy, a ja od 7 rano, ale jak tylko się da, to umawiamy się. Jest to jeden z przykładów o których wielokrotnie wspominałem, czyli: „dama za pieniądze, która chętnie robi to za darmo z facetem który jej się podoba”. Maya mnie pociąga swoim charakterem, ponieważ jest inna niż Tajki. Fajnie pogadać o czymś innym, z kimś kto ma odmienne poglądy na świat niż Tajowi, którzy wszyscy zdają się być tacy sami. Czasami kiedy chodzę do niej do mieszkania, śpi z koleżankami z jej baru go go. Śmiesznie to wygląda, bo one od razu idą „do fryzjera” albo „zjeść”, żeby dać nam czas na ruchanie. Dobrze wiedzą o co chodzi i nie trzeba nic udawać 🙂 Z Mayą łatwiej nam się dogadać po tajsku niż po angielsku, co jest trochę śmieszne, zważając na to, że nie jest to ani mój, ani jej język.

To jest overview moich gików. Inne „na stałe” w tym momencie nie przychodzą mi do głowy. W każdym tygodniu co najmniej 2, 3 nowe laski przychodzą gdzieś z internetu. W konsekwencji mam bardzo mało czasu. Często jedna laska wychodzi rano, druga przychodzi wieczorem. Czy zamieniłbym to na stały związek i miłość? Nie. Ja lubię być playboyem, sprawia mi to satysfakcję. A zatem przepowiednia, że jakby po 30 będę cierpiał na brak towarzystwa okazała się chybną.

Dlaczego warto jest znać język tajski – tajski i Tajki


Jak w temacie. Poza oczywistym faktem, że w 80% przypadków z Tajami nie da się dogadać po angielsku, tym że będziemy dostawać lokalne ceny i szacun od ludzi, to w kontekście wyrywania lasek daje to mega narzędzie. Jak to kiedyś powiedział kolega Marcin z Niemiec, blond przystojniak z dużymi mięśniami, aka marzenie każdej Tajki, „jak to jest, że laski same do mnie podchodzą i zagadują, ale ostatecznie to ty je ruchasz, a ja zostaje z niczym”. Otóż sekret jest właśnie w języku tajskim.

imageedit_14_9449286714

Kiedy zagadujemy do z Tajki w jej języku, następuje jedna z dwóch opcji:

  1. Laska od strzału mówi, że „i don’t like farang speaking Thai”. Przypadek ogólnie rzadki, ale częsty w miejscach turystycznych typu – Pattaya, Phuket, Samui, etc. Kiedy laska tak mówi, oznacza to, że trafiliśmy na dziwkę albo gold diggera, która szuka wyłącznie faceta z wypłatą w euro, żeby jak najwięcej z niego ogołocić przez te 2 tygodnie kiedy tu jest. Tak czy inaczej lepiej od razy wiedzieć, więc zawsze zagaduje do lasek po tajsku, żeby nie tracić czasu, nawet wiedząc, że mogę się przekreślić na samym wstępie
  2. Przypadek dużo bardziej prawdopodobny – laska jest zafascynowana znajomością tajskiego i zaczyna się litania pytań, interview przez następne 10 minut. Skąd znasz tajski? Jak długo tu jesteś? Lubisz tajskie dziewczyny? Bla, bla, bla (wywiad może trwać bardzo długo). Generalnie laski same napędzają rozmowę i robią za ciebie całą pracę. Mało tego, że Tajka sama do ciebie zagaduje, to dodatkowo powie wszystkim koleżankom, że znasz tajski i cię przedstawi / zwoła je. Dostajesz wielki IOI na starcie.

1

I tak np. Tajka, widząc, że z kimś rozmawiam po tajsku, sama dodała mnie na FB (jak widać na screenie na górze – sama rozpoczęła rozmowę) i po 10 minutach z własnej inicjatywy zasugerowała spotkanie. Ponieważ jest to laska która ma tysiące followesów i dostaje 100 wiadomości dziennie, ciężko byłoby się do niej przebić i zostać zauważonym „tradycyjną metodą”. No chyba, że jest się białasem który zna tajski, wtedy idzie z górki.

Generalnie większość pytań które słyszy się od Tajów są identyczne i rozmowy spływają na te same tematy, więc nie jest specjalnie trudno wyszkolić się w uwodzeniu Tajek w ich języku. Aby ulepszyć swoją grę, polecam nauczenie się ze 20 zwrotów które wiem z doświadczenia, że działają jak mega magnes i wywołują reakcje typu „haha, kto cię tego nauczył?! (i pac, kontakt dotykowy z jej strony)”,  lub „awww, choć przytulę cię”. Zaliczają się do tego slangi, piosenki dla dzieci z przedszkola, rymowanki, droczenie, etc. Dodatkowo, po latach doświadczenia wypracowałem idealne odpowiedzi/komentarze na najczęstsze teksty Tajek które sprawiają, że się śmieją i kierują waszą znajomość w bardziej intymne miejsce…

Chcesz wiedzieć jakie to teksty? Jedziesz do Tajlandii na wakacje lub planujesz tu zamieszkać? Wykup u mnie lekcje tajskiego, a przez Skype nauczę cię jak rozśmieszyć każdą Tajkę i sprawić, że będzie tobą momentalnie zainteresowana.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Jak stuknąć za darmo profesjonalną damę do towarzystwa – 6 złotych zasad Forsakena


Na początku słowem wyjaśnienia – z perspektywy polaka, europejczyka, czy amerykanina, sama idea atakowania pracujących dziewczyn może się wydawać dziwaczna. Należy jednak pamiętać, o czym wiedzą wszyscy podróżnicy, że prostytucja w większości krajów na świecie jest zajebiście powszechna i, zwłaszcza jako obcokrajowiec, na dziwki, pół-dziwki, tudzież inne hostessy nie sposób się nie nadziać. W takich krajach jak Tajlandia, Kambodża, czy Filipiny, można nawet nie wiedzieć, że nasza dziewczyna, czy nocna przygoda dorabia sobie czasem dając dupy w Climaxie, czy innym Spicy. Stąd też nie atakowanie  dziewczyny tylko dlatego, że radzi sobie z kasą w najprostszy możliwy sposób bardzo zawęża spektrum wyboru.  No i nie powiedziecie, że będąc w takim barze go go nie mielibyście ochoty przelecieć co 4 dupci…

tajandia-bangkok-kluby-go-go

Na nasze szczęście, jako (w miarę) młody facet z białą skórą, przekonanie dziwki, żeby poszła z nami za free nie jest wcale trudne, a wręcz można nawet używać JEJ pieniędzy, które dostaje od jakiś starych niemców, żeby sponsorowała nasze drinki lub kolację. Jak to zrobić?

Istnieje 6 złotych zasad Forsakana. A więc do rzeczy:

  1. Udawaj głupiego. Z twojej perspektywa ona jest normalną dziewczyną z którą rozmawiasz. Zachowuj się jakbyś nie miał pojęcia, że ona jest dziwką (może się nawet okazać, że nie jest, lol). Niemniej jednak, buduj iluzję dwustronną i unikaj pytania „jaką masz pracę”
  2. Nie kupuj jej żadnych drinków. Jeśli poprosi cię o drinka, odmów. Dużo lasek zarabia na prowizjach za drinki i wiele z nich zwyczajnie chce zerżnąć z ciebie ile kasy się da, albo najebać się na twój koszt. Tutaj trzeba być bardzo ostrożnym, bo jeśli będziesz wyglądał na skąpego, lub bez kasy, to strzelasz sobie w stopę. Laski są strasznymi materialistkami. Daj jej do zrozumienia, że jak już pójdziecie gdzieś indziej (to znaczy wyprowadzisz ją z klubu go go, czy innego baru w którym pracuje), to kupisz jej to i tamto. Jeśli poznałeś ją w internecie i ona jest barówą, to będziesz musiał kupić pierwszego lady drinka. Nie kupuj drugiego. Umów się z nią po pracy (zabierz na imprezę, albo od razu do domu).
  3. Traktuj jak swoją dziewczynę. Bądź dżentelmenem, zabawiaj, drocz się. Nie rób zbyt szybkiej kino eskalacji. Zbuduj emocjonalne połączenie. Ona musi wiedzieć, że nie jest dla ciebie kawałkiem mięsa a dziewczyną z którą chcesz spędzić trochę czasu.
  4. Pocałuj ją. Nie wpychaj w nią języka i łap za tyłek. Pocałuj ją powoli, z pasją, tak jak całowałbyś „normalną” dziewczynę.
  5. Uważaj ze wspominaniem o jakiejkolwiek kasie. Jeśli zapytasz się czy chce pieniądze, to ona zawsze powie, że tak. Omiń temat. Jeśli boisz się, że wystawi ci rano rachunek, to  mówisz „do you really like me or you’re just working?”. Odpowiedź będzie albo „i like you, but…” (czyli chce kasę), albo „i like you”, czyli idzie się ruchać bo udało ci się ją uwieść. Czasami z „i like you, but…” możesz dalej ją przekonać, że jesteś nią zainteresowany i zmieni zdanie. Tutaj trzeba się trochę niemoralnie zachować i zasugerować, że z tego może być bardziej stała znajomość, ale ja nie mam wyrzutów trochę pokłamać laską które zawodowo kłamią facetom każdego dnia.
  6. Zamknięcie tematu. Kiedy czas jest odpowiedni pytasz czy idziecie razem spać. Coś w stylu: „hey, im gonna go home now, do you want to come with me? i will sleep better if we hug”. Jeśli zapyta czy tylko hug, mów że tak. Ja często wręcz mówię, że w ogóle nie lubię seksu. Najprawdopodobniej powie, że nie będzie seksu. Wszystkie laski tak mówią, a potem jak tylko drzwi do sypialni się zamykają, już o tym nie pamiętają, więc nie przejmuj się, tylko przytakuj, że taaaak żadnego seksu, a też nie chcę. W pytaniu musisz jej dać wybór i ona zdecyduje przed spędzeniem nocy z fajnym facetem z którym będzie można się poprzytulać i poruchać z kimś kto jej się podoba i fajnie spędza czas, albo zostać dłużej i zarwać jakiegoś grubego białasa który jej da kasę. Jeśli zaimplementowałeś wszystkie poprzednie kroki, to jest duża szansa, że wybierze opcje jeden i masz fajne ruchanko.

Ta metoda działa i jest przetestowana przeze mnie i moich znajomych. Działa w klubach go go takich jak na Nana Plaza, czy Soi Cowboy, we wszystkich barach z hostessmi, z freelancerkami w klubach, a nawet ulicznymi dziwkami.

Jak zaoszczędziłeś dzięki mnie 1500 batów za ruchanie, to wisisz mi piwo 😉 Enjoy!

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

O nie, znowu poniedziałek – raport ze stolicy Tajlandii


O nie, znowu poniedziałek. Poniedziałek w Bangkoku nie jest jednak taki straszny, wszak miasto duże, nigdy nie śpi i coś się zawsze dzieje. Zwłaszcza, że ja pracuje 6 godzin tygodniowo (no, plus parę godzin na tłumaczenia online), więc i czasu sporo na uciechy. Rutyna dnia – budzę się około 11, wpierdalam owsiankę  z wodą, idę na siłownie, zakupy w Tesco: ryż, 600 gramów kurczaka i warzywa. Jedzenie na cały dzień kosztuje mnie 100 batów, ah, ah, kocham tajskie ceny. Gotuje na resztę dnia i jestem gotowy o 14, żeby zacząć jakieś polowanie.

khao-san-tajlandia-bangkok

W poniedziałek poszło szybciutko. W trakcie gotowanie umówiłem się z dwoma laskami z Badoo. Tajka z Udon Thani i chińska turystka. Ale po kolei. Tajka przyjeżdża z koleżanką. Bardzo popularne w Tajlandii. Czasami zdarza się, że na randkę przychodzą z kimś… W takiej sytuacji sporo farnagów się wycofuje, ja natomiast wykorzystuje to do swojej korzyści. Pojedyncza Tajka najprawdopodobniej będzie miała obiekcję, żeby iść od razu do mieszkania (są wyjątki, nawet sporo), za to jeśli jest z koleżanką to bez problemu zgadza się od strzału. Idziemy więc po piwo do sklepu i wpadamy do mnie na chatę.

Jedna rzecz o której trzeba pamiętać w takiej konfiguracji – należy zaprzyjaźnić się z tą koleżanką. Powiedzieć jej, że ma ładne buty, zapytać skąd jest i jaką ma pracę. Pochwalić jej angielski, etc. To jest ważne ze strategicznego punktu widzenia, wszak koleżanka ma power, żeby zrobić cock block (w tym przypadku byłby to raczej pussy block) i powiedzieć „idziemy”. Wtedy cała randka idzie się jebać…

No więc jesteśmy w domu pijemy piwo i z jednej strony zaprzyjaźniam się z koleżanką, a z drugiej atakuje mój target tak jakby koleżanka nie istniała. Oczywiście szybko jej się zrobiło głupio widząc nas na łóżku obściskujących się, więc sama wyszła z inicjatywą, że pójdzie zjeść obiad. Szybka akcja, od razu boom boom i laska mówi, że musi już iść bo koleżanka na nią czeka. No, to mi się podoba. Pierwsza laska zrobiona o 15 w południe.

Dobija 18 godzina, idę do Chinki. Bardzo lubię chińskie turystki. One generalnie lubią białasów, a że są z dala od domu, nikt nie widzi nikt nie słyszy, to się po prostu rypią o razu. Każdą chińską turystkę którą spotkałem obracałem w przeciągu pierwszych kilku godzin od poznania. Chinka śpi na Khao San i jak twierdzi „nic chce wyjść nigdzie sama, bo boi się, że ktoś pomyśli, że jest dziwką’. Ok, to ja przyjdę do ciebie – mówię. Po drodze kupuje 2 piwa Leo i wpadam na hotel. Trochę się plątałem, bo nie wiedziałem gdzie jest winda. Na recepcji pytają się gdzie mam pokój. Podaje numer, na co oni stwierdzają,  że to jakaś pomyłka, bo tam Chinka mieszka. Mówię, że właśnie do Chinki idę, co im się wydaje podejrzane. Zaczynają dyskutować po tajsku. „Mogę go wpuścić? Myślisz, że on zna tą Chinkę? Powinnam wsiąść od niego paszport?”. Powiedziałem im po tajsku, że mogą mnie wpuścić, tak, znam Chinkę i nie muszę zostawiać paszportu. Zrobiło im się głupio i pokazali, żebym szedł dalej.

W pokoju u Chinki pijemy piwo i rozmawiamy o jej podróżach po Tajlandii. Ona uczy mnie kantońskiego, a ja uczę ją głupią piosenkę po tajsku. Piosenki są zajebiste jeśli maja jakieś ruchy typu „clap hands” bo od razu jest nawiązywany kontakt dotykowy. Trochę się śmiejmy, mówię jej co umiem powiedzieć po chińsku (byłem w Singapurze 4 miesiące, to coś podłapałem) . W końcu Chinka idzie do się odlać. Co ciekawe zamiast ściany w łazience jest szyba i wszystko widać. Chinka trochę się stresuje, po czy ściąga majtki i sika przy mnie. Uznałem to za znak. Jak tylko wyszła z łazienki rzuciłem ją na łóżko bez słowa i bez problemu od razu dała się ruchnąć.

Akurat byłem strasznie zmęczony po ostatniej nocy (impreza), więc zgodnie z prawdą stwierdziłem, że idę spać. Po drodze strasznie mi się zachciało szczać, więc zrobiłem to na mur, jak się okazało świątyni. Panowie policjanci nie byli zachwyceni. Krzyczą 2000 batów za znieważanie obiektu religijnego. Oczywiście nie chcę tyle zapłacić (standardowy mandat w Tajlandii to 400 thb, lub 100, 200 łapówki). Kłócę się z nimi, że nie zapłacę i chuj, a w ogóle to jestem biednym studentem i mam przy sobie tylko 400. Skończyło się na tym, że w kajdankach odwieźli mnie na komisariat. Tutaj trochę panika, bo na komisariacie już łapówka nie przejdzie, więc ostatnia deska ratunku, próbuje się zaprzyjaźnić z jak największą ilością policjantów, żeby się za mną wstawili. Mówię do nich po tajsku wszystko co zawsze śmieszy Tajów. Że jestem „sot sanit” (forever single),  że znam tajski tak jak dzieci w przedszkolu i recytuje „ngu, ngu, pla, pla”, imitując małe dzieci. Mówię im, że bardzo lubię czytać książkę Mani Mana – jest to książka z której całe ich pokolenie uczyło się w czytać w przedszkolu. Wszyscy się śmieją, jest wesoło, ale dalej chcą 2000. W końcu pokazałem im legitymacje z tajskiego uniwersytetu i zgodzili się na 1000. Ufff, nie sikam więcej na żadne świątynie!

Po drodze musiałem się napić więcej, więc z komisariatu który jest na Khao San, od razu do baru. Pije piwo i boom, spotkałem Ploy, laskę którą kiedyś pukałem. Pytam od razu czy chce iść do mnie spać i wracamy razem.

Bilans poniedziałku – 3 laski w przeciągu 12 godzin. Hyhy, jak ja lubię w Tajlandii mieszkać.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

 

Udon Thani – raport z północy Issanu


Udon Thani było niegdyś jednym z moich ulubionych miejsc w Tajlandii. Jedno z największych miast Issanu, gdzie nie brakuje miejsc do spędzania wolnego czasu. Jest tu sporo barów nastawionych na białasów, nie brakuje tu też pań do towarzystwa za pieniądze. Można by wręcz rzec, że Udon Thani to taka Pattaya północy. Jest też kilka dużych klubów w tajskim stylu, takich jak Tawan Daeng, czy Phoenix. Miasto jest bardzo żywe – nawet po wyjściu z centrum, na ulicach dużo się dzieje. Studenci siedzą w parku, inni ludzie ćwiczą różnego rodzaju sporty, lub taniec. Są i tacy, którzy lubią malować naczynia. Tak wiem, dziwne hobby, ale dosyć popularne w Issanie.

udon-thani-tajlandia

Po drodze z Laosu, postanowiłem więc zatrzymać się na noc. Niestety Udon Thani zmieniło się i to niekoniecznie pozytywnie (z mojej perspektywy) – jest tu jeszcze więcej farangów i jeszcze więcej dziwek. Ceny poszły w górę, taxówkarze nie chcą jeździć z licznikiem, a laski często pytają “ile mi zapłacisz”. Tak jak wszędzie w Tajlandii – im więcej farangów, tym bardziej zepsuci Tajowie. Zawsze dotychczas udawało mi się jednak wyrwać normalne laski w Udon, których również tu nie brakuje, więc z pozytywnym nastawieniem idę do hotelu. Jest tu zajebisty pokój za 450 thb, zawsze tam śpię. Znajduje się on na ulicy Saphan Thamit. Kliknij TUTAJ, żeby zobaczyć  dokładną lokalizację. Nazwy niestety nie pamiętam. Na tej samej ulicy jest pare innych hoteli, nieco droższych, ale też dobre deale.

Tym razem okazało się, że nie ma wolnych pokojów. Nie chcąc tracić czasu na szukanie, poszedłem do innej nory którą znam, pokój za 200 thb. Bez air conu, bez ciepłej wody, etc. Ale za to wiele dobrych wspomnień, nie jedną laskę stuknąłem w tej norze. Kiedyś jak tylko zrobiłem check in, recepcjonistka złapała mnie za pytę i pompowałem ją pół godziny później. Hyhy! Innym razem, chodziłem po barach w okolicy i wyhaczyła mnie jakaś barówa. Poczekaj aż skończę pracę i pójdziemy gdzieś razem – mówiła. Ja się wtedy akurat źle czułem i chciałem iść spać. Ona jednak naciskała i naciskała, w końcu poszliśmy razem do klubu obok. Wypiliśmy po drinku i ja źle się czując, ulotniłem się z powrotem. Laska wzięła mój numer i stwierdziła, że po imprezie wpadnie (to było jeszcze w czasach gdy smartphony nie były w powszechnym użyciu i dalej używaliśmy numery telefonu). Po 2 godzinach zjawiła się w moim pokoju i oczywiści szok w jakiej ja norze śpię. Potem telefon mi zapipkał (battery fully charge), na co laska stwierdziła, że to moja dziewczyna do mnie pisze i typowa tajska scena zazdrości. Powiedziałem jej, żeby się w takim razie waliła i poszedłem spać… W końcu coś mnie budzi. „Ej, masz kondoma?” – mówi barówa. „No mam. A co, chcesz się ruchać? – pytam – TAK… A więc w tym cudownym hotelu za 200 batów (jak tam spałem pierwszy raz to kosztował 150) sporo wspomnień.

Tutaj należałoby też wspomnieć, że pomimo tego, że farangów w Udon Thani jest bardzo dużo, 90% z nich to raczej dziadki. Stąd mając 20, lub 30 lat, dostaję się w Udon Thani bardzo dużo uwagi od lasek, włączając w to dziwki. Piszczą, pokazują palcem, etc. Dbrym miejscem na day action jest Central Plaza, masa studentek które są zaciekawione młodym farangiem. Innym świetnym miejscem na wyciąganie lasek jest… 7/11. W 7/11 nie dość, że pracuje dużo młodych dziewczyn, to dodatkowo są dużo bardziej poukładane mentalnie i emocjonalnie, to znaczy nie są leniwe, żeby pracować za 8,000 batów miesięcznie, zamiast np. pójść na łatwiznę do baru lub karaoke, albo szukać boyfrienda który dosponsoruje. Większość z nich nigdy nie myśli nawet o umawianiu się z obcokrajowcem, więc są “dziewicze” w kontaktach z farangami (mój typ!!!).

Anyway, atakuje po kolei różne bary. Dwa główne miejsca z barami to „Day and night” i „Nutty Park” Oby dwa kompleksy znajdują się w odległości 10 minut piechotą od siebie. W planie miałem trochę się narąbać, a potem pójść do klubu Phoenix. Los jednak potoczyły się trochę inaczej. Szybko poznałem grupkę Tajek z Japończykiem (mąż jednej z nich) I bujaliśmy się razem po barach. Dwie laski prawie mnie gwałciły (łapanie za fujarę, etc), więc zapowiadało się dobrze. Jedna jest nauczycielką w przedszkolu, a druga pracuje w jakimś officie. Anyway, pakujemy się do ich samochodu i idziemy do pubu w tajskim stylu. Zamawiamy whiskey i 3 różne potrawy z taką ilością chilly, że nawet Tajki nie mogą tego jeść.

udon-thani-mapa

Posiedzieliśmy godzinę, śpiewając tajskie piosenki (zna ktoś Chang, chang, chang, nong koey hen chang rue plao?). Laski się napalały, że znam te wszystkie kretyńskie piosenki. Przychodzi rachunek. Pytam się ile wyszło, i słyszę, ze 500 thb mam rzucić. Kurwa sporo, nawet pomimo tego, że obróciliśmy dwie flaszki whiskey, to coś za dużo jak na Issan. Zapłaciłem i dopiero wtedy mnie olśniło, że rachunek płaciliśmy tylko w dwójkę – Japończyk i ja. 1000 thb za nas wszystkich cenowo by się zgadzało. Czyli generalnie laski sobie zafundowały kolacje i whiskey. Wkurw na maxa, ale już za późno bo zapłaciłem. Grrr.

No więc laski chcą iść dalej na imprezę do Tawen Deang, ale dla mnie już są stracone. Nie dorzuciły się do rachunku, to na drzewo, ja nie jestem sponsorem. Próbuje odchodzić, ale na siłę zaciągają mnie do samochodu, twierdząc, że odwiozą mnie do hotelu. Ostatecznie jedziemy do ich mieszkania. Myślę sobie, spooooko, 2 laski i ja, nie brzmi źle. Japończyk z żoną pojechali innym samochodem. Na miejscu jednak okazuję się, że w środku jest jakiś Taj płci męskiej. To już mi się nie podoba. Nici z potencjalnej orgii! Olewam je i jadę dalej.

Nie za bardzo wiedziałem gdzie jest Phoenix club, więc zapłaciłem jakiemuś Tuk tukowi 60 thb za podwiezienie. Oczywiście przepłaciłem w pytę bo dało się tam dojść na nogach w mniej niż 10 minut, ale cóż, za ignorancję trzeba płacić. W Phoenix wejściówka 200 thb. Jest już 1:15 w nocy, a o 2:00 zamykają (już czeka policja, żeby na pewno o 2 impreza była zamknięta) Rezygnuje więc. W między czasie inna laska którą poznałem wcześniej (jakaś barówa) pisze mi na Line, że skończyła pracę i chce się spotkać. Spoko, ta mi się akurat podobała. Idę więc po nią i zastanawiamy się gdzie iść dalej. W między czasie laska którą kręciłem na Baddoo app zaprasza mnie do siebie do domu. Mam więc do wyboru ładną barówe z którą niewiadomo co będzie, albo trochę mniej atrakcyjną normalną laskę, z którą wiadomo, że coś będzie skoro zaprasza do domu… Podejmuje (złą) decyzję i zostaję z barówką. Ona wymyśliła, że mój hotel będzie najlepszym miejscem do którego się możemy udać. Też tak uważam… I oczywiście od razu się skończyło na “a ile mi dasz kasy”. Idź won, ty dziwko. Ja nie mam nic przeciwko dziwkom, ale jak mnie próbują kasować, to się już mi się nie podobają. Próbuję złapać tamtą z Baddoo – too late – poszła spać i nie odpowiada…

Idę więc dalej do nielegalnego baru (drzwi zamknięte, bo po godzinach, ale tylnim wejściem wpuszczają dalej). W środku znowu trochę dziwek, widać, po mordach. Ale kiedyś tu byłem i dorwałem normalną laskę, więc spróbuje szczęścia. Atakuje pierwszą. Fail. Nie wygląda na zainteresowaną. Drugą sama do mnie zagaddała. Laska z Laosu. Macam ją po tyłku, wkładam palec pod spodenki, ale za każdym razem jak pytam czy wracamy do hotelu mówi, że nie. W pewnym momencie odwróciła głowę i powiedziała do jakiegoś kolesia “can you show me how to get out of here”. Co za debilny tekst, jak można być takim idiotą, żeby nie umieć samemu drzwi znaleźć. Anyway, poszła. Nienawidzę takich lasek. Nie lubię Pattaya, Phuket, Samui i centrum Udon Thani też mi przypomina taką maksymalną kurwiarnie. Poza centrum ludzie są super, ale podczas tego pobytu cały czas obracałem się pomiędzy tymi wszystkimi barami nastawionymi na farangów i aż mi obrzydło całe miasto.

W między czasie laska z Khon Kean którą kiedyś poznałem w Rayong i która się we mnie zakochałą, zauważyła na Facebooku, że jestem w Udon. Z Khon Kean do Udon Thani jedzie się tylko 2 godziny i ona się pyta czy może rano przyjechać się ze mną zobaczyć. Sonia to jest fajna laska. 22 lata, skończone studia, nauczycielka japońskiego. Nigdy nie miała wcześniej faranga, można powiedzieć, że ją “rozdziewiczyłem”. Anyway, jak chce jechać 2h z Khon Kean, żeby się ze mną zobaczyć na parę godzin, to dla mnie nie ma problemu. Olewam więc bar i wracam sam do hotelu. Chyba pierwszy raz w życiu spałem sam w Udon Thani.

Rano przyjeżdża Sonia. To znaczy przyjechała o 12:30, a ja mam samolot do Bangkoku o 16:00. Nie tracąc czasu od razu biorę ją do hotelu na pum pum (albo boob boom – oby dwie zwroty są bardzo popularne wśród Tajów). Żeby nie było, że tak ją wykorzystuje, biorę ją na zupę noodlową. Więc można powiedzieć, że poza seksem była też ranka 😉 Sonia nie pije alkoholu, nie pali, etc. Do tego rodzice karzą jej wracać do domu o 10 wieczorem (normalne w Tajlandii, nawet jeśli laska ma 25 lat). Ma trochę pecha, że akurat we mnie się zakochała. To zajebista 100% porządna dziewczyna, nadaje się stały związek i ma nadzieje, że ja będę jej facetem, ale życie jest zbyt krótkie, żeby tracić je na poważne związki. Muszę się trochę nacieszyć młodością. Nie wiem jak zajebista musiałaby być laska, żeby przekonać mnie do związku. Na pewno Sonia nie jest w stanie tego zrobić…

Anyway. Czas na samolot. Wsiadam w taxi i żaden chuj nie chce mnie zabrać z licznikiem. 150 thb za transport na lotnisko. 55 minut lotu i ląduje na Don Munag w Bangkoku. Wreszcie po ponad miesiącu podróży służbowych i wiza runie w Laosie jestem w domu i nigdzie się nie wybieram. Nie chce mi się absolutnie nigdzie już jeździć, poszukam pracy w Bangkoku która nie wymaga nieustanych podróży…

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Vientiane – raport ze stolicy Laosu


Po raz ostatni w Laosie byłem 5 lat temu. Obiecałem sobie wtedy, że nigdy nie powrócę. Syfiate jedzenie, przecenione taksówki, imprezy zamykane o 12 w nocy i wstydliwe Laotanki. Vientiane, stolica Laosu, to taka duża wieś. Wikipedia podaje, że w miasto liczy 800,000 mieszkańców, natomiast atmosfera jest raczej bardziej prowincjonalna. Suma summarum, nie jest to miejsce w którym się odnajduje.

laos-vientiane-a

 

Raul, jeden z moich najlepszych kumpli w Bangkoku, co 3 miesiące jeździ do Laosu po nową wizę. I przekonuje, że Laos bardzo się zmienił przez te 5 lat. Teraz jest fajnie. Są aplikacje do umawiania się z laskami, a hotele, pomimo tego, że kontakty pomiędzy obcokrajowcami, a Laotankami są prawnie zakazane, przymykają oko kiedy przyprowadza się na noc dziewczynę. No i jest piwo Lao – najlepszy browar ze wszystkich krajów ASEAN! Postanowiłem dać Laosowi drugą szansę.

Jest wiele sposobów na dostanie się do Vientiane z Bangkoku. Jedyny bezpośredni lot to Airasia, można też dojechać pod samą granicę pociągiem lub autobusem, co zajmie około 10 godzin. Ja wybrałem lot do Udon Thani linią Lion Air za 900 thb + minivan z lotniska na granicę za kolejne 200. Tutaj popełniłem pierwszy błąd. Wiza do Laosu kosztuje 30$ i wydawało mi się, że na lotnisku w Udon Thani będzie lepszy kurs niż w Bangkoku. Okazało się jednak, że wszystkie kantory, i na lotnisku, i na granicy były zamknięte i zmuszony zostałem zapłacić batami, po fatalnym kursie. Zamiast 30$ policzyli mnie 1300 batów. Mało tego, jakoś pomyliłem daty i okazało się, że moja tajska wiza skończyła się 2 dni temu, więc po tajskiej stronie dostałem jeszcze mandat na 1000 batów za overstay. Słaby początek imprezy.

Po przekroczeniu granicy i przebiciu się przez wszystkich „życzliwych” taxówkarzy, udało mi się znaleźć przystanek autobusowy. Niestety ostatni autobus odjechał. Oczywiście nie wierzę im na słowo, ale zapytałem po tajsku babci ze sklepu obok, która nie ma interesu, żeby ściemniać i potwierdziła, że dupa a nie autobus o tej porze. Poznałem anglika i hiszpankę, razem wzięliśmy taryfę za 300 thb.

Po dojechaniu na wieś o nazwie Vientiane, chodziłem szukać jakiegoś pokoju. Tutaj pozytywne zaskoczenie, jest bardzo dużo super tanich opcji. Śpię w hotelu Dhaka za 40,000 kipów, czyli jakieś niecałe 200 batów. Łazienka dzielona i pokój super mały, ale prawie za darmo. Wieczorem od razu uderzam na imprezę do Salmo Pub. Tanie piwo Lao i jest nawet trochę lasek. Od razu widać po mordach, że co niektóre dorabiają obrabiając białe pyty. Wszyscy w Vientianie bez problemu rozumieją tajski, więc nie mam problemu z porozumiewaniem się. Gorzej z rozumieniem ich, bo non stop wrzucają laotańskie słowa i tak np. „farang” to „baksida”, „aroy” to „seb”, „maiii” to „bo”, etc. Generalnie język dokładnie ten sam co w Issanie, więc jakoś daje radę, bo w końcu Issan to moje ulubione miejsce w Tajlandii.

Impreza zamyka się o 12. Flirtowałem przez godzinę z kelnerką i byłem przekonany, że da się ruchnąc tej samej nocy, ale dupa, zapytałem czy gdzieś razem pójdziemy, na co odparła, że wszystko jest zamknięte wcześnie, bo Obama jest w Laosie i ona idzie spać. Pomyślałem, że w takim razie chociaż coś wpierdolę przed snem, okazało się jednak, że na wsi po godzinie 12 nie da się nawet kupić jedzenia. Nie ma jednego sklepu otwartego! Całe szczęście, że przywiozłem puszki z tuńczykiem z tajskiego Tesco Lotus.

Inne miejsca w Vientiane gdzie można zaimprezować i poznać jakąś laskę to:

  1. Kop Chai Deu restauracja/bar
  2. Marina night club
  3. Samlo Pub
  4. Wind West
  5. Blue Star

W drodze do hotelu poznałem jakąś starszą dupkę, która jest sprzątaczką w guest housie. Twierdziła że ma 35 lat, ale wyglądała na 40, czyli pewnie miała 45. Anyway, miała piwo, więc pomogłem jej dokończyć. Po piwie zaczęła robić aluzję, że lubi młodszych chłopców (zwracała się do mnie „boy”) i sugerowała, żebyśmy poszli do mnie do pokoju. Przez chwilę rozważałem tą opcję, ale jak ją złapałem za udo i odkryłem, że było takie flakowate jak u babci, to od razu mi się odechciało. Jednak wole młode laski lol. Zaczęło jebać strasznie deszczem i nic już nie było otwarte, więc poszedłem spać.

Rano o 7 dalej strasznie padało, ale musiałem iść do ambasady tajskiej po nową wizę. Wszyscy taxówkarze (których trudno było znaleźć), krzyczeli 50,000 kipów, jakaś pojebana suma, nie ma takiej opcji, żebym zapłacił tyle. Zdecydowałem się więc wypożyczyć pedalski rower za 10,000 kupów i pojechałem do ambasady w tropikalnym deszczy. Trochę krążyłem, bo nie mogłem znaleźć, całe szczęście, że wszyscy w Vientiane rozumieją tajski i mnie pokierowali. W ambasadzie prawie nikogo nie było ze względu na deszcz i wszystko załatwiłem w przeciągu 10 minut. Jakiś debil na zewnątrz mówi, że wypełni mi formularz wizowy z jedyne 100 batów. 100 batów! Czy ich totalnie pojebało z cenami w tym Laosie? Przecież wypisanie tego formularza zajmują może 2 minuty. Czy 2 minuty pracy, którą nawet dziecko może wykonać jest warte 100 batów?

Po ambasadzie udałem się na siłownię. Udało mi się znaleźć miejsce za 10,000 kipów, dobra cena. Pomiędzy setami szukałem lasek na Blendr app. Tak co 5 laska odpowiada. Umówiłem się z dwoma na wieczór (jedna zapasowa jakby któraś z nich anulowała).

Powrót do hotelu i szukanie jedzenia. Ja pierdole, jedzeie w Laosie jest 2, 3 razy droższe niż w Tajlandii. Nie dziwie się, że oni wszyscy tacy chudzi. Do tego to ich jedzenie jest gówniane. Zwykły uliczny gra paw gai w Tajlandii smakuje jak najlepsza restauracja w Laosie. I od tego kosztuje 1/3 ceny.

Miałem ustawione dwie randki. Jedna laska chciała się spotkać daleko od centrum, więc ją olałem, druga przyjechała na motorku mnie odebrać. Szlajamy się trochę po mieście, niestety ona jest jakaś powolna, wstydzi się wszystkiego, więc szanse na zaciągnięcie jej do hotelu tego samego dnia są marne. A ja mam tylko jedną noc do dyspozycji. Potrzebuje jakąś laskę która bez oporów pójdzie się ruchać. Olałem ją I postanowiłem szukać szczęścia na imprezach.

Wieczorem kolejna runda po barach. No, brzmi jakby było ich tam kilka, tym czasem większość z tych “kilku” to coś w rodzaju restauracji / baru. Jest też nocny klub, ale nie chce mi się iść tak daleko na nogach. Udaje się więc do tego samego baru co wczoraj. Flirtuje ze wszystkim barmankami, kelnerkami i klientkami. Wszyscy rozumieją tu tajski, więc idzie gładko. Po lewej siedzi zajebista laska, ale wygląda mi na dziwkę, więc początkowo ją zlewam. Do tego gra w jakieś pokemony na telefonie, więc pierwsza myśl – jakiś retard (retard po tajsku to panyaon, moje ulubione słowo). Kelnerka zdradziła, że już 3 laski jej mówiły, że jestem zajebiście przystojny (kurwa jakimś modelem chyba powinienem zostać). Pytam które i barmanka pokazuje palcem na jedną kelnerkę która nie chciała ze mną iść wczoraj (czyli odpada), jedną ewidentną dziwkę, do tego podstarzałą i tą zajebistą od pokemonów. Od razu więc atakuje pokemoniare.

Rozmowa idzie gładko. Trochę się droczymy I jest kontakt dotykowy. Jest kelnerką we francuskiej restauracji. Kupiłem jej piwo Lao z 14,000 kipów, czyli jakieś 60 batów. Kurwa duże piwo w barze 60 batów, zajebiste ceny za alkohol w tym Laosie! I to nie byle jakie piwo. Laska jakoś się strasznie otworzyła po tym jak jej kupiłem tego drinka, zaczęła mnie dotykać, więc już prawie pewne ruchanie.

Imprezy niestety zamykają się w Laosie o 12. Tuż przed północą Bee (tak miała na imię) mówi, że jak chce jakąś inną laskę, to żebym łapał, bo ona ze mną nie pójdzie do hotelu. Jedno czego się nauczyłem w życiu, że to co laski mówią różne rzeczy, że zrobią lub nie zrobią czegoś, a potem to co robią, kompletnie nie ma powiązania z tym co wcześniej twierdziły, więc nie słucham i atakuje dalej. Akurat o 12 waliło deszczem niesamowicie, więc mówię Bee, żeby poczekała na poprawę pogody w moim hotelu. Zawsze trzeba dawać laską jakąś wymówkę dlaczego idziemy do pokoju. Wymówka może być najbardziej absurdalna na świecie, np. “pokarzę ci mojego kota”. Ważne, żeby miały możliwość wmówienia sobie, że wcale nie idziemy się ruchać, tylko mamy jakiś inny powód. Opornie, ale w końcu dała się namówić. Wsiadamy na jej motor i w hardcorowym tropikalnym deszczu jedziemy dwie ulice dalej do mojego hotelu.

Na recepcji oczywiście od razu się dojebali, bo w Laosie obcokrajowcom nie wolno uprawiać seksu, ani nawet przyprowadzać Laotanek do pokoju. W razie zostania złapanym grozi kara finansowa, areszt i deportowanie. Ale wiadomo, że mnie to nie powstrzyma. Bee ma tak zajebiste ciało, warto zaryzykować. Negocjuje z recepcjonistą ile będzie mnie kosztowało wprowadzenie jej na górę. Zgodzili się na 30,000 kipów I mogliśmy iść dalej. Całe szczęście, że jebało deszczem, bo większość lasek wypłoszyłoby się tą sytuacją i uciekło. Jebany recepcjonista chciał mi zrobić ładny cock block. Anyway. Bee dalej twierdzi, że jak tylko przestanie padać, to jedzie do domu. Jutro na rano musi być w restauracji.

Jak tylko weszliśmy do pokoju, deszcz przestał padać. Bee chce się zbierać, musiałem użyć wrodzonego uroku osobistego, żeby została “na trochę dłużej”. Zaczynamy się całować na łóżku. Bee od razu twierdzi, że nic więcej nie będzie, bo ma okres. Dlatego też mówiła, żebym znalazł inną laskę. Mnie natomiast okres nie przeszkadza. Efekt? Hardcorowo zabrudziliśmy całe łóżko. Pokój wyglądał jakby ktoś w nim został zarżnięty.

Rano druga runda. Ale tu niespodzianka. Bee nie chce widzieć więcej krwi, więc proponuje, żebyśmy użyli drugą dziurę… Zaczyna mi się podobać w tym Laosie… Po skończonej robocie dopadł mnie straszny kac. Potrzebowałem piwa i to w ekspresowym tempie. Bee akurat i tak musiała iść po podpaski, więc poszła do sklepu I przyniosła mi śniadanie + piwo. Pytam się ile mam jej dać kasy, ale kategorycznie odmawia. Piwo jak lekarstwo, od razu kac przeszedł.

O 12 check out z hotelu. Namówiłem Bee, żeby olała prace i się ze mną pobujała. Zzybko odjeżdżamy na motorze, bo baliśmy się, że jak zobaczą tą krew na pościeli, łóżku, ścianach i podłodze, to mnie skasują za to wszystko. Bee podwiozła mnie do ambasady. Odebrałem nową tajską wizę i sru na terminal autobusowy. Bee zaczęła robić dramaty, żebym został chociaż jedną noc dłużej. Przyznam, że bardzo chętnie bym z nią został, niestety na mnie czeka praca w Bangkoku. Ponad to, jedzenie w Laosie kosztuje około 100 batów za posiłek, a ja jem 5 razy dziennie, więc na samo jedzenie schodzi mi sporo kasy w tym Vientiane.

Wsiadam w autobus za 60 batów do granicy. Granice przechodzę na nogach i łapię minivan do Udon Thani za 50 batów. Z Udon Thani będę leciał z powrotem do Bangkoku, ale najpierw impreza w jednym z moich ulubionych miast. Następny raport na AzjaPoZmroku będzie właśnie z Udon!

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Chiang Mai – raport z pierwszych dni na dalekiej północy


W Chinag Mai dane mi będzie spędzić cały Sierpień. Najdłuższy wyjazd służbowy w moim życiu, ale generalnie jestem pozytywnie nastawiony. Nawet pomimo tego, że Chiang Mai nie jest moim ulubionym miejscem w Tajlandii. Jest tu po prostu zbyt wielu farangów i np. tak jak w Issan można zatrzymać dowolny pojazd na ulicy i poprosić o podwózkę, tak w takim Chinag Mai to nie przejdzie. Widok białej skóry jest tu dość powszechny. Ma to też inny wymiar – laski nie gwiżdżą na widok białego i, o zgrozo, policja zna podstawy angielskiego, więc nie da się nawet grać głupa. Suma summarum, dobre miejsce dla początkujący ekspatów, ale nie weteranów mojego pokroju. chinang-mai-tajlandia

A więc co ja tutaj właściwie robię? Poza codziennym pluskaniem się w basenie naszego resortu ze zdjęcia powyżej, opiekuje się grupą 50 wolontariuszy z Anglii. Nie wiem nawet jak nazywa się taka pozycja – po angielsku to po prostu lead representative, a w praktyce jestem trochę przewodnikiem, a trochę instruktorem – wszyscy Anglicy mają już za sobą online TEFL, ale dodatkowo, ja, jako instruktor TEFL muszę ich przeszkolić w klasie. W każdy poniedziałek 8h uczę ich o technikach i metodologii nauczania. W każdy czwartek wieczorem prowadzę też lekcje tajskiego. Wtorek do piątek, jesteśmy podzieleni na 5 grup i robimy różnego rodzaju prace na zasadzie wolontariatu. Jedna grupa jedzie myć dupe słonia, druga grupa jedzie do przedszkola uczyć dzieci angielskiego, trzecia grupa jedzie do sierocińca bawić się z sierotami. Całe szczęście, że ja ich tylko nadzoruje, bo jak wchodzę do tego przedszkola i czuje jak jebie moczem od tych dzieci, to od razu sobie przypominam dlaczego nigdy więcej nie chcę być nauczycielem. Weekendy mamy wolne, za to w tygodniu jestem trochę zajebany, bo pomimo tego, że sam wolontariat trwa 2, 3 godziny dziennie, to non stop albo muszę kogoś zabrać na Muay Thai, albo wycieczkę rowerową, albo na nocny bazar, etc. Generalnie nie jest źle, za darmo się popluskam w parku wodnym, poćwiczę tajski boks, itd.

95% wolontariuszy to dziewczyny. Jak tylko ich odbierałem z lotniska, to wiedziałem, że będzie problem z przestrzeganiem zasad, czyli „nie ruchaniem żadnych wolontariuszek”. Bo choć większość z nich przypomina z wyglądu raczej krowy, to jest tam parę naprawdę dobrych sztuk. Np, jest laseczka której ojciec jest z Egiptu i ma zajebiście arabską twarz. Takiej jeszcze nie miałem. W iście tajskim stylu, ktoś źle policzył ilość uczestników i ilość miejsca w autokarze wynajętym, żeby przetransportować nas do Chinag Mai, więc musieliśmy na szybkości wynająć dodatkowy minivan, w którym jechałem ja, 2 wolontariuszy i 5 wolontariuszek. Pierwsze parę godzin, a tu laska z Gibraltaru coś mnie „niechcący” za dużo dotyka. Dosyć oczywisty znak zainteresowania. Po drodze był śpiew, alkohol i haszysz z Egiptu, więc wyszło, z tego przytulanie i wspólne spanie z laską z Gibraltaru, ale jak na razie jestem twardy i nie próbuje nic więcej, bo jak mnie ktoś ze staffu na tym złapie, to od razu stracę pracę.

W końcu dojechaliśmy do Chinag Mai. Na miejscu niespodzianka – muszę dzielić pokój z Harry, czyli reprezentantem firmy po angielskiej stronie. Niezła chujnia, bo teraz będę musiał szukać lasek z własnym mieszkaniem. No i oczywiście nie próżnowałem w tym temacie. Od niedzieli intensywnie używałem aplikacji do randkowania i każda rozmowa miała ten sam schemat:

  1. Cześć. Mieszkasz w Chinag Mai?
  2. Ooo, to super, że tak. Będziemy najlepszymi przyjaciółmi.
  3. Mieszkasz sama czy z rodziną? (to bardzo ważne bo szukam tylko Tajek ze swoim mieszkaniem)
  4. O mieszkasz z rodziną? To dobrze, nie musisz się bać duchów (boom, koniec rozmowy z mojej strony) / Ooo, mieszkasz sama? Nie boisz się duchów?
  5. Masz motor? (to następne zajebiście ważne pytanie, bo ja nie mam swojego pojazdu, więc szukam tylko laski, która będzie po mnie przyjeżdżać)
  6. Nie masz? Aha, to będziemy musieli chodzić na nogach, żeby się spotykać (boom koniec rozmowy, ale zostawiam tak, żeby się dało do niej wrócić) / Masz motor? Super, to wpadnij mnie odebrać jak się będziemy spotykać.
  7. Ok, przyjedź po mnie po 1pm.

Od niedzieli do wtorku przeprowadziłem ten schemat rozmowy z chyba 30 laskami, aż w końcu znalazłem jedną, która spełnia wymagania, czyli ma swoje mieszkanie, motor i wygląda wystarczająco dobrze. Btw, nic w tej rozmowie nie jest przypadkowe. Punkt 1 – muszę wiedzieć, czy tu mieszka, czy jest tylko przyjazdem. Mnie raczej pojedyncze spotkania nie interesują, zawsze szukam laski która będzie moim gikiem i będziemy się spotykać przez jakiś czas. Punkt 2 – zawsze mówię laską, że będziemy tylko przyjaciółmi. Dlaczego? Bo pytam o spotkanie już w 7 zdaniu, na randkę to trochę za szybko, natomiast szanse na spotkanie znacznie wzrastają jeśli nie ma tego „pressure”, że to jest randka i coś poważnego. Punkt 4 – logistyka. Jeśli ona mieszka z rodziną, to muszę mieć swój apartament, a akurat w Chinag Mai dzielę pokój z jednym typem. Innymi słowy – jeśli nie mamy gdzie się iść bzykać, to jest to raczej strata czasu, nie chcę wydawać codziennie kasy na hotele. 5 – motor, znowu logistyka. Ja jak na razie nie mam swojego i nie wiem czy w ogóle będę miał, bo tak naprawdę potrzebny mi jest tylko do tego, żeby spotykać się z laskami, więc już lepiej od razu znaleźć taką, która ma swój.  7 – zasugerowanie spotkania. Jeśli ona nie jest gotowa / nie chce się spotkać, to nie ma co tracić czasu, bo następna bez problemu się zgodzi. Ja na tych aplikacjach do datingu zawsze od razu mówię, że jestem zainteresowany tylko prawdziwymi znajomościami, nie potrzebuje cyfrowych przyjaciół. Część lasek powie „poznajmy się trochę lepiej”, bo faktycznie szybko atakuje, ale ja je olewam, bo wiem, że te pozostałe od razu się spotyka bez takich obiekcji.

Tak więc od niedzieli poszukiwania i w końcu  we wtorek wyhaczyłem jakaś landrynę.  Przyjechała mnie odebrać na motorze i pytam „gdzie jedziemy?” – to pytanie było retoryczne, bo Tajki są totalnie bezużyteczne jak chodzi o jakąkolwiek inicjatywę i nic nie wymyślą, choćby skały srały. Sugeruję więc pójście do parku – znowu miejsce nie przypadkowe. Laska się zgadza i jedziemy (oczywiście ja muszę pokazać drogę, bo pomimo tego, że to jej miasto, ona się zgubi i w ogóle nie wie, że jest w tym mieście jakiś park -standard w Tajlandii). W parku trochę chodzimy, żeby się lepiej poznać, oczywiście to ja decyduję co, jak i kiedy robimy – mówię jej, kiedy siadamy na ławkę, kiedy wstajemy i oglądamy posąg Buddy – z jakiegoś powodu Azjatki się strasznie podniecają jak facet ma nad nimi pełną kontrolę. Druga sprawa – rozśmieszam ją, żartuję, dokuczam. Drażnimy się. Znowu, wszystko to tylko i wyłącznie po to, żeby swobodnie się ze mną czuła i szybciej nie miała obiekcji, żeby wrócić razem do pokoju. Na koniec kino-eskalacja – czyli nawiązujemy coraz śmielszy kontakt dotykowy. Ja lubię technikę – 2 kroki do przodu, jeden krok do tyłu, czyli dotykam ją, wycofuje się, dotykam bardziej, wycofuje się, znowu dotykam bardziej, i znowu trochę się wycofuje. W między czasie cały czas obserwuje jak ona się czuje z tym dotykiem. W tym przypadku wszytko wskazywało na to, że można ścinać bramkę i brać do domu. Wspominałem już, że park nie jest przypadkowy? Tak, jednym z powodów jest to, że nie muszę wydawać żadnych pieniędzy, acz nie jest to główny powód. Głównym powodem jest to, że mam łatwą wymówkę, żeby przenieść się na mieszkanie – w Tajlandii zawsze jest gorąco, więc wystarczy powiedzieć, że z tego powodu idziemy do mieszkania. Zawsze musi być jakiś powód. Dlaczego? Ponieważ pomimo tego, że podświadomie one wiedzą co będzie się działo w pokoju i o co w tym chodzi, to nie chcą się czuć łatwe. Chcą mieć tą swobodę, że mogą sobie pomyśleć: „oh nie, ja wcale nie poszłam się z nim od razu ruchać, my tylko poszliśmy do klimatyzacji, a ruchaliśmy się dlatego, że było tak romantycznie, on był taki męski i bla bla bla”. Niestety społeczeństwo tak programuje kobiety, żeby czuły się winne, jeśli nie stawiają oporu facetowi, więc trzeba im trochę pomóc i dać jakąś wymówkę, żeby to ominąć.

Półtorej godziny od spotkania byłem już w jej mieszkaniu. Szybka akcja, ale dobrze rozplanowana, więc stąd szybki efekt. I w ten oto sposób mam pierwszego gika w Chinag Mai. Na zakończenie wrzucam jeszcze fotke z jej mieszkania, zdjęcie „po”. A ciekawostka jest taka, jeśli się zastanawiacie ile kosztuje takie mieszkanie w Chinag Mai, to pewnie tak jak ja, zdziwicie się, że zaledwie 2,500 thb na miesiąc. To sporo mniej niż w Bangkoku. Aaa, tylko nie ma klimatyzacji, ale za to jest duży wentylator na suficie.

Trzymajcie się dzióbki, o Chiang Mai będzie jeszcze więcej, bo jestem tu cały miesiąc. Sawadee took khon !

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zajebiste historie czytelników


Coraz więcej dostaje od was emaili. Oprócz pytań, zdarzają się również ciekawe historie, które przytrafiły się wam w Azji. Pomyślałem więc, że nie byłoby głupim pomysłem zrobić z tego cały dział na stronie. Masz ciekawą historię z pobytu w Azji, którą chciałbyś się podzielić? Wyślij wiadomość. Oczywiście gwarantuje anonimowość. A teraz enjoy 🙂
______________________________________________________
Siemano! Jestem drugi raz w Bangkoku. Myślę, że będziesz zainteresowany popierdolony sytuacja która mi się wczoraj przytrafiła.
Poznałem w niedziele laskę na DiA . Od tamtego czasu się z nią regularnie spotykałem. Ona po mnie przyjeżdżała. Spędzałem z nią intensywnie czas w jej domu do czasu aż wczoraj o drugiej w nocy niespodziewanie do je mieszkania wbił jej „były” chłopak. Gość mi groził nożem i gonił po mieszkaniu tulipanem z kufla.
Efekt był taki ze w momencie jak ja napierdalał po pysku ja byłem zmuszony się ewakuować przez okno z 1 piętra. Bez butów tj. amortyzacji.

13819740_1404521236229734_1898354740_n

13819329_1404521242896400_21383909_n

Efekt jest taki. Człowieku, mega się jaram Twoimi blogami ale chyba trzeba czasami trochę uważać. To może nie pouczanie, ale lekka przestroga. Pozdrawiam gracza!

_________________________________________________

Cześć. Ja pierdole, poznałem zajebistą Tajkę na Khao sanie. Piliśmy razem do rana, lizaliśmy się na ulicy. W końcu poszliśmy do mojego guest housu. W nocy nie chciała się dać, ale rano w końcu ją wyruchałem. Jej cipka była jakaś strasznie sucha, ale nic. Dopiero zacząłem coś podejrzewać, jak zapytałem dlaczego ma silikonowe cycki i powiedział, że są prawdziwe. Wtedy już byłem prawie pewien, że to ladyboy. Rano jak wychodziliśmy do widziała nas recepcjonistka. Później mi powiedziała „czy wesz, że to był ladyboy?”. Ja pierdole, wyruchałem faceta, nieeeeeeeeeee!!!

___________________________________________________

unnamed.jpg

 

„Gandzia w Tajlandii? A jednak!”

Zainspirowany opowieściami Autora AzjiPoZmroku poleciałem z dziewczyną na 3 tygodnie zwiedzić „Rajlandię”. Wszystkim wiadomo (i przed tym przestrzegał nas Michał Forsaken), że w Tajlandii za narkotyki idzie się do więzienia. Ktoś kto spędził miesiące w singapurskim łagrze chyba wie co mówi. Sądziłem więc, że oprócz alkoholu żadne inne formy wejścia na „salony umysłowe” nie będą nam dostępne. Okazało się jednak, że…

Na niektórych wyspach są specjalne knajpy, w których można niemalże „legalnie” kupić u barmana trawkę w postaci jointa za 200 bahtów (zioło mają mocne) i koktajl grzybowy za 500 bahtów (flow jak po tabletce ekstazy, miło ale liczyłem na fazę bardziej halucynogenną jak to zwykle po grzybach… Widocznie jednak farangom przeznaczono lżejsze grzybki żeby nie robili boruty na bani). Bo te używki są dla ludzi dorosłych, którzy umieją w tym „pływać” i szukają w tym jakiejś głębi, a nie dla dzieciaków chcących się prostacko naćpać. 

Wygląda to tak, że siedzą sobie w knajpie same białasy, pełna kulturka, piją piwko i palą joye. Zero agresji („lepiej żebyś pił, niż palił – twierdzi społeczeństwo… z tym że ziele to spokój – alkohol to szaleństwo”). Niezdrowo podniecony pytam barmana, że jak to, wtf, że przecież w Tajlandii więzienie za trawkę itd. Barman na to, że można palić, ale tylko u nich w knajpie i tylko zioło u nich kupione… a jak wyniosę poza knajpę to na własne ryzyko. Wszystko stało się jasne kiedy pojąłem, że na tak małych wyspach jak Koh Tao mieszka tylko kilku policjantów, i jak na polskiej wsi – wszyscy się znają… Nagle okazało się, że barman który sprzedaje mi jointa, jest bratankiem lokalnego komendanta policji… 

I taka scenka: siedzę z dziewczyną i kilkoma Europejczykami w knajpie o wymownej nazwie „High Bar”, palimy skręta i oglądamy cudowny zachód słońca. High Bar jest rzeczywiście „high” na górce – gdyby sprzedawali mocniejsze koktajle grzybowe to by się nafukane farangi z tej górki staczały jak kulki śniegu. Brawo Tajowie za racjonalne podejście biznesowe! Przynajmniej nie ma takich scen jakie widziałem w Amsterdamie – ludzie czołgający się po chodnikach bo zbyt mocnego grzyba zakupili w pobliskim coffee shopie). Wracając do High Baru: w głowie boski chillout że sobie bez spinki palimy w knajpie, a tu nagle do baru wchodzi policjant i zaczyna nas obczajać… łazi nerwowo po knajpie, zagląda do wc… W tym momencie pełna konsterna, serce mi zaczyna łomotać (nie od wciągniętego przed chwilą bucha, lecz od widoku funkcjonariusza), czuć zielsko na kilometr, jointy leżą na stolikach, zaczynam myśleć że może ci barmani to tak na lewo sprzedają i kurwa zaraz będę płacił 20.000 bahtów łapówki za uniknięcie aresztu. Na szczęście policjant po krótkiej obczajce zagaduje do barmana i wchodzi z nim na zaplecze (!), po czym uśmiechnięty wychodzi z knajpy, i luz… uff. Chyba przyszedł po prowizję z dzisiejszego utargu. 

Nie wiem czy na lądzie takie rzeczy przechodzą, ale na wyspach w hermetycznych społecznościach widocznie tak. Poczuli łatwą kasę do zarobienia na turystach (byłem w kilku takich barach i siedzą w nich tylko biali, tak jakby Tajowie się w ogóle nie żulili…). Dla mnie bomba. 20 zł za dobrego jointa z pięknym widokiem w cenie, to przyzwoita stawka (choć pewnie Tajowie parskają śmiechem że płacimy takie krocie za odrobinę majeranku). Natomiast koktajl grzybowy trochę za drogi – wypiłem kilka w różnych knajpach, ale nie wydałbym kolejnych 50 zł za taką fazę (dla mnie za słaba, choć moja dziewczyna z racji braku tego typu doświadczeń była grubo porobiona). Trzeba by skoczyć do pobliskiej Kambodży na pizzę z grzybami ponoć mocne (na pewno sprawdzę).

Mało tego – w High Barze przysiada się do nas młoda Niemka i wyciąga z torebki wór baki, kładzie go na stoliku jak gdyby nigdy nic. Pytam ją czy się nie boi nosić tego „poza barem”, a laska zero stresu. Ciekawo jakby ją złapali na mieście z worem trawska, to by pewnie słono musiała zapłacić albo gorzej (bo kupiła to poza barem, a więc nie zarobili ci co mieli zarobić). Widocznie w Tajlandii, jeśli idzie o ryzyko związane z posiadaniem małych ilości używek dla własnego użytku, wszystko zależy gdzie i na kogo się trafi, gdzie u i kogo się kupi. Wygląda na to, że są miejsca gdzie obowiązuje niepisana umowa między localsami, że na farangach można zarabiać w ten sposób. Skoro w tym klimacie konopie ładnie rosną, to czemu ich nie opychać degeneratom z zachodu, po cichu na zasadzie rynku kontrolowanego. Podoba mi się taki system – mam co chcę bez stresu i bez afiszowania się. 

Gdyby ktoś z Was szukał boskiego chilloutu bez odpowiedzialności prawnokarnej, sugeruję wybrać się właśnie do tych miejsc: na Koh Tao „High Bar”, na Koh Phangan „Reggae Bar”, „Amsterdam Bar”, i „Eden Garden” (zajebisty widoczek, na plażę gdzie jest Eden Garden można dostać się tylko łódką). Nie polecam jazdy na skuterze na bani – ja tam dawałem radę, ale wspomniana Niemka z High Baru miała rękę w temblaku po wypadku, bo jeździła sfazowana.

Summa summarum, w Rajlandii można bezstresowo zapalić stuff w „wyznaczonym” do tego miejscu. Czego nie można powiedzieć o Polsce, gdzie wciąż jest karalne i masa ludzi czai się z paleniem w domach, gdyż nie mamy takich barów. Także wybieram Rajlandię.

P.S. Proszę powyższą opowiastkę potraktować jako zmyśloną – oficjalnie nie ma takich barów, a ja nic nie paliłem. Posiadanie nawet małych ilości środków odurzających może spotkać się z surową reakcją tajskich służb.

____________________________________

Wysyłajcie więcej historii, bo dobrze się czyta 🙂 Będę je tutaj dodawał.

Pattaya – raport z nocy w Sin City


Pattaya to milionowe miasto nad morzem, znajdujące się około 150km na południe od Bangkoku. Podróż z centrum stolicy kosztuj zaledwie 130 batów i popierdalając po zajebistej autostradzie (a są nawet dwie – całą drogę do Chonburi można pojechać płatną autostradą nad ziemią), zajmuje około 2 godziny. Dodatkowo, główne lotnisko Bangkoku, Suvarnabhumi, znajduje się na obrzeżach miasta w kierunku Pattaya, dzięki czemu można ominąć stolicę i udać się wprost do Pattaya, startując od razu z autostrady i omijając wszystkie korki.

pattaya-plaza-tajlandia.jpg

Co takiego jest w Pattaya? W Pattaya jest plaża, a nawet kilka plaż. Jest morze, są skutery wodne. Można tu wpierdolić lobstera, przespać się w luksusowym kurorcie i udać na masaż w spa, a potem nurkowanie. Ale nie dlatego Pattaya jest odwiedzana przez 8 milinów turystów rocznie. Pattaya jest wszak największym burdelem na świecie i żyje  z seks turystki. Nie ma na świecie drugiego takiego miasta jak Pattaya. Dziwki roją się na każdym rogu, a przeważająca większość salonów masażu oferuje dodatki, z każdego baru można zabrać ze sobą dziewczynę po zapłaceniu bar fine’u i generalnie atmosfera jest dosyć poważnie kurewska. Nocne kluby są pełne freelancerek szukających klienta, przy głównej plaży, ciągnącej się przez 4 kilometry, stoi chyba więcej dziwek niż przechodni. Puszczanie się za kasę jest w Pattaya tak normalne i rutynowe, jak jedzenie śniadania. O tym się nie myśli, to po prostu się dzieje.

Największym skupiskiem kurewskości, jest oczywiście Walking Street, czyli około kilometrowa ulica na której znajduje się setki barów go go, klubów nocnych (właścicielem jednego jest Polak) i różnego rodzaju barów. Najlepsze kluby to I-bar i Insominia (t0 moje osobiste odczycie, być może ktoś mieszkający w Pattaya może polecić coś lepszego). W I-bar na każdego faceta przypada chyba z 5 zajebistych lasek, nie jest jakoś bardzo drogo, drinki chodzą po około 130 batów, wejście za free. No i jest to jedno z miejsc gdzie przy odrobinie szczęścia można puknąć coś za darmo (sprawdzone info :D), aczkolwiek 90% lasek to jednak szukające klienta dziwki, jak to w całej Pattayi.

pattaya-dziewczyny-tajlandia_b.jpg

Tutaj, aby oddać istotę kurewskości w Pattaya, opowiem pewną historię. Kiedyś wraz z moim przyjacielem Marcinem zachekowaliśmy się do hotelu na Soi Bakao, jednej ze słynnych ulic w Pattaya. Podobnie jak na Walking street znajduje się tam masa klubów go go, barów, restauracji, etc. Jest to też najtańsze miejsce do spania, są tam budżetowe pokoje za 200 batów na noc (wyglądają jednak przerażająco i śmierdzą spermą). W recepcji hotelu laska coś się dużo uśmiechała do Marcina, więc jak tylko znaleźliśmy się w pokoju, Marcin zadzwonił do niej, żeby przyszła „naprawić air con”, co miało być przynętą. Laska z recepcji przyszła i Marcin prosto z mostu – zrobiłabyś jakiegoś loda, albo coś – na co laska bez żenady – ok, 500 batów. I to była normalnie wyglądająca laska, z normalną pracą w hotelu na recepcji, więc wyobraźcie sobie mentalność tych ludzi w Pattaya.

W ten Weekend akurat szefowa wysłała mnie do Rayong, to jest prowincja niedaleko Pattaya, stąd też postanowiłem skorzystać z okazji i zostać w niedzielę na noc w Pattaya. Jak się bawiłem? Oczywiście, że zajebiście 🙂 Ta laska ze zdjęcia na górze to barówka z soi 6, chyba najbardziej kurewska ulica w całej Pattaya, gdzie w niektórych barach dupy robią loda, przy wszystkich, za co trzeba zapłacić 800 batów. Jest tam takich barów z 5, nazw aktualnie nie pamiętam, poza King Kong i Lick. Takie barówki można oczywiście wyciągać za kasę, czyli zapłacić bar fine, w Pattaya bar fine stoi chyba z 500 batów (nie dam sobie uciąć za to ręki, bo jeszcze nigdy w życiu nie zapłaciłem bar fineu – wiem natomiast, że w Pattaya jest to tańsze niż w Bangkoku). Anyway, poza bar finem trzeba się też umówić z laską ile ona chce kasy za ewentualne ruchanko, albo alternatywnie, można użyć tajnego sposobu na ruchanie za darmo – czyli wkręcenie lasce, że się ją lubi, zabranie Line ID i umówienie się po pracy. Wtedy koszt ruchania spada do ewentualnych paru drników które trzeba jej kupić przed pójściem do hotelu. Metoda sprawdzona wielokrotnie i w Bangkoku i w Pattaya (a także innych miastach jak Udon Thani) i przeze mnie i przez moich znajomych. Oczywiście jak się nie płaci kasą, to trzeba płacić czasem i udawać, że się jest nimi zainteresowanym, więc w pełni rozumiem jak ktoś woli od razu rzucić kasą – czas bywa więcej warty niż kasa. Ja zawsze powtarzam, że w Tajlandii dziewczynom daje się kasę nie za to, żeby przyszły do pokoju, tylko ŻEBY WYSZŁY. Jest dużo chętnych do pobawienia się z białymi za darmo, ale potem siedzą w pokoju, chcą się przytulać, oglądać TV, bleeeee. Jak im się daje kasę, to wiedzą, że chodziło tylko o seks i mogą sobie już iść po skończonej robocie. Anyway, dalej mam więcej czasu niż kasy, więc muszę płacić tym pierwszym i się z nimi umawiać na randki.

Poniżej krótki filmik który telefonem nakręcił wczoraj Tomek. Jest to jeden ze „zwykłych” barów. Ten znajduje się na soi 7. Pierwszy do którego się wczoraj udaliśmy. Można zaobserwować jak się laski kleją.

Podsumowując, jeśli kogoś interesuje seks turystyka, nie ma lepszego miejsca na ziemi niż Pattaya. Można tu nawet wynająć hotel razem z dziewczyną do towarzystwa (albo dwiema) i wtedy mamy na czas pobytu laskę która z nami siedzi przez cały okres i udaje naszą dziewczynę. Więcej o tym napisze w innym poście. Poniżej jeszcze jedno video które wczoraj zrobił Tomek, tym razem z soi 6.

Masz jakieś ciekawe historie z Pattaya? Chcesz dodać coś od siebie? Zostaw komentarz.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.