Raport z Indonezji – część 2 (Bali)


Bali

Nie mogę powiedzieć zbyt wiele pozytywnych rzeczy o Bali – jest to według mnie typowy kicz dla turyściaków, coś na zasadzie plaży Patong na Phuket, w Tajlandii. Tak, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że po 4 dniach spędzonych na wyspie w ogóle nie powinienem się wypowiadać. Znane mi są również opowieści znajomych którym nie tylko się podobało, ale mieli dużo sukcesów z lokalnymi dziewczynami. Mnie natomiast nie chce się już wyspy poznawać bardziej lub dawać jej drugiej szansy, są to kompletnie nie moje klimaty.

Bali, Indonezja

Bali, Indonezja

Szczytem kiczu jest oczywiście Kuta, miejsce w którym wybrałem nocleg ze względu na bycie centrum rozrywki i życia nocnego. W praktyce wspominam Kutę tak – nieskończone ilości dziwek (co dla niektórych może być i plusem), handlarzy narkotyków i upierdliwych taksówkarzy. Tak średnio raz na minutę słyszy się coś w stylu „you wan lady boob boom? massage? weed? cocaine? taxi? where are you going?”.

Znalezienie dobrego lokalnego jedzenia graniczy z cudem, wszędzie knajpy zrobione pod turystów z pizzą i pseudo lokalnym korytem. Prawdziwe żarcie i klimatowy market pokazał mi dopiero w ostatni dzień znajomy, który siedzi już drugi rok na Bali, gdyż zaciążył lokalną niewiastę (pozdro K.!). Ogólne wrażenie – słabiutko.

Tinder, Badoo, Indonesian Cupid – 99% dziwki. Szukanie dziewczyny na randkę przez internet w Kucie przypomina bicie głową o ścianę. Swoja drogą, szukanie seksu za kasę przez internet też jest głupim pomysłem, abstrahując od tego, że nigdy nie wiadomo jak ona naprawdę wygląda, czy nie ma 15 kg więcej, zdjęć sprzed 10 lat, lub 15 filtrów zakrywających jej pryszcze, pieprzyki lub zmutowaną twarz (to wszystko się zdarza), to negocjowanie cen z kimś z kim nie ma się kontaktu wzrokowego jest zajebiście nieowocne – zawsze strzelają cenę z kosmosu licząc na znalezienie frajera. A jak już trafi się ta jedna na 100 która nie jest dziwką, to albo jest zwyczajnie brzydka, albo mieszka 10km dalej i nie może przyjechać bo z rana idzie do pracy.

Życie nocne – Są kluby, bary, sklepy z alkoholem. Ceny całkiem ok (nie mylić z tanimi), tylko znowu ta sama sytuacja na scenie randkowej. Albo widać po ubraniach, że hardcorowy lachon za kasę, albo wychodzi w rozmowie. Dziewczyny bardzo przyjazne, często zerkają i dają do zrozumienia, że można podchodzić. W pierwszą noc podbiłem do najfajniejszej dziewczyny w klubie, jak się okazało przyjezdnej 19stki. Liczyłem na to, że skoro jest na wakacjach, to może nie dziwka. Spędziliśmy razem super wieczór, a potem noc. Rano niespodzianka… „Czy dasz mi jakieś pieniądze?”. W Tajlandii w takiej sytuacji bym nie dał, bo co to za cwaniactwo, żeby dopiero rano się odkrywać z byciem dziwką. Tutaj, nowy kraj, nie wiem jak wszystko działa, więc dałem jej 500,000 IDR (34 USD). Pocałowała w policzek, podziękowała i poszła.

Druga noc. Tym razem byłem bardziej uważny i z góry mówiłem dziewczynom, że nie szukam przygody za kasę. W efekcie większość od razu się wykruszała. Aż do czasu, gdy jedna dosłownie się na mnie uparła, to znaczy ile razy odmawiałem jej oferty, tym bardziej ona obniżała. Ze 100 USD po 20 minutach odmawiania zrobiło się 200,000 IDR (13 USD) „na taxi”. Tutaj się złamałem, bo nie spodziewałem się, że znajdę coś lepszego. W łóżku była super, taka gwiazdka filmów dla dorosłych. Chciała oglądać jak to robimy w lustrze, ściągnęła z siebie wszystko poza butami, etc. Ale uciekła od razu po bzykaniu i czułem taki trochę niesmak, że jednak było to za kasę, nawet pomimo tego, że na randkę zazwyczaj wydaje się więcej niż te 13 USD.

Po 2 pierwszych nocach, moja ogólna ocena Bali: 3/10. Fajne miejsce dla ruchaczy dziwek ale mnie to średnio bawi.

Następnego dnia popytałem koleżanek z Dżakarty, normalnych dziewczyn, nie dorabiających dupą, gdzie zatrzymują się jadąc na Bali i gdzie chodzą na imprezy. Dowiedziałem się, że północna Kuta i Samur nie są tak dziwkarskie, więc i właśnie te miejsca byłyby ich wyborem. Zatrzymałem się więc w północnej Kucie. W między czasie na Indonesian Cupid wyhaczyłem laskę która pracuje na recepcji w hotelu w mieście Ubud, oddalonego o 35 km. Wynająłem motor i ruszyłem na północ.

Ubud

Ubud – ja pierdylam co za gówno. Na jednego Azjatę przypada ze 3 białych. Nie po to mieszkam w Azji, żeby otaczać się samymi białasami, to się przecież w ogóle mija z celem. Ubud to taka mieszanka backpackersów z dreadami, bez pieniędzy, śpiących w 10 osobowych pokojach hostelowych i digital nomadów, których marzenia o egzotycznych podróżach mocno ukracają nisko płatne prace.

Podjeżdżam pod hotel mojej nimfy z Indonesian Cupid, na zdjęciach dobrze prezentującej się, a wychodzi takie coś, hmm, powiedzmy zbyt długo przebywające na diecie hamburgerowej aby wzbudzić moje zainteresowanie. Twarz to ona i miała i ładną, owszem, ale reszta schowana pod niewielkimi, ale jednak fałdami tłuszczu, co nie prezentowało się dobrze. Przeszło mi przez myśl, aby brutalnie podziękować za randkę, ale z jakiegoś powodu nie potrafię być tak niemiły. Zupełnie zresztą nie wiem dlaczego, bo dziewczyny mają zero wyrzutów sumienia, żeby olać faceta, czasami nawet rzucając do tego jakieś sympatyczne odzywki typu „spierdalaj” na odchodne. Jesteśmy wychowani w kulturze która uczy nas bycia miłym dla płci przeciwnej – coś czego wiem, że muszę się pozbyć, a jednak w tym przypadku nie mogłem się przełamać. Zabrałem ją na obiecaną randkę, choć od początku wiedziałem, że nic z tego nie będzie.

Pojeździliśmy trochę na skuterze po okolicach Ubud. Przyroda na Bali potrafi być piękna, ale jak nie da się zrobić zdjęcia, żeby do kadru nie wpierdzielali się biali, albo inne chińczyki, to nie jest to mój typ podróży. Tarasy ryżowe były przepiękne. Gdyby jednak przegonić tak z 95% turystów, to prezentowałyby się o niebo lepiej. Udało nam się też wypić kawę z gówna Luwaka. Dobrze przeczytaliście – kawa z nasion przetrawianych i fermentowanych w jelitach zwierzęcia o nazwie Łaskun Palmowy. Takie skrzyżowanie małpy z psem. Jest to, uwaga, najdroższa kawa na świecie.  Koszt filiżanki na miejscu to 7 USD. Koszt 50 gramów tej samej kawy w innym miejscu – 50 USD. Przy okazji poczęstowali mnie różnymi herbatami. 3 razy powtórzyłem, że absolutnie nie jem żadnego cukru i nawet 1 gram wyczuje w herbacie. Pokiwali głową, przyjęli do wiadomości i… przyszło 20 słodkich filiżanek herbaty. Czyli jednak są niekumaci jak Azjaci w innych krajach.

Na koniec pojechaliśmy do lasu małp. Tutaj moja randka chyba wyczuła, że między nami nie iskrzy i postanowiła wrócić. Mapy jak małpy, kiedyś bardzo lubiłem, bo w końcu są takie cute i w ogóle, natomiast charakter małp jest mega wredny. To nie są sympatyczne zwierzątka które chcą się z nami przytulać. Małpy mają wielkie zęby których nie omieszkają użyć jeśli tylko się je dotyka. Ona natomiast, wielkie pany, dotykać nas mogą, głównie po to, żeby coś ukraść, pogryźć i wyrzucić. W ten sposób ludzie tracą nie tylko okulary, ale i np. telefony które potem spadają z wysokiego drzewa. A próbowaliście kiedyś nakarmić małpkę z siatką bananów? Słodki małpiszon podchodzi niby po banana którego im się daje, po czym wyszarpuje całą siatkę, spierdala z dużym łupem i ma w dupie tego jednego banana który oferowaliśmy mu drugą ręką.

Północna Kuta i Seminyak

Północna Kuta faktycznie prezentowała się o niebo lepiej. Nasilenie kurestwa, żebraków, cwaniaków i nachalnych taksówkarzy zmniejszyło się o 70%. Plaża dalej bez szału, wiadomo, 3 razy lepsza niż jakakolwiek europejska, ale mimo to absolutnie nic porównywalnego do np. plaży na filipińskim Boracay. Znajdujący się tu klub – La Favela, okazał się absolutnie najlepszy na Bali. Mimo to, częstotliwość białasów wynosiła około 50%. Było tutaj też zdecydowanie mniej dziwkarstwa (nie mylić z brakiem – były, oj były i to do wyboru do koloru, głuche i kulawe też). Tej nocy byłem jednak zmęczony i po tych wszystkich przygodach nieszczególnie zmotywowany do dalszego działania. Wróciłem do hotelu wcześnie – sam.

Sanur

Sanur, czyli polecane miejsce do obadania, nieszczególnie zdążyłem zwiedzić. W tym momencie w głowie miałem już jak najszybszą ewakuację z Bali. Przyjechałem na spotkanie z Damianem z Ucieczka Do Raju, cyknąłem sweet selfika na plaży i po kilku piwach wskoczyłem z powrotem na motor. Po drodze widziałem jak jakiś sympatyczny Indonezyjczyk wyrwał telefon białej dziewczynie i odjechał motorem. Swoją drogą, ponieważ wypiłem kilka browaków, sprawdziłem w necie jakie są kary za jazdę po alko i okazało się, że Indonezja jest jednym z nielicznych krajów na świecie, gdzie prowadzenie po alkoholu nie jest zakazane. Nie trzymajcie mnie za słowo – ale tak jest napisane w internecie.

Surfing na Bali

Najbardziej z całego pobytu na Bali żałuje, że odkryłem surfing dopiero w ostatni dzień. Instruktor i sprzęt na 2 godziny kosztował jakieś 50zł, a zabawa okazała się naprawdę przednia. Na Bali fale przypominają takie małe tsunami, a że w dzieciństwie dużo jeździłem na snowboardzie, to w miarę szybko ogarnąłem jak unosić się na falach. Nawet nie wiem, czy nie zostałbym dłużej tylko po to aby właśnie poserfować, ale w tym momencie miałem już bilet do Bandung, miasta na Jawie które jest moim kolejnym celem. Swoją drogą na plaży w Kucie ewidentnie jest jakaś polska firma, bo na wielu deskach jest polski orzeł.

Lotnisko w Indonezji

Organizacja na lotniskach w Indonezji jest chyba najgorsza na świecie (na pewno najgorsza z dotychczasowych jakie miałem okazję poznać). Oczywiście samoloty spóźniają się wszędzie, ale tylko w Indonezji informacja o opóźnieniach, ich długości, etc, nie jest NIGDZIE wyświetlana. Na tablicach lot ma godzinę o jakiej miał wystartować, a spanikowani pasażerowie muszą pytać co 5 minut obsługę, czy już wiadomo o której lecimy. Na Bali doszło nawet do sytuacji, gdzie zmienili nam gate z którego mamy wylot. Znowu nikt nie pofatygował się udzielić takiej informacji na monitorze! Być może ktoś podał informację przez głośniki, co jednak przegapiliśmy.

Podobną sytuację miałem 2 razy na lotnisku w Dżakarcie. Tragedia z organizacją, prawie uciekł mi lot ze względu na brak informacji.

Podsumowanie

Moja osobista ocena Bali, jednym słowem – kicz i dziadostwo. Ocena 3/10. Dobre miejsce dla dziwkarzy – wiele, wiele opcji. Zła wiadomość dla zarywaczy, bardzo ciężko coś znaleźć. Wiem, że innym się udawało, ja poległem co rzadko mi się zdarza, nawet w mega kurwidołkach jak Pattaya często wyciągam bez płacenia – na Bali poległem, nie wyrwałem nawet jednej laski. Świetne miejsce na surfing, tragiczne miejsce dla chcących poznać prawdziwą Azję. Wszystko wygląda na robione pod turystów. Taki Ubud to prawdziwa kolonia białasów w Azji. Jestem zdania, że nie należy sugerować się zdaniem innych, więc nie chciałbym aby moja opinia zniechęciła kogoś do wyjazdu na Bali, ale dla mnie miejscówka odpada i nie sądzę aby dostała ode mnie drugą szanse. Tak czy inaczej, Bali jest jednym z miejsc które po prostu trzeba chociaż raz odwiedzić, a zatem veni, vidi, vici…

Trzecia część już wkrótce!

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na zamkniętym forum Forum Azja Po Zmroku,tylko dla facetów! Mamy już ponad 4000 użytkowników i można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o Azji.

Reklamy

Raport z Indonezji – część 1 (Dżakarta)


Wstęp

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że w żaden sposób nie uważam się za eksperta w temacie Indonezji, a poniższe informacje są moimi osobistymi obserwacjami opartymi na 14 dniowym pobycie w kraju. Pomimo tego, iż nie jest to mój pierwszy raz w Indonezji, dalej nie czuje abym znał ten kraj i jest on na swój sposób tajemniczy i intrygujący. Mogę nawet powiedzieć, że wciąż nie mam wyrobionej opinii, ponieważ nie spędziłem w tym muzułmańskim kraju wystarczającej ilości czasu. Z jednej strony już teraz mogę powiedzieć, że Indonezja to trzeci najlepszy kraj w Azji (po Tajlandii i Filipinach), a z drugiej, słynne Bali okazało się największym rozczarowaniem podczas wyjazdu.

Dżakarta, Indonezja. Życie nocne

Dżakarta, Indonezja. Życie nocne

Ciężko też sugerować się opiniami innych, wszak są one skrajnie różne. I tak np, mój przyjaciel z Belgii, który spędził w Indonezji 2 lata, twierdzi, że jest to kraj bardzo wyuzdanych kobiet, gotowych zrzucić majtki po pierwszej godzinie randki, tak moja znajoma Indonezyjka, która notabene również mieszka w Bangkoku, twierdzi, że jest to zaściankowy kraj, w którym islamskie wartości znacząco wpływają na konserwatywny tryb życia.

Jednego w życiu jednak już się nauczyłem. A mianowicie – nigdy nie warto sugerować się opiniami innych. Przykładowo, dosłownie każdy ostrzegał mnie, że Manila to syf, ubóstwo i totalna masakra, a trzymaczem Manila jest moim zdaniem najlepszym miejscem na Filipinach. Zbieżność opinii wynika z oczekiwań, jedni chcą zwiedzać zabytki, inni leżeć plackiem na plaży i hodować raka, a tym czasem moje kryterium to życie nocne i możliwość umawiania się z dziewczynami, nawet jeśli oznacza to spędzenie wyjazdu w zanieczyszczeniach i epickich korkach takich miast jak Bangkok, Manila, czy Dżakarta.

Jak okazało się podczas poprzedniego wyjazdu, Indonezja to kraj sprzeczności. Z jednej strony, konserwatywne i grzeczne dziewczynki zakrywające włosy jak przykazał imam, z drugiej kluby go go z roznegliżowanymi niewiastami, lub DJka grająca muzykę bez bluzki, eksponując przy tym wielkie sylikonowe cycki. Tuż obok modlących się w meczetach, z łatwością można znaleźć wielkie kluby nocne, w których każdy uczestnik jest na ecstasy, kokainie, albo obu ma raz. Jak wszędzie w Azji, bardzo popularne jest też szeroko pojęte kurestwo, od freelancerek w klubach nocnych i ulicznych dupodajek, po masaże, bary karaoke i burdele.

O tym, że w islamskich kraju ceny za alkohol są abstrakcyjne, chyba wspominać nie muszę. W większości miast w Indonezji, w ogóle nie można kupić alkoholu w sklepie – dostępny jest on wyłącznie w klubach lub barach.  Ceny w są różne, od tanich barów z piwem za 3 USD, po kluby z wejściówkami nawet za 25 USD.

Wiedząc że wielu z moich czytelników interesują ceny za płatny seks, zrobiłem research który wygląda następująco (o umawianiu się z normalnymi dziewczynami będzie za chwile):

Ceny oscylują od około miliona rupii (80 USD), co może być ceną za krótki strzał lub nawet całą noc, do nawet trzech milionów. Ceny można zbijać nawet do niskich, np 500,000 tysięcy (34 USD) za całą noc, lub 200,000 za jeden shot (14 USD). Jak zawsze, zależeć to będzie od tego czy jesteś ponury i nieciekawy, czy raczej typem z którym spotkanie jest ekscytujące, ale również i od twojego wieku, wyglądu, wielkości brzucha, etc.

Swoja drogą, przypomniałem sobie historie – off topic – jak pewien Australijczyk twierdził, że w Tajlandii dobrze jest być grubym, oznacza to bowiem, że masz pieniądze na dużo jedzenia. LOL. Abstrahując od tego, że nie znam żadnego kraju w którym brzuch jest uważany za atrakcyjny, to przeciętny taj na minimalnej krajowej jest w stanie żreć ile chce – jedzenie jest tutaj bardzo tanie i nawet bezdomnych z brzuchami da się znaleźć.

A teraz normalne laski. W Dżakarcie świetnie działa internet, appki typu Tinder czy Indonesian Cupid sprawią, że dostaniesz więcej wiadomości niż jesteś w stanie odpisać. Ustawienie sobie randki jest bardzo szybkie i proste. Przyjeżdżając do Dżakarty miałem już ustawionych 15 spotkań i 5 w Bandung (mieście 3 godziny od Dżakarty). Oczywiście nie miałem czasu spotkać się ze wszystkimi dziewczynami, aczkolwiek zawsze lepiej jest mieć za dużo, niż za mało i w ten sposób udało mi się zrobić dwie w jeden dzień.

Dżakarta

Pierwsza niewiasta nie była najpiękniejszą spośród możliwych, była za to gotowa na wszystko, czyli już w wiadomościach byliśmy ustawieni na seks. Jest to niewątpliwa zaleta lasek w wieku 30+. Stawiam, że dziewczyny które stają się już raczej kobietami, koło 30stki zauważają znaczny spadek zainteresowania ze strony facetów i dużo  mniej kręcą nosem. Nie ma już udawania księżniczki, tysiąca lików na Istagramie i kolejki adoratorów, licytujących się który ją zabierze w lepsze miejsce, który ma bardziej napompowanego bicka lub szybszą motorynkę.

W tym konkretnym przypadku, dodatkowym atutem był fakt, że posiada ona samochód oraz swoje mieszkanie, odpadał wiec problem logistyczny – pamiętać należy bowiem, iż w Azji często jest łatwiej zaciągnąć laskę do mieszkania, czy na hotel, niż ją potem z niego wyrzuć – stąd jeśli tylko możliwe iść do jej apartamentu, lub hotelu tymczasowego, opcja taka jest logistycznie lepsza (o świetnych hotelach tymczasowych w Bangkoku i jak namówić dziewczynę aby z nami do takiego poszła napiszę wkrótce post, a jeśli zapomnę – przypomnijcie się).

Jeśli czytałeś mój poprzedni raport z Dżakarty (kliknij tutaj aby go przeczytać), to wiesz, że miałem problem z laską która ulokowała się w hotelu i za nic nie chciała wyjść. Tego typu sytuacje zdarzają się stosunkowo często. Znane mi są osoby które po prostu bezpośrednio wypraszają dziewczyny – mnie na to moje czarne serce nie pozwala. Jeśli już rozłożyła nogi to nie potrafię być niemiły.

Długo zastanawiałem się z którą umówioną dziewczyną najpierw się spotkać – z tą którą najfajniej mi się gadało, z najładniejszą, czy z tą która od razu zgodziła się zrobić loda. Zgadnijcie którą wybrałem.

Na spotkanie wybrałem Starbucks. Miejsce strategiczne, bo po pierwsze nie jest drogie, a po drugie można łatwo z niego uciec, gdyby np. okazało się, że nimfa która przyszła na randkę na zdjęciach miała 40 kg mniej, lub jej januszowy wąs był ukryty 4 filtrami.

W tym przypadku okazało się jednak, że spełnia normy i już po kawie byliśmy w jej samochodzie. Był to piątek wieczór i na własnej skórze przekonałem się co oznaczają korki w Dżakarcie. Spędziliśmy w samochodzie prawie 3 godziny – już po pierwszej rozważałem, aby uciec, ale tyle czasu już zainwestowane, nie mogłem teraz się wycofać z mojej wyczekiwanej nagrody.

W  końcu po dotarciu do jej apartamentu zrobiliśmy po piwku na 40 piętrze ze spektakularnym widokiem na miasto, po czym udaliśmy się skonsumować znajomość.

Dziewica

Około 9 wieczorem daję jej wymówkę, że jestem umówiony „with a friend” i wsiadam na moto taxi. Swoją drogą te taksówki na motorach kosztują tyle co autobus w Tajlandii, praktycznie za darmo się jeździ (aby zamówić, potrzebna jest aplikacja Grab lub GoJek). Spotkanie „with a friend” nawet nie było ściemą, bo byłem umówiony z kolejną laską z Indonesian Cupid. Tym razem wybrałem tą z którą najfajniej mi się rozmawiało, bo spotkanie bez ciśnienia.

Jedyny bar który znam to Memories Cafe na Jalan Jacksa – dzielnicy o której wszyscy mają złą opinię, jak się okazało, podobno chodzą tam tylko ludzie bez pieniędzy i w ogóle niskich lotów. Natomiast jak się jest osobą pijącą, to naprawdę trudno znaleźć inne miejsce gdzie można usiąść z piwem, poza ekstremalnie drogimi klubami nocnymi. Jestem zdania, że jeśli tylko dziewczyna jest pijąca, to należy jej na randce kupić ile tylko drinków jest w stanie wypić – im szybciej się upije, tym szybciej będzie nawiązywać kontakt fizyczny i finalnie – prześpi się z tobą.

Drugie spotkanie poszło bardzo dobrze, jak wspominałem wcześniej, już przez internet coś między nami kliknęło, nigdy nie kończyły się tematy i po prostu fajnie się rozmawiało. Tym razem młodziutka laseczka, na pierwszym roku uniwerku. Po może godzinie pobytu w barze kupiliśmy piwa na wynos i udaliśmy się do mojego hotelu.

W środku dowiedziałem się, że jest dziewicą i mam być delikatny. Taki był plan, ale… nie działało. Próbowaliśmy z 10 razy i nic z tego, nie wychodziło. Nie dość, że Big Willy jest za duży, to jeszcze ona kwiczy z bólu. Ostatecznie prawie się poddałem, gdy moja koleżanka zaproponowała by „może po prostu wsadź w drugą dziurę”. Przyznam, że słyszałem pogłoski o islamskich dziewczynach które wolą w tyłek, aby jak najdłużej zachować dziewictwo, ale zawsze myślałem, że to jakiś ubran legend. Tym czasem jej druga dziura EWIDENTNIE nie była dziewicą, pomimo tego, iż upierała się, że jest. Czyżby jednak nie urban legend?

Następnego dnia obudziłem się, popatrzyłem na moją koleżankę i myślę „nie no kurwa, nie może tak być, że spała ze mną laska całą noc i wyjdzie stąd dziewicą – ja mam reputacje do podtrzymania”. Także obracam ją na plecy i próbuje znowu. Ponownie ciężka sprawa, nie chce iść, próbuje pod każdym kontem, mocniej, delikatniej – dalej nic. W końcu po długich próbach przełom i coś weszło do środka. Myślę sobie super, wreszcie się udało… dopiero po jakiejś minucie, gdy przyjrzałem się dokładniej gdzie wkładam, odkryłem, że… jakoś się samo ześlizgnęło i znowu jest w złej dziurze!!! Ostatecznie dziewica pozostała dziewicą – nie udało się. No cóż, życie składa się również z porażek.

Część druga już wkrótce!

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

 

Owłosiona jak Azjatka


Cały poniższy post dałoby się streścić w jednym zdaniu – Azjatki są owłosione i, według zachodnich standardów, bardzo niezadbane, poczynając od nieogarniętego buszu między nogami, wąsikiem pod nosem, aż do, mnie lub bardziej, włochatych nóg. Wiem, wiem, już teraz chcesz napisać komentarz, że jeszcze takiej nie spotkałeś. Otóż istnieją tylko dwa wyjątki z gatunku nieowłosionych Azjatek.

Owłosiona Azjatka

Owłosiona Azjatka

Gatunek #1

Filipinki. Z tajemniczych powodów, problem ten nie dotyczy filipinek. Szanse na spotkanie owłosionej filipinki są odwrotnie proporcjonalne do spotkania nieowłosionej Azjatki z gatunku lądowego. To znaczy, może się zdarzyć, natomiast jest to ekstremalnie mało prawdopodobne, coś na miarę znalezienia na ulicy banknotu o wysokim nominale.

Gatunek #2

Azjatki które miały już białego faceta. Działa to na prostej zasadzie. Po zobaczeniu owłosionych gir swojej ukochanej, biały facet kupuje jej w prezencie zestaw Gilette. Zakochana Azjatka, sięga po ostrze i usuwa z siebie kołtuny włosów. Do tego szybko uczy się, że to nie tylko jej ukochany preferuje kobiety zadbane, nieowłosione i nie przypominające małpoluda. Od tej pory, pod prysznicem skrupulatnie usuwa włosy z waginy, nóg, i jeśli trzeba, brzucha. Nawyk zostaje i voilà – oto mamy wytrenowaną Azjatkę, która z własnej inicjatywy nie jest już owłosiona i kwalifikuje się na international dating scene.

Dlaczego więc nie spotkałeś jeszcze zarośniętej? Ano z prostej przyczyny – spotykałeś Azjatki z gatunku 1 tudzież 2. Gwarantuje za to, że jeśli masz do czynienia z niewiastą, która nigdy nie posmakowała białej kiełbasy, jej poziom owłosienia będzie raczej ekstremalny. Od tego również są wyjątki, nie można każdego wrzucać do tego samego worka, natomiast mówimy tutaj o statystyce 99 na 100. Dla eksperymentu, wystarczy pooglądać 100 japońskich ponoli i sprawdzić na ilu z nich, gwiazdy dbają o stan swojego krocza. Podobna statystyka będzie we wszystkich znanych mi krajach Azji południowio wschodniej.

Z czego to wynika? Azjaci mają inne preferencje. To co dla nas jest atrakcyjne, dla nich może być kompletnie bezpłciowe. Przykładowo, podstawowe wytyczne piękności dla Azjatów to kolor skóry i kształt nosa – dwie rzeczy, które dla europejczyka kompletnie nie mają znaczenia. Kambodżanka z którą się umawiałem, wspominała nawet, że faceci w jej kraju nie zaakceptowaliby braku gąszczu włosów skrywających jej klejnot kobiecości.

True story

Taka sytuacja. Ekspedientka z 7/11, 19 lat. Zabrałem ją motorem na plażę w prowincji Rayong, następnie do hotelu celem skonsumowania znajomości. Gdy ją rozebrałem, z majtek prawie wyleciały nietoperze, taki busz. Nogi owłosione, brwi niewydepilowane, dziewiczy wąsik pod nosem. Mówię jej, że idę po golarkę do Family Marta za rogiem i ogolę ją od głowy do stóp. Ona protestuje, argumentując, że odrosną jeszcze gęściej. Czyli woli przypominać orangutana.

Inna sytuacja. Do pociągu BTS wsiada studentka, w seksownym uniformie z uniwersytetu, białej koszuli ciasno zapiętej na jej, zapewne sylikonowym biuście, i czarnej spódniczce w stylu mini. Spoglądam na jej twarz, azjatyckie oczy, z delikatnym make upem. Długimi czarnymi włosami i nieśmiałym spojrzeniem. Anioł – myślę sobie w głowie. Oczami mierze ją w dół, ponownie podziwiając rozmiar jej płuc. Potem niżej, idealne wcięcie w talii i jeszcze niżej, rozkoszując się kształtem jej pupy. Następnie spoglądam na jej długie nogi i w tym momencie dostrzegam, jebane kurwa włosy, nieogolone, chamsko zarośnięte nogi niemalże jak u chłopa. Pierwsza myśl, że to może być dobrze zakamuflowany ladyboy, ale NIE, ladyboy akurat zadbałby o oto, aby nie mieć zarośniętych nóg. To nasze śliczne Azjatki mają z tym problem.

I tak to już jest w naszej kochanej Azji. Jeśli umawiasz się ze ścieżynką, która nigdy nie miała faceta z zachodu, możesz spodziewać się, iż przypinać będzie mniej, lub bardziej zwierza. Nie zniechęcaj się jednak. Wszak nasze ukochane Azjatki, w przeciwieństwie do feministek z europy, bez marudzenia ogolą się dla ciebie na zero, jeśli tylko sobie tego zażyczysz.

Ps artykuł napisany na podstawie moich subiektywnych doświadczeń, 8 lat mieszkania w Azji a trybie full time (damn, uwierzycie, że nie byłem w Europie już 8 lat :O) . Byłem w 9 z 11 krajów należących do South East Asia (nie odwiedziłem jeszcze tylko Timur Wschodniego i Brunei) i spałem z przedstawicielką z każdego z tych krajów poza Singapurem (w którym przesiedziałem 4 miesiące, ale byłem odrobinę pochłonięty czasowo). Jak ktoś się nie zgadza z treścią, to niech sobie przekreśli markerem i napisze coś swojego 🙂

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

Kamagra, Tajlandia

Tajemnicze pigułki


Wraz z poznanym niedawno, przyjmijmy umownie, iż zwać on będzie się „Pablo”, biegaliśmy po Bangkockich dzielnicach imprezowych w poszukiwaniu niewiast które idealnie pasowałyby do kategorii „jedno nocnej przygody”. Pomimo tego, iż ostatnimi czasy zajmuje mi to w takich imprezowniach więcej czasu, za co winię starość i nieubłaganie postępujące zakola, a co w rzeczywistości chyba jednak ma źródło w braku motywacji rozmowy z kolejnymi, często nie tylko szarymi i totalnie bez wyrazu, ale i wręcz irytującymi laskami, w końcu udało nam się upolować dwa idealne nadające się okazy.

Coraz częściej kwestionuję siebie, czy aby na pewno warto jest męczyć się towarzystwem tych istot, tylko po to, aby dorwać się do tego, co skrywają pod majtkami. Powiem nawet, że chyba wreszcie zaczynam rozumiem facetów, którzy płacą za dziwki. Uzależnienie i potrzeby trzeba jakoś zaspokajać, ale cały ten proces męczenia się kilku godzinną randką, tylko po to, żeby zakończyła się ona 20 minutami przyjemności, czasami pozostawia wręcz wątpliwości, czy jakoby cały ten proces w ogóle ma sens.

Po krótkiej rozmowie zaprosiliśmy nasze dwie sarenki do mojego apartamentu, gdzie dokupiliśmy dużo whiskey, chipsów, coli, drinków z kilogramem cukru i innych śmieci którymi dziewczyny lubią się tuczyć i truć (a potem narzekać, że są grube). Nimfy były typowymi farang hunerkami, czyli dziewczynkami, które wyszły na imprezę z zamiarem upolowania białej kiełbasy. Oczywiście żadna farang hunterka nie przyzna się wprost, że taki był ich pierwotny plan nocy. Cechą charakterystyczną dla każdej przedstawicielki płci żeńskiej jest brak logiki w kontaktach z płcią brzydką i zwyczaje kłamanie, lub oszukiwanie, przede wszystkim samych siebie. Ile razy słyszeliście od laski, że pójdzie z tobą spać, jeśli obiecasz, że nie będzie seksu, a potem wiadomo jak było? Ja już wręcz prewencyjnie, wyprzedzam je i sam obiecuję, że seksu nie będzie, zanim one zaczną temat. Natomiast tutaj w Azji, do braku logiki dochodzi jeszcze generalnie totalne nieogarnianie, co często daje ciężki do zniesienia mix.

Ah, i aby nie było, że uwziąłem się na Tajki. Generalnie brak rozgarnięcia to cecha wszystkich płci i to nie tylko w Tajlandii, ale i, generalizując, całym regionie Azji południowo- wschodniej. Jadąc np. do Kambodży, czy na Filipiny jest tak samo źle z ogarnianiem rzeczywistości i trybieniem. Przykładowo, taki typowy, w Polsce powiedzielibyśmy Janusz, a w Tajlandii Somchai, jest w stanie zgubić się w swoim mieście, w którym spędził większość życia, nie odnaleźć adresu jakiegoś urzędu, etc. Rekordzistka którą znam, nie jeździ nawet metrem, bo nie wie jak się kupuje bilet i zamiast się nauczyć tej jakże skomplikowanej czynności, woli płacić za taksówki które nie tylko zajmują więcej czasu, ale i są 10 razy droższe. Anyway, to jest off topic o którym ostatnio mówiłem na YouTube tutaj.  Tyrada zakończona. Rant over,

Powracając do historii. Nie jest to kolejna opowieść o tym jak ściągnąłem z jakieś laski majtki. Generalnie każdy przeciętny facet jest w stanie to zrobić bez większego wysiłku. Tak, nawet tajski facet nie ma z tym problemu, bo chyba nie wierzycie w te historie „thai men no good„, które na okrągło powtarzają Tajki? Kłamanie to cecha narodowa Tajlandii, w Malezji i Singapurze jest nawet takie slangowe określanie „don’t thai to me„, które znaczy nic innego jak „przestań tajować / kłamać / oszukiwać”. Gwarantuje, że 90% lasek które chrzanią takie teksty, albo mają faceta, kochanka, albo będą miały, jeśli nie teraz, to za rok, dwa, pięć. I to właśnie lokalnego, lub innego Azjatę. Inną ciekawą kwestią jest, że gdy zrobisz statystykę i zapytasz 100 Tajek, czy mają chłopaka, 90% powie, że nie. Tym czasem statystyka jest odwrotna, 90% ma albo kochanka, albo faceta. Tylko po prostu odruchowo mówią, że nie. Skąd to się bierze, tego nie wiem… Stawiam, że zawsze szukają lepszej opcji.

W mieszkaniu, celem upewnienia się, że noc będzie upojna, Pablo zapytał czy zarzucamy po kamagrze. To jest czynność którą większość facetów robi dyskretnie, tak aby potencjalna partnerka nie zauważyła. My natomiast, mając generalnie w dupie co sobie pomyślą sarenki, zapodaliśmy po pół pigule na ich oczach, co wzbudziło wielką konsternację, co to za tajemnicza tabletka (może matrix). Nie żeby była to tajemnica natomiast w celu podrażnienia się z laskami, nie chcieliśmy im powiedzieć, co jeszcze bardziej rozbudziło ich ciekawość. Postanowiły nawet, że również chcą z nami zjeść po viagrze. Pomimo prób wybicia im tego pomysłu z głowy, dupeczki się uparły. Muszą wrzucić po zielone tabletce i koniec dyskusji. Cóż mieliśmy zrobić. Daliśmy im zieloną pigułkę, którą podzieliły na pół i łakomie połknęły, myśląc chyba, że to może jakieś narkotyki? Pigułka gwałtu? Sam nie wiem. Kto normalny łykałby tabsy niewiadomego pochodzenia o niewiadomym efekcie, pochodzące od osoby którą poznało się dwie godziny wcześniej? My takie znaleźliśmy.

A co było potem? Chyba nie muszę tłumaczyć. Nic ciekawego i zarazem upojna noc. Czyli standardowo, jak w Azji praktycznie każdego weekendu.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

 

 

 

Manila czy Bangkok?


Gdzie jest Forsaken? Co robi i dlaczego milczy? Otóż powód jest dość prozaiczny. albowiem życie w egzotycznym kraju przez wiele lat staje się na tyle normalnym, rutynowym i wręcz nieciekawym, że opisywanie tego co dzieje się wokół mnie wydaje mi się po prostu niewarte uwagi. To oczywiście subiektywna uczucie nie mające odzwierciedlenia w rzeczywistości, widzę bowiem, że YouTubowe vlogi typu „co jem na śniadanie w Azji” potrafią mieć setki tysięcy subskrybentów.

Bangkok, Tajlandia

Filipiny?

W pierwsze kilka dni pobytu w Manili wysłałem CV w parę miejsc. Zrobiłem to bardziej z ciekawości niż faktycznej chęci pracy, tym razem przywiozłem ze sobą wystarczającą ilość środków, aby nie pracować miesiącami, natomiast bardzo chciałem wiedzieć, czy są na Filipinach firmy które byłyby mną zainteresowane i ile są w stanie zapłacić. W pierwszy tydzień odezwała się do mnie agencja która przeprowadziła telefoniczny interview. Potem długo milczeli, wyszukując stanowiska które odpowiadają moim kwalifikacji (odezwali się z ofertą dopiero po wielu tygodniach)

Po miesiącu podróżowania po Filipinach, gdy ponownie byłem w Manili, odezwała się druga firma i przeszedłem przez szereg rozmów kwalifikacyjnych, co mnie strasznie irytowało. Bo aby się dowiedzieć ile są w stanie zapłacić, musiałem odpowiadać na niezliczoną ilość pytań i rozwiązywać masę testów. Najpierw HR manager przez telefon, potem właściciel firmy w Kanadzie przez Skype, następnie zostałem wezwany na testy w Manili, które przyznam, że były trudne. Tuż przed testami zapytali mnie jakiego wynagrodzenia oczekuje. Totalnie strzelając, powiedziałem 60,000 – 70,000 PHP, na co od razu się zgodzili bez negocjacji, więc domyślam się, że powiedziałem za mało.

Test z angielskiego polegał na zapisywaniu tego, co przez słuchawki mówi nagrana osoba i przyznam, że nawet jako osoba która kończyła studia po angielsku i mieszkała 5 lat w Londynie, miałem problem z zapisaniem niektórych słów i zdań. Convalesce, liaison, handkerchief, itd. Test sprawdzał raczej zaawansowaną znajomość języka. Następnie test z prędkości pisania na klawiaturze. Ten chyba akurat zdałem bez problemu. Kolejny z testów sprawdzał reakcje na zachowanie klientów, co uświadomiło mnie, że to chyba nie jest praca dla mnie. Klienci drący ryja przez telefon, a ja miałem pozostać dla nich miły i pomagać. Przyznam, że w tym miejscu miałem już kompletnie dość testów i tej pracy, w Bangkoku intrview do prac za takie pieniądze trwają 5 – 10 minut, a tu mnie męczą i męczą. To oczywiście nie koniec testów, w sumie trwały one 4 godziny. Następnie był tak zwany „mock call”, czyli udawany klient dzwonił i miałem go obsłużyć. Wypadłem chyba tragicznie, ponieważ ów klient zadawał mi techniczne pytania o software używany na kasie, o czym oczywiście nie miałem pojęcia. Did you try restarting your device? What error message do you see? Próbowałem swoich sił. Na koniec, ostatni test z informatyki, bo pozycja była z tym związana. Tu myślałem, że wreszcie odetchnę, ale pytania typu „jakiego formatowania używają pliki w Windowsie 7 A) Fat 32 B) Fat 37 C) exFat D) NTFS ” trochę mnie rozwaliły. Cały proces interview trwał 4 godziny co jak wspominałem, bardzo mnie irytowało. Byłem przekonany, że nie zdałem testów i wstydziłem się zwłaszcza testu z angielskiego. Jakże wielkim zaskoczeniem był więc telefon z firmy z pytaniem kiedy mogę rozpocząć trening, ponieważ pozytywnie przeszedłem fazę testów…

Tutaj doszedłem do punktu w którym musiałem szybko zadecydować o przyszłości. Przyznam, że była to ciężka decyzja, na podjęcie której miałem kilka dni, ponieważ moja wiza dobiegała końca, a firma naciskała, aby zaczynać trening jak najszybciej. Filipiny, Tajlandia, Chiny, a może Indonezja do której mam już bilet (zostałem zmuszony do kupienia na lotnisku w Bangkoku, bo według prawa filipińskiego, trzeba mieć bilet wyjazdowy).

Chiny wiem, Chińczycy są obleśni, cały kraj przypomina trochę bardziej zoo z dzikimi małpkami, niż cywilizację. Natomiast fakt, że płacą dobrze, a dodatkowo moja Tajka jedzie tam na studia magisterskie i nie byłbym sam, dobrze rokował. Moja Tajka kończyła już tam licencjat i mówi po chińsku, więc miałbym dużo łatwiej na starcie.

Indonezją jestem zafascynowany dlatego, że każdy kojarzy ich z islamem i nigdy tam nie pojedzie z tego właśnie powodu. Tymczasem islam nie islam, Indonezyjki się prują bardziej niż np. w Wietnamie, czy  Kambodży, a kluby w Dżakarcie są dużo lepsze niż w Bangkoku (chociaż i 4 razy droższe).

Filipiny? Opcja bardzo kusząca. Mega super dziewczyny, gdyby mieć czas, to można by mieć co noc inną. Randki są krótkie i szybko można przechodzić do rzeczy. Dodatkowo tani alkohol. Jedzenie tak bardzo mnie nie odstrasza, bo i tak jem głównie surowe warzywa, owoce, nasiona i orzechy. Możliwość weekendowych wypadów na rajskie plaże, czy w góry również jest całkiem ekscytujący. W między czasie poznałem tu Filipinkę, z którą dość dobrze się zgraliśmy. Nie tylko nigdy nie mówiła „nie” na nowe pomysły w łóżku, ale i sama inicjowała sytuacje których nie powstydziłby się filmy dla dorosłych z kategorii „hardcore”. Ale… sytuacja z mieszkaniami w Manili jest, jednym słowem, tragiczna. Mieszkanie które aktualnie wynajmowałem kosztowało 300 USD miesięcznie (wysoka cena ponieważ wynajem bez kontraktu i dodatkowo na dniówki, co sumowało się do 300 USD), a jakość była porównywalna do czegoś co w Tajlandii można by dostać za 80 USD. Zimna woda, materac zamiast łóżka, mega mały pokój, brak deski na kiblu i waliłem głową w sufit, który był przewidziany na wzrost Azjaty. Szukając czegoś lepszego, szybko przekonałem się, że jeśli nie chce mieszkać w totalnym syfie, z wypłaty którą mi zaoferowali nie zostanie mi zbyt wiele. I to było powodem który sprawił, że kupiłem kolejny bilet na samolot…

Dlaczego ponownie Bangkok? Przyznam, że jestem znużony Tajlandią. Mieszkając tu, wszystko wydaje mi się normalne, zwyczajne i nieekscytujące. Ponad 7 lat w tym miejscu z którymi przerwami na Wietnam i Filipiny. Dodatkowo, wraz z epoką aplikacji randkowych, już nie jest aż tak łatwo wyrywać Tajki. Powiedziałbym, że widzę różnicę między teraz, a 7 lat temu. Oczywiście na standardy europejskie dalej jest mega prosto. Ale wracając z Filipin trudno nie zauważyć różnicy. Dalej istnieje wiele Tajek które się grzmocą na pierwszej randce i polują co tydzień na nowego faceta, ale różnica jest taka, że czekają na najlepszą opcję która im się trafi. 7 lat temu, znalezienie i wyciągnięcie Tajki z imprezy w weekend zajmowało dosłownie kilka godzin. Dzisiaj czasami łapię się na tym, że jest 2 w nocy, a ja dalej bez towarzystwa chętnego na wspólny powrót. A może to ja się po prostu starzeje? Na szczęście dalej mam parę asów w rękawie, typu możliwość porozumiewania się po tajsku, lub znajomość realiów, lokalnej kultury, etc.

Dlaczego więc Bangkok? Po pierwsze jakość życia. Te 300 USD w Manili za gówniane mieszkanie? W Bangkoku za tą samą kwotę można mieszkać w apartamencie z basenem i siłownią. Po drugie mam tu znajomości. Wiem nie tylko jak utrzymać się na dobrym poziomie sam, jako freelancer, ale i wiem jak dostać prace które płacą dobrze nawet na warunki białego. Przykładowo, znam ludzi którzy dostają mniejsze wypłaty w Anglii, niż oferty które dostaje w Bangkoku. I ostatecznie na jedną z takich ofert się zdecydowałem. I tak oto powróciłem do Bangkoku, trochę tracąc nadzieję, że kiedykolwiek stąd wyjadę. Życie tutaj jest po prostu zbyt proste. Wiza pracownicza, work permit, ubezpieczenie. Stosunek niskich cen do możliwości zarobków jest chyba najlepszy na świecie. Jeśli się mylę, to proszę mnie poprawić – zawsze szukam lepszego miejsca na ziemi, ale do dzisiaj nie znalazłem. Tajlandia, a dokładniej mówiąc Bangkok, jest najwygodniejszy, najbardziej komfortowy, z dostępem do tanich luksusów, dobrego jedzenia, miłych ludzi którzy nie kradną i generalnie nie oszukują, do tego z bardzo rozrywkowymi dziewczynami (nie wiem czy wiecie, że Tajlandia widzie od dawna światowy prym w zdradzaniu partnerów) i masie miejsc do których można wyjść wieczorem, w nocy lub w weekend. A, nie zapominajmy o szybkim, sprawnym i tanim internecie. Sytuacja w ostatnich latach diametralnie się poprawiła i np. sieć AIS ma nieograniczony internet 6 mb upload / download za jedyne 550 batów miesięcznie, co otwiera możliwość prac zdalnych w wielu sektorach. I najlepsze jest to, że nie trzeba podpisywać żadnych kontraktów. Ładujesz kredyty na telefon i boom, internet działa na okres pakietu który wybraliśmy!

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

Raport z Filipin 2018 (część 2)


Na Filipach jestem już niespełna miesiąc. Dużo się działo, oj dużo. Nie jestem już nawet w stanie odtworzyć wszystkich wydarzeń, stąd też napiszę kilka części podsumowujących. Nie każdego dnia udało mi się coś upolować, choć poświęcałem na to dużo czasu, monotonnie wręcz atakując portale randkowe, imprezy oraz centra handlowe . Początkowa z determinacją biegałem za filipinkami nawet do 5 rano, aż do skutku, jednak z biegiem czasu coraz mniej mi się chciało. Poniżej prezentuje raport z ciekawych sytuacji, o leniwych dniach przy książce, bez alkoholu, dziewczyn i orgii, nie będę wspominał.

Plaża w Manili

Plaża w Manili

Manila

Rano upragniona ewakuacja z hotelu. Buzi buzi z moją narzeczoną (pseudonim Ryba) i czas ruszać w drogę, tym razem padło na dzielnicę Malate. Wyszukuje last minute hotel deals i znalazłem jakiś tani pokój za niecałe 1000 peso. Na zdjęciu wyglądał ok. Tym czasem rzeczywistość można określić jednym słowem: tragedia. Cena absolutnie nie idzie za jakością. Pokój taki mały, że ledwo łózko się mieści i dzielona łazienka z koreańskimi back packersami. Jeszcze aby było zabawniej na recepcji wisi kartka, że nie wolno przyprowadzać gości. To sorry, ale gdzie ja mam to robić, jak nie w pokoju?! Dodatkowo brak sejfu, co jest trochę problemem bo mam przy sobie sporo cashu w gotówce i dwie karty z których jest co kraść. Wsadzam więc dolary pod materac i to się okazało bardzo złym pomysłem, bo natężanego dnia jechałem już w taxi to Makati, gdy przypomniałem sobie, że zapomniałem 1000 USD i paszport pod materacem w jakiś tanim guest housie, w którym jak miałem okazję zaobserwować, sprzątaczki podnoszą materac przy zmienianiu pościeli. I teraz pytanie, czy kiedy taka sprzątaczka widzi swoją prawie roczną wypłatę w pliku banknotów, to się skusi, czy raczej grzecznie odda na recepcji? Na szczęście, zdążyłem odzyskać, acz nie odbyło się to bez stresu. Dodatkowym problemem okazał się internet, który działał wyłącznie w restauracji na górze. Przed wyjazdem nabrałem sobie trochę studentów i uczę ludzi angielskiego i tajskiego przez internet. Tym czasem na Filipinach internet na którym można spokojnie porozmawiać na Skype okazuje się być sporym wyzwaniem.

Tego dnia cały proces latania za laskami był nieco utrudniony, gdyż nie wiedziałem czy moja potencjalna partnerka w ogóle zostanie wpuszczona do środka. Pokój zawsze zamawiam na dwie osoby, więc może by się udało, a może i nie, tego nie wie nikt. Na jednym z portali randkowych na Facebooku umówiłem się z jakąś średniawą laską na Santa Ana. Dlaczego nie czekałem na jakąś lepszą? Bo było wcześnie, a ta zgodziła się od razu na czynności które tygryski lubią najbardziej. To są plusy lasek o mniej reprezentatywnej aparycji. Dużo, dużo prościej dojść z nimi do spraw łóżkowych. Wynająłem pokój w drugim hotelu, ściągałem portki i oddałem się w jej ręce i usta. Po wszystkich ładnie dałem 100 peso na taxówkę i myślałem, że na tym temat się skończy. Tym czasem ona już z domu wysyła mi wiadomość, że chciałaby abym dał jej jakieś „pieniądze na mleko dla dziecka”. Ha, wspominam o tym, ponieważ ten tekst okazał się być odpowiednikiem chorego bawoła w Tajlandii. Tutaj dziewczyny masowo potrzebują mleka dla dziecka. Niby ma sens, wszak Filipiny nie na damo nazywane są fabryką dzieci. Jeszcze w 1970 na Filipinach było 30 milionów ludzi. W 2018 jest to 105 milionów. Czujecie blusa? Od dzisiaj powinniśmy zmienić przysłowie z ruchania się jak króliki, na ruchanie się jak filipińce. To jest jakiś przyrost naturalny z kosmosu. Ale tak to jest jak się daje kościołowi wprowadzić szariat chrześcjański i kondomy są haram.

W dzień wybrałem się jeszcze do dzielnicy Tondo, „na plażę”. Tondo to największe slumsy w Manili, jest to teren o najgęstszym zaludnieniu ludzkim na świecie, mieszka tu bowiem 69,000 ludzi na kilometr kwadratowy. Zbite blachy i kawałki jakiś płyt tworzą żałosną imitację mieszkań, w której mieszkają całe rodziny. Oczywiście wzbudzałem tu niemałą sensację, z prozaicznego powodu, jest tu po prostu niebezpiecznie i normalny biały omija Tondo szerokim łukiem. Nawet taksówarz zdradził, że nie bardzo chce się zapuszczać a te rejony. A ja właśnie dlatego chciałem to zobaczyć. Z radością dawałem się zapraszać na piwo przez rodziny mieszkające na wysypisku śmieci, u których cała  rodzina łącznie ma mniej zębów niż ja, a ich angielski ograniczał się do kilku słów. Oczywiście co druga dupa w ciąży, nie ważne, czy 14 lat, czy 45, na Filipinach wszyscy się rozmnażają jak jebnięci. W takim katolandzie obowiązuje całkowity zakaz aborcji. Ostatecznie okazało się, że nikt mnie nie zabił, nie zgwałcił, nie pobił, ani nawet nie zabrał kamery którą kręciłem filmy. Wręcz przeciwnie, wszyscy byli bardzo mili i obowiązkowe sesje zdjęciowe z wysokim białasem były nie do odmówienia. Raz tylko jakiś typ koniecznie chciał się ze mną napić, a kiedy odmówiłem powiedział „I will shoot you if you don’t drink with me„. Zaśmiałem się, ale jego mina była poważna. Szczerze to do dzisiaj się zastanawiam, czy to był żart, czy faktycznie chciał do mnie strzelać. Udało mi się też dojść do plaży w Manili, którą możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej. Smutna prawda o Filipinach – tak wygląda niestety wiele miejsc.

Tej samej nocy zostałem zaproszony przez pewną modelkę którą puknąłem podczas poprzedniego wyjazdu do Manili, aby dołączyć do niej i jej znajomych na imprezę do klubu Time. Jest to dziwna laska, która jest dominą SM i lubi spuszczać facetom wpierdol. Siada im na twarzy, bije ich pejczem i wyzywa od głupich kutasów. Twierdzi, że taki fetysz powstał na wskutek gwałtu, którego była ofiarą. Początkowo nienawidziła wszystkich samców, teraz chce ich po prostu lać i poniżać podczas seksu. Natomiast prezentuje się bardzo dobrze. No, z jednym wyjątkiem – na zdjęciach ma ogromne cycki, są tak duże, że jeszcze kiedy jej nie znałem, zaoferowałem jej kupno biletu do Tajlandii, aby mnie odwiedziła w Bangkoku. Tym czasem w rzeczywistości są takie, zwyczajne normalne, nic specjalnego. Ewidentne oszustwo Photoshopa lub jakieś wypychane nie wiadomo co, a ja o mało jej nie kupiłem biletu za 300 USD. To mnie generalnie wkurwia. Dlaczego dziewczynom wolno oszukiwać z cyckami, a przykładowo facet wkładający sobie, powiedzmy, skarpetkę w majtki, że niby ma takiego afrykańskiego pytona, jest już śmieszny i żałosny. Takie to trochę wieśniackie, zupełnie jakbym robił sobie zdjęcie w Ferrari z sugestią, że to moje, tym czasem do pracy popierdalał tramwajem. Nie wspominam już nawet o makijażu. Wole już, żeby mi laska przyszła w ogóle nie wymalowana, niż jak ma się zmienić w Shreka po tym jak wejdzie pod prysznic.

Wracając do klubu Time, jest to impreza typu after party, czyli ludzie schodzą się dopiero około 4, 5 rano. Tani jak na Filipiny też nie jest, bo wjazd 600 peso z jednym drinkiem w cenie. Ogólnie jednak godny polecenia. W środku moja domina siedziała z Anglikiem, 3 koleżankami i jednym ladyboyem. Za całą imprezę płacił anglik (how typical), a wszystkie koleżanki mojej dominy były równie atrakcyjne jak i ona sama. Jedną z nich znam już z poprzedniego przyjazdu do Manili, wtedy też wspominała o swoim Angliku który jest jakimś bankowcem w UK. Tej nocy nie zabierałem dominy do siebie bo autentycznie wstyd mi było brać ją do tego gównianego hotelu. To jest lasa z klasą, nie chciałem nawet, żeby zobaczyła tą norę, ale i nie miałem takiego ciśnienia, ponieważ koleżanka od mleka dla dziecka obrobiła mi już wcześniej pałę. Dlaczego więc o tym wspominam? Aaaa, bo następnego dnia było tak….

Miałem już kurewsko dość tanich hoteli więc wynająłem cały apartament przez Air bnb. W pewnym momencie dostaje wiadomość od dominy o treści „czy lubisz trójkąty, bo chciałabym zabrać koleżankę i do ciebie pojechać”. Po przeczytaniu pała stoi jak maszt na fregacie Kolumba, bo wszystkie jej koleżanki były naprawdę ładne i chętnie bym je robił dzień i noc. Podałem więc dominie adres i czekam. W pewnym jednak momencie przeszła mi niepokojąca myśl przez głowę. Bo przecież na imprezie był jakiż tranzystor-ladyboy… Wysyłam wiadomość, aby się upewnić: „hej, ale twoja koleżanka to nie jest ten ladyboy?”. Odpowiedź na którą NIE czekałem nadeszła, złamała mi serce, skurczyła ptaka, a z oczu popłynęły mi łzy. „Właśnie się dowiedziałem, ona jest pedałem” jak to śpiewali kiedyś w Polsce. Z wielkim bólem serca anuluje więc naszego trójkąta. Domina mówi, że on/ona może oglądać jak my się ruchamy, ale ja dziękuje za to. Nie chcę żadnych ladyboyów w mieszkaniu. Abstrahując od tego, że wstydziłbym się przed ochroniarzem wchodzić z nim/nią do mieszkania, to są to po prostu nieobliczane stworzenia które mają na maksa zryty beret hormonami. Wiecie jak to się mówi, że faceci na sterydach są psychiczni? Na tej samej zasadzie, transwestytom odpierdala w czapę od faszerowania się hardcorowymi ilościami estrogenu. I tak powiesz jedno złe słowo i dostajesz butelką w ryj od ladyboya. Takie z nich kobiety, że są gotowe jebnąć cię nożem za to, że odrzuciłeś ich zaloty. I butelka i nóż widziałem na własne oczy w Bangkoku. Butelką dostałem ja, nożem jakiś gościu na ulicy, nie wiem o co poszło. Moja rada – unikać ladyboyów jak ognia. Już nie mówiąc o tym, że jak już  ktoś ma coś ukraść, to prawie zawsze jest to ladyboy. A ja mam przy sobie trochę wartościowych rzeczy bo to dopiero początek wyjazdu. I tym oto sposobem trójkąta nie było…

Tego samego dnia, po tym jak okazało się, że internet i tak nie działa i znowu nie mogę pracować, udałem się do klubu Royal. Była tam taka laseczka w czerwonej sukience która strasznie się na mnie wieszała. Początkowo jej nie chciałem, ale widziałem, że jest strasznie chętna na dupakę, więc w końcu dałem się przekonać i ją zabrałem. W drodze do domu, laska non stop mówi taxówkarzowi, że zrobię jej białe dziecko, będzie miało blond włosy i niebieskie oczy. Eee, no fajnie. Wchodzimy do mieszkanie i po prysznicu do wyra. Cały czas ona mówi, żebym ściągał kondoma i walił strzała w jej miśkę, bo ona chce mieć białe dziecko. Mówię, że ja nie chce, nie będę się zajmował żadnym gówniarzem, a tym bardziej na niego płacił. Jak myślę o dzieciach, blah, gdyby była możliwość, aby nie widzieć żadnego gówniarza poniżej 16 lat do końca życia, to brałbym taką opcję bez namysłu. A najgorsze, że nie można się z takimi poglądami afiszować przed laskami, bo przecież w ich podświadomości ruchanie jest po to, aby zaciążyć i to do tego z facetem, który przy niej będzie i będzie się opiekował nią i gówniarzem. Tak czy inaczej, cała ta sytuacja mnie podjarała i tuż przed tym jak miałem skończyć, ściągnąłem gumkę i oddałem strzał…

Wiecie jak to jest, gdy ludzie pytają „czy na pewno wiesz, że nie masz dziecka?”. Ja już nigdy nie będę pewny. Oczywiście nie wymieniałem się z nią żadnymi numerami, Facbookami, etc. Sama powiedziała, że chce się opiekować gówniarkiem, najważniejsze, żeby miało jasne włoski i niebieskie oczka. A że z kasą może być różnie, to już chyba na Filipinach nie interesuje nikogo, bo robią sobie po 10 dzieci w rodzinie.

To be continued…

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

Raport z Filipin #2018 – część 1


Manila. Jakże cudownie być z powrotem! Specyficzny smród stolicy penetrujący nos od momentu wyjściu z samolotu, urokliwy syf, sterty śmieci walające się pod nogami, szałasy Tondo, rozpadające się przy pierwszym lepszym tajfunie, do tego fajne laski i jeszcze lepsze piwo – San Miguel light. El Hombre dorado!

Na pierwszą noc po przybyciu wynająłem iście zajebisty hotel Red Doorz (słowo zajebisty jest tu sarkazmem level 100, ale o tym za chwilę) w dzielnicy Cubao / Quezon. Quezon jest największym dystryktem 13 milionowej Manili i ma też największy wskaźnik przestępstw w całym kraju, dokonuje się tu statystycznie trzy zabójstwa dziennie. Dlaczego więc wybrałem właśnie Cubao? No chyba mnie znacie. Na randkę przyjechałem, a jakżeby inaczej. A właściwie to na dwie, albowiem przewidziałem, iż jedna z syrenek może okazać się tak zwanym flakiem i się nie pojawić, toteż przygotowałem drugą – zapasową. Fortunnie, żyjemy w dziejach powszechnego dostępu do internetu i takich spotkań można sobie ustawić nawet 5 dziennie, a w takim wielkim mieście jak Manila, materiały na potencjalną przyszłą Mrs Forsaken nie kończą się nigdy.

Filipinka z Quezon

Filipinka z Quezon

Do dzielnicy Cubao udałem się moto – taxi, używając aplikacji Angkas. Taki system jest jedynym sensownym, ponieważ Manila słynie z epickich korków i jest tu chyba jeszcze gorzej niż w Bangkoku. Przypomina mi się taka anegdotka, gdy kiedyś braliśmy autobus na trasie Manila – Angeles i tuż po starcie udaliśmy się spać. Po godzinie myśleliśmy, że może już czas wstawać, bo zaraz będziemy wysiadać, tym czasem według nawigacji google maps zrobiliśmy aż 6 kilometrów.

Hotel Red Doors. Na wstępnie dowiedziałem się, że nikt nie jest w stanie potwierdzić mojej rezerwacji, ponieważ ich system nie działa. A że zapłaciłem za pokój z góry kartą, zmuszony byłem czekać, aż system wróci do życia. Po 20 minutowym check in’ie byłem już w pokoju, w którym jak się okazało nie ma deski klozetowej, woda się zasadniczo w ogóle nie spuszcza, zaś hasło do internetu które dostałem nie działa. Biegnę więc do recepcji po poprawne hasło, gdyż komputer jest mi niezbędny do pracy. Nowe hasło również nie działa, ale żeby nie było tak fajnie, że od razu sprawdziłem, kolejną niespodzianką okazało się to, że karta-klucz nie otwiera mojego pokoju. Tak więc znowu wycieczka na recepcję, żądam naprawy klucza lub zmiany pokoju, ale dowiaduje się łamanym angielskim, że karta nie działa w żadnym pokoju, nie tylko moim, stąd za każdym razem musi biegać cieć z recepcji, aby otworzyć mi drzwi swoim master-key. Pytam po raz trzeci o poprawne hasło do internetu, co wywołało konsternację na ich twarzach, zwołali cały staff, aż w końcu okazało się, że nikt z nich nie zna hasła. Oficjalnie powiedziano mi, że internet aktualnie nie działa i nie będzie działał. Super hotel 3*.

W międzyczasie pierwsza nimfa z którą byłem umówiony stwierdziła, że na pewno miałem przyjechać innego dnia i dzisiaj nie może wyjść. Bardzo ciekawe, bo jeszcze poprzedniego dnia pytała się, czy wyjść po mnie na lotnisko, a dzisiaj już twierdzi, że w ogóle nie miała pojęcia o dacie mojego przyjazdu, choć umawialiśmy się nie tylko na konkretny dzień, ale nawet i godzinę. Próbowała mi nawet robić screen shoty naszej rozmowy, aby udowodnić, że jest niewinna niczemu, na których jednak wyraźnie było napisane kiedy przyjeżdżam. Tutaj chyba winą jest ich generalnie słaby angielki. Powszechnie panuje opinia, że wszyscy Filipińczycy mówią świetnie po angielsku. Dobrze mówią chyba na tle Tajów, albo chińczyków którzy języków obcych nie znają wcale, przy czym wielokrotnie zauważyłem, że używanie bardziej wyszukanego słownictwa sprawia, że nikt nie rozumie co się do nich mówi. Aaaa, I ten ich angielski jest 100% amerykański, jeśli np. powiesz „indicator” zamiast „blinker”, to nikt się nie domyśli co miałeś na myśli.

Fortunnie całą sytuację przewidziałem i randka numer 2 była ustawiona jeszcze przed moim przyjazdem. Sam przebieg jest linearny i można by wręcz rzec nudny – umawiamy się pod moim hotelem, bo przecież nie znam okolicy i nie wiem gdzie iść można, a nawet nie szczególnie wiem jak się poruszać po okolicy. Następnie dochodzi do spotkania i standardowi filipinka nie wie gdzie można wyjść w jej okolicy. Proponuje więc abyśmy kupili San Miguele z 7/11 i zastanowili się co można robić w moim pokoju.

Około dwie godziny później ściągnąłem z niej majtki, a w powietrzu uniósł się zapach zgniłej ryby. Nie żeby mnie to jakoś specjalnie powstrzymywało, to się akurat zdarza często. Laską czasami walą cipki, tak już jest i koniec. Czasami przypomina to bardziej zapach kalmara, innym razem tradycyjny karp. Ciekawi mnie tylko, czy one tego nie czują? Bo mnie osobiście byłoby trochę głupio, gdyby po wyciągnięciu Pytona z portek w powietrzu uniósł się np. zapach zgniłych jajek albo jamy ustnej o poranku. Anyway, sama laska bardzo ładna i bardzo fajna, do tego pracuje w firmie ojca, więc sama sobie zapłaciła za taxówki. Nie żeby to była jakaś oszczędność dla mnie, ale tutaj na Filipinach zarobki są tragiczne, więc wiele lasek oczekuje wsparcia finansowego ze strony faceta. Taka z pracą i swoimi pieniędzy ma więc plus 1 w skali zajebistości. I tak nasza dziewczynka była 8/10, ale za zajebistość ma + 1 i staje się dziewiątką w skali zajebistości Forsakena. Tak btw za zapach ryby nie ma punktów ujemnych w moim rankingu.

A teraz powracamy do przygód ze wspaniały, hotelem Red Doors Cubao. Po pierwszym  waleniu zachciało mi się numer 2, więc siadam na kiblu bez deski, odwalam robotę, a tu kloc się nie tylko nie spuszcza, ale woda zaczyna się wylewać na podłogę i kawałki gówna rozpływają się w każdym kierunku. Alleluja, tego jeszcze tylko brakowało. Mówię więc mojej nimfie, że ubikacja jest nietegos, nie korzystamy. Oczywiście szybko zapomniała, a przecież ostrzegałem i jak poszła pudrować buźkę, czy tam psikać się jakimiś śmierdzącymi perfumami, to nadziała się na niespodziankę I zrobiła takie “eww”. Ale dalej mnie kocha I chce się spotykać 🙂

Tej nocy odwiedziliśmy jeszcze bary w Quezon, podobno miało się tam coś dziać, ale generalnie była trochę tragedia jak chodzi o życie nocne. O dziwo, w jednym z roof topów siedziały ze 3 białe laski. Co one tutaj robią?! Byłem przekonany, że jestem tutaj jedyną białą mordą w całej dzielnicy. Swoją drogą ceny alkoholu są absolutnie epickie na Filipinach. Za dwa San Migusie w roof top barze zapłaciliśmy 100 peso, czyli jakieś niecałe 7 zł. Piwo w takim samym miejscy w Bangkoku kosztowałoby 2 razy więcej.

Po powrocie do hotelu udaliśmy się spać. A przynajmniej próbowaliśmy spać, bo nienawidzę spać z klimatyzacją, jest mi nie tylko za zimno, ale i budzę się chory. Albo ucho boli, albo nos zatkany, albo pała nie staje…. nie no, z tym ostatnim to wiadomo, nie jest tak źle, bo dużo ćwiczeń 🙂 Tyle tylko, że jest kwiecień – najgorętszy miesiąc w tej części Azji, więc spanie bez klimy powoduje zalanie się rzeką potu.

To be continued

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

Pattaya – co warto wiedzieć


W dzisiejszym wpisie będzie o Pattaya, czyli co warto wiedzieć przed podróżą. Czym jest Pattaya tłumaczyć chyba nie muszę – znajdujący się 150km na południe od Bangkoku nadmorski kurort, aka największy burdel świata. Przy Pattaya, inne aspirujące miasta do tytułu mega – burdeolowni, takie jak Angeles na Filipinach, wydają się jedynie żałosną imitacją. I nie zrozumcie mnie źle – Angeles jest mega zajebistym miastem (możecie znaleźć raport na Azja Po Zmroku), po prostu Pattaya ma dziesięciokrotnie więcej atrakcji jeśli chodzi o życie nocne.

Największym plusem Pattaya jest to, że jest tam po prostu zajebiście tanio. Życie nocne w Bangkoku oraz na popularnych wyspach staje się niedorzecznie drogie. Przykładowo, weekendowa wejściówka do Insanity w Bangkoku to 400 batów i 220 batów za drinki w środku. O tym, że wydziwiają z dress codem, czyli długie spodnie, brak sportowych znaczków na ubraniach, etc, nawet nie wspominam. Tym czasem do Ibar w Pattaya możesz się wbić bez żadnej opłaty, w szortach i klapkach, a koszt piwa to 140 batów, który można zmniejszyć jeszcze bardziej wyrabiając kartę członkowską za jakieś grosze.

Piwo w barach w Bangkoku, średnio 120 za mało butelkę. Piwo w barach w Pattaya – 80 batów. Wiele miejsc sprzedają nawet za 60, wliczając w to wiele klubów go go, gdzie laski świecą cyckami i piczkami. Taki sam go go w Bangkoku to minimum 170 za małe piwo. W Pattaya są oczywiście droższe go go, z tymże te najdroższe mają po prostu standardową cenę z Bangkoku.

Jedzenie – jeśli zostajemy przy korycie tajskim, to ceny w Pattaya są nieco niższe, natomiast jeśli chodzi o Zachodnią kuchnię, to Pattaya jest absolutnym zwycięzcą. Przykładowo, w Pattaya można zjeść porządnego steka za 100 – 150 batów, za taki sam talerz w Bangkoku należy liczyć 200 – 250. Osobiście, preferuję tajskie jedzenie, natomiast w Pattaya jem tylko zachodnie, właśnie dlatego, że jest tańsze niż to co mam na co dzień w stolicy i po prostu się opłaca cenowo.

Hotele – Pattaya ma najlepszą bazę noclegową w całej Tajlandii jeśli chodzi o stosunek jakości do cen. Poza sezonem, możesz mieć np. hotel z basenem za 500 batów. Akurat Bangkok również ma bardzo rozsądną bazę noclegową, ale to nie temat tego artykułu.

Temat których wszystkich interesuje, czyli ile liczą sobie laski za swoje towarzystwo będzie trochę później, teraz tylko zdradzę, że również w Pattaya jest sporo taniej jeśli chodzi o ten aspekt. O tym jak upolować laskę bez płacenia w Pattaya, również będzie poniżej.

Jak dojechać z Bangkoku do Pattaya 

Po pierwsza udajemy się na lotnisko Suvarnabhumi. Tutaj mówię jak dojechać najlepiej, a nie najtaniej, bo oczywiście można się jebać przez mega korki Bangkoku i jechać z terminalów autobusowych za 120 batów. Za to z na lotnisko jedzie szybki pociąg omijający wszystkie korki. Autobusy odjeżdżają co godzinę i z lotniska wyjeżdżają od razu na autostradę, ale aby nie czekać na losowy i upewnić się, że mamy miejsce, lepiej zarezerwować bilet przez internet w Bell Travel Service (google aby znależć ich stronę). Bilet kosztuje 250 batów, ale podróż idzie sprawniej i odwiozą cię pod sam hotel (o tym gdzie spać będzie za chwilę) . Taxi z centrum Bangkoku powinna z licznikiem kosztować 1,000 batów, ale jeśli nie znasz tajskiego, to zapomnij, że któryś cię zabierze. Za 1,500 biorą bez problemu i z Bangkoku i z lotniska, tylko jeśli chodzi o lotnisko – zapomnij o tych chujach którzy stoją na stanowisku taxówek, to są cwaniaki czekające, aby opierdolić naiwnych turystów. Dużo lepiej podjechać na departure floor na samej górze i tam zagadywać do taxówkarzy którzy właśnie wyrzucają ludzi którzy przyjechali na lotnisko. Stąd bez problemu powinni pojechać za 1500, albo mniej, jeśli masz cierpliwość negocjować. A jeśli nie chcesz rozmawiać z tymi bałwanami (celowo zwracam się bez żadnego szacunku, bo taxówkarze w Tajlandii to najgorsi Tajowie jakich spotkasz) to zainstaluj Grab Taxi albo Uber i wtedy bez negocjacji jedziesz za 1200 – 1500. Przy okazji, zanim zapomnę, powrót z Pattaya do Bangkoku jest dużo tańszy – trick jest w tym aby ustawić się na wylotówkę do Bangkoku i patrzeć które taxi mają rejestracje z Bangkoku. Jak złapiesz taxi która wraca pusta do stolicy, bez problemu możesz jechać nawet za 800.

Ja tym czasem nie cierpię transportu publicznego, a taksówkarzy jeszcze bardziej i zawsze jeżdżę motorem. Akurat mieszkam na Asoke, skąd biorąc trasę Rama 4 do Onnut i dalej na Chonburi, trasa zajmuje mi 2 godziny z centrum Bangkoku do Pattaya. Można bez problemu cisnąć 130 na godzinę po świetniej autostradzie. Jeśli chcesz wypożyczyć motor, to możesz się do mnie odezwać (dostępne do wynajmu 125, 250 i 600 cc). Po drodze proponuję z Chonburi zjechać do Ang Sila i Bang Sean, i jechać nad wybrzeżem z pięknymi widokami, przez wzgórze z dzikimi małpami, aż do miasta Siracha. Nie wiem dlaczego, ale bardzo lubię Siracha i zawsze zatrzymuje się tam na kawę. Po prostu przyjemne miasto. Taka trasa zajmuje oczywiście więcej czasu.

Gdzie spać w Pattaya 

Spać można oczywiści wszędzie, natomiast powiem gdzie ja zawsze śpię i dlaczego. Moim głównym kryterium wyboru hotelu jest bezpieczny parking, bo mój motor za bardzo rzuca się w oczy i choć w Tajlandii generalnie nikt nie kradnie, to jak mają ci coś zajebać, to prawdopodobnie właśnie w Pattayi. Poniżej zamieszczam mapkę obszaru gdzie warto (według mnie) wynająć pokój i już wyjaśniam dlaczego.

Pattaya, mapa, Tajlandia

Pattaya, mapa, Tajlandia

Wszystko pomiędzy ulicą Beach road a Pattaya Sai Song road jest świetną lokalizacją z jednego powodu – jeżdżą tam tak zwane Song Teaw, czyli pick upy przerobione na autobusy, całą dobę, z częstotliwością co kilka minut. Bilet kosztuje 10 batów. Czasami kierowcy próbują cwaniakować i chcą 200 licząc na to, że jesteś świeżakiem, wtedy należy zatrzymać następnego. Obie ulice są jednokierunkowe, czyli jeśli zjeżdżamy Beach road, to udajemy się w kierunku Walking Street, a jeśli jedziemy Pattaya Sai Song, to udajemy się w kieruku słynnej soi 6.

Czy warto rezerwować hotele z góry? To kwestia indywidualna. Pattaya ma tak dużą bazę noclegową, że bez problemu można znaleźć coś „z buta”. Wszystko od 400, 500 batów w górę nadaje się już do spania. Oczywiście dla chcących standardu 4* lub 5* Pattaya również oferuje wiele opcji i w zaznaczonym przeze mnie obszarze znajdziesz wiele hotelu. Pokoje szukamy standardowo przez booking, agoda lub airbnb. O ile nie przyjeżdżamy w okresie typu nowy rok lub inne duże święta, bez problemu można znaleźć zakwaterowanie bez uprzedniej rezerwacji.

Do których hoteli można bez problemu przyprowadzać dziewczyny? Odpowiedź bardzo krótka – do wszystkich. Gdyby któryś hotel nie zgadzał się, lub próbował więcej skasować za gościa, szybko wypadłby z rynku, bo nie zapominajmy, 90% ludzi przyjeżdżających do Pattayi jeździ po to, aby grzmocić Tajki.

Gdzie imprezować w Pattaya?  

Pattaya mapa, Tajlandia, imprezy

Pattaya mapa, Tajlandia, imprezy

No to jedziemy z koksem 🙂 Kolejność losowa, nie daje niczemu priorytetów.

Beach road, czyli ten sam obszar w którym polecam spać, ma setki barów, restauracji, klubów go go, masaży, lasek sprzedających się na plaży, etc. Nie mam tu żadnych ulubionych miejsc, tego jest po prostu za dużo. Czuć nadmorski klimat, jest tam generalnie plaża, choć brzydka i woda brudna (druga plaża w Pattaya – Jom Tiem, jest lepsza), to zawsze zdjęcie można cyknąć i nogi zanurzyć. Lubię tam też na plaży się napić piwka w nocy.

Walking street – najpopularniejsze miejsce w Pattaya z setkami klubów go go, różnego rodzaju knajp gdzie można zjeść homara, lub wielkie krewetki, a także masa hoteli, głównie godzinowych (tutaj tip co czasami robię w weekendy. Ponieważ i tak chodzę spać około 6 rano, szukam hotelu dopiero o 4 w nocy i mówię, że będę spał do 18stej. Jeśli mają wolny pokój to bez problemu się zgadzają i za 700, 800 batów można się wyspać, zamiast robić check out o 12 w południe). Najlepszy klub go go na Walking Sreet to Windmill, jest chyba najbardziej hardcorowym w całej Tajlandii, gdzie dziewczyny chodzą z ręczniczkami podcierają sobie piczki, po tym jak klienci robią im minetki za 100 batów. Najlepszy klub nocny (według mnie) to Ibar. Jest to miejsce gdzie prędzej czy później większość lasek z go go, po zakończeniu pracy idzie dalej imprezować. Poza sezonem na jednego faceta przypada tam 5 lasek i jeśli jest odpowiednio późno, to możesz łapać te same laski która w go go chcą 3000, nawet za 1000 i to na całą noc. Więcej o cenach trochę później. Około 5, 6 rano otwiera się klub JP Pool gdzie pozostają niedobitki Pattajskie. Nie znajdziesz lepszych cen na laski niż w JP Pool nad samym ranem.

Soi Buakhao – jest to długa ulica na której znajdziesz najtańszą bazę noclegową (nawet za 300 batów), podobnie do beach road, jest tu masa masaży, barów z hostessami, restauracji, you name it. Jest tu również prowadzony przez francuza blow job bar, gdzie za 800 batów można dostać dodatek do piwa.

LK METRO – największy po Walking street zlepek baróg go go z cenami za drinki od 60 batów. Na ulicy można też zjeść taniego kebaba lub burgera.

Beach road soi 6 – jedna ze sławnych ulic w Pattaya, na której znajduje się ekstremalnie duża ilość barów z dziewczynami. Poza blow job barami, których jest tu z 5, i to takich hardcorowych, gdzie laski walą pały na sofach przy innych klientach, znajdziesz tu bary z pokoikami na górze. Za 1000 batów + 300 bar fine, możesz grzmocić niemal każda laskę na tej ulicy (za orale 700 / 800 bez bar fine)

Gdzie znaleźć laski za kasę i ile to kosztuje – o to się nie musisz bać, wszak to one znajdą ciebie. Ceny zależą nie tylko od jakości dziewczyn, ale od tego jak ty się prezentujesz. Jak masz blond włosy, niebieskie oczy i dobre ciało, to często udaje się i bez kasy, ale generalnie cena to 500 – 5,000. Kiedyś jakiś potwór oferował mi nawet za 320 (do dzisiaj nie wiem skąd to 20 – może inflacja?). W każdym barze i masażu możesz zabrać dziewczynę ze sobą po zapłaceniu bar fine, które w większości wypadków wynosi 300 batów. Jeśli nie chcesz płacić bar fine, to umów się z laską w Ibar po jej pracy i omijasz tą opłatę.  W go go zazwyczaj chcą co najmniej 2000, 3000 za krótki strzał, masaże około 1000, na plaży nawet za 500. Po drodze na wzgórze potwory mówią 300, pewnie polują na jakiś hindusów. Absolutnie najlepsze deale są w późno otwartych klubach nocnych typu Ibar, Insomnia, 808, Lucifer, JP Pool. Tam za 1000 – 2000 masz na całą noc. Naprawdę nie ma stałego cennika. Wszystko zależy od tego jak wyglądasz, czy rozbawiasz towarzystwo, czy zamulasz, czy umiesz negocjować, etc.

Gdzie znaleźć laski bez płacenia – najpierw pamiętaj, że 90% lasek w Pattaya to dziwki. Kiedyś myślałem, że ciężko jest znaleźć bez płacenia, ale szybko odkryłem, że nawet każda dziwka chce mieć chłopaka, lub po prostu lubi się ruchnąć z facetem który jej się podoba. Dodatkowo w Pattaya jest masa turystek z Bangkoku, zwłaszcza w weekendy i niekoniecznie są to dziwki. Moja taktyka – walczę tak długo aż się uda, nawet jeśli jest to 5 rano, a jeśli polegnę to zaczynam dzwonić do lasek z którymi już kiedyś się pukałem bez kasy i prawie zawsze się udaje. Mam co najmniej 3 miejsca w których mógłbym spać za darmo, ale nie po to jadę do Pattaya, żeby spędzać czas z jedną laską. Gdzie poznaje dziewczyny? Większość w Ibar i JP Pool, późno w nocy. Na drugim miejscu jest Facebook, codziennie dodaje mnie z 5 lasek i jak są fajne do je potwierdzam. Potem robię check in, że jestem w Pattaya (to dotyczy też innych miast) i z lasek  które klikają like i są na miejscu, zagaduje. Zdarzyła mi się też laska z soi 6, a także dziewczyna którą znam z prowincji Surin, a która przeprowadziła się do rodziny w Pattaya. Także podsumowując poznać można wszędzie. Moja taktyka – nigdy nie rozmawiaj o żadnych pieniądzach, bo jeśli zapytasz czy chce, to na 95% odpowie, ze tak. Takie miasto. Jeśli ona z własnej inicjatywy wyjeżdża z tematem odpowiadasz „to ty jesteś PROSTYTUTKĄ?! Myślałem, że też mnie lubisz, bo ja ciebie naprawdę lubię”. Jak mówi, że chce kasę, to atakuje następny cel. Uwaga techniczna – może się zdarzyć, że będzie chciała kasę dopiero rano, to się zdarza w Pattaya, ale wtedy też jesteś do przodu, bo nie umawialiście się na żadne kwoty, więc rzucasz 1000 i jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby marudziły, że za mało. W końcu nie umawialiście się na  żadne szczegóły.

Jak chodzi o wyrywanie bez kasy, to w Pattayi wymaga to trochę więcej skilla, jeśli nie idzie ci w Bangkoku, to nie spodziewaj się, że w Pattaya będzie łatwiej. I bądźmy realistami, jeśli jesteś gruby, masz 20, 30 lat więcej niż dziewczyna, to jej motywacją do spotykania się z tobą są tylko pieniądze. Dużo osób nie wierzy, że w Tajlandii w ogóle da się pukać bez płacenia, mnie nie zależy na tym aby kogokolwiek przekonywać – będzie więcej dla mnie. I chociaż uważam się za doświadczonego gracza, to moi znajomi też dają radę nawet w Pattaya, więc jak najbardziej się da, to nie ja jestem jakiś wyjątkowy. I dla tych którzy myślą, że „liczyła na coś więcej”, a ja „oszukałem”, to niby dlaczego spotykają się ponownie i ponownie, wiedząc, że nie mają z tego żadnej finansowej korzyści? Mam w Pattaya co najmniej 5 stałych gików, czyli lasek z którymi się rucham i zawsze chętnie się spotykają.

Co robić w dzień – Pattaya nie ma aż tak dużo do zaoferowania w dzień, ale dalej jest kilka świetnych miejsc jak np. wyspa Koh Larn, o której już pisałem na tej stronie. Dodatkowo jest bardzo fajne wzgórze widokowe, nurkowanie, etc (jeśli ktoś ma ochotę, to mogę polecić polską firmę na nurkowanie). Markety wodne, tygrysy i słonie to raczej gówno dla masowej turystyki, nie polecam.

Jeśli chcesz zobaczyć te wszystkie oraz bonusowe miejsca, to przypominam, że pracuję w turystyce od wielu lat i pokazuje Tajlandię zawodowo. Wypad w grupie do 4 osób od 120 USD. Przy większej ilości osób należy skontaktować się na maila. 

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

 

Z Bangkoku do Laosu motorem – 600 km na dwóch kołach


Po tym jak moja wiza pracownicza została trzykrotnie odrzucona przez urząd imigracyjny w Bangkoku, kilka dni temu postanowiłem udać się z tymi samymi dokumentami do konsulatu Tajlandii w stolicy Laosu. Pomimo tego, iż Laos nie jest moim ulubionym miejscem, a Vientiane jest 700 tysięczną wioską, w której po 12 w nocy ciężko spotkać żywą dusze na ulicy, to jednak tamtejszy konsulat ma opinię bycia najbardziej przyjaznym w rejonie. Wyjazd okazał się rozsądną decyzją i takoż po praz pierwszy od 7 lat pracuję w Tajlandii legalnie na wizie non-immigrant B.

Motorem z Bangkoku do Laosu

Motorem z Bangkoku do Laosu

Jak dostać się do Laosu? Najprościej oczywiście polecieć samolotem. Bezpośrednie połączenie na trasie Bangkok – Vientiane istnieje w linii Air Asia, choć dużo taniej wychodzi polecieć do miasta Udon Thani z Lion Air (30$ w każdą stronę), po czym przejechać lądem do granicy w Nong Khai (60 km) i przejść na drugą stronę. Vientiane jest tuż przy granicy, podróż zajmuje 20 minut i kosztuje 3$ za taxówkę lub jakieś drobne za autobus.

Ja jednak wybrałem inną opcję – postanowiłem przejechać całą trasę na CBR. Nie jest to oczywiście najbezpieczniejsza opcja, tym bardziej nie najszybsza, ale zdecydowanie najbardziej ekscytująca. Dodatkowo, będąc trochę jak przysłowiowy marynarz, który ma w każdym porcie inną, możliwość zatrzymywania się po drodze w moich ulubionych miastach i odwiedzanie koleżanek, przymówiła za tą właśnie opcją. A zatem w drogę…

Jak się jeździ w Tajlandii. Generalnie bardzo wygodnie – drogi są bardzo dobre, z północy na samo południe są duże autostrady, miejscami mają nawet 5 pasów w każdą stronę. Stacje benzynowe, restauracje, wodopoje etc, są w bliskich odległościach. Co 30 km są warsztaty w których można dokonać drobnych napraw w razie potrzeby. Generalnie przez większość trasy sunąłem 120km/h i była to przyjemna podróż. Oczywiście polecam pamiętać, że w Tajlandii na drogach ginie 30 osób dziennie, natomiast ja nauczyłem się prowadzić dopiero tutaj na miejscu (w Europie nigdy nie prowadziłem) i to właśnie w Tajlandii czuje się najbezpieczniej. Kiedy prowadzę w innych krajach, nie wiem czego się spodziewać po innych kierowcach. Tutaj wszyscy są przewidywalni.

Przejechanie z Bangkoku do Udon Thani zajęło mi około 10 godzin z postojami. Zalogowałem się do mojego ulubionego hotelu i nie tracąc czasu, odpaliłem Tinder i Thai Friendly. Na jakieś efekty trzeba było chwilę poczekać, a ja w między czasie ruszyłem zrobić rundę po barach. Swoją drogą, dobrze działa motor na laski, co chwile przybiegają zrobić sobie zdjęcie z zadają głupie pytania typu „czy jest szybki”.

O północy postanowiłem podjechać pod klub Phoenix. Duży, duży, błąd. Jak się jest po 5 piwkach, to lepiej wiedzieć gdzie są check pointy policyjne, bo inaczej się można wdupić, tak jak mi się to udało. Dmuchnięcie w alkomat i zapaliła się czerwona lampka. Ooops. Oficjalnie w Tajlandii grozi za to noc w areszcie (wypuszczają dopiero następnego dnia około 15stej) oraz szybka rozprawa sądowa i 20,000 batów kary. Wydmuchałem 0,65 i choć policja była całkiem przyjazna, jak to w tych rejonach bywa, to jednak zabrali mi motor i zaczęli proces aresztowania. Mnie się jednak śpieszyło, następnego dnia z samego rana musiałem już być w Laosie i nie było opcji, żebym spędzał noc w areszcie. Po 15 minutach negocjacji, policyjnym samochodem podjechaliśmy pod bankomat i musiałem wyskoczyć z 8,000 batów „bez wypisywania”. W drodze powrotnej w ostatniej chwili złapaliśmy policjanta, który odpalał już mój motor aby odwieźć go na komisariat.

W Bangkoku nigdy nie zatrzymuje mnie policja, ostatni raz chyba z 2 lata temu. Wynika to z tego, że znam każde miejsce w którym mogą się rozstawić i po prostu nie przejeżdżam przez te punkty. Stąd też moje złudne poczucie bezpieczeństwa, „skoro nie złapali mnie przez 7 lat, to na pewno i nie dzisiaj”. Więcej już na pewno nie mieszam alko z prowadzeniem, bo za drogo wychodzą ewentualne wpadki.

Oczywiście ochota na imprezę mi przeszła, za to zachciało mi się więcej alkoholu. Bary w Udon Thani są zamykane punkt 12, wtedy po imprezowych ulicach łazi mnóstwo ludzi. Zagadałem do jakiejś laski, żeby załatwiła mi piwerko i po 5 minutach oboje sączyliśmy  San Miguel light. Po pół godzinie byliśmy już w jej hotelu. Na początku wydawało mi się, że ona jest zwyczajnie mało kumata, dopiero w hotelu zauważyłem, że jest na haju. Skurcze mięśni, drapanie, łapanie się za głowę, wielkie czarne źrenice. Czasami wycoodziła do łazienki, tylko po to, żeby od razu wrócić. Innym razem mamrotała sama do siebie. Stawiam, że paliła Ice. Pytam co brała, mówi, że nic. Ale mnie się oszukać nie da. Była dobrze zrobona, więc bez tracenia czasu popchnąłem ją na łóżko i noc zakończyła się w typowy sposób. Tuż po akcie musiałem iść spać – zostało mi kilka godzin snu, więc od razu wróciłem do hotelu. Powiedziałem jej jeszcze na wyjściu, że jeśli naprawdę nic nie brała, to niech następnym razem nie zostawia drinka samego w barze, bo na 100% była na dragach.

Prowincja Loei

Prowincja Loei

Następnego dnia o 7 byłem już na trasie Udon Thani – Nong Khai. Z granicy udałem się prosto do konsulatu i wyszedłem bardzo zadowolony, gdyż moje dokumenty zostały przyjęte bez nawet żadnego komentarza. W Bangkoku co chwile im się coś nie podobało i musiałem uzupełniać dokumenty o same pierdoły typu zaświadczenie o niekaralności. Wiza kosztuje 2000 batów (zwykła turystyczna 1000).

W Laosie generalnie nie wolno spać z dziewczynami – to znaczy jest to prawnie zakazane i nielegalne. Teoretycznie jeśli chcemy iść z Laotanką do hotelu, należy pokazać akt małżeństwa. Dlatego też moim priorytetem przy wybieraniu hotelu było upewnienie się, czy aby na pewno mogę tam z kimś wrócić. W recepcji pytałem prosto z mostu czy nie ma problemu jeśli wrócę z dziewczyną i zabrałem pierwszy hotel który się zgodził u jakiś typków z Bangladeszu.

Po kilku godzinach snu, zabrałem się za odszukanie Bee – dziewczyny z którą spędziłem noc rok temu, kiedy byłem w Laosie. Niestety dała mi wyłącznie Line ID. Mam na liście jakieś 1000 kontaktów, więc przejechanie przez nie wszystkie kilkukrotnie aby ją znaleźć, zajęło mi dużo czasu i nie przyniosło efektu. Stawiam, że zmieniła imię i usunęła zdjęcie, bo nie udało mi się jej znaleźć. Druga próba – przejechałem przez cały Tinder aż skończyły mi się Like’i. Również fiasko. Ostatni desperacki akt – udałem się do baru w którym ją poznałem i pokazywałem jej zdjęcie obsłudze. W końcu znalazłem jedną barmankę która ją zna (choć nie ma do niej kontaktu). Powiedziała, że Bee już tutaj nie bywa, ponieważ wzięła ślub i jest siedzi w domu z mężem. Ehh…

Mój następny cel – Bor Pen Nyang. Dopiero teraz odkryłem ten bar i byłem przyjemnie zaskoczony, ponieważ był dość pełny, pomimo tego, że Vientiane to wieś i knajpy są raczej pustawe, a ludzie chodzą spać o 11, aby rano zasuwać na pole ryżowe. Sącząc browarka Lao zdążyłem się umówić z jakąś laską przez Tinder, miała podjechać do baru na motorku. W między czasie zawołała mnie do stolika inna Laotanka, która miała przy stoliku koleżankę i jakiegoś białego, jak się okazało – Polaka, który też mieszka w Bangkoku. Olałem laskę z Tindera i skupiłem się na tej z baru. Postawiłem jej drina, wypiłem jeszcze jedno piwo i o 12:30 zamknęli bar. Wtedy też, bez żadnych obiekcji poszliśmy razem do mojego hotelu, gdzie mieliśmy dwie rudny – nocną i poranną.

Tego dnia musiałem odebrać mój paszport z konsulatu i okazało się, że Laotanka akurat jedzie do Khon Kean w Tajlandii do chirurga, zrobić sobie sylikonowe cycki. Stać ją na sztuczne cycki, ale oczywiście nie zapomniała poprosić o 3 dolary na tuk tuka. Akurat miałem przejeżdżać przez Khon Kean w drodze powrotnej i dogadywaliśmy się, że pojedziemy razem motorem, ale ostatecznie zmieniła zdanie, bo do jej podróży chciała się przyłączyć jakaś koleżanka.

Laos jest super pod względem językowym, bo dosłownie każdy mówi tam po tajsku i to nie, że trochę, tylko płynnie, rozumieją dosłownie wszystko, włączając w to slang, a także problemu czytają tajski, nawet pomimo tego, że ich alfabet jest inny. Nie wiem czy laotańskie potrawy są takie same jak tajskie, ale jak im podawałem nazwy typu „pad pring geng tale” to przychodziły bez problemu i smakowały jak tajskie. Jednym z minusów Vientiane są ceny za jedzenie, co-najmniej 2 razy większe. Zarówno street food, jak i restauracje. W Tajlandii można jeść za 40 batów na ulicy i od 120 w restauracji. W Laosie było to razy dwa. Za to alkohol jest o połowę tańszy, więc akurat się wyrównywało.

Po odebraniu paszportu musiałem wracać jak szybko się da, ponieważ nie chciałem jechać motorem w nocy z ograniczoną widocznością. Niestety zanim przekroczyłem granicę, była już 15:30 i nie byłem w stanie zajechać daleko. Ostatecznie postanowiłem zmienić trasę i skręcić do prowincji Loei, gdzie znam pewną Tajkę, która wiedziałem na 100%, że będzie zainteresowana spędzeniem ze mną nocy. Co ciekawe, jest to jedna z Tajek, której jakiś życzliwy czytelnik przetłumaczył Azje Po Zmroku i „donosił”, że jestem bad boyem na którego trzeba uważać. Jak słodko, hehe 🙂

22894491_10213659548258875_8818801931646694715_n (1)

Motorem z Laosu do Bangkoku

Prowincja Loei przywitała mnie mrozem. 20C to dla mnie ekstremalna temperatura, było tak zimno, że nie bardzo mogłem jechać motorem. Ubrałem na siebie 3 koszulki i dalej dygotałem. Nic cieplejszego przy sobie nie miałem.

<<<Sekcja z Loei usunięta na prośbę dziewczyny o której tutaj pisałem>>> 

Było już po 12. Ja pojechałem prosto do klubu o nazwie Robot. Impreza mega fajna, tylko ja całkiem na trzeźwo – nie chciałem, aby znowu policja mnie zgarnęła. Piłem wodę gazowaną i robiłem wszystko co w mojej mocy, aby Tajowie nie polewali mi whiskey. Jak ktoś był w klubie tajskim to wie o czym mówię – Tajowie na widok białego muszą się stuknąć szklanką, a jak w szklance brakuje whiskey, to od razu leją ze swojej butelki bez pytania. Po jakiś 40 minutach zostałem zaproszony do stolika, 2 Tajów i 4 Tajki. Oczywiście była to wielka sensacja – farang mówi po tajsku. Bombardowali mnie tymi samymi pytaniami z każdej strony, ale dzięki temu szybko „zgrałem się” z jedną z dziewczyn. Przytulaliśmy się, tańczyliśmy razem i byłem już na 90% pewny, że noc skończymy razem. Sytuacja mnie bardzo wciągnęła, ponieważ rano zrobiłem Laotanke, wieczorem Tajkę z Loei, a tu mi się klei trzecia laska i przyznam, że zrobienie trzech w jeden dzień byłoby moim życiowym rekordem. Niestety, kiedy tylko wypili flaszkę, wszyscy zebrali się razem. Na pytanie czy nie chce zostać ze mną, powiedziała nazwę baru gdzie pracuje i, że mogę ją tam odwiedzić następnego dnia, ale dzisiaj będzie już wracać. I dupa a nie rekord, ciężkie życie.

Rano następnego dnia planowałem przejechać 420 km do Lopburi, ale okazało się, że mam klienta na następny dzień, więc ostatecznie skończyło się na 600 km rajdzie aż do Bangkoku. Przejechanie przez Loei było naprawdę zajebistym doświadczeniem – super góry, wysokie i ładne, nawet nie wiedziałem, że gdzieś poza okolicami Chiang Mai są tak wysokie góry w Tajlandii. Co chwile ostre zakręty, ale mając pożądany motor z dużymi oponami, gibanie się na nich było super zabawą… Po około 10 godzinach dojechałem do Bangkoku i tego dnia nie miałem już siły na nic – udałem się prosto do łóżka. Te kilka dni spania po pare godzin zostawiło odcisk na kondycji. Mimo to, było zajebiście i ciesze się, że nie leciałem samolotem.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

Yangon – raport z największego miasta Birmy


Dzisiaj nietypowy artykuł, albowiem Birma jest bardzo nietypowym miejscem w SEA. W skrócie – nie ma tam kurwa nic. Kiedyś już pisałem raport z Birmy na tej stronie, byłem w Mandalay, Bagan, Inle oraz jedną noc w Yangon. Wtedy też obiecałem sobie, że do Yangon kiedyś powrócę na trochę dłużej, ponieważ było to jedyne miejsce godne uwagi. Podczas poprzedniego wyjazdu, większość kontaktów z dziewczynami ograniczała się do dostawania numerów telefonów na ich stare nokie przypominające cegłówki, po czym nie dało się do nich w ogóle dodzwonić – zwyczajnie nie odbierały telefonu. A jak było tym razem? O tym dowiesz się z poniższego artykułu.

Birma, Yangon

Birma, Yangon

Jak się dostać do Birmy? Większość lotów jest oczywiście na trasie Bangkok – Yangon, ceny są bardzo przystępne, za około 100$ można lecieć tam i z powrotem. Z wjeżdżaniem do Birmy lądem jeszcze do nie dawna były duże problemu, jak jest teraz, nie jestem pewien, ale znając ich stan dróg, jechanie tam lądem jest raczej słabym pomysłem, zwłaszcza, że bilety na samolot są bardzo atrakcyjne.

Wiza. Wjeżdżając do Birmy należy mieć wcześniej wizę, którą zdobywa się na dwa sposoby – albo w ambasadzie Birmy, albo prościej – przez internet za 50 USD. Wiza przychodzi do 3 dni roboczych.

Zakwaterowanie – infrastruktura w Birmie jest marna, hoteli nie jest dużo i są przenocowane o słabej jakości.  Jak zawsze polecam Airbnb, czyli stronę w której wynajmuje się mieszkania od prywatnych osób. Tak też zrobiłem tym razem i miałem całym 1 bedroom apartment dla siebie za 25 USD, przy People’s Park. Powodem dla którego zdecydowałem się na cały apartament, był motywowany głównie brakiem recepcji. Podczas ostatniej wizyty w Yangon, „miła” recepcjonistka nie chciała wpuścić mojej laski, ponieważ nie miała ona przy sobie żadnego ID i zamiast spać w fajnym hotelu zapłaconym przez firmę, musiałem biegać i szukać jakiejś taniej speluny gdzie łaskawie wpuszczą moją birmańską landrynę. Tutaj dodam jeszcze, że Airbnb oraz jakikolwiek wynajem mieszkań tudzież pokoi od osób prywatnych jest w Bimie nielegalny.

Transport – taxówki w Yangon, choć jeżdżą bez licznika i trzeba się targować, są śmiesznie tanie. Za dojazd z lotniska do apartamentu zapłaciłem 5 USD. Większość kursów w mieście można zrobić za 2, 3 USD. Oczywiście trzeba się chwilę potargować, ale trwa to dużo krócej niż w sąsiedniej Tajlandii.

Jedzenie – street food wygląda trochę podle, smakuje dobrze, ale ma inny problem – jego wartości odżywcze są bardzo marne. Znikome ilości białka oraz błonnika, czyli dwóch najbardziej wartościowych składników. Zwykły street food kosztuje jakieś 0.75 USD, ale żeby zjeść jak człowiek, czyli mieć np. jakieś mięso w ryżu zamiast jednego jajka, trzeba zapłacić 3 USD.

22154225_10213423535078693_425547476583212800_n

Birma, Yangon

Alkohol – ceny alkoholu są takie jak w Tajlandii, czyli drożej niż w Polsce, ale zdecydowanie taniej niż w krajach muzułmańskich. Duże piwo w sklepie to niecałe 2 USD, w klubach zasadniczo nie dużo drożej, przy czym prawie każdy klub życzy sobie 10 USD za wejście. Lane piwo w barze również wychodzi tanio.

Co zwiedzać w dzień – to jest strona o życiu nocnym, więc nie będę się rozpisywał, ale powiem jednym zdaniem, że w ogóle nie ma czego zwiedzać. 5 milionów ludzi w mieście i najciekawsze miejsce to park w którym młodzież chodzi się ruchać w krzakach zakryci  parasolką lub dwiema (nie żartuję). Są oczywiście jakieś kamienie na kamieniach, świątynie i inny kicz typu Szwedagon pagoda, czy Sule. Nie warte nawet minuty uwagi. To oczywiście moja subiektywna ocena, jak ktoś się nie zgadza, to niech sobie przekreśli to zdanie markerem na monitorze i dopisze co uważa za bardziej stosowne.

Kluby – liczba klubów wygląda całkiem imponująco, ale niestety jak się zacznie po nich chodzić, to się okazuje, że jest trochę tragedia. Najbardziej polecanym jest klub / bar o nazwie Emperor, który jest zwykłym burdelem. I najgorsze, że ten burdel, był najciekawszym miejscem w całym Yangon :/ Miejsce było nietypowe (wjazd – 8 USD), bo zaraz na wejściu dosłownie atakuje cię 10 lasek i prawie cię rozrywają na strzępy, żebyś tylko którąś zabrał na dupcing do hotelu. Do tego co minutę podchodzą nowe dupeczki i próbują się lepiej zareklamować niż te które już na tobie wiszą. Nie sępią na żadne drinki, przynajmniej mnie żadna nie pytała, chociaż jak zobaczyłem jakie tam tanie piwo (2 USD), to kupowałem im z własnej woli, ale to dopiero po 15 minutach jak obczaiłem o co w ogóle chodzi w tym miejscu. Na środku jest tak zwany fashion show, czyli niby lepsze dupy prezentują wdzięki i kupuje im się kwiatki w ramach adoracji, podobnie jak w innych krajach lady-drinki. Te dziewczynki z fashion show też atakują klientów, tylko zamiast pytania o 70 USD, starują z 100 USD za noc. Ceny są na pewno do negocjowania. Laski z fashion show pracują dla klubu, reszta to freelancerki.

Klub Vibe – sausage festival, czyli 80% faceci i 20% lasek, z których większość przyszła już z jakimiś kolesiami. Spośród tych kilku które były same, prawie żadna nawet na mnie nie spojrzała. Zagadałem do jednej, jej kompletny brak angielskiego uciął rozmowę na starcie.

Harry Bar – znajduje się w Myanmar Plaza, wygląda na całkiem fajne miejsce, masa ludzi, dużo międzynarodowego towarzystwa. Prawie bym polecał, gdyby nie to, że po zamówieniu paru piwek i kilku przekąsek, przyszedł rachunek na 100$. Zaraz jakieś Janusze którzy kładą kafelki Niemcom będą krzyczeć, że przecież 100$ to jest nic, oni jak są na wakacjach w Azji 2 tygodnie w roku, to się muszą poczuć jak królewicze, więc celowo przepłacają za wszystko 6 razy. Natomiast 100$ to jest miesięczna pensja Birmańczyka, więc z tego względu nie polecam.

The Penthouse – fajna miejscówka ze spoko widokiem, coś prawie jak Sky bar, byłem tu na randce z filipinką (więcej o tym później). Niestety, wbrew temu co powiedziała mi filipinka, czyli że jakoby jest to „meat market”, gdzie przychodzi dużo  zajebistych dupeczek szukających białej kiełbasy, poza nami było tam faktycznie kilka rzeczywiście fajnych sztuk, ale wszystkie przyszły z jakimiś starymi Japończykami. Podsumowując – dobre miejsce na przyprowadzenie dziewczyny, ale absolutnie nie to poznawania.

The Muse – totalna porażka. Oczywiście płatne wejście, żeby klienci nie uciekli od razu. W środku może 6 osób, o dziwo były jakieś wolne dziewczyny, to się trochę pomizialiśmy, aczkolwiek ich jakość była słabiutka. Jedyną fajna kumpel od razu dorwał, dla mnie już nic nie zostało ciekawego. Dodam, że było to w sobotę około 12 w nocy. Omijać.

Pioneer – jeden z najbardziej polecanych klubów. Byłem tam o 22, kiedy w środku były same dziewczyny i zapowiadało się bardzo dobrze, chociaż po sposobie ubierania się, widać było, że to 90% dziwki. W pewnym momencie przyszedł nawet do mnie ochroniarz i powiedział, że laski zapraszają mnie do stolika, ale ich pierwsze pytanie to „what hotel you staying at” (czyli – szybko sprawdźmy czy śpi w drogim hotelu i jest warto marnować na niego czas). Jak powiedziałem, że mam apartament, to chyba nawet nie zrozumiały o co mi chodzi. Anyway, uciekłem szybko bo to były jakieś sztywne dziwki ewidentnie. Koło godziny 11:30 klub zrobił się pełny. Fajnie, nie? Wcale nie! Znowu 90% facetów i 10% lasek. Tragedia. Kumpel pytał się jakiś dziwek po ile chodzą, zaczynały od 100$.

Umawianie się przez internet

DateInAsia – na Birme jest całe 4 profile 😀 Oczywiście napisałem do wszystkich i dwie nawet odpisały, ale żadnej nie było w Yangon. Mam na FB kilka Birmanek, to samo – żadnej nie ma w Yangon.

Tinder – ostatnia nadzieja. Na Tinderze przejechałem przez wszystkie profile. 95% to obcokrajowcy. Rozmawiałem z Tajką, Wietnamką, Singapurką i Filipinkami. Miałem match z jedną Birmanką, ale miała tylko jedno zdjęcia które było niewyraźne, więc chatowałem z innymi laskami. To już był 3 dzień bez żadnego walenia, więc robiłem się trochę zdesperowany, nie jestem przyzwyczajony do takich długich przerw. Najbardziej podobała mi się Wietnamka, ale pracowała wieczorem. Singapurka też była spoko, ale bałem się, że nie pójdzie się ruchać na pierwszej rance, a ja już miałem ostatnią noc. Padło więc na Filipinkę.

Innych aplikacji / stronek nie próbowałem btw.

Randka z Filipinką – niemiła niespodzianka, Filipinka się prezentuje… grubo ;( to znaczy nie należy do najchudszych, co na zdjęciach sprytnie ukryła. Pierwsza myśl to uciekać, ale Filipinka mieszka w Yangon 11 lat, jej dziadek jest jednym z generałów armii rządzącej Birmą i twierdziła, że zna najlepsze miejsca w Yangon, w co jej wierzyłem, ponieważ mówiła w lokalnym języku. Tak więc postanowiłem się z nią trochę pobujać. Faktycznie zabrała mnie w pare miejsc które prezentowały się relatywnie lepiej, ale nie ma nawet czego porównywać z Tajlandią. Filipinka cały czas płaciła za taksówki i połowę rachunków, twierdząc, że rzekomo zarabia 2,800$ miesięcznie. Cały czas mówiła jakie ma zajebiste życie z powodu pieniędzy i jak jej się dobrze żyje. To się jednak zmieniło wraz z ilością piw które wypiliśmy i – najebana – zaczęła prawie płakać, że nic w życiu nie robi, tylko pracuje, ostatni raz ktoś ją wyruchał 3 lata temu i musi codziennie bawić się cipką do filmów z redtube. Potem nastąpiło chyba z 10 sugestii, że moglibyśmy razem udać się do domu, ale jej atrybuty fizyczne mnie nie przekonały i zrezygnowałem.

W drodze do domu, taxówkarz uparł się, żeby wciskać mi jakieś dziwki. Akurat chciałem zobaczyć co mają „na ofercie” i za ile, więc się zgodziłem. Jeździliśmy więc po jakiś podejrzanych miejscach i do taxi wsiadały po 2 sztuki dziewcząt, które jak towar na półce miałem oglądać w pół mroku. Oczywiście zero angielskiego każda po kolei. Pierwsze dwie sztuki miały miny jakby ktoś je zmuszał. Powiedziałem taxówkarzowi, że ich nie chce właśnie z powodu tych min. Zrobił telefon i następne dwie wsiadają z ewidentnie sztucznym uśmiechem. Haha. Cena startowa 80$ za noc, łatwo dało się zbić do 50$. Kierowca chciał, żebym dał alfonsowi kasę. Nie trzeba być geniuszem, żeby przewidzieć, że jeśli ktoś chce kasę za ruchanie z góry, to znaczy, że serwis będzie tragiczny. Wykorzystałem to jako wymówkę, aby wysłać je na drzewo i spędziłem 4 noc sam.

Bilans 4 dni w Yangon – zero seksu, kompletnie nic. Mogłem oczywiście zrobić pulpeta, ale co to za przyjemność. Scena randkowa w Birmie jest bardzo uboga, praktycznie jedyna opcja do obcokrajowcy, których na szczęście trochę jest. Dziwkarstwo istnieje, ale i słabo cenowo i wszystkie jakoś mechanicznie, bez życia. Nawet mi przeszło do głowy, że te co wsiadały do taxi mogłby być do tego zmuszane (aczkolwiek nie wiem jak jest naprawdę.)

Mój rating Birmy 2/10. Tajlandia i Filipiny 10/10, tak dla porównania 🙂

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku