Z Bangkoku do Laosu motorem – 600 km na dwóch kołach


Po tym jak moja wiza pracownicza została trzykrotnie odrzucona przez urząd imigracyjny w Bangkoku, kilka dni temu postanowiłem udać się z tymi samymi dokumentami do konsulatu Tajlandii w stolicy Laosu. Pomimo tego, iż Laos nie jest moim ulubionym miejscem, a Vientiane jest 700 tysięczną wioską, w której po 12 w nocy ciężko spotkać żywą dusze na ulicy, to jednak tamtejszy konsulat ma opinię bycia najbardziej przyjaznym w rejonie. Wyjazd okazał się rozsądną decyzją i takoż po praz pierwszy od 7 lat pracuję w Tajlandii legalnie na wizie non-immigrant B.

Motorem z Bangkoku do Laosu

Motorem z Bangkoku do Laosu

Jak dostać się do Laosu? Najprościej oczywiście polecieć samolotem. Bezpośrednie połączenie na trasie Bangkok – Vientiane istnieje w linii Air Asia, choć dużo taniej wychodzi polecieć do miasta Udon Thani z Lion Air (30$ w każdą stronę), po czym przejechać lądem do granicy w Nong Khai (60 km) i przejść na drugą stronę. Vientiane jest tuż przy granicy, podróż zajmuje 20 minut i kosztuje 3$ za taxówkę lub jakieś drobne za autobus.

Ja jednak wybrałem inną opcję – postanowiłem przejechać całą trasę na CBR. Nie jest to oczywiście najbezpieczniejsza opcja, tym bardziej nie najszybsza, ale zdecydowanie najbardziej ekscytująca. Dodatkowo, będąc trochę jak przysłowiowy marynarz, który ma w każdym porcie inną, możliwość zatrzymywania się po drodze w moich ulubionych miastach i odwiedzanie koleżanek, przymówiła za tą właśnie opcją. A zatem w drogę…

Jak się jeździ w Tajlandii. Generalnie bardzo wygodnie – drogi są bardzo dobre, z północy na samo południe są duże autostrady, miejscami mają nawet 5 pasów w każdą stronę. Stacje benzynowe, restauracje, wodopoje etc, są w bliskich odległościach. Co 30 km są warsztaty w których można dokonać drobnych napraw w razie potrzeby. Generalnie przez większość trasy sunąłem 120km/h i była to przyjemna podróż. Oczywiście polecam pamiętać, że w Tajlandii na drogach ginie 30 osób dziennie, natomiast ja nauczyłem się prowadzić dopiero tutaj na miejscu (w Europie nigdy nie prowadziłem) i to właśnie w Tajlandii czuje się najbezpieczniej. Kiedy prowadzę w innych krajach, nie wiem czego się spodziewać po innych kierowcach. Tutaj wszyscy są przewidywalni.

Przejechanie z Bangkoku do Udon Thani zajęło mi około 10 godzin z postojami. Zalogowałem się do mojego ulubionego hotelu i nie tracąc czasu, odpaliłem Tinder i Thai Friendly. Na jakieś efekty trzeba było chwilę poczekać, a ja w między czasie ruszyłem zrobić rundę po barach. Swoją drogą, dobrze działa motor na laski, co chwile przybiegają zrobić sobie zdjęcie z zadają głupie pytania typu „czy jest szybki”.

O północy postanowiłem podjechać pod klub Phoenix. Duży, duży, błąd. Jak się jest po 5 piwkach, to lepiej wiedzieć gdzie są check pointy policyjne, bo inaczej się można wdupić, tak jak mi się to udało. Dmuchnięcie w alkomat i zapaliła się czerwona lampka. Ooops. Oficjalnie w Tajlandii grozi za to noc w areszcie (wypuszczają dopiero następnego dnia około 15stej) oraz szybka rozprawa sądowa i 20,000 batów kary. Wydmuchałem 0,65 i choć policja była całkiem przyjazna, jak to w tych rejonach bywa, to jednak zabrali mi motor i zaczęli proces aresztowania. Mnie się jednak śpieszyło, następnego dnia z samego rana musiałem już być w Laosie i nie było opcji, żebym spędzał noc w areszcie. Po 15 minutach negocjacji, policyjnym samochodem podjechaliśmy pod bankomat i musiałem wyskoczyć z 8,000 batów „bez wypisywania”. W drodze powrotnej w ostatniej chwili złapaliśmy policjanta, który odpalał już mój motor aby odwieźć go na komisariat.

W Bangkoku nigdy nie zatrzymuje mnie policja, ostatni raz chyba z 2 lata temu. Wynika to z tego, że znam każde miejsce w którym mogą się rozstawić i po prostu nie przejeżdżam przez te punkty. Stąd też moje złudne poczucie bezpieczeństwa, „skoro nie złapali mnie przez 7 lat, to na pewno i nie dzisiaj”. Więcej już na pewno nie mieszam alko z prowadzeniem, bo za drogo wychodzą ewentualne wpadki.

Oczywiście ochota na imprezę mi przeszła, za to zachciało mi się więcej alkoholu. Bary w Udon Thani są zamykane punkt 12, wtedy po imprezowych ulicach łazi mnóstwo ludzi. Zagadałem do jakiejś laski, żeby załatwiła mi piwerko i po 5 minutach oboje sączyliśmy  San Miguel light. Po pół godzinie byliśmy już w jej hotelu. Na początku wydawało mi się, że ona jest zwyczajnie mało kumata, dopiero w hotelu zauważyłem, że jest na haju. Skurcze mięśni, drapanie, łapanie się za głowę, wielkie czarne źrenice. Czasami wycoodziła do łazienki, tylko po to, żeby od razu wrócić. Innym razem mamrotała sama do siebie. Stawiam, że paliła Ice. Pytam co brała, mówi, że nic. Ale mnie się oszukać nie da. Była dobrze zrobona, więc bez tracenia czasu popchnąłem ją na łóżko i noc zakończyła się w typowy sposób. Tuż po akcie musiałem iść spać – zostało mi kilka godzin snu, więc od razu wróciłem do hotelu. Powiedziałem jej jeszcze na wyjściu, że jeśli naprawdę nic nie brała, to niech następnym razem nie zostawia drinka samego w barze, bo na 100% była na dragach.

Prowincja Loei

Prowincja Loei

Następnego dnia o 7 byłem już na trasie Udon Thani – Nong Khai. Z granicy udałem się prosto do konsulatu i wyszedłem bardzo zadowolony, gdyż moje dokumenty zostały przyjęte bez nawet żadnego komentarza. W Bangkoku co chwile im się coś nie podobało i musiałem uzupełniać dokumenty o same pierdoły typu zaświadczenie o niekaralności. Wiza kosztuje 2000 batów (zwykła turystyczna 1000).

W Laosie generalnie nie wolno spać z dziewczynami – to znaczy jest to prawnie zakazane i nielegalne. Teoretycznie jeśli chcemy iść z Laotanką do hotelu, należy pokazać akt małżeństwa. Dlatego też moim priorytetem przy wybieraniu hotelu było upewnienie się, czy aby na pewno mogę tam z kimś wrócić. W recepcji pytałem prosto z mostu czy nie ma problemu jeśli wrócę z dziewczyną i zabrałem pierwszy hotel który się zgodził u jakiś typków z Bangladeszu.

Po kilku godzinach snu, zabrałem się za odszukanie Bee – dziewczyny z którą spędziłem noc rok temu, kiedy byłem w Laosie. Niestety dała mi wyłącznie Line ID. Mam na liście jakieś 1000 kontaktów, więc przejechanie przez nie wszystkie kilkukrotnie aby ją znaleźć, zajęło mi dużo czasu i nie przyniosło efektu. Stawiam, że zmieniła imię i usunęła zdjęcie, bo nie udało mi się jej znaleźć. Druga próba – przejechałem przez cały Tinder aż skończyły mi się Like’i. Również fiasko. Ostatni desperacki akt – udałem się do baru w którym ją poznałem i pokazywałem jej zdjęcie obsłudze. W końcu znalazłem jedną barmankę która ją zna (choć nie ma do niej kontaktu). Powiedziała, że Bee już tutaj nie bywa, ponieważ wzięła ślub i jest siedzi w domu z mężem. Ehh…

Mój następny cel – Bor Pen Nyang. Dopiero teraz odkryłem ten bar i byłem przyjemnie zaskoczony, ponieważ był dość pełny, pomimo tego, że Vientiane to wieś i knajpy są raczej pustawe, a ludzie chodzą spać o 11, aby rano zasuwać na pole ryżowe. Sącząc browarka Lao zdążyłem się umówić z jakąś laską przez Tinder, miała podjechać do baru na motorku. W między czasie zawołała mnie do stolika inna Laotanka, która miała przy stoliku koleżankę i jakiegoś białego, jak się okazało – Polaka, który też mieszka w Bangkoku. Olałem laskę z Tindera i skupiłem się na tej z baru. Postawiłem jej drina, wypiłem jeszcze jedno piwo i o 12:30 zamknęli bar. Wtedy też, bez żadnych obiekcji poszliśmy razem do mojego hotelu, gdzie mieliśmy dwie rudny – nocną i poranną.

Tego dnia musiałem odebrać mój paszport z konsulatu i okazało się, że Laotanka akurat jedzie do Khon Kean w Tajlandii do chirurga, zrobić sobie sylikonowe cycki. Stać ją na sztuczne cycki, ale oczywiście nie zapomniała poprosić o 3 dolary na tuk tuka. Akurat miałem przejeżdżać przez Khon Kean w drodze powrotnej i dogadywaliśmy się, że pojedziemy razem motorem, ale ostatecznie zmieniła zdanie, bo do jej podróży chciała się przyłączyć jakaś koleżanka.

Laos jest super pod względem językowym, bo dosłownie każdy mówi tam po tajsku i to nie, że trochę, tylko płynnie, rozumieją dosłownie wszystko, włączając w to slang, a także problemu czytają tajski, nawet pomimo tego, że ich alfabet jest inny. Nie wiem czy laotańskie potrawy są takie same jak tajskie, ale jak im podawałem nazwy typu „pad pring geng tale” to przychodziły bez problemu i smakowały jak tajskie. Jednym z minusów Vientiane są ceny za jedzenie, co-najmniej 2 razy większe. Zarówno street food, jak i restauracje. W Tajlandii można jeść za 40 batów na ulicy i od 120 w restauracji. W Laosie było to razy dwa. Za to alkohol jest o połowę tańszy, więc akurat się wyrównywało.

Po odebraniu paszportu musiałem wracać jak szybko się da, ponieważ nie chciałem jechać motorem w nocy z ograniczoną widocznością. Niestety zanim przekroczyłem granicę, była już 15:30 i nie byłem w stanie zajechać daleko. Ostatecznie postanowiłem zmienić trasę i skręcić do prowincji Loei, gdzie znam pewną Tajkę, która wiedziałem na 100%, że będzie zainteresowana spędzeniem ze mną nocy. Co ciekawe, jest to jedna z Tajek, której jakiś życzliwy czytelnik przetłumaczył Azje Po Zmroku i „donosił”, że jestem bad boyem na którego trzeba uważać. Jak słodko, hehe 🙂

22894491_10213659548258875_8818801931646694715_n (1)

Motorem z Laosu do Bangkoku

Prowincja Loei przywitała mnie mrozem. 20C to dla mnie ekstremalna temperatura, było tak zimno, że nie bardzo mogłem jechać motorem. Ubrałem na siebie 3 koszulki i dalej dygotałem. Nic cieplejszego przy sobie nie miałem.

Wieczorem moja nimfa zaczęła robić wymówki, że ma chłopaka i nie może się ze mną bzykać. Oczywiście jestem za stary, aby wierzyć w to co mówią dzieczyny – prawie zawsze kłamią same sobie, więc zwyczajnie obiecałem, że idziemy tylko na zupę noodlową bez żadnych „romantycznych dodatków”, na co bez problemu się zgodziła. Po zupie zapytałem, czy możemy gdzieś się przytulić w bardziej prywatnym miejscu. Zjechaliśmy na motorach w jakąś soi’ke i pare minut się mizialiśmy, ale spłoszyli nas przechodzący ludzie. Być może przeciętny turysta nie jest w stanie tego zrozumieć patrząc na Pattaye, Phuket, czy centrum Bangkoku, ale Tajlandia generalnie jest bardzo konserwatywna jak chodzi o „pieszczenie się” w miejscach publicznych. Zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z parką Tajka – farang. Jest wielu Tajów, którzy od razu uznają, że skoro Tajka robi coś z białym, to znaczy, że jest dziwką. Paradoksalnie, bywa i tak, że nawet prawdziwe dziwki nie chcą, aby ktoś o nich myślał jako o „dziwce”, więc bez problemu się całują z facetem na plaży w Pattaya, ale u siebie na wsi w Buriram, nawet trzymanie się za rękę na ulicy nie wchodzi w grę.

Laska z Loei nie chciała iść do mnie do hotelu, ale wymyśliła inne „prywatne” miejsce. Jechaliśmy 10 minut poza miasto nad jakieś jezioro i tam w krzach, jak prawdziwi nastolatkowie, zrobiliśmy to. Ani na chwilę nie mogłem przestać myśleć, że zaraz nadepnę na jakiegoś węża, ale ostatecznie udało się wyjść bez zostania pożartym przez dzikie zwierzęta.

Po akcji w krzakach nad jeziorem, przy mrozie 20C stopni, Tajka musiała wracać do domu, bo kazali jej rodzice. Było już po 12. Ja pojechałem prosto do klubu o nazwie Robot. Impreza mega fajna, tylko ja całkiem na trzeźwo – nie chciałem, aby znowu policja mnie zgarnęła. Piłem wodę gazowaną i robiłem wszystko co w mojej mocy, aby Tajowie nie polewali mi whiskey. Jak ktoś był w klubie tajskim to wie o czym mówię – Tajowie na widok białego muszą się stuknąć szklanką, a jak w szklance brakuje whiskey, to od razu leją ze swojej butelki bez pytania. Po jakiś 40 minutach zostałem zaproszony do stolika, 2 Tajów i 4 Tajki. Oczywiście była to wielka sensacja – farang mówi po tajsku. Bombardowali mnie tymi samymi pytaniami z każdej strony, ale dzięki temu szybko „zgrałem się” z jedną z dziewczyn. Przytulaliśmy się, tańczyliśmy razem i byłem już na 90% pewny, że noc skończymy razem. Sytuacja mnie bardzo wciągnęła, ponieważ rano zrobiłem Laotanke, wieczorem Tajkę z Loei, a tu mi się klei trzecia laska i przyznam, że zrobienie trzech w jeden dzień byłoby moim życiowym rekordem. Niestety, kiedy tylko wypili flaszkę, wszyscy zebrali się razem. Na pytanie czy nie chce zostać ze mną, powiedziała nazwę baru gdzie pracuje i, że mogę ją tam odwiedzić następnego dnia, ale dzisiaj będzie już wracać. I dupa a nie rekord, ciężkie życie.

Rano następnego dnia planowałem przejechać 420 km do Lopburi, ale okazało się, że mam klienta na następny dzień, więc ostatecznie skończyło się na 600 km rajdzie aż do Bangkoku. Przejechanie przez Loei było naprawdę zajebistym doświadczeniem – super góry, wysokie i ładne, nawet nie wiedziałem, że gdzieś poza okolicami Chiang Mai są tak wysokie góry w Tajlandii. Co chwile ostre zakręty, ale mając pożądany motor z dużymi oponami, gibanie się na nich było super zabawą… Po około 10 godzinach dojechałem do Bangkoku i tego dnia nie miałem już siły na nic – udałem się prosto do łóżka. Te kilka dni spania po pare godzin zostawiło odcisk na kondycji. Mimo to, było zajebiście i ciesze się, że nie leciałem samolotem.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

Reklamy

Udon Thani – raport z północy Issanu


Udon Thani było niegdyś jednym z moich ulubionych miejsc w Tajlandii. Jedno z największych miast Issanu, gdzie nie brakuje miejsc do spędzania wolnego czasu. Jest tu sporo barów nastawionych na białasów, nie brakuje tu też pań do towarzystwa za pieniądze. Można by wręcz rzec, że Udon Thani to taka Pattaya północy. Jest też kilka dużych klubów w tajskim stylu, takich jak Tawan Daeng, czy Phoenix. Miasto jest bardzo żywe – nawet po wyjściu z centrum, na ulicach dużo się dzieje. Studenci siedzą w parku, inni ludzie ćwiczą różnego rodzaju sporty, lub taniec. Są i tacy, którzy lubią malować naczynia. Tak wiem, dziwne hobby, ale dosyć popularne w Issanie.

udon-thani-tajlandia

Po drodze z Laosu, postanowiłem więc zatrzymać się na noc. Niestety Udon Thani zmieniło się i to niekoniecznie pozytywnie (z mojej perspektywy) – jest tu jeszcze więcej farangów i jeszcze więcej dziwek. Ceny poszły w górę, taxówkarze nie chcą jeździć z licznikiem, a laski często pytają “ile mi zapłacisz”. Tak jak wszędzie w Tajlandii – im więcej farangów, tym bardziej zepsuci Tajowie. Zawsze dotychczas udawało mi się jednak wyrwać normalne laski w Udon, których również tu nie brakuje, więc z pozytywnym nastawieniem idę do hotelu. Jest tu zajebisty pokój za 450 thb, zawsze tam śpię. Znajduje się on na ulicy Saphan Thamit. Kliknij TUTAJ, żeby zobaczyć  dokładną lokalizację. Nazwy niestety nie pamiętam. Na tej samej ulicy jest pare innych hoteli, nieco droższych, ale też dobre deale.

Tym razem okazało się, że nie ma wolnych pokojów. Nie chcąc tracić czasu na szukanie, poszedłem do innej nory którą znam, pokój za 200 thb. Bez air conu, bez ciepłej wody, etc. Ale za to wiele dobrych wspomnień, nie jedną laskę stuknąłem w tej norze. Kiedyś jak tylko zrobiłem check in, recepcjonistka złapała mnie za pytę i pompowałem ją pół godziny później. Hyhy! Innym razem, chodziłem po barach w okolicy i wyhaczyła mnie jakaś barówa. Poczekaj aż skończę pracę i pójdziemy gdzieś razem – mówiła. Ja się wtedy akurat źle czułem i chciałem iść spać. Ona jednak naciskała i naciskała, w końcu poszliśmy razem do klubu obok. Wypiliśmy po drinku i ja źle się czując, ulotniłem się z powrotem. Laska wzięła mój numer i stwierdziła, że po imprezie wpadnie (to było jeszcze w czasach gdy smartphony nie były w powszechnym użyciu i dalej używaliśmy numery telefonu). Po 2 godzinach zjawiła się w moim pokoju i oczywiści szok w jakiej ja norze śpię. Potem telefon mi zapipkał (battery fully charge), na co laska stwierdziła, że to moja dziewczyna do mnie pisze i typowa tajska scena zazdrości. Powiedziałem jej, żeby się w takim razie waliła i poszedłem spać… W końcu coś mnie budzi. „Ej, masz kondoma?” – mówi barówa. „No mam. A co, chcesz się ruchać? – pytam – TAK… A więc w tym cudownym hotelu za 200 batów (jak tam spałem pierwszy raz to kosztował 150) sporo wspomnień.

Tutaj należałoby też wspomnieć, że pomimo tego, że farangów w Udon Thani jest bardzo dużo, 90% z nich to raczej dziadki. Stąd mając 20, lub 30 lat, dostaję się w Udon Thani bardzo dużo uwagi od lasek, włączając w to dziwki. Piszczą, pokazują palcem, etc. Dbrym miejscem na day action jest Central Plaza, masa studentek które są zaciekawione młodym farangiem. Innym świetnym miejscem na wyciąganie lasek jest… 7/11. W 7/11 nie dość, że pracuje dużo młodych dziewczyn, to dodatkowo są dużo bardziej poukładane mentalnie i emocjonalnie, to znaczy nie są leniwe, żeby pracować za 8,000 batów miesięcznie, zamiast np. pójść na łatwiznę do baru lub karaoke, albo szukać boyfrienda który dosponsoruje. Większość z nich nigdy nie myśli nawet o umawianiu się z obcokrajowcem, więc są “dziewicze” w kontaktach z farangami (mój typ!!!).

Anyway, atakuje po kolei różne bary. Dwa główne miejsca z barami to „Day and night” i „Nutty Park” Oby dwa kompleksy znajdują się w odległości 10 minut piechotą od siebie. W planie miałem trochę się narąbać, a potem pójść do klubu Phoenix. Los jednak potoczyły się trochę inaczej. Szybko poznałem grupkę Tajek z Japończykiem (mąż jednej z nich) I bujaliśmy się razem po barach. Dwie laski prawie mnie gwałciły (łapanie za fujarę, etc), więc zapowiadało się dobrze. Jedna jest nauczycielką w przedszkolu, a druga pracuje w jakimś officie. Anyway, pakujemy się do ich samochodu i idziemy do pubu w tajskim stylu. Zamawiamy whiskey i 3 różne potrawy z taką ilością chilly, że nawet Tajki nie mogą tego jeść.

udon-thani-mapa

Posiedzieliśmy godzinę, śpiewając tajskie piosenki (zna ktoś Chang, chang, chang, nong koey hen chang rue plao?). Laski się napalały, że znam te wszystkie kretyńskie piosenki. Przychodzi rachunek. Pytam się ile wyszło, i słyszę, ze 500 thb mam rzucić. Kurwa sporo, nawet pomimo tego, że obróciliśmy dwie flaszki whiskey, to coś za dużo jak na Issan. Zapłaciłem i dopiero wtedy mnie olśniło, że rachunek płaciliśmy tylko w dwójkę – Japończyk i ja. 1000 thb za nas wszystkich cenowo by się zgadzało. Czyli generalnie laski sobie zafundowały kolacje i whiskey. Wkurw na maxa, ale już za późno bo zapłaciłem. Grrr.

No więc laski chcą iść dalej na imprezę do Tawen Deang, ale dla mnie już są stracone. Nie dorzuciły się do rachunku, to na drzewo, ja nie jestem sponsorem. Próbuje odchodzić, ale na siłę zaciągają mnie do samochodu, twierdząc, że odwiozą mnie do hotelu. Ostatecznie jedziemy do ich mieszkania. Myślę sobie, spooooko, 2 laski i ja, nie brzmi źle. Japończyk z żoną pojechali innym samochodem. Na miejscu jednak okazuję się, że w środku jest jakiś Taj płci męskiej. To już mi się nie podoba. Nici z potencjalnej orgii! Olewam je i jadę dalej.

Nie za bardzo wiedziałem gdzie jest Phoenix club, więc zapłaciłem jakiemuś Tuk tukowi 60 thb za podwiezienie. Oczywiście przepłaciłem w pytę bo dało się tam dojść na nogach w mniej niż 10 minut, ale cóż, za ignorancję trzeba płacić. W Phoenix wejściówka 200 thb. Jest już 1:15 w nocy, a o 2:00 zamykają (już czeka policja, żeby na pewno o 2 impreza była zamknięta) Rezygnuje więc. W między czasie inna laska którą poznałem wcześniej (jakaś barówa) pisze mi na Line, że skończyła pracę i chce się spotkać. Spoko, ta mi się akurat podobała. Idę więc po nią i zastanawiamy się gdzie iść dalej. W między czasie laska którą kręciłem na Baddoo app zaprasza mnie do siebie do domu. Mam więc do wyboru ładną barówe z którą niewiadomo co będzie, albo trochę mniej atrakcyjną normalną laskę, z którą wiadomo, że coś będzie skoro zaprasza do domu… Podejmuje (złą) decyzję i zostaję z barówką. Ona wymyśliła, że mój hotel będzie najlepszym miejscem do którego się możemy udać. Też tak uważam… I oczywiście od razu się skończyło na “a ile mi dasz kasy”. Idź won, ty dziwko. Ja nie mam nic przeciwko dziwkom, ale jak mnie próbują kasować, to się już mi się nie podobają. Próbuję złapać tamtą z Baddoo – too late – poszła spać i nie odpowiada…

Idę więc dalej do nielegalnego baru (drzwi zamknięte, bo po godzinach, ale tylnim wejściem wpuszczają dalej). W środku znowu trochę dziwek, widać, po mordach. Ale kiedyś tu byłem i dorwałem normalną laskę, więc spróbuje szczęścia. Atakuje pierwszą. Fail. Nie wygląda na zainteresowaną. Drugą sama do mnie zagaddała. Laska z Laosu. Macam ją po tyłku, wkładam palec pod spodenki, ale za każdym razem jak pytam czy wracamy do hotelu mówi, że nie. W pewnym momencie odwróciła głowę i powiedziała do jakiegoś kolesia “can you show me how to get out of here”. Co za debilny tekst, jak można być takim idiotą, żeby nie umieć samemu drzwi znaleźć. Anyway, poszła. Nienawidzę takich lasek. Nie lubię Pattaya, Phuket, Samui i centrum Udon Thani też mi przypomina taką maksymalną kurwiarnie. Poza centrum ludzie są super, ale podczas tego pobytu cały czas obracałem się pomiędzy tymi wszystkimi barami nastawionymi na farangów i aż mi obrzydło całe miasto.

W między czasie laska z Khon Kean którą kiedyś poznałem w Rayong i która się we mnie zakochałą, zauważyła na Facebooku, że jestem w Udon. Z Khon Kean do Udon Thani jedzie się tylko 2 godziny i ona się pyta czy może rano przyjechać się ze mną zobaczyć. Sonia to jest fajna laska. 22 lata, skończone studia, nauczycielka japońskiego. Nigdy nie miała wcześniej faranga, można powiedzieć, że ją “rozdziewiczyłem”. Anyway, jak chce jechać 2h z Khon Kean, żeby się ze mną zobaczyć na parę godzin, to dla mnie nie ma problemu. Olewam więc bar i wracam sam do hotelu. Chyba pierwszy raz w życiu spałem sam w Udon Thani.

Rano przyjeżdża Sonia. To znaczy przyjechała o 12:30, a ja mam samolot do Bangkoku o 16:00. Nie tracąc czasu od razu biorę ją do hotelu na pum pum (albo boob boom – oby dwie zwroty są bardzo popularne wśród Tajów). Żeby nie było, że tak ją wykorzystuje, biorę ją na zupę noodlową. Więc można powiedzieć, że poza seksem była też ranka 😉 Sonia nie pije alkoholu, nie pali, etc. Do tego rodzice karzą jej wracać do domu o 10 wieczorem (normalne w Tajlandii, nawet jeśli laska ma 25 lat). Ma trochę pecha, że akurat we mnie się zakochała. To zajebista 100% porządna dziewczyna, nadaje się stały związek i ma nadzieje, że ja będę jej facetem, ale życie jest zbyt krótkie, żeby tracić je na poważne związki. Muszę się trochę nacieszyć młodością. Nie wiem jak zajebista musiałaby być laska, żeby przekonać mnie do związku. Na pewno Sonia nie jest w stanie tego zrobić…

Anyway. Czas na samolot. Wsiadam w taxi i żaden chuj nie chce mnie zabrać z licznikiem. 150 thb za transport na lotnisko. 55 minut lotu i ląduje na Don Munag w Bangkoku. Wreszcie po ponad miesiącu podróży służbowych i wiza runie w Laosie jestem w domu i nigdzie się nie wybieram. Nie chce mi się absolutnie nigdzie już jeździć, poszukam pracy w Bangkoku która nie wymaga nieustanych podróży…

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.