Locked up abroad cz. 4 – czyli jak trafiłem do więzienia w Singapurze


Czwarta część Lock up abroad – czyli jak wylądowałem w więzieniu w Singapurze. Jeśli nie czytałeś jeszcze poprzednich artykułów, to kliknij tutaj: część 1, część 2, część 3.

Powrót z sądu. Znowu w Changi prison. Tym razem w celi jestem z dwoma Srilanczykami z którymi zostałem aresztowany i ze świrem Jasonem, który choć jest Singapurczykiem, to zna również tamilski, który jest popularnym językiem w tym kraju. Singapur można podzielić na Chińczyków, Malezyjczyków i właśnie Tamilów, czyli południowe Indie i Sri lanka. Jak zwykle wszyscy mówili w obcym mi języku, a ja siedziałem w kącie. To jednak wreszcie się odmieniło, wszak psychol Jason zna angielski i to całkiem dobrze.

Michal-Forsaken_Singapur.JPG

Ostatnie zdjęcie z Singapuru przed wycieczką do więzienia.

Już na wstępie zaczęło mu odpierdalać. Ten człowiek potrafi spać w jednym momencie, po czym wprost ze snu dostaje takiego ataku agresji, że chce się bić. Mój “kolega” Srilańczyk, już pierwszego dnia miał z nim spięcie. Nawet nie wiem o co chodziło, bo nie rozumiem o czym mówili. Anyway, pewnego dnia Jason zapytał mnie skąd wziąłem się w więzieniu. Opowiedziałem mu wszystkie 3 części lock up abroad, aż przyszła jego kolej. Ten typ, chociaż debil, to mógłby napisać książkę o swoim życiu.

Generalnie Jason spędził ponad połowę życia w więzieniu. Za drobne przestępstwa. Kradzieże, bójki, włamania. Jeśli nie ma go w więzieniu aż 2 miesiące, to jak sam powiedział – jest zadowolony, że aż tak długo prowadzi się przyzwoicie I jeszcze go nie zamknęli. A za co jest tym razem? Jest niewinny. To znaczy został skazany za kradzież Iphone’a, ale według niego niesłusznie. Ponieważ on wcale go nie ukradł, a raczej ktoś z pracy zapomniał swojego Iphone’a w toalecie, więc Jason postanowił, że ukryje go w innym miejscu, zamiast oddać zgubę właścicielowi. Ukrył go więc, NIE ukradł, tylko ukrył – to była jego linia obrony w sądzie – I był bardzo zdziwiony, kiedy właściciel postanowił zawiadomić policję, a ta, po znalezieniu ukrytego telefonu, ściągnęła z niego odciski palców I szybko ustaliła, że dotykał go mr. Jason, wielokrotnie karany za podobne występki. On czuje się niewinny, bo przecież nic nie ukradł, tylko ukrył i generalnie to on jest ofiarą w całej tej sprawie.

Kiedyś Jason znalazł inny telefon. Tym razem nie kradziony, a naprawdę znaleziony. A przynajmniej tak twierdził. Otworzył Jason książkę telefoniczną I tak sobie przeglądał imiona. W pewnym momencie znalazł imię dziewczyny, które bardzo mu się spodobało. Imię to było malezyjskie, ale że Jason przesiedział tyle lat w więzieniu, to po malezyjsku się bez problemu zdążył nauczyć porozumiewać. Zadzwonił więc. I wytłumaczył, że przepraszam, my się nie znamy, znalazłem telefon, na którym jest twój numer I bardzo podoba mi się twoje imię. Czy możemy się umówić? I tak zaczęła się wielka miłość Jasona z malezyjką. Zgodziła się ona bowiem na randkę I od tej pory byli parą aż Jason poszedł znowu do więzienia. Tym razem za to, że non stop bił Malezyjkę. Walił ją plaskaczami ile wlezie. Ale podobno za każdy razem sobie zasłużyła, więc wszystko ok. Niestety znajomi Malezyjki donieśli na Jasona I tak trafił on po raz kolejny do więzienia.

Jason jest zajebistym katolikiem. Codziennie modli się ze 4 razy I generalnie nie przestaje gadać o Jezusie. Tutaj mieliśmy trochę spięcie, bo jeśli ktoś jeszcze nie wie, to ja jestem, very down to earth. Duchy, wampiry, podwodne cywilizacje, robo-cop, czy jakieś tam chrześcijaństwo to dla mnie fairy tales i tanie science-fiction z dolnej półki. Wiara w kosmicznego żydowskiego zombie, który jest swoim własnym ojcem i który może sprawić, że będziesz żył wiecznie, jeśli symbolicznie zjesz krakersa, który zmieni się jego ciało i telepatycznie przekażesz, że akceptujesz go jako swojego pana, aby mógł usunąć z ciebie klątwę, nałożoną na całą ludzkość, ponieważ kobieta zrobiona z żebra, została skuszona przez gadającego węża do zjedzenia jabłka z magicznego drzewa, jakoś do mnie nie przemawia. Cała ta dogma, że jakoby Yahwe był na nas tak wkurwiony za to nieszczęsne jabłko które sam posadził pod nosem Ewki, a potem wymyślił, że jedyna droga do wybaczenia nam, to wysłanie swojego syna jako kozła ofiarnego, który musi zostać zabity przez tortury w ogóle nie trzyma się kupy. Jak ja byłem wkurzony na moją ex, za to, że zjadła mi snickersa, to jej po prostu jej wybaczyłem, wysyłanie syna na tortury nie było konieczne.

Jason generalnie był wobec mnie całkiem miły. Raz mu prawie puściły nerwy, jak zaczął opowiadać, że Jezus jest miłością, na co odparłem, że ciężko mi to dostrzec wiedząc, że 9 milionów dzieci umiera co roku przed osiągnięciem 5 roku życia. 24,000 dzieci dziennie, lub 1000 na godzinę. 17 dzieci co minutę. Innymi słowy, padają jak muchy. Wszystkie z tych dzieci mają rodziców, którzy są głęboko wierzący i modlą się o ich zdrowe. Ich modlitwy oczywiście nic nie zdziałają. Każdy bóg który pozwala, aby dzieci padały w milionowych ilościach, albo nic nie może w tej sprawie zdziałać, albo ma to zwyczajnie w dupie. Z miłością w każdym razie nie ma to absolutnie nic wspólnego. Tutaj Jasonowi prawie żyłki na twarzy popękały ze złości.

Rozmów o religii i wiarygodności biblii mieliśmy zajebiście dużo, ale nie będę was zanudzał. W dzień przed kolejną rozprawą sądową Jason modlił się dosłownie całą noc. Nie wierzył, że to zwykła strata czasu, lol. Nie mogłem spać przez tego idiotę, bo non stop było Jezus to, Jezus tamto. Rano, bardzo niewyspany Jason poszedł do sądu i…. tak mu kurwa Jezus pomógł, że hej. Rozprawa odsunięta w czasie. Powód? Prokuratura chce postawić kolejne zarzuty. Pamiętacie jak Jason chciał się bić ze strażnikiem w sądzie? Oh well, za to odsiedzi parę więcej miesięcy. For the records, staram się unikać tematu religii, ale jak gość mnie próbuje nawrócić każdego dnia, to ciężko nie konfrontować tych bredni napisanych przez hebrajskich pastuchów z epoki żelaza, którzy nie wiedzieli nawet, że ziemia krąży w okół słońca.

Moving on. W końcu nastał dzień w którym zostałem przetransportowany do nowego więzienia, dla ludzi z krótkimi wyrokami. Jak zwykle, zostaliśmy zakuci w kajndany, ręce I nogi, jak terroryści. Po około godzinie, dotarliśmy do West Admiralty Prison. To tutaj przyjdzie mi odsiedzieć kolejne kilka miesięcy. Tutaj zupełnie inna atmosfera. Wszystko wyglądało bardziej lightowo, ale szybko okazało się, że strażnicy są dużo gorsi i nie tylko nie przyjaźni, ale wręcz czuć od nich nienawiść wobec osadzonych. Na wstępie dokładne przeszukanie, zaglądali nam nawet do dupy. Aah, to musi być praca marzeń, codziennie zaglądanie do owłosionych dup facetów.

Słowo o strażnikach. To byli debile, nie dużo bardziej ponad poziomem debili osadzonych. Np, w łamanym angielskim, strażnik mówi do więźnia: „why you stupid! why you come Singapore? What you no answer, stupid?! You no speak English, no come here better la”. Czyli generalnie sam nie znał angielskiego, ale wywyższa się nad jakimś muzułmańskim wieśniakiem z Bangladeszu, który całe życie spędził w chatce ulepionej z gówna krowy i szkoły na oczy nie widział, bo jego rodzice woleli dać „na tacę” imamowi, żeby nie zabrakło mu na dziwki. Bardzo mnie kusiło, żeby to skomentować, ale niestety dostał bym za to karę chłosty, z 6 batów.

singapur-baty-wiezienie

A właśnie. Zaraz po wejściu przechodziliśmy przez pokój chłosty. Do drabiny przywiązany manekin miał nas chyba odstraszać, albo może przypomnieć innym więźniom co wkrótce ich czeka? Chłosta odbywała się raz w tygodniu, bodajże w czwartki. Wyglądało to tak: strażnik odlicza ONE, słychać chlaaaask bata, po czym krzyk więźnia na całe więzienie. Potem jest TWO, chalsk, krzyk. THREE, chlask, krzyk. Ci którzy mieli tylko 3, mieli szczęścia, bo każdy następny bat leci w te 3 miejsca a wytrenowani strażnicy nigdy nie pudłują. Jak ktoś miał np. 9 batów, to znaczy, że dostałe w każde miejsce po 3 rany. Z dupy mięso wychodzi nawet po jednym strzale i wszyscy po karze chłosty chodzili ze spodenkami opuszczonymi tak, żeby suszyć rany na dupsku. Gwarantowane blizny do końca życia. Nie wiem czemu, ale chciałem dostać jednym batem, tak dla spróbowania. Bo ciężko mi uwierzyć, że dorośli faceci płakali jak małe dzieci z powodu paru batów.

CaningInSingapore-CanedButt

A tak wygląda dupcia już po skończonej zabawie

Przed wejściem do nowej celi czekało nas strzyżenie włosów. Nie ma, że boli, w Singapurze dozwolona jest tylko jedna fryzura. Jak miałeś długie włosy, to możesz się z nimi pożegnać. A właśnie, jak jesteśmy przy karze chłosty i strzeżeniu włosów, wiecie co się dzieje z kobietami? One w prawdzie batów nie dostają, ale za to sąd skazuje na ścięcie włosów na zero jako formę kary. Pfff, też mi kara!

W końcu docieramy do celi, 16 osób. Ale to było akurat coś pozytywnego, wszak pośród 16 osób zawsze znalazło się kilka sztuk, które nie należały do gatunku skończonych debili i zdarzało się, że ktoś nawet znają język angielski, a co za tym idzie, miałem do kogo otworzyć mordę. Spanie tak jak wcześniej na gołej podłodze, to znaczy mieliśmy „łóżko piętrowe”, czyli albo spanie na górze na drewnie, ze światłem w oczy, które nigdy nie gasło, albo pod łóżkiem na gołym betonie. Okna były zakratowane, bez szyby i jak dobrze lało deszczem to tych na dole trochę zalewało. W rogu celi był kibel. W żaden sposób nie zakryty, klocki robiliśmy przy wszystkich. Mnie to akurat nie przeszkadzało. Nie musiałem nawet używać sekretnej metody innych więźniów, czyli nakładanie ręcznika na głowę i wyobrażanie sobie, że jest się gdzieś indziej. Dodatkowo, inni więźniowie nie pomagali robią sobie żarty i dokuczając wypróżniającym się osobnikom. Mnie do tylko wkurwiało pierwsze 3 dni, potem stałem się takim zwierzęciem, że nic mnie nie obchodziło. Zresztą cały czas byłem na silnych anty depresantach, a one mają taki właśnie efekt, że na wszystko ma się po prostu wyjebane.

W celi poznałem Wietnamczyka, który był kiedyś w więzieniu w swoim kraju. Mówił, że na przeciwko mieli też więzienie dla kobiet, które widać było z okna. Jak się kupiło jakiejś więźniarce jedzenie, to w ramach podziękowania pokazywała cycki. Oczywiście Wietnamce wykorzystywali to jako żywe por*no i marszczyli do tego wacki. Swoją drogą, sam nie wiem jak przeżyłem te 4 miesiące bez niczego. Jedyna laska jaką widziałem przez 4 miechy, to strażniczka która pracowała „na recepcji”. Nie wiem nawet czy była taka fajna, ale jak się nie widzi żadnej dziewczyny przez długi okres, to robi się tak zdesperowany, że można się zakochać nawet od takiego powierzchownego kontaktu. Tak więc wszyscy fantazjowaliśmy  tej jednej Malezyjce, którą dane nam było widzieć raz na tydzień, tudzież dwa.

Po tygodniu w celi, przysługiwał na TV na jeden film wieczorem. Raz w tygodniu grali filmy angielskie, potem malezyjskie, hinduskie, chińskie i singapurskie. Oczywiści wszystko było ocenzurowane, żeby czasami jakiegoś cycka nam nie pokazać. Filmy po angielsku leciały za cicho, ch*ja było słychać, malezyjskie nie miały napisów, więc praktycznie oglądać dało się tylko chińskie i hinduskie. A, no i czasami mieliśmy coś tajskiego! Nawet powiem, że kilka dobrych filmów widziałem, takich nie main streamowych. Niestety, sadystyczni strażnicy lubili nas wkurwiać i puszczali non stop te same filmy. Wtedy było słychać takie „nooooooooooooooooo” dochodzące z każdej sali.

Jedno na co na pewno nie mogę narzekać, to jedzenie. Zażyczyłem sobie dietę wegetariańską i dostawaliśmy naprawdę dobre koryto. Może nie restauracja, acz naprawdę mi smakowało! No, poza śniadaniem, czyli chlebem z masłem, albo dżemem i słodką kawą, lub herbatą. Jedzenie był ok, ale dużo za mało. Przez 4 miesiące straciłem 4kg, byłem wychudzony jak nigdy. Tak jak teraz mam 81kg, wtedy miałem 68. W ogóle to ja mam strict diet, nie jem żadnego cukry poza fruktozą i czasami laktozą, czyli wyłącznie cukry proste. Aczkolwiek w Singapurze, gdzie głodowałem, każda kaloria się liczyła, więc nakurwiałem nawet znienawidzoną sacharozę, czyli cukier, aka, trucizna.

W celi było całkiem czysto, bo musieliśmy sprzątać 3 razy dziennie po każdym posiłku. Każdy z nas miał swoja kolej co jakiś czas. A że nie jestem mistrzem sprzątania, to znaczy, zostałem stworzony do prac umysłowych, to trochę współwięźniów się na mnie wkurwiało, że „źle myję podłogę”. Kilka razy prawie pobiłem się o to z jednym Singapurczykiem. Było na tyle źle, że musieli nas rozdzielać. Nigdy jednak nie bałem się tego tępaka, bo kto pierwszy zaczyna bójkę w Singapurze, ten nie tylko będzie odsiadywał dłużej, ale też dostanie za to z 6 batów i tydzień w izolatce. Tak więc, wręcz prowokowałem go do tego, aby mnie zaatakował. Kląłem na jego rodziców, a nawet psa. Chciałem po prostu, żeby mnie uderzył, dzięki czemu mógłbym się go pozbyć.

Pewnego dnia, do więzienia dotarł prawdziwy monster. Miał całe ciało masakrycznie zdeformowane jakimiś dziwnymi wrzodami, które były naprawdę duże i miał je nawet na głowie. Mało się nie porzygałem na jego widok. Zwłaszcza jak ściągnął koszulkę. I co się okazało? Że wrzucili go do mojej celi! Nie mogłem przy nim autentycznie jeść, bo chciałem rzygać. Więc siedziałem plecami do niego za każdym razem, tak po chamsku, ale naprawdę inaczej bym nie zjadł. Był on pastorem z jakiegoś kościoła chrystuso-podobnego, jacyś jebani sekciarze, zresztą jak 99% wszystkich więźniów, super religijna postać. Oczywiście on nic nie czaił, że ja się go brzydzę i wiedząc, że głoduję, chciał się nawet dzielić ze mną swoim ryżem. Taki z niego altruista. Ale w więzieniu jest już nie pierwszy raz za kradzieże. Nienawidzę złodziei!

Kiedyś z ciekawości zapytałem dlaczego jest takim zdeformowanym monsterem. Zdradził, że choruje na genetyczną chorobę neurofibroma. Nie będę tutaj wrzucał zdjęć, jak chcecie to sobie wygooglujcie. Hardcore. On oczywiście dorabia sobie do tego historię, że to jezus go testuje jak w biblijnej przepowiedni o udrękach Job’a. Urojenia w więzieniu są dość powszechne, wielu ludzi totalnie świrowało, a to modlenie się non stop tylko nasilało ich psychozę.

Pewnego dnia monster poprosił mnie, żebym napisał dla niego list do żony, bo on jest zbyt tępy, aby napisać parę zdań po angielsku bez zrobienia błędu w każdym słowie. Spoko, mogę to dla niego zrobić. Jak co tydzień, dostaliśmy długopis, taki giętki, żeby nikogo się nim zabić nie dało, i napisałem jakieś brednie które mi dyktował. Kocham cię żono, tęsknie, Jezus z tobą. Po napisaniu poklepał mnie po plecach swoją łapą która przypominała macki potwora. Poczułem się jakby na japońskim anime, kiedy potwór z mackami próbuje gwałcić dziewczynkę w szkolnym mundurku. Prawie się zrzygałem.

W sali mieliśmy kilka gier planszowych. Szachy i jakie chińśkie wynalazki. Ponieważ nie było zbyt wiele atrakcji, nakurwiałem w te szachy godzinami każdego dnia, aż śniło mi się to po nocach. Konik do lewej, goniec na przód, szach i mat. To były moje sny!

Poniedziałek do piątek wypuszczali nas z celi na godzinę. Był to nasz czas na prysznic i jakieś ćwiczenia na zewnątrz, lub pogadanie z innymi współwięźniami. W weekendy wychodziliśmy tylko na sam prysznic, ale za to czas oglądania TV był wydłużony. W więzieniu było kilku innych białasów, głównie z ameryki łacińskiej. Było też dwóch anglików. Jeden podobno niewinny, hehe. Jakoś specjalnie się z nimi nie przyjaźniłem. Oni wszyscy cały czas po hiszpańsku napierdalali, tak czy inaczej. Nawet ci Anglicy.

Ponieważ na zewnątrz musieliśmy  biegać bez koszulki, bardzo bałem się raka skóry. Oczywiście wszyscy ze mnie szydzili, ale super biała skóra wystawiona na silny ultrafiolet może doprowadzić do uszkodzenia DNA i w konsekwencji formowania się guzów i nowotworów. Ich azjatycka skóra dużo lepiej znosi słońce niż taki polak czy rusek. My jesteśmy najbardziej narażeni na tego typu problemy. Zgłosiłem się więc do lekarza i wytłumaczyłem mu moje obawy. Lekarz zaczął się śmiać jakby nigdy takich głupot nie słyszał. Ale jak przeczytałem jego imię z plakietki i powiedziałem, że w razie problemów będę w sądzie podawał jego imię, szybko przepisał mi jakieś kremiki z filtrem UV.

I tak leciał dzień za dniem w więzieniu. Codziennie rutyna, ale jednak niecodziennie i ciekawe doświadczenie. In a way, nawet się cieszę, że tam byłem. Teraz oglądając TV o więzieniu czaję o co biega i empatyczne wczuwam się w rolę bohaterów.

Więcej o życiu w Singapurskim więzieniu napiszę w części 5. Wait for it!

 

Reklamy

Locked up abroad (część 3) – czyli jak trafiłem do więzienia w Singapurze


3 tydzień w więzieniu. Kolejny poniedziałek, to trzecia już rozprawa sądowa. Standardowo, zakuwają nas w kajdany, nogi, ręce. Brakowało tylko kuli u nogi. Śmieszne zwyczaje w tym Singapurze. Więźniarką bez okien, po raz kolejny przemieszczaliśmy się do sądu. Ręce miałem skute z tyłu – niebyt wygodnie. Udało mi się jakoś tak powyginać, że przerzuciłem ręce pod nogami do przodu. Dużo wygodniej. Ale tu mały zonk – w drugą stronę, już nie potrafię i oto stałem się jedynym więźniem, który ma kajdanki z przodu zamiast tyłu. Jak na to zareagują strażnicy?

download

Singapurskie więzienie jest zajebiście zdyscyplinowane. Na samym początku, dostaliśmy tyle zasad co robić, czego nie robić, jak się i kiedy zachowywać, że absolutnie nie sposób tego zapamiętać. Tym czasem niestosowani się do zasad, przynosiło kary dyscyplinarne, np. izolatkę na tydzień, czyli miejsce bez wiatraka (w bywa tam gorąco), wydłużenie wyroku, a nawet 3, albo 6 batów w dupę. Zasad było chyba ze 100. Niektóre absurdalne i bez sensu. Np., wolno nam było czytać tylko jedną książkę na 5 dni. Potem przez 2 dni nie ma czytania bo chuj. Po prostu nie ma. Nie ważne też, czy książka miała 40 stron, czy była gruba jak bibla (którą też całą w więzieniu przeczytałem w całości). Jedna książka i wsio. Czytasz  więcej? Możesz za to trafić do izolatki. Oczywiście nie mając nic lepszego do robienia, używałem numery więźniów „kolegów”, którzy byli tak tępi, że czytać w ogóle się nie nauczyli i wchłaniałem co najmniej 3 książki tygodniowo. Raz zostałem na tym strasznym wykroczeniu złapany. Pierwsze ostrzeżenie. Musiałem oddać odcisk kciuka, jako podpis, że jeszcze jeden raz taka straszna zbrodnia i dostaje tydzień w izolatce. Nie przestraszyło mnie to jednak. Wszak czytanie książek stało się moją pasją i potrafiłem to robić po 8 godzin dziennie. Ciekawe, że jak tylko wróciłem z Singapuru do Tajlandii i dorwałem laptopa z internetem, książki przestałem czytać prawie całkowicie, hehe.

Inne ciekawe zasady. Ćwiczyć można wyłącznie, kiedy wypuszczają nas z celi, raz dziennie, poniedziałek do piątek, po 1 godzinę. Za ćwiczenia w celi groziła kara. Mało tego, dostaliśmy listę dozwolonych ćwiczeń. Np, normalne pompki są ok. Ale pompki z szeroko rozstawionymi rękami, albo na odwrót, z dłońmi bardzo wąsko są be – można za to trafić do izolatki.

Lista idiotycznych reguł była długa. Wstajemy codziennie o 7 rano. Śpimy codziennie o 9 wieczorem. Po 9 nie wolno rozmawiać. Z nikim! Koszula zawsze musiała być w spodenkach. Chodząc, zawsze należy trzymać ręce z tyłu. Siadać należy wyłącznie po turecku. Kiedy przechodzi oficer, należy go przywitać stojąc na baczność „good morning sir!”. Każda sala miała jednego więźnia, który miał koordynować takie przywitanie. Dowódca celi krzyczał „ROOM!’ i wtedy cała reszta sali jak w przedszkolu, krzyczy „GOOD AFTERNOON SIR! THANK YOU SIR!” Ponad to, każdego dnia, 5, albo 6 razy wybijał alarm i strażnicy przychodzili nas liczyć. Siedząc po turecku z rękami tyłu czekaliśmy na oficera i dowódca celi musiał koordynować nasze teksty wypowiadane jak w przedszkolu. ROOM! GOOD MORNING SIR! MASTER 10 SIR! ROOM! THANK YOU SIR!

Inne z zajebistych zasad więzienia, to np. że każde lekarstwo ma tylko tydzień ważności. Ja zapierdalałem do „baby”, czyli lekarza (nie wiem z jakiego języka jest „baba”, albo malezyjski, albo chiński) i brałem duże ilości kremu – z jakiegoś powodu tak mnie wszystko swędziało, że drapałem się do krwi i nawet jaja mnie tak swędziały, bałem się, że wydrapie kulki na zewnątrz. Całe wory w strupach 😦 Tak więc „baba” dał mi jakiś kremik, który miał chyba działać jak placebo, ale lepiej to niż nic. Problem w tym, że nie chciało mi się chodzić do baby co tydzień więc ukrywałem kremik dłużej. I też zostałem pewnego dnia na tym przyłapany. To już było moje drugie wykroczenie, jeszcze jedno i dostałbym co najmniej tydzień więcej wyroku, plus punish cell.

Tak więc jak widzicie, było dosyć restrykcyjnie. Wracając do sądu w którym jestem – moje kajdanki są po złej stronie i naprawdę bałem się jak mnie za to ukrają. Oczywiście nie obyło się bez konkretnego opierdolu ze strony oficerów, ale żadnych poważniejszych konsekwencji nie było. Ufff….

Rozmowa z adwokatem – przyznaj się, że podrobiłeś paszport – doradza. Ale ja kurwa nie podrabiałem żadnego paszportu. Tak wiem, że tego nie zrobiłeś. Ale nie ma takiego przepisu dokładnie na to co ty zrobiłeś, a oni chcą cię ukarać. Moja rada – przyznaj się do winy, razem zaapelujemy do sędziego, że dobry z ciebie chłopak, nigdy nie karany, zwykła ofiara mafii ze Srilanki, to oni cię wykorzystali. To oni są ci źli, a ty byłeś tylko w złym miejscu o złym czasie.  Dostaniesz 3 to 12 miesięcy i wkrótce wrócisz do Bangkoku ruchać Tajki.

Well, ok… Słuchając się adwokata, postanowiłem przyznać się do czegoś, czego wcale nie zrobiłem – podrobienia paszportu. Oficjalna kara do 10 lat więzienia… Trochę srałem w gacie. Adwokat apeluje – wysoki sądzie, niekarany ani w Polsce, ani w Tajlandii, ani w Singapurze, bardzo żałuje tego co zrobił, jak wszyscy wiemy został wykorzystany przez syndicate ze Srilanki, nie ma sensu marnować publicznych pieniędzy na trzymanie go w więzieniu. Apeluje o najniższy wymiar kary do Michała. A, i on jeszcze chce coś dodać…

Wysoki sadzie – mówię starając się dobierać jak najbardziej elokwentne słowa po angielsku –  pomimo tego, że mój adwokat przeprosił już w moim imieniu, pragnę osobiście wyrazić skruchę. Tak, zasługuję na to, aby zostać ukarany. I wiem, że każdy na moim miejscu mówi podobne rzeczy. Ale ja naprawdę żałuję tego co zrobiłem, to było absolutnie lekkomyślne i trudno mi zrozumieć jakie okoliczności sprawiły, że znajduję się tu, gdzie teraz jestem. Nie proszę o niski wymiar kary. Proszę tylko o przyjęcie moich przeprosin. Jest mi wstyd…

I  w ten oto sposób rozprawa dobiegła końca. Adwokat wręcza mi list – masz, to od twojej dziewczyny – fajnie. Misa dale o mnie pamięta. Czytam list, a w nim: „Michał, nie ważne ile będziesz w więzieniu, ja na ciebie czekam.” Wtedy w to uwierzyłem. Teraz, biorąc pod uwagę, że jest to laska którą poznałem na portalu randkowym, gdzie dostaje 300 wiadomości dziennie, moja reakcja na ten list byłaby taka: hahahahahahahhahahahahhahahahhahahahhahahahaha. Nie ma takiej opcji, żeby Tajka która buja się z obcokrajowcami, ma konta na jakiś portalach randkowych, czekała miesiące na faceta. I nie ma się co dziwić – też bym nie czekał. Za błędy trzeba płacić.

Po przerwie nastąpiło ogłoszenie wyroku – Zważając na to, że Mr Michal Forsaken nigdy nie był karany i żałuje tego co zrobił, skazuję go na 6 miesięcy w więzieniu. – Uffff, nie tak źle. Bo mogło być to 10 lat. Od razy podbija adwokat i mówi „do zobaczenia za 4 miesiące. Ukroją ci 2 miesiące za dobre sprawowanie. No, chyba, że będziesz się wdawał w bójki, albo zrobisz coś głupiego. 4 Miesiące, not so bad. Zwłaszcza, że 3 tygodnie mam już odbębnione.

Wracamy do aresztu w basement’cie sądu. Siedzę i rozmawiam z nieletnimi nożownikami z chińskiego gangu. To kogo pociąłeś? – Pytam – A nikt ważny, taki chuj z konkurencyjnego gangu.

Przy wejściu stoi napakowany, łysy typek wyglądający na hindusa. Ma na imię Jason i okazuje się tamilem urodzonym w Singapurze. Od razu widać, że jest psychopatą. Staram się trzymać od niego z daleko. Jason bardzo szybko zaczyna kłócić się ze strażnikiem – co kurwa, chcesz się bić? zaraz ci wyjebie – Jason ściąga koszulkę i rzuca nią o podłogę – wow, myślę, ten to ma nasrane w głowie. Dostanie 6 batów za grożenie oficerowi + ekstra wyrok na starcie. Żeby mnie tylko nie wsadzili z takim debilem do celi!

Wracamy do więzienia Changi. Wiedziałem, że zostanę przetransportowany do więzienia dla ludzi z drobnymi wyrokami – Changi to max. security prison. Jak narazię muszę jednak czekać na transport do drugiego więzienia i – o kurwa – wsadzili mnie do małej celi z Jasonem, tym pojebem z sądu. Zajeeeeebiście!!!

Ciąg dalszy w części 4.

 

 

Locked up abroad (część 2) – czyli jak trafiłem do więzienia w Singapurze


Poniedziałek, dzień sądu. Wszystkich świeżo aresztowanych, nie ważne za co, zakuto w kajdany na nogi i ręce, zupełnie jak terrorystów w Guantanamo. Trochę mnie to śmieszyło, bo większość tu przebywających, trafiło z powodu różnego rodzaju błahych immigration offences, typu visa over-stay, czy praca bez work permitu. Singapurczycy jednak wszystkich traktują tak samo – trzeba zakuć w łańcuchy każdą kończynę. Lepiej dmuchać na zimne? Czy to tak dla nauczki? Nevermind…

singapur-wiezienie

Więźniarką bez okien dojechaliśmy do sądu. Chuj z oknami, ważne, że klimatyzacja była. Na wejściu rozebrano nas do naga i po raz kolejny przeszukano. Trzeba było zrobić przysiad – to tak na wypadek, gdyby ktoś próbował przemycać coś w dupie, no i oczywiście obowiązkowo otwarte usta, bo wiadomo, ktoś mógłby w buzi jakiś nóż, albo pistolet przemycać. Przez następne kilka miesięcy przeszukiwano tak nas około 3 razy dziennie. W Singapurze po prostu nie da się niczego przemycić, nie ma takiej opcji.

Rozprawa sądowa była generalnie bardzo szybka. Koledzy ze Srilanki, mafia wraz z którą zostałem aresztowany, szepcząc próbowali mnie namówić, abym nie zeznawał przeciwko nim. Najpierw na litość, “mam rodzinę, proszę nie rób mi tego”, potem już bardziej finansowo, obietnicami o pieniądzach które dostanę po wyjściu na wolność. Wracając jednak do rozprawy, skończyła się bardzo szybko, została od strzału odroczona o tydzień z powodu braku czasu na przygotowanie aktu oskarzenia. Zostaliśmy wszak aresztowani w piątek, a rozprawa odbyła się już w poniedziałek rano. To się nazywa efektywność!

Z sądu zostaliśmy przewiezieni, ponownie zakuci w kajdanach jak się tylko dało, do więzienia Changi. Więzienie znajdowało się bardzo blisko lotniska, z okien widać czasami było samoloty odlatujące w różne strony. Następnie skonfiskowano nam wszystkie własności, razem z ubraniami. Dostaliśmy w zamian więzienny mundurek, czyli niebieskie krótkie spodenki i białą koszulkę (jak widać na zdjęciach). Majtek brak, wsyscy w Singapurkim więzieniu chodzą z dyndającą pałą w spodenkach na czas swojego wyroku. Następnie zostaliśmy rejestrowani, ale zamiast tatuażu na ręce jak w Auschwitz,  dostawaliśmy niebieskie obrączki z numerem więźnia. Od tego momentu nikt nie zwracał się do nas po imieniu, staliśmy się tylko czterocyfrowymi numerami. Kolejny etap to wywiad z lekarzem. Czy masz jakieś dolegliwości?

Ja generalnie nie mam, ale… Kiedyś cierpiałem na depresję I brałem na to leki. Leki na depresję działają podobnie jak drugi, jeśli są przedawkowane, to dają mocnego kopa. Sprawiają też, że człowiek po prostu na wszystko ma wyjebane. Kiedyś po lekach miałem wrażenie, że nawet gdyby ktoś oświadczył, iż mam raka i umrę za kilka miesięcy, nawet specjalnie bym się ty nie przejął. Tak więc zgłosiłem w więzieniu, że cierpię na ciężką depresję i mam skłonności samobójcze. Dlaczego? Bardzo chciałem mieć na wszystko wyjebane, w czym owe leki bardzo pomagają. Nie pogardziłbym też małym hajem, więc niech jest coś co stymuluje w mózgu serotoniną, dopaminę, etc. Tak więc powiedziano mi, że psychiatra przyjmie mnie w przeciągu kilki następnych dni.

Dalej dostaliśmy zestaw więźnia, czyli pudełko z małą pastą do zębów, mydłem, srajtaśmą, szczoteczką do zębów specjalnie tak giętką i krótką, żeby nie dało się nią nikogo zabić, no I był też mały koc. Do tego słomiana mata, która zasadniczo chuja dawała, spanie na tej macie, czy na podłodze, nie robiło to żadnej różnicy. Zdjęcie zestawu więźnia i słomianej maki poniżej. Wreszcie idziemy do celi.

singapur-wiezienie2

Changi prison to zajebiście nowoczesne więzienie. Wszystko kontrolują komputery, zamki magnetyczne, klimatyzacja, głośniki. Prawie jak hotel. No, nie do końca. Bo w każdej celi było nas 4 osoby, a wymiary miała ona może 6 metrów na 3 szerokości. Z czego “łazienka” była odgrodzona małą ścianką i zabierała 1 z tych 6 metrów. Było ciasno w chuj. Na życzenie, zostałem zamknięty z moją kochaną mafią ze Srilanki. Były to jedyne osoby które znam i nie za bardzo wszyscy wiedzieliśmy czego się spodziewać po życiu w więzieniu, więc taka konfiguracja wydawała się najlepsza.

Już na samym początku zaczęła mi doskwierać głupota współtowarzyszy. Tutaj zaznaczam, że ci ze Srilanki nie bylu jeszcze tacy źli. Natomiast, czy wyobrażacie sobie bycie otoczonym skończonymi debilami 24 na dobę przez miesiące? Ludźmi którzy ledwo dukają po angielsku, nie mają żadnego wykształcenia, brakuje im zębów, a jak się już odzywają, to jest to historia typu jak strzelił z plaskacza swojej byłej, bo zupa była za słona, albo jak wyrwał torebkę starszej babci na przystanku autobusowym? Oczywiście zdarzały się wyjątki, acz posilę się na stwierdzenie, że 95% ludzi których spotykałem w więzieniu, reprezentowało sobą totalne dno.

Angielski jest podobno urzędowym językiem w Singapurze. Natomiast w więzieniu mało kto nim włada. Łącznie ze strażnikami. Co drudzy przynajmniej wszystko rozumieli, ale ich mowa była bardzo niegramatyczna i non stop wpierdalali jakieś słowa malezyjskie, lub chińskie. You ok la? Makan is here, let’s eat. Your lanciao is so big! Miałem więc okazję nauczyć się dosyć sporo słów z przeróżnych języków. Dla zaciekawionych “la” to taki polite particle zmiękczający ton, tak jak w Tajlandii mamy “na”, “makan” to jedznie po malezyjsku, a “lanciao” to nic innego jak “kutas” w języku chińsku, ale nie jest to chiński z main land China, jest to chiński który rozumieją wyłącznie malezyjscy i singapurscy Chińczycy. Brzmi dziwnie? I w Singapurze I w Malezji około 30% wszystkich mieszkańców to Chińczycy, więc nie ma się co dziwić, że mają swoje własne dialekty południowo-azjatyckie.

Z takich epicko tępych ludzi, poznałem np. gostka z Bangladeszu, który po poznaniu mówi do mnie: ‚ahh ty jesteś biały, ja nie lubię tych waszych białych dziewczyn. Straszne suki” OK – myślę, pewnie ma jakąś byłą feministkę, która dała mu popalić – ale nie, on kontynuuje argumentacje inaczej – “nie lubię białych dziewczyn, ponieważ one się dupczą z psami. – Taki był jego argument! – Na moje pytanie skąd ma takie informację, usłyszałem, że “widziałem na filmie w internecie”…

Innym razem, rozmawiam z innym typem z Bangladeszu. Było ich tam całkiem sporo. Wszyscy oni siedzieli w więzieniu za pracę na czarno w Singapurze. No większość, bo było też kilku takich którzy macali laski i zamknęli ich za to. Za visa over stay dostaje się w Singapurze 3 miesiące i 3 baty kary. Anyway, zapytałem go, czy to prawda, że oni nie znają swojej daty urodzenia na tym wypizdowie w Bangladeszu. Kiedyś pracując w Londynie jako optyk, mieliśmy sporo pacjentów z Bangladeszu w naszym salonie, którzy przychodzili robić darmowe badania wzroku – każdy na socialu w Anglii ma za darmo badania oczu, więc oczywiście 99% muzułmańskich śmierdzieli, ma takie rzeczy za darmo. Rejestrując ich dane osobowe, zauważyłem coś dziwnego – wszyscy oni mają tą samą datę urodzenia – 1 stycznia. Wydawało mi się to bardzo dziwne, bo przecież niemożliwe, że cały Bangladesz urodził się 1 stycznia. Zapytałem więc mądrego chińczyka który był optometrystą w naszym salonie, w czym tkwi sekret i oto usłyszałem, że prości ludzie w nierozwiniętych krajach nie znają swojej daty urodzenia, a nawet i nazwiska. Ot, rodzi się jakiś gówniarz i nikt nie spisuje kiedy i gdzie. Oni nie mają nawet nazwisk, stąd wszyscy nazywają się Islam, Mohamed, etc, bo to jest łatwe do zapamiętania kiedy trzeba podać takie informacje w Anglii, czy innym normalnym kraju. Tak więc wracając do więzienia, pytam swojego nowego “kolegę”, czy wie kiedy się urodził. Nie, nie wiem – odpowiedział – A czy wiesz ile masz lat? – zapytałem. Mam 30 lat. – odpowiedział bez zastanowienia. – To mnie jednak zaciekawiło skąd on kurwa wie ile ma lat, skoro nie zna swojej daty urodzenia. Zadaję więc proste, prozaiczne pytanie – skąd wiesz? – odpowiedź była taka – mama mi powiedziała….

11_1

Najgorsze w siedzeniu w celi z trzema tamilskimi Srilanczykami było to, że oni non stop napierdalali po tamilsku i ja nie miałem się nawet do kogo odezwać. Byłem wyizolowany strasznie. Potem przenieśli mnie do innej celi, z 3 Malezyjczykami. Znowu to samo. Nic nie rozumiałem. Następnie byłem z 3 chińczykami. Ogólnie masakra…

W końcu zostałem wezwany do psychiatry. W krótkim wywiadzie, podałem nazwę leku na depresję, który rzekomo przyjmuję. Dawka razy 4. Bez żadnych pytań dostałem lokalny zamiennik. Tego który mamy w Polsce akurat nie mieli. Co ciekawe, tak łatwo jak poszło z antydepresantami, jak chciałem dostać valium lub xanax na spanie, to za chuja nie chciał przepisać, twierdząc, że w ogóle nie mają takich leków, co było nie prawdą, bo leki na spanie były marzeniem każdego więźnia – w końcu coś co skutecznie zabija czas. A właśnie, jak chodzi o spanie, to nie spałem przez jakieś 2 tygodnie w ogóle. Taka hardcorowa insomnia, że koniec, nic nie dało się na to poradzić. Anyway, w końcu dostałem moje leki na depresje. Następne 2 tygodnie jechałem na konkretnym haju. Po przyjęciu trwało to około 20 minut i dosłownie odpływałem na pare godzin…

W pierwszych kilku dniach pobytu w Changi prison przyszedł odwiedzić mnie pracownik ambasady Polski. Bardzo miły i uczynny człowiek, ale jedną rzecz zjebał. Prosiłem go, żeby czasami nie powiedział mojej matce, że grozi mi do 10 lat więzienia, co oczywiście zignorował i szybko przekazał. Nawet sobie nie wyobrażam jaka musiała być jej reakcja…

Kolejne dni mijały, aż nastał czas na kolejną rozprawę sądową w następny poniedziałek. Tym razem byłem już uzbrojony w adwokata, którego wynajęła moja matka. Wiadomo, od razu czułem się pewniej. Na wstępnie powiedział mi bowiem, że w najgorszym wypadku dostane rok, o 10 latach którymi straszą nie ma szans. To już jakieś pocieszenie! Rozprawa jednak została odroczona po raz kolejny. Akt oskarżenia dalej nieprzygotowany.

project-img28.jpg

Któregoś dnia, przyszedł odwiedzić mnie policjant, który mnie aresztował. Chciał wyciągnąć coś z mojego portfela, a że kraj cywilizowany, to musiałem przy tym być, żeby nie było, że coś zginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Tutaj słowo o narkotykach – zawsze w Azji trzymam się od nich z daleka, nie chce nawet widzieć na oczy, bo w Tajlandii jest to poważny problem, tak jak i w Singapurze. Aczkolwiek mieszkając w Londynie, drugi spożywałem przez lata praktycznie w każdy weekend, przez co mój portfel był hardcorowo przesiąknięty specyficznym zapachem amfetaminy. Ja to czułem z półtorej metra, czyli on też musiał. Co ciekawe ja ten portfel dokładnie umyłem jeszcze w Londynie, żeby nie było właśnie takiego przypału jaki nastał… Serce zaczęło mi walić i w głowie snułem scenariusze kolejnych zarzutów. Nawet za to, że kiedyś w portfelu miałem narkotyki, dostałbym 2 lata, a jest to bardzo proste do udowodnienia – przykłada się do maszyny i na monitorze pokazuje dokładne substancje które miały kontakt z danym przedmiotem… Na moje szczęście, osoba która nigdy nie brała amfetaminy nie wie jak substancja ta pachnie i policjant nic nie zauważył. Ale nie dawało mi to spać jeszcze przez następny tydzień  – co jeśli jeszcze raz ktoś otworzy mój portfel i tym razem będzie to osoba, która skojarzy te specyficzny zapach? Na szczęście tak się nie stało…

W więzieniu wszyscy mieli niebieskie przepaski na nadgarstku z numerem więźnia. No prawie wszyscy, bo było kilku takich, którzy mieli czerwone… Czerwone były dla morderców i gwałcicieli. Pewnego razu siedziałem koło typa z takim czerwonym czymś. Pytam więc, morderstwo, czy gwałt? Morderstwo – odpowiada. Trochę się napaliłem, bo jeszcze nigdy nie miałem do czynienia z mordercą, więc poprosiłem, żeby wszystko dokładnie opowiedział. Historię zaczął od – a weź mnie nie wkurwiaj nawet, bo ja tego nie zrobiłem, a już 2 lata mnie tu trzymają. Stało się tak: wraz z kumplami mieliśmy imprezę z heroiną. Każdy z nas napierdalał w żyłę. Wszystko było fajnie aż do momentu, w którym jeden z nas przedawkował i wykitował. To jest problem, bo jeśli zadzwonię do szpitala, to przyjedzie policja, zrobią nam badania moczu i wszyscy dostaniemy po 2 lata więzienia. Będąc więc na haju, miałem lepszy pomysł – schowam zwłoki. Wsadziłem je do worka na śmieci, a potem do bagażnika samochodu. Myśląc gdzieżby się pozbyć ciała, ów ciało zaczęło wydalać z siebie śmierdzące płyny i normalnie cieknąc z każdego otworu. Trochę spanikowałem i wyjebałem zwłoki  do morza. W Singapurze każdy obywatel musi oddać odciski palców, więc znaleźli mnie bardzo szybko. I tak już siedzę tu 2 lata, za morderstwo którego nie popełniłem.

Ciąg dalszy w części trzeciej.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Locked up abroad – czyli jak trafiłem do więzienia w Singapurze


Długo zastanawiałem się czy opowiedzieć tę historię. Z kilku powodów. Przede wszystkim, delikatnie rzecz ujmując, nie jestem z niej dumny. Wszak własna lekkomyślność nie jest cechą którą pragnę publicznie promować. Ciężko też opisać koszmar ciągnący się przez miesiące na ledwie kilku stronach. Jednakowoż, to czego doświadczyłem, zdaje się być na tyle niecodzienne, absorbujące i wzbudzające ciekawość, że niepodzielenie się tym przeżyciem wydaje mi się wręcz egoistyczne.

singapur-wiezienie-kara

Singapur to małe miasto-wyspa, znajdujące się na południe od Malezji. Jest to jedno ze światowych centrów biznesowych o tropikalnym klimacie z multikulturową społecznością. Singapur jest też słynny z czegoś innego… Jest to jeden z najbardziej restrykcyjnych krajów na świecie. Małe wykroczenia karane są olbrzymimi mandatami. Palenie papierosa w miejscu publicznym, splunięcie na ulicę, czy nie posprzątanie gówna po psie. Wszystko to może skończyć się bezlitosnym mandatem na nawet kilkaset dolarów. A co się stanie jeśli nie stać nas na zapłatę? Niespłacone kary pieniężne odrabia się w więzieniu. Sędziowie w Singapurze nie omieszkają wsadzić do więzienia nawet na 2 tygodnie za coś tak błahego jak niezapłacony mandat za parkowanie. Ah, czy wspominałem już, że w Singapurze oprócz więzienia stosuje się też karę chłosty?

Stop this man! – słyszę za swoimi plecami. Ze strachu mało nie posrałem się w gacie. Zrobiłem coś głupiego w najgorszym możliwym miejscu. I zostałem na tym złapany. Był to kwiecień, rok 2012. Lotnisko Changi w Singapurze. Byłem już tak blisko pokładu samolotu, dzieliło mnie może 5 metrów. Wiedziałem jednak od samego początku, że dopóki samolot nie znajduje się w powietrzu, nie jestem bezpieczny. Serce waliło mi strasznie. Poczułem skurcz w żołądku. Passport! Zażądał jeden z policjantów w cywilnym ubraniu. You are under arrest. Do you know why? – Zapytał. Przez ułamek sekundy przeszło mi przez głowę, aby grać głupa i wszystkiego się wyprzeć. Ale skoro mnie zatrzymali to przecież o wszystkim wiedzą. Yes, I do – odpowiedziałem z przerażeniem w oczach.

Na ręce założono mi zimne kajdanki. Jeden z policjantów przykrył je bluzą, żeby nie robić sensacji na lotnisku. Miałem ochotę im powiedzieć, że nie jest to konieczne. Nie planuję nigdzie uciekać i nie jestem agresywny. Wiedziałem jednak, że nic to nie zmieni. Zresztą bycie zakutym w kajdanki to nie taka tragedia, co najwyżej trudniej się podrapać po jajach, kiedy jest taka potrzeba. What is gonna happen to me – will I end up in prison? – zapytałem – Of course you are going to prison! This is Singapore!

Po 10 minutach zostałem odprowadzony na lotniskowy komisariat immigration police. Choć zostaliśmy aresztowani w innych miejscach, wraz ze mną, było jeszcze 3 obywateli Sri Lanki. Wszyscy byliśmy zamieszani w to samo przestępstwo i wszyscy staniemy przed sądem razem, za konspirację i złamanie tego samego prawa. Z nas czterech, jako jedyny nie grałem głupa ja, i z nas czterech, jako jedyny nie zostałem pobity przez policję tylko ja. Co prawda nie wszystko rozumiałem, bo rozmowa między nimi toczyła się po tamilsku, acz nie trudno się było domyślić – Sri Lańska mafia nie chciała się do niczego przyznać, co sprowokowało agresję policji. Na kamery założyli kurtki, zgasili światło i boom, boom, boom. Wszyscy trzej pobici za brak współpracy. Co dalej… Będą nas torturować? Czy wiesz, że w Singapurze karzemy takich jak wy karą chłosty? – pyta jeden z agresywnie wyglądających policjantów. Cały czas patrzył na mnie, jakby tylko szukał pretekstu, aby i mnie uderzyć. Ostatecznie jednak zostałem nietchnięty. Tak, oczywiście, że wiem o karze chłosty. Czy jest ktoś kto nie wiem? I szczerze to… mam na to wyjebane. W ogóle jej się nie boję. Nawet z ciekawości chętnie bym dostał jednego bata, żeby wiedzieć jak to jest.

singapur-wiezienie

Kilka godzin później zostaliśmy odwiezieni do aresztu imigracyjnego. Bycie przykutym do jakis rurek na ksztalt kaloryfera przez tak długi okres nie było przyjemne. Przez moje ciało przechodziły różne, skrajnie dziwne uczucia. Z jednej strony bałem się, z drugiej byłem zwyczajnie ciekawy jak wygląda więzienie od środka, nie na filmie. W końcu dotarliśmy. Zostałem wprowadzony do zielonej celi w której nie było niczego. Ot podłoga i z 6, 7 innych aresztowanych. Wszyscy spali na betonowej ziemi jak psy. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że przyjdzie mi spędzić w takich warunkach miesiące. Brak okna, obleśny srakowaty odcień zieleni na ścianach i nawet kibla nie mieliśmy. Była za to umywalka, w której z jednego kubka wszyscy mogliśmy się napić kranówy. Pierdzący i chrapiący mieszkańcy celi, również nie przypadli mi do gustu. Ogólnie zapowiadało się źle… Bardzo źle.
Przez całą noc w ogóle nie spałem. Za dużo nerwów i stres, wielki, wielki stres. Rano przyszło śniadanie. 2 kromki chleba, takiego najbardziej chujowego chleba, jaki jedzą w Anglii. Jedna kromka z dżemem, druga z masłem. Do tego herbata z cukrem (fuj). Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że tak będzie wyglądać moje śniadanie przez następne miesiące. Nie wytrzymałem i totalnie się załamałem. Z oczu zaczęły mi cieknąć łzy. Jakieś typy z Nepalu próbowali mnie pocieszyć – nie martw się, jesteś biały, potrzymają cię dla zasady 2, 3 miesiące i pojedziesz do domu – mówili…
You’re gonna spend up to 10 years in prison – powiedział prowadzący przesłuchanie policjant. Co kurwa?! Wiedziałem, że Singapur jest trochę hardcorowy, ale 10 lat?! To jest lekka przesada. Pierwsza myśl – do 2 lat jakoś przeczekam, jeśli ma być więcej popełniam samobójstwo. Druga myśl – kurwa jak moja matka się dowie, że czeka mnie do 10 lat w więzieniu w Singapurze, to przecież oszaleje. Znowu nerwy!
Cały weekend na komisariacie. Na obiad i kolacje dawali nam ryż i kawałek mięsa, który jedliśmy brudnymi rękami. Sztućców brak.  Prysznica brak. Czasami wypuszczali nas tylko do kibla w pomieszczeniu obok. Czas mijał pomiędzy przesłuchaniami, jedzeniem i patrzeniem w ścianę. Zajebiście depresyjna sytuacja. Przez cały ten okres oczywiście nikt nie dał mi nigdzie zadzwonić, więc dla znajomych i rodziny po prostu zaginąłem. Strażniczki w więzieniu, jak to Azjatki, non stop ze mną flirtowały. Michael, do you have a girlfriend? Michael, what type of girls do you like? – ja jednak, biorąc pod uwagę okoliczności, naprawdę nie byłem w nastroju.
W końcu nastał poniedziałek. Wyprawa do sądu, gdzie mój los miał się rozstrzygnąć. Czy naprawdę zostanę skazany na 10 lat? Czy dostanę karę chłosty? Czy w ogóle jestem w stanie przeżyć w takich warunkach kolejne ileś miesięcy, czy lat? Czy w więzieniu jest bezpiecznie?
O tym wszystkim dowiesz się w kolejnej części, którą napiszę już wkrótce… Tymczasem, jeśli chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku polub stronę na Facebooku.