Sikanie, Filipiny, Cebu

Jak zaszczałem hotelowy pokój

Oryginalny plan nie był skomplikowany – przejechać motorem z Cebu city do Moalboal – nadmorskiej miejscowości, z jednymi z najlepszych plaż na całej wyspie. Planowana trasa to niecałe 100 kilometrów, a zatem przyjemna kilkugodzinna jazda. Najciekawsza droga wiedzie przez północ, znajdują się tam wysokie góry z epickimi widokami, a temperatura spada do tak niskich, że jazda bez bluzy, kurtki, lub innego nakrycia, byłaby raczej mało przyjemna, co z kolei jest przymną odmianą od tropikalnych upałów przez cały rok.

My jednak wybraliśmy inna trasę, wiodącą przez południe. Pomimo tego, że trasa dużo mniej ciekawa, rodzina May zamieszkuje miasto o nazwie Naga. Od początku średnio mi się podobał ten pomysł, bo chociaż na Filipinach znajdują się jedne z najpiękniejszych miejsc na ziemi, to łatwo też można trafić na mega depresyjną dziurę, gdzie ludzie mieszkają w szałasach z blachy, a jedyna rozrywka to wycie ryja do karaoke, pośród szczurów, karaluchów i piejących kogutów. Z internetu wiedziałem już, że miasto Naga to industrialne centrum wyspy z ciężkim przemysłem, co również nie zachęcało. Dodatkowo, największą atrakcją miasta jest promenada nad morzem, co sugeruje, że generalnie nie ma tam niczego.

Mimo wszystko w mieście zatrzymaliśmy się. Nadeszła godzina spotkania z wujem, którego wyobrażałem sobie jako podstarzałego pana z wąsem, zwłaszcza, że ma on dzieci i jest… kościelnym kaznodzieją. Wielkim szokiem okazało się, że ów wuj jest… sporo młodszy ode mnie. Po raz pierwszy w życiu poczułem się jak stary dziad, ale do tego chyba trzeba się powoli przyzwyczajać.

Początkowo myślałem, że jako goście, zostaniemy na noc u wspominanej rodziny. Szybko jednak okazało się, że nie tylko nie ma tam miejsca, ale też i bieżącej wody, więc ta opcja równie odpada. Stąd nastała nagła potrzeba znalezienia hotelu. W całym mieście jest aż jeden hotel i to właśnie ten hotel jest głównym tematem postu.

Po wejściu do recepcji, nic nie wskazywało na to, że będzie to najgorsza noc hotelowa naszego życia. Na tablicy były rozpisane ceny na 2, 4, 6 i 8 godzin, a także opcja OVER – NIGHT. Pokoje dzieliły się na te z klimatyzacją wiatrakiem oraz dzieloną, lub prywatną łazienką. My wybraliśmy opcję full wypas za 800 peso, czyli całą noc z klimą i łazienką. W drodze do pokoju byliśmy trochę w szoku, bo wąskie korytarze ujawniały nadzwyczajnie brzydkie pomieszczenia, które w Europie nadawałyby się do trzymania bydła, lub ewentualnie psa, ale to też tylko w przypadku, gdy ktoś naprawdę nie lubi swojego psa. W powietrzu unosił się zapach, coś pomiędzy siarką, a rozkładającymi się zwłokami.

W końcu docieramy do naszego pokoju. recepcjonistka ściąga z nich kłódkę, chyba rowerową. W środku pomieszczenia bez okna, w którym znajduje się łóżko. Ciężko stwierdzić, czy bardziej liczne są dziury, czy plamy niewiadomego pochodzenia. Szybko rzucił nam się w oczy brak gniazdek z prądem, jedyna opcja naładowania telefonu to odłączenie klimatyzacji od prądu, ale i to jest problematyczne, bo wtedy telefon dynda w powietrzu na kablu ładowarki, na takiej wysokości, że jego upadek grozi uszkodzeniem ekranu. Łazienka to dziura w podłodze, a prysznic to zwykły kran ogrodowy, z którego można sobie co najwyższej nalać zimnej wody do wiadra, które służy jednocześnie do spuszczania wody w dziurze robiącej za kibel. TRAGEDIA. Jedyny pomysł aby przeżyć noc, to jak najdłuższe wyjście na miasto, gdzie spijemy się niemal do nieprzytomności i jakoś przetrwamy do rana na alkoholowej fazie.

Plan wprowadziliśmy w życie, wlewając w siebie dużą ilość Red Horsów w okolicznych knajpach. W końcu wróciliśmy do hotelu o 1 w nocy i z pomocą alkoholu, jakoś udało się zasnąć.

W nocy budzi mnie walenie w drzwi. Nie zdążyłem jeszcze nawet prze-trzeźwieć, więc nie byłem pewien, czy to sen, czy o co chodzi. Ewidentnie ktoś jednak walił w drzwi, usiłując za wszelką cenę nas obudzić. Otwieram drzwi, gdzie mała filipinka z recepcji wykrzykuje: “Check out time! Check out time!”. Patrzę za okno, a tam ciemno. Jaki check out, o co jej chodzi. Dalej nie bylem pewien, czy to sen, czy o co come on, pytam więc która godzina. W odpowiedzi słyszę, że 4 w nocy. A to wszystko jasne, chujowy hotel, to i jakaś pomyłka nie dziwi. Pouczam więc laskę z hotelu, że mamy opcje OVER-NIGHT i nie fajnie, że nas budzi w środku nocy . Na to laska z hotelu oznajmia, że wszystko się zgadza, OVER NIGHT w ich zajebistym hotelu to 12 godzin, a że zrobiliśmy check in o 16:00, check out time to 4:00. Mówię, że chyba ich pojebało, nie dowierzając w to co słyszę, bo przecież jak opcja na całą noc, może kończyć się o 4 rano i po 12 godzinach.

Szybko okazuje się, że jedyne co możemy zrobić to zapłacić więcej za przedłużenie, albo wyjść. Wtedy zalał mnie tak epicki gniew, że nakrzyczałem na hotelową laskę i powiedziałem May, żeby zaczęła się pakować. Na tym mój wkurw jednak się nie skończył. W ramach podziękowania za chujowe traktowanie, wyciągnąłem z portek Pytona i zacząłem sikać. Po wszystkim. Od “łazienki”, przez podłogę, na łóżko, po kątach, pod łóżko, na ściany. I szczałem tak po wszystkim aż wysikałem wszystkie Red Horsy. Taka mała zemsta za ciulanie klientów. I od razu lepiej się poczułem.

Następnie wsiedliśmy na motor i półprzytomni odjechaliśmy w kierunku celu – Moalboal, gdzie dane nam było relaksować się na białych plażach.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na zamkniętym forum Forum Azja Po Zmroku, tylko dla facetów! Mamy już ponad 8000 użytkowników i można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o Azji.

Pamiętaj też aby subskrybować kanał YouTube na którym raz na ruski rok coś dodaje.

6 thoughts on “Jak zaszczałem hotelowy pokój

  1. Michal pojechalbys zrobic relacje i sprawdzic dziewczyny w Timorze Wschodnim. Podobno niedkryte miejsce, a kobiety tez ciekawe 🙂

Leave a Reply