Klub Colosseum, Dżakarta, Indonezja

Raport z Indonezji, kwiecień 2019

Indonezja, a konkretniej Jawa, ma w sobie coś co mnie intryguje. Jest to bowiem miejsce, w którym pomimo standardowych charakterystyk Azji, takich jak jedzenie hurtowych ilości ryżu, czy transportowaniu całej rodziny i psa na skuterze, czuć egzotykę oraz zderzenie kultur. To właśnie islam sprawia, że większość turystów z zachodu omija Indonezję szerokim łukiem. I to własnie brak obcokrajowców powoduje, że wyspa Jawa jest nieskażona i wciąż autentyczna, a zamieszkujący ją ludzie wciąż są szczerze zainteresowani poznawaniem obcych z odległych kontynentów, zamiast popularnego traktowania nas jak przysłowie chodzące bankomaty, co niefortunnie jest już standardem w każdym turystycznym miejscu, takim jak Phuket, Bali, czy Boracay.

Oczywiście Indonezja ma swoje defekty i niedoskonałości. Pierwsze co przychodzi na myśl to ograniczony dostęp do alkoholu i imprezowanie raczej w cenach zachodnio europejskich. Natomiast jako osoba zamieszkująca dotychczas w Bangkoku, który również zrobił się epicko drogi w tej kwestii, nie odczułem specjalnej drożyzny. Ceny imprez i alkoholu są mniej więcej takie same w Bangkoku i Indonezji. Tutaj pragnę podkreślić, że pomiędzy Bangkokiem a resztą Tajlandii robi się cenowa przepaść, podobnie jak ma to miejsce np. pomiędzy Londynem, a resztą Anglii. I tak np. samo wejście do klubu w Bangkok może kosztować 500 batów (60zł) podczas gdy w podobnym klubie w mieście Korat dostaniemy za to… całą butelkę whiskey z 4 mikserami.

Nie sposób też zauważyć średnio dobrze prezentujących się dziewcząt na ulicach. Nie, wcale nie dlatego, że nie są ładne. Natomiast wedle standardów religii są one ubrane konserwatywnie i mówiąc wprost – nieatrakcyjnie. Czasami wręcz ciężko uwierzyć jaką różnicę robi samo ściągnięcie chusty z głowy i swobodne rozpuszczenie włosów.

Pomimo pewnych niedogodności, Indonezja przypomina mi północny wchód Tajlandii i prowincjonalne Filipiny. Wszystkie te miejsca mają wspólne cechy – brak obcokrajowców i niesamowitą gościnność miejscowych. To się oczywiście wiąże z pewnymi niedogodnościami dla turysty – niską znajomością języków obcych, ograniczonym dostępem do jedzenia innego niż ryż, czy bardzo miejscowymi środkami transportu, ale to właśnie dopiero wtedy można poczuć smak prawdziwej Azji.

Kolejną podróż do Indonezji rozpocząłem raczej smutno, albowiem Bandung, miasto które wychwalałem w niebiosa, o czy możesz przeczytać klikając tutaj, okazało się niewypałem. Mimo wszystko nie skreślam go z listy zajebistych miejsc w których mógłbym zamieszkać. Natomiast teraz już wiem, że jest to miejsce w którym coś się dzieje w weekendy, natomiast w pozostałe dni tygodnia trzeba sobie znaleźć zajęcie typu praca i nie oczekiwać na epickie przygody. Ale do rzeczy.

Pociąg ze stacji Gambir w Dżakarcie jedzie do Bandung około 3 godziny. Podróż jest niesamowicie wygodna – nie tylko w wagonie jest prąd, a co za tym idzie można pracować na komputerze, lub mieć dostęp do internetu przez telefon, ale i można kupić kawę, jedzenie, etc. Oczywiście o alkoholu należy zapomnieć.

Ze stacji w Bandung miała mnie odebrać koleżanka o której pisałem w poprzednim poście o Bandung. Chodzi o tą dziewczynkę na pigułach, która mnie prawie rozszarpała w klubie. Tym czasem po przyjeździe na stację zamilkła. Nie była aktywna ani na Facbeooku, ani Whats Appie, a jej telefon był zwyczajnie wyłączony. Innymi słowy, grubo poleciała w chuja.

Aby pocieszyć się tym jakże spektakularnym zostaniem olanym, odpaliłem appki randkowe i po godzinie byłem ustawiony z 19 letnią, bardzo atrakcyjną Indonezyjką. Ta dziewczynka, szybko przeszła do konkretów i zapytała, czy może u mnie spać, bo jej rodzice są na Bali, a ona nie lubi siedzieć sama w domu. Po potwierdzeniu, zapytała czy mogę z nią mieć seks. Po kolejnym potwierdzeniu stwierdziła, że jest dziewicą i czy to dla mnie ok.

Mi tam pasuje. Chociaż wcale nie uważam, że dziewice to coś specjalnego, a wręcz ma to wiele minusów… Podałem jej nazwę hotelu Red Doors, bez szczegółów, bo mieliśmy się spotkać a barze z bilardem. Hoteli Red Doors w Indonezji jest bardzo dużo, więc zdziwiłem się strasznie, gdy dostałem wiadomość od dziewicy, że jest już w recepcji. Skąd wiedziała do którego przyjechać?! Poprosiłem więc o zdjęcie recepcji i używając google searcha, szybko odnalazłem w którym hotelu się znajduje. Oczywiście nie był to ten, w którym spałem.

Dziewica rzekomo czekała na mnie w recepcji, tymczasem po przybyciu na miejsce nie zastałem nikogo. Szybko porównałem zdjęcie recepcji z wyglądałem hotelu i okazało się, że… zdjęcie jest mało aktualne. Otóż recepcja zmieniła kolory, innymi słowy, laska GRUBO poleciała w chuja i ściągnęła fotkę z internetu tylko po to, aby wysłać mnie na miejsce spotkania po nic. Zaśmiałem się głośno. Dwa razy pod rząd zostałem wystawiony przez laski z Bandung w iście spektakularny sposób. No ale nic, na tym polega ta gra. Trzeba próbować aż się uda, nawet jeśli zajmuje to całą noc. Ciekawi mnie tylko co nią motywowało. Czasami też dla żartów wystawiam laski które próbują naciągać na kasę, ale temu konkretnemu przypadkowi nie miałem czym podpaść, więc zrobiła to chyba z czystej złośliwości.

Na sam koniec, co już totalnie mine dobiło, klub nocny Amnesia w którym miałem 100% sukcesu i zawsze wracałem z kimś do hotelu, okazał się być zamknięty. Otwarty tylko kilka dni w tygodniu…

Ten wyjazd do Bangung okazało się porażką i niestety nie miałem czasu dalej eksplorować tego uniwersyteckiego miasta położonego pośród aktywnych wulkanów i plantacji herbaty. A zatem powrót do Dżakarty.

W Dżakarcie mam już trochę koleżanek, więc nigdy się nie nudzę. Pierwszą noc spędziłem z dziewicą z poprzedniego wpisu, która w łóżku robi wszystko, poza przerywaniem błony. To jest jakieś dziwne islamskie rozumowanie, ale przynajmniej jest zabawnie.

Dżakarta to takie śmieszne miasto, w którym z meczetów nawołują do modlitw, dziewczyny chodzą na ulicach w hidżabach, po czym po wejściu do klubu wszyscy zapominają o religii – chustki z głów zastępują krótkie spódniczki i osłonięte brzuchy, a ludzie bawią się na narkotykach i przy dużych ilościach alkoholu. Te narkotyki to jakiś fenomen w Azji która jest w tym temacie bardzo restrykcyjna. Używanie chemicznych środków wyskokowych jest chyba w Indonezji największe w całym regionie, może z wyjątkiem Kambodży, która jest absolutnym rajem dla fanów tego typy rozrywek. Do dziś pamiętam jak podczas pierwszej wizyty w Phnom Penh w 2008 roku, po check in’ie do mojego guest housu, recepcjonista wyciągnął arsenał sprzedawanych specyfików oznajmiając, że są dostępne dla hotelowych gości.

W ostatnią noc anulowałem wszystkie randki i skupiłem się na inspekcji dzielnic czerwonych latarni. Tutaj totalny szok. A mianowicie stosunek jakości do cen jest dużo, dużo lepszy niż w Tajlandii, która jest nie wiadomo dlaczego uważana za stolicę seks turystki. Opiszę tutaj kilka ciekawych miejsc.

Absolutną perełką jest hotel, w którym na kilku piętrach znajduje się coś w rodzaju klubu, baru, burdelu. W środku setki dziewczyn, siedzą i czekają na klientów. Nie kupuje im się żadnych drinków (a nawet jeśli, to są po normalnych, niezawyżonych cenach). Większość dziewczyn siedzi na ławkach przy ścianach, część z nich prezentuje wdzięki na scenie. Co jakiś czas burdel mama pyta się jakie dziewczyny ci się podobają i proponuje aby dosiadły do stolika. To akurat nie jest fajne, bo robią to trochę zbyt nachalnie. Za to co jest super, to że w większości mówią po angielsku i tłumaczą w jaki sposób działa to miejsce. Otóż polityka tego miejsca jest taka, że nie opłaca się brać jednej dziewczyny. Chodzą w parach. 90 minut z 2 dziewczynami (i 2 shotami) kosztuje 35 USD. Tak jest, dobrze przeczytaliście, nie 135, a zaledwie 35 USD. Jedna koleżanka będzie nas kosztować niewiele mniej, więc zwyczajnie się to nie opłaca. I tak trochę dziwnie patrzą jeśli nie chce się brać od razu dwóch.

Dziewczyny w tym miejscu prezentują się dobrze, chociaż siedząc i będąc ubrane, generalnie kupuje się trochę kota w worku – nigdy nie wiadomo czy wybranka jest mega gwiazdą, czy miała trójkę dzieci i mapę świata na brzuchu. Na koniec raczej będą chciały jakiś napiwek, bo jak mi zdradziła jedna z nich (którą przypadkowo poznałem na Tinderze), dostają za całą imprezę aż 100,000 IDR (27 PLN) na głowę, więc oczekują, że rzuci im się jeszcze następne 100,000 rupii. Miejsce jest raczej lokalne, jak większość Indonezji, więc dziewczyny przejawiają typowe zainteresowanie białymi – ciągną za włosy na rękach, porównują kolor skóry, komentują wzrost, kolor oczu, rozmiary Johna, etc.

Tuż po wyjściu z pierwszego miejsca, odkryłem, że na następnym piętrze jest kolejne miejsce tego typu i kolejne setki dziewczyn. Następnie kilka kilometrów dalej okazało się, że jest kolejny taki hotel z setkami dziewczyn i szybko uświadomiłem sobie, ze Indonezja to prawdziwy raj dla fanów płatnego seksu, dużo lepszy niż Tajlandia. Jedyny problem, to że jest to schowane i trzeba wiedzieć gdzie się udać, nie ma namawiających do wejścia dziewczyn na zewnątrz i generalnie miejscówki są bardzo rozstrzelone od siebie, a nie zgromadzone w jednej dzielnicy.

Kolejna dzielnica czerwonych latarni również nie rozczarowała. Tutaj przypominało to już bardziej Tajlandię – na małej uliczce znajduje się z 10 klubów, w których seksownie ubrane hostessy podchodzą do stolika by umilać czas gościom. Co rzuca się w oczy to kompletny brak białych i bardzo niskie ceny. Alkohol oczywiście jest w Indonezji raczej drogi, natomiast dziewczyny można zabierać na pięterko za 300,000 – 350,000 IDR, czyli granice 80 PLN.

Podsumowując Indonezję – jest to kraj na tyle atrakcyjny, że spokojnie mókłbym tam mieszkać. Brak obcokrajowców, niskie ceny, dobre jedznie, imprezy otwarte do rana, bardzo przyjaźni miejscowi. Innymi słowy – wszystko cacy. Oczywiście z wyjątkiem Bali, które jest tandetne i komercyjne jak Phuket, o czym pisałem tutaj.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na zamkniętym forum Forum Azja Po Zmroku, tylko dla facetów! Mamy już ponad 5000 użytkowników i można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o Azji.

Nie zapomnij też subskrybować kanał YouTube na którym czasami coś dodaje.

12 thoughts on “Raport z Indonezji, kwiecień 2019

      1. Michał, czy mógłbyś zdradzić lokalizację? Wybieram się wkrótce do jakarty i chętnie bym sprawdził to miejsce.
        Dzięki za reportaż i pozdrawiam!

Leave a Reply