Bali, Indonezja

Raport z Indonezji – część 2 (Bali)

Bali

Nie mogę powiedzieć zbyt wiele pozytywnych rzeczy o Bali – jest to według mnie typowy kicz dla turyściaków, coś na zasadzie plaży Patong na Phuket, w Tajlandii. Tak, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że po 4 dniach spędzonych na wyspie w ogóle nie powinienem się wypowiadać. Znane mi są również opowieści znajomych którym nie tylko się podobało, ale mieli dużo sukcesów z lokalnymi dziewczynami. Mnie natomiast nie chce się już wyspy poznawać bardziej lub dawać jej drugiej szansy, są to kompletnie nie moje klimaty.

Bali, Indonezja
Bali, Indonezja

Szczytem kiczu jest oczywiście Kuta, miejsce w którym wybrałem nocleg ze względu na bycie centrum rozrywki i życia nocnego. W praktyce wspominam Kutę tak – nieskończone ilości dziwek (co dla niektórych może być i plusem), handlarzy narkotyków i upierdliwych taksówkarzy. Tak średnio raz na minutę słyszy się coś w stylu “you wan lady boob boom? massage? weed? cocaine? taxi? where are you going?”.

Znalezienie dobrego lokalnego jedzenia graniczy z cudem, wszędzie knajpy zrobione pod turystów z pizzą i pseudo lokalnym korytem. Prawdziwe żarcie i klimatowy market pokazał mi dopiero w ostatni dzień znajomy, który siedzi już drugi rok na Bali, gdyż zaciążył lokalną niewiastę (pozdro K.!). Ogólne wrażenie – słabiutko.

Tinder, Badoo, Indonesian Cupid – 99% dziwki. Szukanie dziewczyny na randkę przez internet w Kucie przypomina bicie głową o ścianę. Swoja drogą, szukanie seksu za kasę przez internet też jest głupim pomysłem, abstrahując od tego, że nigdy nie wiadomo jak ona naprawdę wygląda, czy nie ma 15 kg więcej, zdjęć sprzed 10 lat, lub 15 filtrów zakrywających jej pryszcze, pieprzyki lub zmutowaną twarz (to wszystko się zdarza), to negocjowanie cen z kimś z kim nie ma się kontaktu wzrokowego jest zajebiście nieowocne – zawsze strzelają cenę z kosmosu licząc na znalezienie frajera. A jak już trafi się ta jedna na 100 która nie jest dziwką, to albo jest zwyczajnie brzydka, albo mieszka 10km dalej i nie może przyjechać bo z rana idzie do pracy.

Życie nocne – Są kluby, bary, sklepy z alkoholem. Ceny całkiem ok (nie mylić z tanimi), tylko znowu ta sama sytuacja na scenie randkowej. Albo widać po ubraniach, że hardcorowy lachon za kasę, albo wychodzi w rozmowie. Dziewczyny bardzo przyjazne, często zerkają i dają do zrozumienia, że można podchodzić. W pierwszą noc podbiłem do najfajniejszej dziewczyny w klubie, jak się okazało przyjezdnej 19stki. Liczyłem na to, że skoro jest na wakacjach, to może nie dziwka. Spędziliśmy razem super wieczór, a potem noc. Rano niespodzianka… “Czy dasz mi jakieś pieniądze?”. W Tajlandii w takiej sytuacji bym nie dał, bo co to za cwaniactwo, żeby dopiero rano się odkrywać z byciem dziwką. Tutaj, nowy kraj, nie wiem jak wszystko działa, więc dałem jej 500,000 IDR (34 USD). Pocałowała w policzek, podziękowała i poszła.

Druga noc. Tym razem byłem bardziej uważny i z góry mówiłem dziewczynom, że nie szukam przygody za kasę. W efekcie większość od razu się wykruszała. Aż do czasu, gdy jedna dosłownie się na mnie uparła, to znaczy ile razy odmawiałem jej oferty, tym bardziej ona obniżała. Ze 100 USD po 20 minutach odmawiania zrobiło się 200,000 IDR (13 USD) “na taxi”. Tutaj się złamałem, bo nie spodziewałem się, że znajdę coś lepszego. W łóżku była super, taka gwiazdka filmów dla dorosłych. Chciała oglądać jak to robimy w lustrze, ściągnęła z siebie wszystko poza butami, etc. Ale uciekła od razu po bzykaniu i czułem taki trochę niesmak, że jednak było to za kasę, nawet pomimo tego, że na randkę zazwyczaj wydaje się więcej niż te 13 USD.

Po 2 pierwszych nocach, moja ogólna ocena Bali: 3/10. Fajne miejsce dla ruchaczy dziwek ale mnie to średnio bawi.

Następnego dnia popytałem koleżanek z Dżakarty, normalnych dziewczyn, nie dorabiających dupą, gdzie zatrzymują się jadąc na Bali i gdzie chodzą na imprezy. Dowiedziałem się, że północna Kuta i Samur nie są tak dziwkarskie, więc i właśnie te miejsca byłyby ich wyborem. Zatrzymałem się więc w północnej Kucie. W między czasie na Indonesian Cupid wyhaczyłem laskę która pracuje na recepcji w hotelu w mieście Ubud, oddalonego o 35 km. Wynająłem motor i ruszyłem na północ.

Ubud

Ubud – ja pierdylam co za gówno. Na jednego Azjatę przypada ze 3 białych. Nie po to mieszkam w Azji, żeby otaczać się samymi białasami, to się przecież w ogóle mija z celem. Ubud to taka mieszanka backpackersów z dreadami, bez pieniędzy, śpiących w 10 osobowych pokojach hostelowych i digital nomadów, których marzenia o egzotycznych podróżach mocno ukracają nisko płatne prace.

Podjeżdżam pod hotel mojej nimfy z Indonesian Cupid, na zdjęciach dobrze prezentującej się, a wychodzi takie coś, hmm, powiedzmy zbyt długo przebywające na diecie hamburgerowej aby wzbudzić moje zainteresowanie. Twarz to ona i miała i ładną, owszem, ale reszta schowana pod niewielkimi, ale jednak fałdami tłuszczu, co nie prezentowało się dobrze. Przeszło mi przez myśl, aby brutalnie podziękować za randkę, ale z jakiegoś powodu nie potrafię być tak niemiły. Zupełnie zresztą nie wiem dlaczego, bo dziewczyny mają zero wyrzutów sumienia, żeby olać faceta, czasami nawet rzucając do tego jakieś sympatyczne odzywki typu “spierdalaj” na odchodne. Jesteśmy wychowani w kulturze która uczy nas bycia miłym dla płci przeciwnej – coś czego wiem, że muszę się pozbyć, a jednak w tym przypadku nie mogłem się przełamać. Zabrałem ją na obiecaną randkę, choć od początku wiedziałem, że nic z tego nie będzie.

Pojeździliśmy trochę na skuterze po okolicach Ubud. Przyroda na Bali potrafi być piękna, ale jak nie da się zrobić zdjęcia, żeby do kadru nie wpierdzielali się biali, albo inne chińczyki, to nie jest to mój typ podróży. Tarasy ryżowe były przepiękne. Gdyby jednak przegonić tak z 95% turystów, to prezentowałyby się o niebo lepiej. Udało nam się też wypić kawę z gówna Luwaka. Dobrze przeczytaliście – kawa z nasion przetrawianych i fermentowanych w jelitach zwierzęcia o nazwie Łaskun Palmowy. Takie skrzyżowanie małpy z psem. Jest to, uwaga, najdroższa kawa na świecie.  Koszt filiżanki na miejscu to 7 USD. Koszt 50 gramów tej samej kawy w innym miejscu – 50 USD. Przy okazji poczęstowali mnie różnymi herbatami. 3 razy powtórzyłem, że absolutnie nie jem żadnego cukru i nawet 1 gram wyczuje w herbacie. Pokiwali głową, przyjęli do wiadomości i… przyszło 20 słodkich filiżanek herbaty. Czyli jednak są niekumaci jak Azjaci w innych krajach.

Na koniec pojechaliśmy do lasu małp. Tutaj moja randka chyba wyczuła, że między nami nie iskrzy i postanowiła wrócić. Mapy jak małpy, kiedyś bardzo lubiłem, bo w końcu są takie cute i w ogóle, natomiast charakter małp jest mega wredny. To nie są sympatyczne zwierzątka które chcą się z nami przytulać. Małpy mają wielkie zęby których nie omieszkają użyć jeśli tylko się je dotyka. Ona natomiast, wielkie pany, dotykać nas mogą, głównie po to, żeby coś ukraść, pogryźć i wyrzucić. W ten sposób ludzie tracą nie tylko okulary, ale i np. telefony które potem spadają z wysokiego drzewa. A próbowaliście kiedyś nakarmić małpkę z siatką bananów? Słodki małpiszon podchodzi niby po banana którego im się daje, po czym wyszarpuje całą siatkę, spierdala z dużym łupem i ma w dupie tego jednego banana który oferowaliśmy mu drugą ręką.

Północna Kuta i Seminyak

Północna Kuta faktycznie prezentowała się o niebo lepiej. Nasilenie kurestwa, żebraków, cwaniaków i nachalnych taksówkarzy zmniejszyło się o 70%. Plaża dalej bez szału, wiadomo, 3 razy lepsza niż jakakolwiek europejska, ale mimo to absolutnie nic porównywalnego do np. plaży na filipińskim Boracay. Znajdujący się tu klub – La Favela, okazał się absolutnie najlepszy na Bali. Mimo to, częstotliwość białasów wynosiła około 50%. Było tutaj też zdecydowanie mniej dziwkarstwa (nie mylić z brakiem – były, oj były i to do wyboru do koloru, głuche i kulawe też). Tej nocy byłem jednak zmęczony i po tych wszystkich przygodach nieszczególnie zmotywowany do dalszego działania. Wróciłem do hotelu wcześnie – sam.

Sanur

Sanur, czyli polecane miejsce do obadania, nieszczególnie zdążyłem zwiedzić. W tym momencie w głowie miałem już jak najszybszą ewakuację z Bali. Przyjechałem na spotkanie z Damianem z Ucieczka Do Raju, cyknąłem sweet selfika na plaży i po kilku piwach wskoczyłem z powrotem na motor. Po drodze widziałem jak jakiś sympatyczny Indonezyjczyk wyrwał telefon białej dziewczynie i odjechał motorem. Swoją drogą, ponieważ wypiłem kilka browaków, sprawdziłem w necie jakie są kary za jazdę po alko i okazało się, że Indonezja jest jednym z nielicznych krajów na świecie, gdzie prowadzenie po alkoholu nie jest zakazane. Nie trzymajcie mnie za słowo – ale tak jest napisane w internecie.

Surfing na Bali

Najbardziej z całego pobytu na Bali żałuje, że odkryłem surfing dopiero w ostatni dzień. Instruktor i sprzęt na 2 godziny kosztował jakieś 50zł, a zabawa okazała się naprawdę przednia. Na Bali fale przypominają takie małe tsunami, a że w dzieciństwie dużo jeździłem na snowboardzie, to w miarę szybko ogarnąłem jak unosić się na falach. Nawet nie wiem, czy nie zostałbym dłużej tylko po to aby właśnie poserfować, ale w tym momencie miałem już bilet do Bandung, miasta na Jawie które jest moim kolejnym celem. Swoją drogą na plaży w Kucie ewidentnie jest jakaś polska firma, bo na wielu deskach jest polski orzeł.

Lotnisko w Indonezji

Organizacja na lotniskach w Indonezji jest chyba najgorsza na świecie (na pewno najgorsza z dotychczasowych jakie miałem okazję poznać). Oczywiście samoloty spóźniają się wszędzie, ale tylko w Indonezji informacja o opóźnieniach, ich długości, etc, nie jest NIGDZIE wyświetlana. Na tablicach lot ma godzinę o jakiej miał wystartować, a spanikowani pasażerowie muszą pytać co 5 minut obsługę, czy już wiadomo o której lecimy. Na Bali doszło nawet do sytuacji, gdzie zmienili nam gate z którego mamy wylot. Znowu nikt nie pofatygował się udzielić takiej informacji na monitorze! Być może ktoś podał informację przez głośniki, co jednak przegapiliśmy.

Podobną sytuację miałem 2 razy na lotnisku w Dżakarcie. Tragedia z organizacją, prawie uciekł mi lot ze względu na brak informacji.

Podsumowanie

Moja osobista ocena Bali, jednym słowem – kicz i dziadostwo. Ocena 3/10. Dobre miejsce dla dziwkarzy – wiele, wiele opcji. Zła wiadomość dla zarywaczy, bardzo ciężko coś znaleźć. Wiem, że innym się udawało, ja poległem co rzadko mi się zdarza, nawet w mega kurwidołkach jak Pattaya często wyciągam bez płacenia – na Bali poległem, nie wyrwałem nawet jednej laski. Świetne miejsce na surfing, tragiczne miejsce dla chcących poznać prawdziwą Azję. Wszystko wygląda na robione pod turystów. Taki Ubud to prawdziwa kolonia białasów w Azji. Jestem zdania, że nie należy sugerować się zdaniem innych, więc nie chciałbym aby moja opinia zniechęciła kogoś do wyjazdu na Bali, ale dla mnie miejscówka odpada i nie sądzę aby dostała ode mnie drugą szanse. Tak czy inaczej, Bali jest jednym z miejsc które po prostu trzeba chociaż raz odwiedzić, a zatem veni, vidi, vici…

Trzecia część już wkrótce!

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na zamkniętym forum Forum Azja Po Zmroku,tylko dla facetów! Mamy już ponad 4000 użytkowników i można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o Azji.

11 thoughts on “Raport z Indonezji – część 2 (Bali)

  1. Michał, wszystko super, ale nie jak porównujesz plaże do europejskich to tylko pokazuje że nie masz pojęcia o Europie i plaż tam nie widziałeś zbyt wiele.

  2. Ja byłem na Boracay i wydało mi się nic specjalnego może że poznałem te wyspę też od strony filipińskiej dziewczyny która tam mieszkała i pracowała .Widziałem warunki w jakich one żyją a nie tylko piękne plaze dla turystów ,pozatym pełno tam japonciw i koreancow oraz ruskich

  3. Po prostu Bali sie skonczylo i tyle, byl czas te 5-10 lat temu, ze warto tam bylo byc, to samo z Phuketem sie stalo na przyklad, z Bali uciekłem po tygodniu na Filipiny, Bohol i Cebu sa ciagle dziewicze (dalsze wioski) a milo sie robi takie niewinne i …naiwne dupeczki, chociaż po ostatnim pobycie mialem juz wyrzuty sumienia

Leave a Reply