Birma – dziki zachód wchodu


W dzisiejszym odcinku będzie o zachodnim sąsiedzie Tajlandii – Birmie. Sama nazwa Birma de facto nie jest już używana, po angielsku kraj nazywa się Myanmar od 1989 roku, kiedy rządząca krajem junta wojskowa ustaliła nową nazwę. W Birmie byłem wyłącznie raz i to zaledwie 10 dni. Dodatkowo, byłem tam w pracy – jako pilot wycieczki 40 osobowej grupy, co niestety nie dało mi zbyt wiele czasu na samotne odkrywanie. Jako opiekun tak licznej grupy byłem zawalony pracą od rana do zmroku – za każdym razem gdy ktoś zatkał sracz, to choćby była 10 wieczorem, musiałem lecieć do recepcji i wzywać ciecia, żeby przetkał. Ale czemu ja o tym – ano chciałem tylko powiedzieć, że absolutnie nie jestem ekspertem od Birmy, opiszę tu tylko moje ekstremalnie subiektywne i powierzchowne doświadczenie z 2014 roku.

birma

Wizy mieliśmy wyrobić przez internet, tak zalecił nasz partner w Birmie. Akurat lądowaliśmy w Mandalay, na północy kraju. Podczas wyrabiania wiz przez internet, po złożeniu 7 aplikacji, ze strony zniknęła opcja robienia wizy on arrival do Mandalay.2 wizy wróciły na email – 5 nie.  Zamiast więc latać po Bangkoku, musieliśmy spędzić połowę dnia w obrzydliwej ambasadzie, z bardzo niemiłą obsługą, która sprawiała wrażenie jakby wszyscy nas nienawidzili. Mój wniosek został odrzucony bo „jest niechlujnie napisany”. Kilka innych aplikacji odrzucone, ponieważ nie wypisaliśmy adresu pracy. W końcu po całym dniu udało się…  Na lotnisku jeszcze lepsza niespodzianka – Air Asia uznała, że nasze 2 wizy wyrobione przez internet są sfałszowane. Jako dowód pokazali nam stronę w internecie na której opcja wyrabiania wizy do Mandalay zniknęła. Dopiero po licznych telefonach do Birmy i interwencji Air Asia w Mandalay, cudem w ostatniej minucie zdążyliśmy na samolot.

Lotnisko w Mandalay. Pierwsze co rzuca się w oczy, to że każdy facet i kobieta chodzi w longyi , lokalnej spódnicy, która zdaje się być najpopularniejszym ubiorem niezależnie od płci. Nie tracąc czasu, od razu uderzyłem do centrum miasta. Mandalay ma milion ludzi i jest chyba najgorszym zadupiem w całej Azji. Znalezienia sklepu z piwem, albo restauracji z jedzeniem graniczy z cudem. Po przejściu kilku kilometrów znalazłem jeden sklep z alkoholem. Nasz lokalny przewodnik twierdzi, że w Mandalay nie ma czegoś takiego jak bar lub klub, więc poszedłem szukać lasek na lokalny market. Podchodzę do kilku fajnych dupencji i normalnie SZOK w ich oczach. Miałem wrażenie, że nikt nigdy nie podszedł do nich na ulicy wcześniej. Kompletne fiasko, nie wyciągnąłem nawet jednego numeru telefonu… Zbliżał się zmrok – trzeba wracać do hotelu. Dlaczego? Ponieważ w całym mieście nie ma latarni i jest ciemno jak w dupie. Można spokojnie wpaść w jakąś dziurę lub nadepnąć na głowę węża nie zdając sobie nawet z tego sprawy. O lokalnych psach nie wspominając.

Cały następny dzień jeździliśmy po świątyniach od rana do wieczora. Kurwa, ile można tych świątyń oglądać. Przecież to jest zwykła kupa kamieni na kamieniach, wybudowanych przez chciwców którzy golą kasę z naiwnych prostych ludzi, sprzedając im mrzonki o życiu po śmierci.

Następnego dnia mieliśmy płynąć 8 godzin rzeką do Bagan. Po drodze w rzece pływam trup człowieka, ale jakoś na nikim nie robiło to wrażenia. Moi turyści opalali się całą drogę, a ja jak prawdziwy Azjata, chowałem się przed słońcem na ile to możliwe.

W końcu przybyliśmy. Bagan, kurwa co za zadupie. Podobnie jak w Mandalay, nie ma tu absolutnie nic, włączając w to oświetlenie po zmroku, czyli po godzinie 18. Cały dzień biegaliśmy po tych wszystkich kupach kamieni w okolicy – masakra, nudy jakich mało, a tyle tego jest w Bagan, że można po świątyniach całe 10 dni biegać. W tym miejscu nachodziło nas dużo ludzi sprzedających kicz dla turystów, włączając w to kilka fajnych laseczek. Korzystając z okazji, że coś dukały po angielsku, wyciągałem od nich numery telefonu (internet w Birmie praktycznie nie istnieje – to znaczy routery są, ale prędkość nie pozwala na otworzenie np. Facebooka). Wieczorem dzwonie do 3 lasek z którymi niby byłem umówiony – jedna nie odbierała w ogóle, z drugą się nie dogadałem po angielsku, trzecia stwierdziła, że nie ma motoru, żeby przyjechać w okolice mojego hotelu.  Akurat do Bagan przyjechał mój kumpel z Tajlandii, Trevor, więc próbowaliśmy imprezować w Bagan na ile się dało. Oczywiście żadnego baru tutaj nie ma – piliśmy whiskey na ulicy z jakimiś włochami i lokalnymi Birmańczykami. Nudny na maksa.

birma dzieci

Następnego dnia lecieliśmy samolotem do Inle Lake. Najfajniejsza atrakcja to chyba ten samolot malutki, bo samo Inle lake to jest następy kicz dla turystów. Niby fajnie, że lokalni rybacy łowią tu ryby za pomocą nóg, ale hmm, co mnie kurwa ryby obchodzą. Inle lake znajduje się w prowincji Shan, która słynie z kilku rzeczy – przede wszystkim są jednym z największych producentów opium na świecie, które przemycają przez graniczący Złoty Trójkąt, czyli skrzyżowanie Birmy, Tajlandii i Laosu, do sąsiednich krajów. Ponad to, Sham state nie uważa się za część Birmy i mają nawet swoją własną armie. Początkowo walczyli o suwerenność stanu Shan, a potem sponsorowani przez CIA, przeciwko birmańskim komunistą. Nie wiem jak w dzisiejszych czasach, ale jeszcze nie dawno było to niebezpieczne miejsce.

Birma jest jedynym krajem na świecie w którym muzułmanie są prześladowani. Zazwyczaj jest na odwrót – to muslimy tępią wszystko i wszystkich, od innych religii, przez homusiów aż do kobiet i walentynek. Za to w Birmie oryginalna odmiana, to lokalni Buddyści prześladują islamistów. Na pytanie skąd zaistniała takowa sytuacja, nasz lokalny przewodnik powiedział tak: „we hate them because they don’t want to work, make a lot of babies and demand free shit”. Bardzo mnie to zaciekawiło, gdyż w Europie ludzie nienawidzą ich z dokładnie tego samego powodu.

Po kolejnym locie w malutkim samolocie wylądowaliśmy w Yangoon, byłej stolicy i największym mieście kraju. No, wreszcie jakaś cywilizacja! Po odpierdoleniu Shewedagon Pagoda – najsłynniejszego zabytku w kraju, który oczywiście również okazał się kiczowatą pułapką dla turystów, wreszcie znalazłem się w okolicy która mi się podobała. Do tej pory miałem bardzo negatywne uczucia jeśli chodzi o Birmę, ale Yangoon zrobił na mnie wrażenie. Niestety miałem tu dosłownie jedną noc przed powrotem do Bangkoku, to był już nasz ostatni dzień.

W nocy lecę do klubu nocnego, którego nazwy niestety nie pamiętam. Jechało się windą na górę. Już przy wejściu, zgarnęło mnie kilku zajebistych lokalnych typków, po ubraniach od razu widać, że jakieś high so klimaty, zaprosili mnie, żebym z nimi posiedział i nie dali mi nic zapłacić, twierdząc, że jestem ich gościem. Cool. Tutaj dziewczyny były dużo bardziej kontaktowe – to znaczy kilka od razu uciekło jak zagadałem, ale po paru próbach miałem przy stoliku jakąś lokalną landrynę. Oczywiście nie mówiła nic po angielsku, więc cała rozmowa szła przez tych kolesi z którymi siedziałem. W końcu nie wiem czyj to był pomysł, ale dowiedziałem się, że jak „dam jej 10$ na taxówkę, to pójdzie ze mną spać do hotelu”. To był mój ostatni dzień w Birmie, dalej nie zdobyłem birmańskiej flagi, więc zgodziłem się na tą dziwną ofertę.

W hotelu oczywiście dramat na recepcji – nie może wejść do środka… Excellent. Zabrałem ją więc w taxi do innego hotelu, który wyglądał jak jakiś short time room gdzie przyprowadza się dziwki. Nie o takie doświadczenie mi chodziło, no ale cóż, trzeba było się poświęcić. Flaga birmańska zdobyta. Jako że miałem dobry hotel zapłacony przez firmę, nie chciałem spać w tej burdelowni, dałem tej lasce 10$ na taxi tak jak się umawialiśmy. W ogóle to nie zamieniliśmy ze sobą żadnego słowa po wyjściu z klubu, bo ona nie znała angielskiego 😀 Ale co tam, fajnie było, nie rozmowa jest najważniejsza.

Następnego dnia nastał czas aby wrócić do Tajlandii i na tym się zakończyła birmańska przygoda. Czy polecałbym Birmę? Szczerze to chuja widziałem przez te 10 dni, same kicze dla turystów, więc nie jestem w stanie stwierdzić jednoznacznie. Poza Yangoonem który był fajny, to cała Birma zrobiła na mnie negatywne wrażenie.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Zapraszam również do dołączenia do dyskusji na Forum Azja Po Zmroku

Reklamy

6 uwag do wpisu “Birma – dziki zachód wchodu

  1. fajny wpis, ale mam pytanie. Czy jest szansa, że wrzucisz 5 część Locked Abroad? To była bardzo ciekawa seria. Czy mógłbyś ją dokończyć? I w ogóle opisać Twój pobyt w Singapurze?
    Pozdrawiam

    Polubienie

      • Dzięki. Cenię sobie takie blogi jak ten. Za nim tu wszedłem to naprawdę myślałem stereotypowo o tajlandii. W Polsce panuje powszechne przekonanie, że to biedny kraj, w którym jednym źródłem utrzymania dla kobiet jest prostytuowanie się i do tego często są zmuszane. W ogóle odmalowany jest obraz tajlandii jako takiego kurwidołka gdzie nie ma nic poza barami pełnymi dziwek dla całej rzeszy seksturystów z zachodniej europy. Więc tym bardziej dzięki za dobrą porcję wiedzy. Dobrze, że obecnie jest dużo ciekawych blogów Polaków mieszkających na całym świecie. Można się dowiedzieć jak naprawdę wygląda życie w innym kraju! 🙂
        Pozdrawiam

        Polubienie

  2. Też nie bardzo rozumiem , skąd ten pęd do zaliczania świątyń. W Luang Prabang są 345 świątynie i znajomi przed wyjazdem zarzekali się , że chcą zwiedzić wszystkie. Skończyło się na dwóch… Zobaczyć jedną to jakby widzieć już wszystkie, IMHO.
    pozdr
    bm
    ………………………………………
    https://bigmarkk.wordpress.com/

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s