Koh Larn – raport z rajskiej wyspy


Koh Larn jest chyba najlepszą wyspą w Tajlandii. Tfu, są oczywiście wyspy ładniejsze, atrakcyjniejsze cenowo i mają jakieś życie nocne – na Koh Larn nic po zmroku się nie dzieje. Dlaczego jest to więc najlepsza wyspa w rankingu Forsakena? Otóż w grę wchodzą dwa czynniki – odległość od Bangkoku oraz close proximity do Pattayi.

koh-larn-tajlandia-digital-nomad

Aby dostać się na Koh Larn musimy najpierw przedostać się do Pattayi – miasta do którego autobusy i minivany z Bangkoku odjeżdżają co 15 minut. Duże autobusy jeżdżą ze stacji Ekkamai, a małe minivany z Victory Monument (oraz Mo Chit). Pattaya znajduje się jedyne 170 km na południe od Bangkoku, więc w 2 godziny możemy być na miejscu. De facto, można nawet wskoczyć w autobus od razu z lotniska, lub przejechać taxówką za 2000 batów.

Od Pattayi tym razem nie będę się rozpisywał, ale wspomnę, że brak życia nocnego na Koh Larn można nadrobić życiem nocnym w Pattayi – chyba najbujniejszym, choć specyficznym, w całej Tajlandii.

Port z którego odpływają promy na Koh Larn znajduje się zaraz na koniec Walking Street, czyli najsławniejszej uliczki w całej Pattayi. Podróż zajmuje około 40 minut i kosztuje jedyne 30 batów (lub 1500 za cały speed boat, co ma sens jeśli jesteśmy w kilka osób).

Na Koh Larn raczej nie ma co liczyć, żeby zarwać jakąś dupeczkę (chyba że kelnerkę, lub plażowiczkę), jest to za to miejsce w które bardzo warto zabrać wcześniej już zarwaną dupeczkę. Piękne plaże, czysta woda, dobre koryto. Na randkę idealne miejsce. Walenie przy świetle księżyca na plaży, etc.

Cenowo nie jest to najtańsze miejsce, ale za 1300 batów jest spory wybór pokoi i bungalows. Jedzenie też jest przenocowane, ale czego spodziewać się po wyspie. Rosyjski jest tu nawet przydatny, ponieważ wyspa jest opanowana przez rusków do tego stopnia, że każdy sprzedawca zna parę zwrotów w ich języku.

Na wyspie jest kilka różnych plaż, jedne ładniejsze, drugie wygodniejsze jeśli chodzi o infrastrukturę.

Wyspa nie jest spektakularna jak na azjatyckie warunki, ale ze względu na dostępność z Bangkoku i Pattayi jest naprawdę ciekawą opcją. Na pewno dużo lepszą niż Koh Sichang, czyli najbliższa wyspa od Bangkoku.

Na miejscu jestem ponieważ raduję się życiem digital nomada, czyli pracuje przez internet gdziekolwiek jestem, natomiast wi fi nie jest jest tu w 100% reliable i o zgrozo, 3g przez komórkę też mi nawalił co naprawdę rzadko się zdarza.

Na pewno polecam wyspę dla każdego kto znajduję się w Pattayi, tylko nie zapomnijcie wsiąść jakiejś Tajki do bagażu, co by nie było nudno.

A właśnie, jak jesteśmy przy Tajkach, to warto wspomnieć, że w Pattaya można sobie wynająć dziewczynę która będzie naszą kobietką na określony czas w zamian za wynagrodzenie. W skrócie, płacimy takiej lasce aby udawała naszą dziewczynę, bujamy się z nią wszędzie, w nocy ją walimy, a dzień zabieramy na plażę, do restauracji, etc. Jeśli chcesz wiedzieć więcej w tym temacie, to o tym właśnie będzie następny artykuł.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Reklamy

Dlaczego warto jest znać język tajski – tajski i Tajki


Jak w temacie. Poza oczywistym faktem, że w 80% przypadków z Tajami nie da się dogadać po angielsku, tym że będziemy dostawać lokalne ceny i szacun od ludzi, to w kontekście wyrywania lasek daje to mega narzędzie. Jak to kiedyś powiedział kolega Marcin z Niemiec, blond przystojniak z dużymi mięśniami, aka marzenie każdej Tajki, „jak to jest, że laski same do mnie podchodzą i zagadują, ale ostatecznie to ty je ruchasz, a ja zostaje z niczym”. Otóż sekret jest właśnie w języku tajskim.

imageedit_14_9449286714

Kiedy zagadujemy do z Tajki w jej języku, następuje jedna z dwóch opcji:

  1. Laska od strzału mówi, że „i don’t like farang speaking Thai”. Przypadek ogólnie rzadki, ale częsty w miejscach turystycznych typu – Pattaya, Phuket, Samui, etc. Kiedy laska tak mówi, oznacza to, że trafiliśmy na dziwkę albo gold diggera, która szuka wyłącznie faceta z wypłatą w euro, żeby jak najwięcej z niego ogołocić przez te 2 tygodnie kiedy tu jest. Tak czy inaczej lepiej od razy wiedzieć, więc zawsze zagaduje do lasek po tajsku, żeby nie tracić czasu, nawet wiedząc, że mogę się przekreślić na samym wstępie
  2. Przypadek dużo bardziej prawdopodobny – laska jest zafascynowana znajomością tajskiego i zaczyna się litania pytań, interview przez następne 10 minut. Skąd znasz tajski? Jak długo tu jesteś? Lubisz tajskie dziewczyny? Bla, bla, bla (wywiad może trwać bardzo długo). Generalnie laski same napędzają rozmowę i robią za ciebie całą pracę. Mało tego, że Tajka sama do ciebie zagaduje, to dodatkowo powie wszystkim koleżankom, że znasz tajski i cię przedstawi / zwoła je. Dostajesz wielki IOI na starcie.

1

I tak np. Tajka, widząc, że z kimś rozmawiam po tajsku, sama dodała mnie na FB (jak widać na screenie na górze – sama rozpoczęła rozmowę) i po 10 minutach z własnej inicjatywy zasugerowała spotkanie. Ponieważ jest to laska która ma tysiące followesów i dostaje 100 wiadomości dziennie, ciężko byłoby się do niej przebić i zostać zauważonym „tradycyjną metodą”. No chyba, że jest się białasem który zna tajski, wtedy idzie z górki.

Generalnie większość pytań które słyszy się od Tajów są identyczne i rozmowy spływają na te same tematy, więc nie jest specjalnie trudno wyszkolić się w uwodzeniu Tajek w ich języku. Aby ulepszyć swoją grę, polecam nauczenie się ze 20 zwrotów które wiem z doświadczenia, że działają jak mega magnes i wywołują reakcje typu „haha, kto cię tego nauczył?! (i pac, kontakt dotykowy z jej strony)”,  lub „awww, choć przytulę cię”. Zaliczają się do tego slangi, piosenki dla dzieci z przedszkola, rymowanki, droczenie, etc. Dodatkowo, po latach doświadczenia wypracowałem idealne odpowiedzi/komentarze na najczęstsze teksty Tajek które sprawiają, że się śmieją i kierują waszą znajomość w bardziej intymne miejsce…

Chcesz wiedzieć jakie to teksty? Jedziesz do Tajlandii na wakacje lub planujesz tu zamieszkać? Wykup u mnie lekcje tajskiego, a przez Skype nauczę cię jak rozśmieszyć każdą Tajkę i sprawić, że będzie tobą momentalnie zainteresowana.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Studiowanie w Tajlandii i roczne wizy edukacjyne


W związku z tym, że w ostatnich dniach codziennie dostaję pytania odnośnie wiz EDU i studiowania w Tajlandii, przedstawiam sytuację. Spośród wszystkich wiz, wiza studencka jest najłatwiejszą do uzyskania i proces jest w miarę straightforward. Wizę non immigrant ED można dostać na dwa sposoby i w oby dwóch przypadkach będziemy musieli zapłacić za rok studiowania lub nauki z góry. Pragnę też zaznaczyć, że moje informacje pochodzą z uniwersytetu na którym ja studiowałem, nie wiem jak jest na innych, więc tryb studiowania, ceny, etc mogą się różnić.

tajki-tajlandia-uniwerstet-studentki

  1. Sposób pierwszy. Zapisujemy się do szkoły tajskiego. Płacimy za roczny kurs. Zajęć tygodniowo jest około 6 godzin. Wiza ze szkoły tajskiego daje nam 3 miesięczny pobyt i można ją przedłużać o następne 3 miesiące za 1900 batów w urzędzie imigracyjnym tak długo, jak studiujemy. Czy trzeba chodzić na zajęcia? Tak. Czy trzeba się uczyć? Tak. Przy przedłużaniu wizy custom officers randomo zadają czasami parę pytań po tajsku, żeby zweryfikować czy jesteśmy prawdziwymi studentami. Ponieważ Tajowie nie są w ogóle kreatywni i zawsze zadają te same pytania, zdać ów test jest zajebiście prosto. Jak wykupisz u mnie lekcje tajskiego to w godzinę podyktuję wszystkie pytania które można usłyszeć od immigration. Podobno w Pattaya są lewe szkoły do których nie trzeba uczęszczać, ale nie znam szczegółów. Szkoła tajskiego będzie nas kosztować około 20,000 do 30,000 za rok.
  2. Sposób drugi. Tajski uniwersytet. Wiele tajskich uniwersytetów ma programy międzynarodowe, które różnią się cenami i trybem studiowania. Google i mailuj do nich o szczegóły. Jeśli chodzi o mój uniwersytet to kosztował 40,000 batów rocznie (teraz jest już więcej) i nauka odbywała się 4 miesiące w roku w trybie full time, czyli 8 godzin dziennie, poniedziałek do piątek oraz klasy weekendowe przez resztę roku. Cała nauka powinna trwać 3 lata, ale jeśli nie chodzimy na wszystkie zajęcia, to wydłuży się. Dzięki temu można dostawać wizę EDU na dłużej. Wizy z uniwersytetu dostaje się na rok i za 1900 batów przedłuża się na następny rok. Trzeba zdobyć minimum 20 kredytów na rok, żeby immigration dawało wizy (czyli trzeba robić zaliczenia, aczkolwiek można to robić powoli, żeby wiza wystarczała na jak najdłużej). Czy zajęcia są trudne, to bardzo zależy od wykładowcy. Niektóre są bardzo proste, inne są bardzo trudne. Aby zdać przedmiot, należy napisać mid term exams, final exams, zrobić prezentację w power poincie i przedstawić klasie, oraz napisać research paper. PS, tak to prawda że na tajskich uniwersytetach są ZAJEBISTE laski które nadają na związek dużo bardziej niż wszystkie niunie ze stron internetowych, imprez, lub o zgrozo, miejsc odwiedzanych masowo przez obcokrajowców. Większość z nich nie mówi jednak prawie w ogóle po angielsku, ale dla chcącego nic trudnego. Będą też zajebiście wstydliwe w kontaktach z obcokrajowcem, ponieważ większości z nich nawet nie przeszło przez głowę, żeby mieć chłopaka nie-Taja.Istnieją plotki, że jakoby można dostać wizę na „studiowanie” Muay Thai. Nie znam osobiście nikogo kto miałby taką wizę.tajki-tajlandia-uniwerstet-studentka

    Znajomy Michał z Pattayi napisał jeszcze komentarz odnośnie innej opcji na wizy EDU który zamieszczam poniżej:

    (Michał z Pattayi) Odniosę się do punktu nr1. My Polacy jesteśmy w uprzywilejowanej sytuacji ponieważ możemy zapisać się w TH na zajęcia z języka angielskiego. Szkoła weźmie od nas około 15-16000 thb za kurs i załatwienie wszystkich niezbędnych papierów do uzyskania wizy ED ,która umożliwi nam pobyt w TH przez rok. Jak już będziemy mieli wszystkie kwity ze szkoły niezbędne do uzyskania wizy ,to wtedy musimy udać się do tajskiej ambasady w którymś z krajów ościennych.Nie da się oficjalnie uzyskać wizy ED na terytorium Tajlandii. W tym celu korzystamy z jednej z firm specjalizujących się w zawiezieniu nas do np. Vientiane w Laosie. Firma ta weźmie od nas około 7-8.000 thb za odebranie nas z domu , zawiezienie do Laosu, załatwienie wszelkiej granicznej papierologi, wizy do Laosu, zorganizowanie hotelu i wyżywienia w Vientiane oraz całkowitą pomoc przy załatwieniu wizy ED w tajskiej ambasadzie w tym mieście. Zapewniają wszystko. My tylko siedzimy i „pachniemy” … 🙂 Po wszystkim odwiozą nas do domu pod wskazany adres.Cały proces trwa około 2 i pół doby od momentu wyjazdu z np.Pattai do powrotu do własnego domu z wklejoną wizą ED do paszportu. Jak ktoś chciałby wszystko załatwić sam to wcale to taniej nie wyjdzie a ulatacie się za wszystkim jak idioci… Potem pozostaje nam już tylko chodzić do szkoły na zajęcia i odnawiać wizę co 3 miesiące w Urzędzie Emigracyjnym (szkoła to za nas załatwia) płacąc 1900 thb lub nie chodzić do szkoły wcale i odnawiać przy pomocy szkoły wizę co 3 miesiące płacąc 5000 thb. (1900 opłaty oficjalnej + 3100 opłaty „pod stołem” dla urzędników w Emigracyjnym) Skoła załatwia to za nas. Tak więc załkowity roczny koszt za wizę ED jak nie chcemy chodzić na zajęcia to 15–16.000 + 7–8.000 + (3×5000) Jak widać tanio w takim przypadku nie jest wcale. Całkowity roczny koszt Wizy ED to około 40.000 thb. Jak mówicie cokolwiek po angielsku to nikt was nie będzie egzaminował z tego języka tak jak ma to miejsce w przypadku nauki tajskiego…

    hcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Jak stuknąć za darmo profesjonalną damę do towarzystwa – 6 złotych zasad Forsakena


Na początku słowem wyjaśnienia – z perspektywy polaka, europejczyka, czy amerykanina, sama idea atakowania pracujących dziewczyn może się wydawać dziwaczna. Należy jednak pamiętać, o czym wiedzą wszyscy podróżnicy, że prostytucja w większości krajów na świecie jest zajebiście powszechna i, zwłaszcza jako obcokrajowiec, na dziwki, pół-dziwki, tudzież inne hostessy nie sposób się nie nadziać. W takich krajach jak Tajlandia, Kambodża, czy Filipiny, można nawet nie wiedzieć, że nasza dziewczyna, czy nocna przygoda dorabia sobie czasem dając dupy w Climaxie, czy innym Spicy. Stąd też nie atakowanie  dziewczyny tylko dlatego, że radzi sobie z kasą w najprostszy możliwy sposób bardzo zawęża spektrum wyboru.  No i nie powiedziecie, że będąc w takim barze go go nie mielibyście ochoty przelecieć co 4 dupci…

tajandia-bangkok-kluby-go-go

Na nasze szczęście, jako (w miarę) młody facet z białą skórą, przekonanie dziwki, żeby poszła z nami za free nie jest wcale trudne, a wręcz można nawet używać JEJ pieniędzy, które dostaje od jakiś starych niemców, żeby sponsorowała nasze drinki lub kolację. Jak to zrobić?

Istnieje 6 złotych zasad Forsakana. A więc do rzeczy:

  1. Udawaj głupiego. Z twojej perspektywa ona jest normalną dziewczyną z którą rozmawiasz. Zachowuj się jakbyś nie miał pojęcia, że ona jest dziwką (może się nawet okazać, że nie jest, lol). Niemniej jednak, buduj iluzję dwustronną i unikaj pytania „jaką masz pracę”
  2. Nie kupuj jej żadnych drinków. Jeśli poprosi cię o drinka, odmów. Dużo lasek zarabia na prowizjach za drinki i wiele z nich zwyczajnie chce zerżnąć z ciebie ile kasy się da, albo najebać się na twój koszt. Tutaj trzeba być bardzo ostrożnym, bo jeśli będziesz wyglądał na skąpego, lub bez kasy, to strzelasz sobie w stopę. Laski są strasznymi materialistkami. Daj jej do zrozumienia, że jak już pójdziecie gdzieś indziej (to znaczy wyprowadzisz ją z klubu go go, czy innego baru w którym pracuje), to kupisz jej to i tamto. Jeśli poznałeś ją w internecie i ona jest barówą, to będziesz musiał kupić pierwszego lady drinka. Nie kupuj drugiego. Umów się z nią po pracy (zabierz na imprezę, albo od razu do domu).
  3. Traktuj jak swoją dziewczynę. Bądź dżentelmenem, zabawiaj, drocz się. Nie rób zbyt szybkiej kino eskalacji. Zbuduj emocjonalne połączenie. Ona musi wiedzieć, że nie jest dla ciebie kawałkiem mięsa a dziewczyną z którą chcesz spędzić trochę czasu.
  4. Pocałuj ją. Nie wpychaj w nią języka i łap za tyłek. Pocałuj ją powoli, z pasją, tak jak całowałbyś „normalną” dziewczynę.
  5. Uważaj ze wspominaniem o jakiejkolwiek kasie. Jeśli zapytasz się czy chce pieniądze, to ona zawsze powie, że tak. Omiń temat. Jeśli boisz się, że wystawi ci rano rachunek, to  mówisz „do you really like me or you’re just working?”. Odpowiedź będzie albo „i like you, but…” (czyli chce kasę), albo „i like you”, czyli idzie się ruchać bo udało ci się ją uwieść. Czasami z „i like you, but…” możesz dalej ją przekonać, że jesteś nią zainteresowany i zmieni zdanie. Tutaj trzeba się trochę niemoralnie zachować i zasugerować, że z tego może być bardziej stała znajomość, ale ja nie mam wyrzutów trochę pokłamać laską które zawodowo kłamią facetom każdego dnia.
  6. Zamknięcie tematu. Kiedy czas jest odpowiedni pytasz czy idziecie razem spać. Coś w stylu: „hey, im gonna go home now, do you want to come with me? i will sleep better if we hug”. Jeśli zapyta czy tylko hug, mów że tak. Ja często wręcz mówię, że w ogóle nie lubię seksu. Najprawdopodobniej powie, że nie będzie seksu. Wszystkie laski tak mówią, a potem jak tylko drzwi do sypialni się zamykają, już o tym nie pamiętają, więc nie przejmuj się, tylko przytakuj, że taaaak żadnego seksu, a też nie chcę. W pytaniu musisz jej dać wybór i ona zdecyduje przed spędzeniem nocy z fajnym facetem z którym będzie można się poprzytulać i poruchać z kimś kto jej się podoba i fajnie spędza czas, albo zostać dłużej i zarwać jakiegoś grubego białasa który jej da kasę. Jeśli zaimplementowałeś wszystkie poprzednie kroki, to jest duża szansa, że wybierze opcje jeden i masz fajne ruchanko.

Ta metoda działa i jest przetestowana przeze mnie i moich znajomych. Działa w klubach go go takich jak na Nana Plaza, czy Soi Cowboy, we wszystkich barach z hostessmi, z freelancerkami w klubach, a nawet ulicznymi dziwkami.

Jak zaoszczędziłeś dzięki mnie 1500 batów za ruchanie, to wisisz mi piwo 😉 Enjoy!

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Current whereabouts – czyli co u mnie


Czas w Azji dosłownie zapierdala. Jeszcze parę miesięcy temu miałem 25 lat, a tu już 3 dychy strzeliło. Patrzę na moje zdjęcia z Bangkoku i Singapuru, czyli wydawałoby się w miarę świeży rozdział w moim życiu, a jednak wyraźnie da się na nich dostrzec, że jeszcze 5 lat temu miałem zdecydowanie więcej włosów. Starość kurwa!

14484907_10209796516125486_2517807013365369885_n

Anyway, ponieważ wszystko się zmienia szybko i to co było aktualne 2 miesiące temu, niekoniecznie jest dalej na czasie, postanowiłem przedstawić my current whereabouts, czyli miejsce zamieszkania, praca i plany na najbliższa przyszłość.

A więc aktualnie udało mi się dorwać pracę dla szwedzkiej firmy w formie zdalnej, czyli życie digital nomada w najbliższej przyszłości jest bardzo realne. Wyciągam z tego szwedzką wypłatę w euro, fortuny nie ma, ale nawet minimalna krajowa w Szwecji jest dość pokaźną sumą w Azji, więc generalnie jestem zajebiście zadowolony. Nie muszę oglądać żadnych klientów, spotykać się z szefem, czy nawet tracić czas na podróże do miejsca pracy. Innymi słowy jest wypas. Nie za bardzo chce się wdawać w szczegóły co dokładnie robię, ponieważ jestem tam Świeżakiem i nie chce robić sobie konkurencji. Jak zagrzeję sobie miejsce to rozwinę temat. Niestety nie jestem samo zatrudniony, a pracuję na etat, co oznacza, że muszę być online zgodnie z europejską strefą czasową. Jeśli nie ma mnie przy kompie dłużej niż 10 minut to system automatycznie mnie wyloguje i powiadomienie leci prosto do szefa, więc jak gdzieś jadę na motorze, to na każdych światłach wyciągam laptopa i w coś klikam, żeby była aktywność. Ludzie się na mnie dziwnie patrzą, bo chyba nie jest normalne, że ktoś jeździ motorem z otwartym laptopem, ale w sumie to mnie jebie co kto o mnie myśli 😉

Ponad to, w każdy wtorek i czwartek uczę tajskiego dwóch anglików. Bardzo mi to nie pasuje, ponieważ mając możliwość podróży i pracy skądkolwiek, chciałbym już teraz zapierdalać po głównych miastach Issau, ale że zapłacili za 30 godzin z góry, to nie za bardzo mam jak to teraz odkręcić.

W związku z tym, do listopada raczej będę siedzieć w Bangkoku. Może się okazać, że nawet dłużej, ponieważ zaczyna się sezon turystyczny i w poniedziałek mam pierwszą grupę do oprowadzania. Z tego jest dobra kasa, więc jeśli jest możliwość to raczej skorzystam. Moją pracę online kończę o 12 w południe więc realne jest robienie czegoś dodatkowego.

No i oczywiście należy wspomnieć kogo aktualnie rucham 🙂 Ponieważ jestem leniwy, ostatnimi czasy biorę laski z Badoo i umawiam się z nimi od razu w swoim mieszkaniu. Jak jakaś nie chce się spotkać u mnie, to gadam z następną i zawsze się znajduje jakaś bez oporów, żeby od razu jechać na pokój. Dobrze jest mieszkać w Tajlandii!

Poznałem w ten sposób 19stkę z Hua Hin. Na pierwsze 2 spotkania przyszła z koleżanką, ale jak już kiedyś wspominałem, to nie jest takie złe, bo bez żadnych oporów można brać na mieszkanie nawet na pierwszej randce. Na trzeciej randce już jej wprost powiedziałem, że ma przyjść sama i przyczepiła się trochę jak rzep do ogona, to znaczy przychodzi do mnie codziennie, ale generalnie mi odpowiada, bo laska jest pół Tajką pół belgijką (coś nowego), ojciec z Belgii wysyła jej w chuj kasy, więc nie tylko nie muszę nic na nią wydawać, ale nawet często ona płaci za mnie jak idziemy na imprezę albo coś wpierdolić. Laski ze swoją kasą (albo kasą taty lol) są fajne. No i jest jeszcze jeden duży benefit dla którego ją na razie trzymam – ona ma własny dom w Hua Hin, a jest to miejscowość nad morzem, gdzie chętnie bym sobie pomieszkał na jakiś czas, zwłaszcza, że mam pracę zdalną, wiec póki co żyję trochę w monogamii (bleh).

A co do planów na przyszłość, to o ja pierdole ile mam pomysłów. Najpierw na pewno będzie Issan. Zawsze chciałem mieszkać w Khon Kean – moim ulubionym mieście. Myślę, że w listopadzie się tam przeniosę na tak długo, aż mi się nie skończy wiza którą jeszcze mam z uniwersytetu… A potem? Omg, jest tyle miejsc w których chce spędzić co najmniej miesiąc. Bardzo tęsknię za moją dupcią z Laosu, więc możliwe, że na miesiąc pojadę do Vientiane i zostanę z nią. Ona ma swoje mieszkanie, więc nie muszę wydawać nawet na hotele. Czuję, że nie wystarczająco dobrze znam Kambodżę (pomimo tego, że byłem ponad 10 razy w tym kraju), więc chyba będzie trzeba na miesiąc pojechać tam. Nigdy nie byłem na Filipinach, a z tego co wiem, to Tajlandia i Filipiny to 2 najlepsze kraje na świecie jak chodzi  ruchanie zajebistych lasek, więc myślę o Cebu i Boracay. Nigdy nie byłem w Indiach. Nie wiem czy wytrzymam cały miesiąc bez ruchania (hindusek bez ślubu się raczej nie da pukać, ale spróbujemy), więc jest opcja albo turystki albo abstynencja (aka trzepanie lol). Niestety mnie białe laski w ogóle nie pociągają, przez ostatnie 5 lat miałem jedną i czułem, że nawet mi w pełni stanąć nie może… nie moje klimaty (no chyba, że Ruskie dziewuszki!!!). Na pewno chcę spędzić miesiąc na Bali w Indonezji. Kuszą mnie też Chiny bo byłem tylko 7 dni i to z moją ex z Francji, więc nie miałem okazji nic z Chinkami podziałać. Co ciekawe nawet jak byłem ze swoją dziewczyną, to Chinki dalej to mnie przychodziły zagadać! Musze pojechać zrobić inspekcję…

A potem? Ehhh, Afryka lub Ameryka Południowa. Ale to po kolei, nie wszystko na raz…

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.