O nie, znowu poniedziałek – raport ze stolicy Tajlandii


O nie, znowu poniedziałek. Poniedziałek w Bangkoku nie jest jednak taki straszny, wszak miasto duże, nigdy nie śpi i coś się zawsze dzieje. Zwłaszcza, że ja pracuje 6 godzin tygodniowo (no, plus parę godzin na tłumaczenia online), więc i czasu sporo na uciechy. Rutyna dnia – budzę się około 11, wpierdalam owsiankę  z wodą, idę na siłownie, zakupy w Tesco: ryż, 600 gramów kurczaka i warzywa. Jedzenie na cały dzień kosztuje mnie 100 batów, ah, ah, kocham tajskie ceny. Gotuje na resztę dnia i jestem gotowy o 14, żeby zacząć jakieś polowanie.

khao-san-tajlandia-bangkok

W poniedziałek poszło szybciutko. W trakcie gotowanie umówiłem się z dwoma laskami z Badoo. Tajka z Udon Thani i chińska turystka. Ale po kolei. Tajka przyjeżdża z koleżanką. Bardzo popularne w Tajlandii. Czasami zdarza się, że na randkę przychodzą z kimś… W takiej sytuacji sporo farnagów się wycofuje, ja natomiast wykorzystuje to do swojej korzyści. Pojedyncza Tajka najprawdopodobniej będzie miała obiekcję, żeby iść od razu do mieszkania (są wyjątki, nawet sporo), za to jeśli jest z koleżanką to bez problemu zgadza się od strzału. Idziemy więc po piwo do sklepu i wpadamy do mnie na chatę.

Jedna rzecz o której trzeba pamiętać w takiej konfiguracji – należy zaprzyjaźnić się z tą koleżanką. Powiedzieć jej, że ma ładne buty, zapytać skąd jest i jaką ma pracę. Pochwalić jej angielski, etc. To jest ważne ze strategicznego punktu widzenia, wszak koleżanka ma power, żeby zrobić cock block (w tym przypadku byłby to raczej pussy block) i powiedzieć „idziemy”. Wtedy cała randka idzie się jebać…

No więc jesteśmy w domu pijemy piwo i z jednej strony zaprzyjaźniam się z koleżanką, a z drugiej atakuje mój target tak jakby koleżanka nie istniała. Oczywiście szybko jej się zrobiło głupio widząc nas na łóżku obściskujących się, więc sama wyszła z inicjatywą, że pójdzie zjeść obiad. Szybka akcja, od razu boom boom i laska mówi, że musi już iść bo koleżanka na nią czeka. No, to mi się podoba. Pierwsza laska zrobiona o 15 w południe.

Dobija 18 godzina, idę do Chinki. Bardzo lubię chińskie turystki. One generalnie lubią białasów, a że są z dala od domu, nikt nie widzi nikt nie słyszy, to się po prostu rypią o razu. Każdą chińską turystkę którą spotkałem obracałem w przeciągu pierwszych kilku godzin od poznania. Chinka śpi na Khao San i jak twierdzi „nic chce wyjść nigdzie sama, bo boi się, że ktoś pomyśli, że jest dziwką’. Ok, to ja przyjdę do ciebie – mówię. Po drodze kupuje 2 piwa Leo i wpadam na hotel. Trochę się plątałem, bo nie wiedziałem gdzie jest winda. Na recepcji pytają się gdzie mam pokój. Podaje numer, na co oni stwierdzają,  że to jakaś pomyłka, bo tam Chinka mieszka. Mówię, że właśnie do Chinki idę, co im się wydaje podejrzane. Zaczynają dyskutować po tajsku. „Mogę go wpuścić? Myślisz, że on zna tą Chinkę? Powinnam wsiąść od niego paszport?”. Powiedziałem im po tajsku, że mogą mnie wpuścić, tak, znam Chinkę i nie muszę zostawiać paszportu. Zrobiło im się głupio i pokazali, żebym szedł dalej.

W pokoju u Chinki pijemy piwo i rozmawiamy o jej podróżach po Tajlandii. Ona uczy mnie kantońskiego, a ja uczę ją głupią piosenkę po tajsku. Piosenki są zajebiste jeśli maja jakieś ruchy typu „clap hands” bo od razu jest nawiązywany kontakt dotykowy. Trochę się śmiejmy, mówię jej co umiem powiedzieć po chińsku (byłem w Singapurze 4 miesiące, to coś podłapałem) . W końcu Chinka idzie do się odlać. Co ciekawe zamiast ściany w łazience jest szyba i wszystko widać. Chinka trochę się stresuje, po czy ściąga majtki i sika przy mnie. Uznałem to za znak. Jak tylko wyszła z łazienki rzuciłem ją na łóżko bez słowa i bez problemu od razu dała się ruchnąć.

Akurat byłem strasznie zmęczony po ostatniej nocy (impreza), więc zgodnie z prawdą stwierdziłem, że idę spać. Po drodze strasznie mi się zachciało szczać, więc zrobiłem to na mur, jak się okazało świątyni. Panowie policjanci nie byli zachwyceni. Krzyczą 2000 batów za znieważanie obiektu religijnego. Oczywiście nie chcę tyle zapłacić (standardowy mandat w Tajlandii to 400 thb, lub 100, 200 łapówki). Kłócę się z nimi, że nie zapłacę i chuj, a w ogóle to jestem biednym studentem i mam przy sobie tylko 400. Skończyło się na tym, że w kajdankach odwieźli mnie na komisariat. Tutaj trochę panika, bo na komisariacie już łapówka nie przejdzie, więc ostatnia deska ratunku, próbuje się zaprzyjaźnić z jak największą ilością policjantów, żeby się za mną wstawili. Mówię do nich po tajsku wszystko co zawsze śmieszy Tajów. Że jestem „sot sanit” (forever single),  że znam tajski tak jak dzieci w przedszkolu i recytuje „ngu, ngu, pla, pla”, imitując małe dzieci. Mówię im, że bardzo lubię czytać książkę Mani Mana – jest to książka z której całe ich pokolenie uczyło się w czytać w przedszkolu. Wszyscy się śmieją, jest wesoło, ale dalej chcą 2000. W końcu pokazałem im legitymacje z tajskiego uniwersytetu i zgodzili się na 1000. Ufff, nie sikam więcej na żadne świątynie!

Po drodze musiałem się napić więcej, więc z komisariatu który jest na Khao San, od razu do baru. Pije piwo i boom, spotkałem Ploy, laskę którą kiedyś pukałem. Pytam od razu czy chce iść do mnie spać i wracamy razem.

Bilans poniedziałku – 3 laski w przeciągu 12 godzin. Hyhy, jak ja lubię w Tajlandii mieszkać.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

 

Tłumaczenia: tajski – polski


Nazywam się Michał Forsaken i ukończyłem studia w stolicy Tajlandii – Bangkoku.  Z Tajlandią oraz językiem tajskim mam do czynienia od 2008 roku, gdy po raz pierwszy odwiedziłem ten wspaniały kraj. W Tajlandii zamieszkałem na stałe w 2011 i czuję się tu jak w domu 🙂

Tłumaczeniami z języka polskiego na tajski oraz tajski na polski (a także angielski na tajski i polski) zajmuję się od 2 lat. Mam doświadczenie w tłumaczeniach z zakresu zdrowia i urody, biologii, finansów oraz edukacji. Tłumaczenie to dla mnie nie tylko praca, ale i przyjemność!

tajlandia-alfabet-tajski-jezyk
Potrzebujesz przetłumaczyć coś na lub z języka tajskiego?  Skorzystaj z formularza kontaktowego. Cena zależeć będzie od rodzaju tłumaczenia. Każde tłumaczenie jest sprawdzane jest przez tajskiego native speakera w celu weryfikacji.

 

IMPORT / EKSPORT Z TAJLANDII


Export und ImportTajlandia jest położona w bardzo strategicznym miejscu jeśli chodzi o import i eksport towarów wszelakiej maści. Trzy główne branże eksportowe to ryż, owoce morza oraz tekstylia. Tajlandia produkuje też sporo elektroniki, jedwabiu oraz kamienie szlachetne. Tajskie towary charakteryzują się nie tylko jakością, ale i niskimi cenami. Podsumowując, Tajlandia jest bardzo atrakcyjnym miejscem do robienia biznesu.

W związku ze znajomością realiów Tajlandii oraz stałą obecnością w Bangkoku, jestem w stanie sprawdzić ceny poszczególnych towarów oraz zweryfikować ich jakość. Posiadasz biznes? Handlujesz czymś? Chciałbyś nawiązać współpracę biznesową z Tajlandią? Skorzystaj z sekcji kontakt.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

 

 

 

Udon Thani – raport z północy Issanu


Udon Thani było niegdyś jednym z moich ulubionych miejsc w Tajlandii. Jedno z największych miast Issanu, gdzie nie brakuje miejsc do spędzania wolnego czasu. Jest tu sporo barów nastawionych na białasów, nie brakuje tu też pań do towarzystwa za pieniądze. Można by wręcz rzec, że Udon Thani to taka Pattaya północy. Jest też kilka dużych klubów w tajskim stylu, takich jak Tawan Daeng, czy Phoenix. Miasto jest bardzo żywe – nawet po wyjściu z centrum, na ulicach dużo się dzieje. Studenci siedzą w parku, inni ludzie ćwiczą różnego rodzaju sporty, lub taniec. Są i tacy, którzy lubią malować naczynia. Tak wiem, dziwne hobby, ale dosyć popularne w Issanie.

udon-thani-tajlandia

Po drodze z Laosu, postanowiłem więc zatrzymać się na noc. Niestety Udon Thani zmieniło się i to niekoniecznie pozytywnie (z mojej perspektywy) – jest tu jeszcze więcej farangów i jeszcze więcej dziwek. Ceny poszły w górę, taxówkarze nie chcą jeździć z licznikiem, a laski często pytają “ile mi zapłacisz”. Tak jak wszędzie w Tajlandii – im więcej farangów, tym bardziej zepsuci Tajowie. Zawsze dotychczas udawało mi się jednak wyrwać normalne laski w Udon, których również tu nie brakuje, więc z pozytywnym nastawieniem idę do hotelu. Jest tu zajebisty pokój za 450 thb, zawsze tam śpię. Znajduje się on na ulicy Saphan Thamit. Kliknij TUTAJ, żeby zobaczyć  dokładną lokalizację. Nazwy niestety nie pamiętam. Na tej samej ulicy jest pare innych hoteli, nieco droższych, ale też dobre deale.

Tym razem okazało się, że nie ma wolnych pokojów. Nie chcąc tracić czasu na szukanie, poszedłem do innej nory którą znam, pokój za 200 thb. Bez air conu, bez ciepłej wody, etc. Ale za to wiele dobrych wspomnień, nie jedną laskę stuknąłem w tej norze. Kiedyś jak tylko zrobiłem check in, recepcjonistka złapała mnie za pytę i pompowałem ją pół godziny później. Hyhy! Innym razem, chodziłem po barach w okolicy i wyhaczyła mnie jakaś barówa. Poczekaj aż skończę pracę i pójdziemy gdzieś razem – mówiła. Ja się wtedy akurat źle czułem i chciałem iść spać. Ona jednak naciskała i naciskała, w końcu poszliśmy razem do klubu obok. Wypiliśmy po drinku i ja źle się czując, ulotniłem się z powrotem. Laska wzięła mój numer i stwierdziła, że po imprezie wpadnie (to było jeszcze w czasach gdy smartphony nie były w powszechnym użyciu i dalej używaliśmy numery telefonu). Po 2 godzinach zjawiła się w moim pokoju i oczywiści szok w jakiej ja norze śpię. Potem telefon mi zapipkał (battery fully charge), na co laska stwierdziła, że to moja dziewczyna do mnie pisze i typowa tajska scena zazdrości. Powiedziałem jej, żeby się w takim razie waliła i poszedłem spać… W końcu coś mnie budzi. „Ej, masz kondoma?” – mówi barówa. „No mam. A co, chcesz się ruchać? – pytam – TAK… A więc w tym cudownym hotelu za 200 batów (jak tam spałem pierwszy raz to kosztował 150) sporo wspomnień.

Tutaj należałoby też wspomnieć, że pomimo tego, że farangów w Udon Thani jest bardzo dużo, 90% z nich to raczej dziadki. Stąd mając 20, lub 30 lat, dostaję się w Udon Thani bardzo dużo uwagi od lasek, włączając w to dziwki. Piszczą, pokazują palcem, etc. Dbrym miejscem na day action jest Central Plaza, masa studentek które są zaciekawione młodym farangiem. Innym świetnym miejscem na wyciąganie lasek jest… 7/11. W 7/11 nie dość, że pracuje dużo młodych dziewczyn, to dodatkowo są dużo bardziej poukładane mentalnie i emocjonalnie, to znaczy nie są leniwe, żeby pracować za 8,000 batów miesięcznie, zamiast np. pójść na łatwiznę do baru lub karaoke, albo szukać boyfrienda który dosponsoruje. Większość z nich nigdy nie myśli nawet o umawianiu się z obcokrajowcem, więc są “dziewicze” w kontaktach z farangami (mój typ!!!).

Anyway, atakuje po kolei różne bary. Dwa główne miejsca z barami to „Day and night” i „Nutty Park” Oby dwa kompleksy znajdują się w odległości 10 minut piechotą od siebie. W planie miałem trochę się narąbać, a potem pójść do klubu Phoenix. Los jednak potoczyły się trochę inaczej. Szybko poznałem grupkę Tajek z Japończykiem (mąż jednej z nich) I bujaliśmy się razem po barach. Dwie laski prawie mnie gwałciły (łapanie za fujarę, etc), więc zapowiadało się dobrze. Jedna jest nauczycielką w przedszkolu, a druga pracuje w jakimś officie. Anyway, pakujemy się do ich samochodu i idziemy do pubu w tajskim stylu. Zamawiamy whiskey i 3 różne potrawy z taką ilością chilly, że nawet Tajki nie mogą tego jeść.

udon-thani-mapa

Posiedzieliśmy godzinę, śpiewając tajskie piosenki (zna ktoś Chang, chang, chang, nong koey hen chang rue plao?). Laski się napalały, że znam te wszystkie kretyńskie piosenki. Przychodzi rachunek. Pytam się ile wyszło, i słyszę, ze 500 thb mam rzucić. Kurwa sporo, nawet pomimo tego, że obróciliśmy dwie flaszki whiskey, to coś za dużo jak na Issan. Zapłaciłem i dopiero wtedy mnie olśniło, że rachunek płaciliśmy tylko w dwójkę – Japończyk i ja. 1000 thb za nas wszystkich cenowo by się zgadzało. Czyli generalnie laski sobie zafundowały kolacje i whiskey. Wkurw na maxa, ale już za późno bo zapłaciłem. Grrr.

No więc laski chcą iść dalej na imprezę do Tawen Deang, ale dla mnie już są stracone. Nie dorzuciły się do rachunku, to na drzewo, ja nie jestem sponsorem. Próbuje odchodzić, ale na siłę zaciągają mnie do samochodu, twierdząc, że odwiozą mnie do hotelu. Ostatecznie jedziemy do ich mieszkania. Myślę sobie, spooooko, 2 laski i ja, nie brzmi źle. Japończyk z żoną pojechali innym samochodem. Na miejscu jednak okazuję się, że w środku jest jakiś Taj płci męskiej. To już mi się nie podoba. Nici z potencjalnej orgii! Olewam je i jadę dalej.

Nie za bardzo wiedziałem gdzie jest Phoenix club, więc zapłaciłem jakiemuś Tuk tukowi 60 thb za podwiezienie. Oczywiście przepłaciłem w pytę bo dało się tam dojść na nogach w mniej niż 10 minut, ale cóż, za ignorancję trzeba płacić. W Phoenix wejściówka 200 thb. Jest już 1:15 w nocy, a o 2:00 zamykają (już czeka policja, żeby na pewno o 2 impreza była zamknięta) Rezygnuje więc. W między czasie inna laska którą poznałem wcześniej (jakaś barówa) pisze mi na Line, że skończyła pracę i chce się spotkać. Spoko, ta mi się akurat podobała. Idę więc po nią i zastanawiamy się gdzie iść dalej. W między czasie laska którą kręciłem na Baddoo app zaprasza mnie do siebie do domu. Mam więc do wyboru ładną barówe z którą niewiadomo co będzie, albo trochę mniej atrakcyjną normalną laskę, z którą wiadomo, że coś będzie skoro zaprasza do domu… Podejmuje (złą) decyzję i zostaję z barówką. Ona wymyśliła, że mój hotel będzie najlepszym miejscem do którego się możemy udać. Też tak uważam… I oczywiście od razu się skończyło na “a ile mi dasz kasy”. Idź won, ty dziwko. Ja nie mam nic przeciwko dziwkom, ale jak mnie próbują kasować, to się już mi się nie podobają. Próbuję złapać tamtą z Baddoo – too late – poszła spać i nie odpowiada…

Idę więc dalej do nielegalnego baru (drzwi zamknięte, bo po godzinach, ale tylnim wejściem wpuszczają dalej). W środku znowu trochę dziwek, widać, po mordach. Ale kiedyś tu byłem i dorwałem normalną laskę, więc spróbuje szczęścia. Atakuje pierwszą. Fail. Nie wygląda na zainteresowaną. Drugą sama do mnie zagaddała. Laska z Laosu. Macam ją po tyłku, wkładam palec pod spodenki, ale za każdym razem jak pytam czy wracamy do hotelu mówi, że nie. W pewnym momencie odwróciła głowę i powiedziała do jakiegoś kolesia “can you show me how to get out of here”. Co za debilny tekst, jak można być takim idiotą, żeby nie umieć samemu drzwi znaleźć. Anyway, poszła. Nienawidzę takich lasek. Nie lubię Pattaya, Phuket, Samui i centrum Udon Thani też mi przypomina taką maksymalną kurwiarnie. Poza centrum ludzie są super, ale podczas tego pobytu cały czas obracałem się pomiędzy tymi wszystkimi barami nastawionymi na farangów i aż mi obrzydło całe miasto.

W między czasie laska z Khon Kean którą kiedyś poznałem w Rayong i która się we mnie zakochałą, zauważyła na Facebooku, że jestem w Udon. Z Khon Kean do Udon Thani jedzie się tylko 2 godziny i ona się pyta czy może rano przyjechać się ze mną zobaczyć. Sonia to jest fajna laska. 22 lata, skończone studia, nauczycielka japońskiego. Nigdy nie miała wcześniej faranga, można powiedzieć, że ją “rozdziewiczyłem”. Anyway, jak chce jechać 2h z Khon Kean, żeby się ze mną zobaczyć na parę godzin, to dla mnie nie ma problemu. Olewam więc bar i wracam sam do hotelu. Chyba pierwszy raz w życiu spałem sam w Udon Thani.

Rano przyjeżdża Sonia. To znaczy przyjechała o 12:30, a ja mam samolot do Bangkoku o 16:00. Nie tracąc czasu od razu biorę ją do hotelu na pum pum (albo boob boom – oby dwie zwroty są bardzo popularne wśród Tajów). Żeby nie było, że tak ją wykorzystuje, biorę ją na zupę noodlową. Więc można powiedzieć, że poza seksem była też ranka 😉 Sonia nie pije alkoholu, nie pali, etc. Do tego rodzice karzą jej wracać do domu o 10 wieczorem (normalne w Tajlandii, nawet jeśli laska ma 25 lat). Ma trochę pecha, że akurat we mnie się zakochała. To zajebista 100% porządna dziewczyna, nadaje się stały związek i ma nadzieje, że ja będę jej facetem, ale życie jest zbyt krótkie, żeby tracić je na poważne związki. Muszę się trochę nacieszyć młodością. Nie wiem jak zajebista musiałaby być laska, żeby przekonać mnie do związku. Na pewno Sonia nie jest w stanie tego zrobić…

Anyway. Czas na samolot. Wsiadam w taxi i żaden chuj nie chce mnie zabrać z licznikiem. 150 thb za transport na lotnisko. 55 minut lotu i ląduje na Don Munag w Bangkoku. Wreszcie po ponad miesiącu podróży służbowych i wiza runie w Laosie jestem w domu i nigdzie się nie wybieram. Nie chce mi się absolutnie nigdzie już jeździć, poszukam pracy w Bangkoku która nie wymaga nieustanych podróży…

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Vientiane – raport ze stolicy Laosu


Po raz ostatni w Laosie byłem 5 lat temu. Obiecałem sobie wtedy, że nigdy nie powrócę. Syfiate jedzenie, przecenione taksówki, imprezy zamykane o 12 w nocy i wstydliwe Laotanki. Vientiane, stolica Laosu, to taka duża wieś. Wikipedia podaje, że w miasto liczy 800,000 mieszkańców, natomiast atmosfera jest raczej bardziej prowincjonalna. Suma summarum, nie jest to miejsce w którym się odnajduje.

laos-vientiane-a

 

Raul, jeden z moich najlepszych kumpli w Bangkoku, co 3 miesiące jeździ do Laosu po nową wizę. I przekonuje, że Laos bardzo się zmienił przez te 5 lat. Teraz jest fajnie. Są aplikacje do umawiania się z laskami, a hotele, pomimo tego, że kontakty pomiędzy obcokrajowcami, a Laotankami są prawnie zakazane, przymykają oko kiedy przyprowadza się na noc dziewczynę. No i jest piwo Lao – najlepszy browar ze wszystkich krajów ASEAN! Postanowiłem dać Laosowi drugą szansę.

Jest wiele sposobów na dostanie się do Vientiane z Bangkoku. Jedyny bezpośredni lot to Airasia, można też dojechać pod samą granicę pociągiem lub autobusem, co zajmie około 10 godzin. Ja wybrałem lot do Udon Thani linią Lion Air za 900 thb + minivan z lotniska na granicę za kolejne 200. Tutaj popełniłem pierwszy błąd. Wiza do Laosu kosztuje 30$ i wydawało mi się, że na lotnisku w Udon Thani będzie lepszy kurs niż w Bangkoku. Okazało się jednak, że wszystkie kantory, i na lotnisku, i na granicy były zamknięte i zmuszony zostałem zapłacić batami, po fatalnym kursie. Zamiast 30$ policzyli mnie 1300 batów. Mało tego, jakoś pomyliłem daty i okazało się, że moja tajska wiza skończyła się 2 dni temu, więc po tajskiej stronie dostałem jeszcze mandat na 1000 batów za overstay. Słaby początek imprezy.

Po przekroczeniu granicy i przebiciu się przez wszystkich „życzliwych” taxówkarzy, udało mi się znaleźć przystanek autobusowy. Niestety ostatni autobus odjechał. Oczywiście nie wierzę im na słowo, ale zapytałem po tajsku babci ze sklepu obok, która nie ma interesu, żeby ściemniać i potwierdziła, że dupa a nie autobus o tej porze. Poznałem anglika i hiszpankę, razem wzięliśmy taryfę za 300 thb.

Po dojechaniu na wieś o nazwie Vientiane, chodziłem szukać jakiegoś pokoju. Tutaj pozytywne zaskoczenie, jest bardzo dużo super tanich opcji. Śpię w hotelu Dhaka za 40,000 kipów, czyli jakieś niecałe 200 batów. Łazienka dzielona i pokój super mały, ale prawie za darmo. Wieczorem od razu uderzam na imprezę do Salmo Pub. Tanie piwo Lao i jest nawet trochę lasek. Od razu widać po mordach, że co niektóre dorabiają obrabiając białe pyty. Wszyscy w Vientianie bez problemu rozumieją tajski, więc nie mam problemu z porozumiewaniem się. Gorzej z rozumieniem ich, bo non stop wrzucają laotańskie słowa i tak np. „farang” to „baksida”, „aroy” to „seb”, „maiii” to „bo”, etc. Generalnie język dokładnie ten sam co w Issanie, więc jakoś daje radę, bo w końcu Issan to moje ulubione miejsce w Tajlandii.

Impreza zamyka się o 12. Flirtowałem przez godzinę z kelnerką i byłem przekonany, że da się ruchnąc tej samej nocy, ale dupa, zapytałem czy gdzieś razem pójdziemy, na co odparła, że wszystko jest zamknięte wcześnie, bo Obama jest w Laosie i ona idzie spać. Pomyślałem, że w takim razie chociaż coś wpierdolę przed snem, okazało się jednak, że na wsi po godzinie 12 nie da się nawet kupić jedzenia. Nie ma jednego sklepu otwartego! Całe szczęście, że przywiozłem puszki z tuńczykiem z tajskiego Tesco Lotus.

Inne miejsca w Vientiane gdzie można zaimprezować i poznać jakąś laskę to:

  1. Kop Chai Deu restauracja/bar
  2. Marina night club
  3. Samlo Pub
  4. Wind West
  5. Blue Star

W drodze do hotelu poznałem jakąś starszą dupkę, która jest sprzątaczką w guest housie. Twierdziła że ma 35 lat, ale wyglądała na 40, czyli pewnie miała 45. Anyway, miała piwo, więc pomogłem jej dokończyć. Po piwie zaczęła robić aluzję, że lubi młodszych chłopców (zwracała się do mnie „boy”) i sugerowała, żebyśmy poszli do mnie do pokoju. Przez chwilę rozważałem tą opcję, ale jak ją złapałem za udo i odkryłem, że było takie flakowate jak u babci, to od razu mi się odechciało. Jednak wole młode laski lol. Zaczęło jebać strasznie deszczem i nic już nie było otwarte, więc poszedłem spać.

Rano o 7 dalej strasznie padało, ale musiałem iść do ambasady tajskiej po nową wizę. Wszyscy taxówkarze (których trudno było znaleźć), krzyczeli 50,000 kipów, jakaś pojebana suma, nie ma takiej opcji, żebym zapłacił tyle. Zdecydowałem się więc wypożyczyć pedalski rower za 10,000 kupów i pojechałem do ambasady w tropikalnym deszczy. Trochę krążyłem, bo nie mogłem znaleźć, całe szczęście, że wszyscy w Vientiane rozumieją tajski i mnie pokierowali. W ambasadzie prawie nikogo nie było ze względu na deszcz i wszystko załatwiłem w przeciągu 10 minut. Jakiś debil na zewnątrz mówi, że wypełni mi formularz wizowy z jedyne 100 batów. 100 batów! Czy ich totalnie pojebało z cenami w tym Laosie? Przecież wypisanie tego formularza zajmują może 2 minuty. Czy 2 minuty pracy, którą nawet dziecko może wykonać jest warte 100 batów?

Po ambasadzie udałem się na siłownię. Udało mi się znaleźć miejsce za 10,000 kipów, dobra cena. Pomiędzy setami szukałem lasek na Blendr app. Tak co 5 laska odpowiada. Umówiłem się z dwoma na wieczór (jedna zapasowa jakby któraś z nich anulowała).

Powrót do hotelu i szukanie jedzenia. Ja pierdole, jedzeie w Laosie jest 2, 3 razy droższe niż w Tajlandii. Nie dziwie się, że oni wszyscy tacy chudzi. Do tego to ich jedzenie jest gówniane. Zwykły uliczny gra paw gai w Tajlandii smakuje jak najlepsza restauracja w Laosie. I od tego kosztuje 1/3 ceny.

Miałem ustawione dwie randki. Jedna laska chciała się spotkać daleko od centrum, więc ją olałem, druga przyjechała na motorku mnie odebrać. Szlajamy się trochę po mieście, niestety ona jest jakaś powolna, wstydzi się wszystkiego, więc szanse na zaciągnięcie jej do hotelu tego samego dnia są marne. A ja mam tylko jedną noc do dyspozycji. Potrzebuje jakąś laskę która bez oporów pójdzie się ruchać. Olałem ją I postanowiłem szukać szczęścia na imprezach.

Wieczorem kolejna runda po barach. No, brzmi jakby było ich tam kilka, tym czasem większość z tych “kilku” to coś w rodzaju restauracji / baru. Jest też nocny klub, ale nie chce mi się iść tak daleko na nogach. Udaje się więc do tego samego baru co wczoraj. Flirtuje ze wszystkim barmankami, kelnerkami i klientkami. Wszyscy rozumieją tu tajski, więc idzie gładko. Po lewej siedzi zajebista laska, ale wygląda mi na dziwkę, więc początkowo ją zlewam. Do tego gra w jakieś pokemony na telefonie, więc pierwsza myśl – jakiś retard (retard po tajsku to panyaon, moje ulubione słowo). Kelnerka zdradziła, że już 3 laski jej mówiły, że jestem zajebiście przystojny (kurwa jakimś modelem chyba powinienem zostać). Pytam które i barmanka pokazuje palcem na jedną kelnerkę która nie chciała ze mną iść wczoraj (czyli odpada), jedną ewidentną dziwkę, do tego podstarzałą i tą zajebistą od pokemonów. Od razu więc atakuje pokemoniare.

Rozmowa idzie gładko. Trochę się droczymy I jest kontakt dotykowy. Jest kelnerką we francuskiej restauracji. Kupiłem jej piwo Lao z 14,000 kipów, czyli jakieś 60 batów. Kurwa duże piwo w barze 60 batów, zajebiste ceny za alkohol w tym Laosie! I to nie byle jakie piwo. Laska jakoś się strasznie otworzyła po tym jak jej kupiłem tego drinka, zaczęła mnie dotykać, więc już prawie pewne ruchanie.

Imprezy niestety zamykają się w Laosie o 12. Tuż przed północą Bee (tak miała na imię) mówi, że jak chce jakąś inną laskę, to żebym łapał, bo ona ze mną nie pójdzie do hotelu. Jedno czego się nauczyłem w życiu, że to co laski mówią różne rzeczy, że zrobią lub nie zrobią czegoś, a potem to co robią, kompletnie nie ma powiązania z tym co wcześniej twierdziły, więc nie słucham i atakuje dalej. Akurat o 12 waliło deszczem niesamowicie, więc mówię Bee, żeby poczekała na poprawę pogody w moim hotelu. Zawsze trzeba dawać laską jakąś wymówkę dlaczego idziemy do pokoju. Wymówka może być najbardziej absurdalna na świecie, np. “pokarzę ci mojego kota”. Ważne, żeby miały możliwość wmówienia sobie, że wcale nie idziemy się ruchać, tylko mamy jakiś inny powód. Opornie, ale w końcu dała się namówić. Wsiadamy na jej motor i w hardcorowym tropikalnym deszczu jedziemy dwie ulice dalej do mojego hotelu.

Na recepcji oczywiście od razu się dojebali, bo w Laosie obcokrajowcom nie wolno uprawiać seksu, ani nawet przyprowadzać Laotanek do pokoju. W razie zostania złapanym grozi kara finansowa, areszt i deportowanie. Ale wiadomo, że mnie to nie powstrzyma. Bee ma tak zajebiste ciało, warto zaryzykować. Negocjuje z recepcjonistą ile będzie mnie kosztowało wprowadzenie jej na górę. Zgodzili się na 30,000 kipów I mogliśmy iść dalej. Całe szczęście, że jebało deszczem, bo większość lasek wypłoszyłoby się tą sytuacją i uciekło. Jebany recepcjonista chciał mi zrobić ładny cock block. Anyway. Bee dalej twierdzi, że jak tylko przestanie padać, to jedzie do domu. Jutro na rano musi być w restauracji.

Jak tylko weszliśmy do pokoju, deszcz przestał padać. Bee chce się zbierać, musiałem użyć wrodzonego uroku osobistego, żeby została “na trochę dłużej”. Zaczynamy się całować na łóżku. Bee od razu twierdzi, że nic więcej nie będzie, bo ma okres. Dlatego też mówiła, żebym znalazł inną laskę. Mnie natomiast okres nie przeszkadza. Efekt? Hardcorowo zabrudziliśmy całe łóżko. Pokój wyglądał jakby ktoś w nim został zarżnięty.

Rano druga runda. Ale tu niespodzianka. Bee nie chce widzieć więcej krwi, więc proponuje, żebyśmy użyli drugą dziurę… Zaczyna mi się podobać w tym Laosie… Po skończonej robocie dopadł mnie straszny kac. Potrzebowałem piwa i to w ekspresowym tempie. Bee akurat i tak musiała iść po podpaski, więc poszła do sklepu I przyniosła mi śniadanie + piwo. Pytam się ile mam jej dać kasy, ale kategorycznie odmawia. Piwo jak lekarstwo, od razu kac przeszedł.

O 12 check out z hotelu. Namówiłem Bee, żeby olała prace i się ze mną pobujała. Zzybko odjeżdżamy na motorze, bo baliśmy się, że jak zobaczą tą krew na pościeli, łóżku, ścianach i podłodze, to mnie skasują za to wszystko. Bee podwiozła mnie do ambasady. Odebrałem nową tajską wizę i sru na terminal autobusowy. Bee zaczęła robić dramaty, żebym został chociaż jedną noc dłużej. Przyznam, że bardzo chętnie bym z nią został, niestety na mnie czeka praca w Bangkoku. Ponad to, jedzenie w Laosie kosztuje około 100 batów za posiłek, a ja jem 5 razy dziennie, więc na samo jedzenie schodzi mi sporo kasy w tym Vientiane.

Wsiadam w autobus za 60 batów do granicy. Granice przechodzę na nogach i łapię minivan do Udon Thani za 50 batów. Z Udon Thani będę leciał z powrotem do Bangkoku, ale najpierw impreza w jednym z moich ulubionych miast. Następny raport na AzjaPoZmroku będzie właśnie z Udon!

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.