Locked up abroad cz. 4 – czyli jak trafiłem do więzienia w Singapurze


Czwarta część Lock up abroad – czyli jak wylądowałem w więzieniu w Singapurze. Jeśli nie czytałeś jeszcze poprzednich artykułów, to kliknij tutaj: część 1, część 2, część 3.

Powrót z sądu. Znowu w Changi prison. Tym razem w celi jestem z dwoma Srilanczykami z którymi zostałem aresztowany i ze świrem Jasonem, który choć jest Singapurczykiem, to zna również tamilski, który jest popularnym językiem w tym kraju. Singapur można podzielić na Chińczyków, Malezyjczyków i właśnie Tamilów, czyli południowe Indie i Sri lanka. Jak zwykle wszyscy mówili w obcym mi języku, a ja siedziałem w kącie. To jednak wreszcie się odmieniło, wszak psychol Jason zna angielski i to całkiem dobrze.

Michal-Forsaken_Singapur.JPG

Ostatnie zdjęcie z Singapuru przed wycieczką do więzienia.

Już na wstępie zaczęło mu odpierdalać. Ten człowiek potrafi spać w jednym momencie, po czym wprost ze snu dostaje takiego ataku agresji, że chce się bić. Mój “kolega” Srilańczyk, już pierwszego dnia miał z nim spięcie. Nawet nie wiem o co chodziło, bo nie rozumiem o czym mówili. Anyway, pewnego dnia Jason zapytał mnie skąd wziąłem się w więzieniu. Opowiedziałem mu wszystkie 3 części lock up abroad, aż przyszła jego kolej. Ten typ, chociaż debil, to mógłby napisać książkę o swoim życiu.

Generalnie Jason spędził ponad połowę życia w więzieniu. Za drobne przestępstwa. Kradzieże, bójki, włamania. Jeśli nie ma go w więzieniu aż 2 miesiące, to jak sam powiedział – jest zadowolony, że aż tak długo prowadzi się przyzwoicie I jeszcze go nie zamknęli. A za co jest tym razem? Jest niewinny. To znaczy został skazany za kradzież Iphone’a, ale według niego niesłusznie. Ponieważ on wcale go nie ukradł, a raczej ktoś z pracy zapomniał swojego Iphone’a w toalecie, więc Jason postanowił, że ukryje go w innym miejscu, zamiast oddać zgubę właścicielowi. Ukrył go więc, NIE ukradł, tylko ukrył – to była jego linia obrony w sądzie – I był bardzo zdziwiony, kiedy właściciel postanowił zawiadomić policję, a ta, po znalezieniu ukrytego telefonu, ściągnęła z niego odciski palców I szybko ustaliła, że dotykał go mr. Jason, wielokrotnie karany za podobne występki. On czuje się niewinny, bo przecież nic nie ukradł, tylko ukrył i generalnie to on jest ofiarą w całej tej sprawie.

Kiedyś Jason znalazł inny telefon. Tym razem nie kradziony, a naprawdę znaleziony. A przynajmniej tak twierdził. Otworzył Jason książkę telefoniczną I tak sobie przeglądał imiona. W pewnym momencie znalazł imię dziewczyny, które bardzo mu się spodobało. Imię to było malezyjskie, ale że Jason przesiedział tyle lat w więzieniu, to po malezyjsku się bez problemu zdążył nauczyć porozumiewać. Zadzwonił więc. I wytłumaczył, że przepraszam, my się nie znamy, znalazłem telefon, na którym jest twój numer I bardzo podoba mi się twoje imię. Czy możemy się umówić? I tak zaczęła się wielka miłość Jasona z malezyjką. Zgodziła się ona bowiem na randkę I od tej pory byli parą aż Jason poszedł znowu do więzienia. Tym razem za to, że non stop bił Malezyjkę. Walił ją plaskaczami ile wlezie. Ale podobno za każdy razem sobie zasłużyła, więc wszystko ok. Niestety znajomi Malezyjki donieśli na Jasona I tak trafił on po raz kolejny do więzienia.

Jason jest zajebistym katolikiem. Codziennie modli się ze 4 razy I generalnie nie przestaje gadać o Jezusie. Tutaj mieliśmy trochę spięcie, bo jeśli ktoś jeszcze nie wie, to ja jestem, very down to earth. Duchy, wampiry, podwodne cywilizacje, robo-cop, czy jakieś tam chrześcijaństwo to dla mnie fairy tales i tanie science-fiction z dolnej półki. Wiara w kosmicznego żydowskiego zombie, który jest swoim własnym ojcem i który może sprawić, że będziesz żył wiecznie, jeśli symbolicznie zjesz krakersa, który zmieni się jego ciało i telepatycznie przekażesz, że akceptujesz go jako swojego pana, aby mógł usunąć z ciebie klątwę, nałożoną na całą ludzkość, ponieważ kobieta zrobiona z żebra, została skuszona przez gadającego węża do zjedzenia jabłka z magicznego drzewa, jakoś do mnie nie przemawia. Cała ta dogma, że jakoby Yahwe był na nas tak wkurwiony za to nieszczęsne jabłko które sam posadził pod nosem Ewki, a potem wymyślił, że jedyna droga do wybaczenia nam, to wysłanie swojego syna jako kozła ofiarnego, który musi zostać zabity przez tortury w ogóle nie trzyma się kupy. Jak ja byłem wkurzony na moją ex, za to, że zjadła mi snickersa, to jej po prostu jej wybaczyłem, wysyłanie syna na tortury nie było konieczne.

Jason generalnie był wobec mnie całkiem miły. Raz mu prawie puściły nerwy, jak zaczął opowiadać, że Jezus jest miłością, na co odparłem, że ciężko mi to dostrzec wiedząc, że 9 milionów dzieci umiera co roku przed osiągnięciem 5 roku życia. 24,000 dzieci dziennie, lub 1000 na godzinę. 17 dzieci co minutę. Innymi słowy, padają jak muchy. Wszystkie z tych dzieci mają rodziców, którzy są głęboko wierzący i modlą się o ich zdrowe. Ich modlitwy oczywiście nic nie zdziałają. Każdy bóg który pozwala, aby dzieci padały w milionowych ilościach, albo nic nie może w tej sprawie zdziałać, albo ma to zwyczajnie w dupie. Z miłością w każdym razie nie ma to absolutnie nic wspólnego. Tutaj Jasonowi prawie żyłki na twarzy popękały ze złości.

Rozmów o religii i wiarygodności biblii mieliśmy zajebiście dużo, ale nie będę was zanudzał. W dzień przed kolejną rozprawą sądową Jason modlił się dosłownie całą noc. Nie wierzył, że to zwykła strata czasu, lol. Nie mogłem spać przez tego idiotę, bo non stop było Jezus to, Jezus tamto. Rano, bardzo niewyspany Jason poszedł do sądu i…. tak mu kurwa Jezus pomógł, że hej. Rozprawa odsunięta w czasie. Powód? Prokuratura chce postawić kolejne zarzuty. Pamiętacie jak Jason chciał się bić ze strażnikiem w sądzie? Oh well, za to odsiedzi parę więcej miesięcy. For the records, staram się unikać tematu religii, ale jak gość mnie próbuje nawrócić każdego dnia, to ciężko nie konfrontować tych bredni napisanych przez hebrajskich pastuchów z epoki żelaza, którzy nie wiedzieli nawet, że ziemia krąży w okół słońca.

Moving on. W końcu nastał dzień w którym zostałem przetransportowany do nowego więzienia, dla ludzi z krótkimi wyrokami. Jak zwykle, zostaliśmy zakuci w kajndany, ręce I nogi, jak terroryści. Po około godzinie, dotarliśmy do West Admiralty Prison. To tutaj przyjdzie mi odsiedzieć kolejne kilka miesięcy. Tutaj zupełnie inna atmosfera. Wszystko wyglądało bardziej lightowo, ale szybko okazało się, że strażnicy są dużo gorsi i nie tylko nie przyjaźni, ale wręcz czuć od nich nienawiść wobec osadzonych. Na wstępie dokładne przeszukanie, zaglądali nam nawet do dupy. Aah, to musi być praca marzeń, codziennie zaglądanie do owłosionych dup facetów.

Słowo o strażnikach. To byli debile, nie dużo bardziej ponad poziomem debili osadzonych. Np, w łamanym angielskim, strażnik mówi do więźnia: „why you stupid! why you come Singapore? What you no answer, stupid?! You no speak English, no come here better la”. Czyli generalnie sam nie znał angielskiego, ale wywyższa się nad jakimś muzułmańskim wieśniakiem z Bangladeszu, który całe życie spędził w chatce ulepionej z gówna krowy i szkoły na oczy nie widział, bo jego rodzice woleli dać „na tacę” imamowi, żeby nie zabrakło mu na dziwki. Bardzo mnie kusiło, żeby to skomentować, ale niestety dostał bym za to karę chłosty, z 6 batów.

singapur-baty-wiezienie

A właśnie. Zaraz po wejściu przechodziliśmy przez pokój chłosty. Do drabiny przywiązany manekin miał nas chyba odstraszać, albo może przypomnieć innym więźniom co wkrótce ich czeka? Chłosta odbywała się raz w tygodniu, bodajże w czwartki. Wyglądało to tak: strażnik odlicza ONE, słychać chlaaaask bata, po czym krzyk więźnia na całe więzienie. Potem jest TWO, chalsk, krzyk. THREE, chlask, krzyk. Ci którzy mieli tylko 3, mieli szczęścia, bo każdy następny bat leci w te 3 miejsca a wytrenowani strażnicy nigdy nie pudłują. Jak ktoś miał np. 9 batów, to znaczy, że dostałe w każde miejsce po 3 rany. Z dupy mięso wychodzi nawet po jednym strzale i wszyscy po karze chłosty chodzili ze spodenkami opuszczonymi tak, żeby suszyć rany na dupsku. Gwarantowane blizny do końca życia. Nie wiem czemu, ale chciałem dostać jednym batem, tak dla spróbowania. Bo ciężko mi uwierzyć, że dorośli faceci płakali jak małe dzieci z powodu paru batów.

CaningInSingapore-CanedButt

A tak wygląda dupcia już po skończonej zabawie

Przed wejściem do nowej celi czekało nas strzyżenie włosów. Nie ma, że boli, w Singapurze dozwolona jest tylko jedna fryzura. Jak miałeś długie włosy, to możesz się z nimi pożegnać. A właśnie, jak jesteśmy przy karze chłosty i strzeżeniu włosów, wiecie co się dzieje z kobietami? One w prawdzie batów nie dostają, ale za to sąd skazuje na ścięcie włosów na zero jako formę kary. Pfff, też mi kara!

W końcu docieramy do celi, 16 osób. Ale to było akurat coś pozytywnego, wszak pośród 16 osób zawsze znalazło się kilka sztuk, które nie należały do gatunku skończonych debili i zdarzało się, że ktoś nawet znają język angielski, a co za tym idzie, miałem do kogo otworzyć mordę. Spanie tak jak wcześniej na gołej podłodze, to znaczy mieliśmy „łóżko piętrowe”, czyli albo spanie na górze na drewnie, ze światłem w oczy, które nigdy nie gasło, albo pod łóżkiem na gołym betonie. Okna były zakratowane, bez szyby i jak dobrze lało deszczem to tych na dole trochę zalewało. W rogu celi był kibel. W żaden sposób nie zakryty, klocki robiliśmy przy wszystkich. Mnie to akurat nie przeszkadzało. Nie musiałem nawet używać sekretnej metody innych więźniów, czyli nakładanie ręcznika na głowę i wyobrażanie sobie, że jest się gdzieś indziej. Dodatkowo, inni więźniowie nie pomagali robią sobie żarty i dokuczając wypróżniającym się osobnikom. Mnie do tylko wkurwiało pierwsze 3 dni, potem stałem się takim zwierzęciem, że nic mnie nie obchodziło. Zresztą cały czas byłem na silnych anty depresantach, a one mają taki właśnie efekt, że na wszystko ma się po prostu wyjebane.

W celi poznałem Wietnamczyka, który był kiedyś w więzieniu w swoim kraju. Mówił, że na przeciwko mieli też więzienie dla kobiet, które widać było z okna. Jak się kupiło jakiejś więźniarce jedzenie, to w ramach podziękowania pokazywała cycki. Oczywiście Wietnamce wykorzystywali to jako żywe por*no i marszczyli do tego wacki. Swoją drogą, sam nie wiem jak przeżyłem te 4 miesiące bez niczego. Jedyna laska jaką widziałem przez 4 miechy, to strażniczka która pracowała „na recepcji”. Nie wiem nawet czy była taka fajna, ale jak się nie widzi żadnej dziewczyny przez długi okres, to robi się tak zdesperowany, że można się zakochać nawet od takiego powierzchownego kontaktu. Tak więc wszyscy fantazjowaliśmy  tej jednej Malezyjce, którą dane nam było widzieć raz na tydzień, tudzież dwa.

Po tygodniu w celi, przysługiwał na TV na jeden film wieczorem. Raz w tygodniu grali filmy angielskie, potem malezyjskie, hinduskie, chińskie i singapurskie. Oczywiści wszystko było ocenzurowane, żeby czasami jakiegoś cycka nam nie pokazać. Filmy po angielsku leciały za cicho, ch*ja było słychać, malezyjskie nie miały napisów, więc praktycznie oglądać dało się tylko chińskie i hinduskie. A, no i czasami mieliśmy coś tajskiego! Nawet powiem, że kilka dobrych filmów widziałem, takich nie main streamowych. Niestety, sadystyczni strażnicy lubili nas wkurwiać i puszczali non stop te same filmy. Wtedy było słychać takie „nooooooooooooooooo” dochodzące z każdej sali.

Jedno na co na pewno nie mogę narzekać, to jedzenie. Zażyczyłem sobie dietę wegetariańską i dostawaliśmy naprawdę dobre koryto. Może nie restauracja, acz naprawdę mi smakowało! No, poza śniadaniem, czyli chlebem z masłem, albo dżemem i słodką kawą, lub herbatą. Jedzenie był ok, ale dużo za mało. Przez 4 miesiące straciłem 4kg, byłem wychudzony jak nigdy. Tak jak teraz mam 81kg, wtedy miałem 68. W ogóle to ja mam strict diet, nie jem żadnego cukry poza fruktozą i czasami laktozą, czyli wyłącznie cukry proste. Aczkolwiek w Singapurze, gdzie głodowałem, każda kaloria się liczyła, więc nakurwiałem nawet znienawidzoną sacharozę, czyli cukier, aka, trucizna.

W celi było całkiem czysto, bo musieliśmy sprzątać 3 razy dziennie po każdym posiłku. Każdy z nas miał swoja kolej co jakiś czas. A że nie jestem mistrzem sprzątania, to znaczy, zostałem stworzony do prac umysłowych, to trochę współwięźniów się na mnie wkurwiało, że „źle myję podłogę”. Kilka razy prawie pobiłem się o to z jednym Singapurczykiem. Było na tyle źle, że musieli nas rozdzielać. Nigdy jednak nie bałem się tego tępaka, bo kto pierwszy zaczyna bójkę w Singapurze, ten nie tylko będzie odsiadywał dłużej, ale też dostanie za to z 6 batów i tydzień w izolatce. Tak więc, wręcz prowokowałem go do tego, aby mnie zaatakował. Kląłem na jego rodziców, a nawet psa. Chciałem po prostu, żeby mnie uderzył, dzięki czemu mógłbym się go pozbyć.

Pewnego dnia, do więzienia dotarł prawdziwy monster. Miał całe ciało masakrycznie zdeformowane jakimiś dziwnymi wrzodami, które były naprawdę duże i miał je nawet na głowie. Mało się nie porzygałem na jego widok. Zwłaszcza jak ściągnął koszulkę. I co się okazało? Że wrzucili go do mojej celi! Nie mogłem przy nim autentycznie jeść, bo chciałem rzygać. Więc siedziałem plecami do niego za każdym razem, tak po chamsku, ale naprawdę inaczej bym nie zjadł. Był on pastorem z jakiegoś kościoła chrystuso-podobnego, jacyś jebani sekciarze, zresztą jak 99% wszystkich więźniów, super religijna postać. Oczywiście on nic nie czaił, że ja się go brzydzę i wiedząc, że głoduję, chciał się nawet dzielić ze mną swoim ryżem. Taki z niego altruista. Ale w więzieniu jest już nie pierwszy raz za kradzieże. Nienawidzę złodziei!

Kiedyś z ciekawości zapytałem dlaczego jest takim zdeformowanym monsterem. Zdradził, że choruje na genetyczną chorobę neurofibroma. Nie będę tutaj wrzucał zdjęć, jak chcecie to sobie wygooglujcie. Hardcore. On oczywiście dorabia sobie do tego historię, że to jezus go testuje jak w biblijnej przepowiedni o udrękach Job’a. Urojenia w więzieniu są dość powszechne, wielu ludzi totalnie świrowało, a to modlenie się non stop tylko nasilało ich psychozę.

Pewnego dnia monster poprosił mnie, żebym napisał dla niego list do żony, bo on jest zbyt tępy, aby napisać parę zdań po angielsku bez zrobienia błędu w każdym słowie. Spoko, mogę to dla niego zrobić. Jak co tydzień, dostaliśmy długopis, taki giętki, żeby nikogo się nim zabić nie dało, i napisałem jakieś brednie które mi dyktował. Kocham cię żono, tęsknie, Jezus z tobą. Po napisaniu poklepał mnie po plecach swoją łapą która przypominała macki potwora. Poczułem się jakby na japońskim anime, kiedy potwór z mackami próbuje gwałcić dziewczynkę w szkolnym mundurku. Prawie się zrzygałem.

W sali mieliśmy kilka gier planszowych. Szachy i jakie chińśkie wynalazki. Ponieważ nie było zbyt wiele atrakcji, nakurwiałem w te szachy godzinami każdego dnia, aż śniło mi się to po nocach. Konik do lewej, goniec na przód, szach i mat. To były moje sny!

Poniedziałek do piątek wypuszczali nas z celi na godzinę. Był to nasz czas na prysznic i jakieś ćwiczenia na zewnątrz, lub pogadanie z innymi współwięźniami. W weekendy wychodziliśmy tylko na sam prysznic, ale za to czas oglądania TV był wydłużony. W więzieniu było kilku innych białasów, głównie z ameryki łacińskiej. Było też dwóch anglików. Jeden podobno niewinny, hehe. Jakoś specjalnie się z nimi nie przyjaźniłem. Oni wszyscy cały czas po hiszpańsku napierdalali, tak czy inaczej. Nawet ci Anglicy.

Ponieważ na zewnątrz musieliśmy  biegać bez koszulki, bardzo bałem się raka skóry. Oczywiście wszyscy ze mnie szydzili, ale super biała skóra wystawiona na silny ultrafiolet może doprowadzić do uszkodzenia DNA i w konsekwencji formowania się guzów i nowotworów. Ich azjatycka skóra dużo lepiej znosi słońce niż taki polak czy rusek. My jesteśmy najbardziej narażeni na tego typu problemy. Zgłosiłem się więc do lekarza i wytłumaczyłem mu moje obawy. Lekarz zaczął się śmiać jakby nigdy takich głupot nie słyszał. Ale jak przeczytałem jego imię z plakietki i powiedziałem, że w razie problemów będę w sądzie podawał jego imię, szybko przepisał mi jakieś kremiki z filtrem UV.

I tak leciał dzień za dniem w więzieniu. Codziennie rutyna, ale jednak niecodziennie i ciekawe doświadczenie. In a way, nawet się cieszę, że tam byłem. Teraz oglądając TV o więzieniu czaję o co biega i empatyczne wczuwam się w rolę bohaterów.

Więcej o życiu w Singapurskim więzieniu napiszę w części 5. Wait for it!

 

Advertisements

6 uwag do wpisu “Locked up abroad cz. 4 – czyli jak trafiłem do więzienia w Singapurze

  1. Napiszesz dokładnie co zrobiłeś? Karę za to odbyłeś, więc chyba nie ma się czego obawiać. Ostatnio jak poznałem Singapurke to mówiła, że jak miała 16 lat to się waliła z chłopakiem na klatkach schodowych. Wtedy myślałem że to nawet fajnie musiało być, ale teraz po przeczytaniu tego to raczej w Singapurze trzeba być świętym prawie. Strach cokolwiek tam robić.

    Lubię to

  2. Super zajebiste masz pióro mistrzu. jedyny problem to przemilczenie tego przypału za który na 4 miechy sadzają do więźnia w Singapurze. Tzn. wiem,że podrobienie paszportu. Może byś dał znać co odjebali w takim razie Srilanczycy 😉

    Lubię to

  3. Ciekawa historia, jak i reszta, czekam na kolejna czesc.

    W miedzyczasie – te wiezienie w Singapurze to nie taki koszmar. Poznalem lebkow z Ugandy, ktorzy pracuja w tamtejszych pakach – o moj boze. Trzeci swiat trzeciego swiata… Szkoda slow. Ale zeby nie bylo, uslyszalem tez od kolegi historie z wizyty w australijskim wiezieniu – tez nic fajnego w sumie, rownie powalone zasady, do tego praca za grosze (o dziwo).

    Wniosek, w zadnej pace nie jest fajnie i rozowo 😉

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s