Locked up abroad cz. 4 – czyli jak trafiłem do więzienia w Singapurze


Czwarta część Lock up abroad – czyli jak wylądowałem w więzieniu w Singapurze. Jeśli nie czytałeś jeszcze poprzednich artykułów, to kliknij tutaj: część 1, część 2, część 3.

Powrót z sądu. Znowu w Changi prison. Tym razem w celi jestem z dwoma Srilanczykami z którymi zostałem aresztowany i ze świrem Jasonem, który choć jest Singapurczykiem, to zna również tamilski, który jest popularnym językiem w tym kraju. Singapur można podzielić na Chińczyków, Malezyjczyków i właśnie Tamilów, czyli południowe Indie i Sri lanka. Jak zwykle wszyscy mówili w obcym mi języku, a ja siedziałem w kącie. To jednak wreszcie się odmieniło, wszak psychol Jason zna angielski i to całkiem dobrze.

Michal-Forsaken_Singapur.JPG

Ostatnie zdjęcie z Singapuru przed wycieczką do więzienia.

Już na wstępie zaczęło mu odpierdalać. Ten człowiek potrafi spać w jednym momencie, po czym wprost ze snu dostaje takiego ataku agresji, że chce się bić. Mój “kolega” Srilańczyk, już pierwszego dnia miał z nim spięcie. Nawet nie wiem o co chodziło, bo nie rozumiem o czym mówili. Anyway, pewnego dnia Jason zapytał mnie skąd wziąłem się w więzieniu. Opowiedziałem mu wszystkie 3 części lock up abroad, aż przyszła jego kolej. Ten typ, chociaż debil, to mógłby napisać książkę o swoim życiu.

Generalnie Jason spędził ponad połowę życia w więzieniu. Za drobne przestępstwa. Kradzieże, bójki, włamania. Jeśli nie ma go w więzieniu aż 2 miesiące, to jak sam powiedział – jest zadowolony, że aż tak długo prowadzi się przyzwoicie I jeszcze go nie zamknęli. A za co jest tym razem? Jest niewinny. To znaczy został skazany za kradzież Iphone’a, ale według niego niesłusznie. Ponieważ on wcale go nie ukradł, a raczej ktoś z pracy zapomniał swojego Iphone’a w toalecie, więc Jason postanowił, że ukryje go w innym miejscu, zamiast oddać zgubę właścicielowi. Ukrył go więc, NIE ukradł, tylko ukrył – to była jego linia obrony w sądzie – I był bardzo zdziwiony, kiedy właściciel postanowił zawiadomić policję, a ta, po znalezieniu ukrytego telefonu, ściągnęła z niego odciski palców I szybko ustaliła, że dotykał go mr. Jason, wielokrotnie karany za podobne występki. On czuje się niewinny, bo przecież nic nie ukradł, tylko ukrył i generalnie to on jest ofiarą w całej tej sprawie.

Kiedyś Jason znalazł inny telefon. Tym razem nie kradziony, a naprawdę znaleziony. A przynajmniej tak twierdził. Otworzył Jason książkę telefoniczną I tak sobie przeglądał imiona. W pewnym momencie znalazł imię dziewczyny, które bardzo mu się spodobało. Imię to było malezyjskie, ale że Jason przesiedział tyle lat w więzieniu, to po malezyjsku się bez problemu zdążył nauczyć porozumiewać. Zadzwonił więc. I wytłumaczył, że przepraszam, my się nie znamy, znalazłem telefon, na którym jest twój numer I bardzo podoba mi się twoje imię. Czy możemy się umówić? I tak zaczęła się wielka miłość Jasona z malezyjką. Zgodziła się ona bowiem na randkę I od tej pory byli parą aż Jason poszedł znowu do więzienia. Tym razem za to, że non stop bił Malezyjkę. Walił ją plaskaczami ile wlezie. Ale podobno za każdy razem sobie zasłużyła, więc wszystko ok. Niestety znajomi Malezyjki donieśli na Jasona I tak trafił on po raz kolejny do więzienia.

Jason jest zajebistym katolikiem. Codziennie modli się ze 4 razy I generalnie nie przestaje gadać o Jezusie. Tutaj mieliśmy trochę spięcie, bo jeśli ktoś jeszcze nie wie, to ja jestem, very down to earth. Duchy, wampiry, podwodne cywilizacje, robo-cop, czy jakieś tam chrześcijaństwo to dla mnie fairy tales i tanie science-fiction z dolnej półki. Wiara w kosmicznego żydowskiego zombie, który jest swoim własnym ojcem i który może sprawić, że będziesz żył wiecznie, jeśli symbolicznie zjesz krakersa, który zmieni się jego ciało i telepatycznie przekażesz, że akceptujesz go jako swojego pana, aby mógł usunąć z ciebie klątwę, nałożoną na całą ludzkość, ponieważ kobieta zrobiona z żebra, została skuszona przez gadającego węża do zjedzenia jabłka z magicznego drzewa, jakoś do mnie nie przemawia. Cała ta dogma, że jakoby Yahwe był na nas tak wkurwiony za to nieszczęsne jabłko które sam posadził pod nosem Ewki, a potem wymyślił, że jedyna droga do wybaczenia nam, to wysłanie swojego syna jako kozła ofiarnego, który musi zostać zabity przez tortury w ogóle nie trzyma się kupy. Jak ja byłem wkurzony na moją ex, za to, że zjadła mi snickersa, to jej po prostu jej wybaczyłem, wysyłanie syna na tortury nie było konieczne.

Jason generalnie był wobec mnie całkiem miły. Raz mu prawie puściły nerwy, jak zaczął opowiadać, że Jezus jest miłością, na co odparłem, że ciężko mi to dostrzec wiedząc, że 9 milionów dzieci umiera co roku przed osiągnięciem 5 roku życia. 24,000 dzieci dziennie, lub 1000 na godzinę. 17 dzieci co minutę. Innymi słowy, padają jak muchy. Wszystkie z tych dzieci mają rodziców, którzy są głęboko wierzący i modlą się o ich zdrowe. Ich modlitwy oczywiście nic nie zdziałają. Każdy bóg który pozwala, aby dzieci padały w milionowych ilościach, albo nic nie może w tej sprawie zdziałać, albo ma to zwyczajnie w dupie. Z miłością w każdym razie nie ma to absolutnie nic wspólnego. Tutaj Jasonowi prawie żyłki na twarzy popękały ze złości.

Rozmów o religii i wiarygodności biblii mieliśmy zajebiście dużo, ale nie będę was zanudzał. W dzień przed kolejną rozprawą sądową Jason modlił się dosłownie całą noc. Nie wierzył, że to zwykła strata czasu, lol. Nie mogłem spać przez tego idiotę, bo non stop było Jezus to, Jezus tamto. Rano, bardzo niewyspany Jason poszedł do sądu i…. tak mu kurwa Jezus pomógł, że hej. Rozprawa odsunięta w czasie. Powód? Prokuratura chce postawić kolejne zarzuty. Pamiętacie jak Jason chciał się bić ze strażnikiem w sądzie? Oh well, za to odsiedzi parę więcej miesięcy. For the records, staram się unikać tematu religii, ale jak gość mnie próbuje nawrócić każdego dnia, to ciężko nie konfrontować tych bredni napisanych przez hebrajskich pastuchów z epoki żelaza, którzy nie wiedzieli nawet, że ziemia krąży w okół słońca.

Moving on. W końcu nastał dzień w którym zostałem przetransportowany do nowego więzienia, dla ludzi z krótkimi wyrokami. Jak zwykle, zostaliśmy zakuci w kajndany, ręce I nogi, jak terroryści. Po około godzinie, dotarliśmy do West Admiralty Prison. To tutaj przyjdzie mi odsiedzieć kolejne kilka miesięcy. Tutaj zupełnie inna atmosfera. Wszystko wyglądało bardziej lightowo, ale szybko okazało się, że strażnicy są dużo gorsi i nie tylko nie przyjaźni, ale wręcz czuć od nich nienawiść wobec osadzonych. Na wstępie dokładne przeszukanie, zaglądali nam nawet do dupy. Aah, to musi być praca marzeń, codziennie zaglądanie do owłosionych dup facetów.

Słowo o strażnikach. To byli debile, nie dużo bardziej ponad poziomem debili osadzonych. Np, w łamanym angielskim, strażnik mówi do więźnia: „why you stupid! why you come Singapore? What you no answer, stupid?! You no speak English, no come here better la”. Czyli generalnie sam nie znał angielskiego, ale wywyższa się nad jakimś muzułmańskim wieśniakiem z Bangladeszu, który całe życie spędził w chatce ulepionej z gówna krowy i szkoły na oczy nie widział, bo jego rodzice woleli dać „na tacę” imamowi, żeby nie zabrakło mu na dziwki. Bardzo mnie kusiło, żeby to skomentować, ale niestety dostał bym za to karę chłosty, z 6 batów.

singapur-baty-wiezienie

A właśnie. Zaraz po wejściu przechodziliśmy przez pokój chłosty. Do drabiny przywiązany manekin miał nas chyba odstraszać, albo może przypomnieć innym więźniom co wkrótce ich czeka? Chłosta odbywała się raz w tygodniu, bodajże w czwartki. Wyglądało to tak: strażnik odlicza ONE, słychać chlaaaask bata, po czym krzyk więźnia na całe więzienie. Potem jest TWO, chalsk, krzyk. THREE, chlask, krzyk. Ci którzy mieli tylko 3, mieli szczęścia, bo każdy następny bat leci w te 3 miejsca a wytrenowani strażnicy nigdy nie pudłują. Jak ktoś miał np. 9 batów, to znaczy, że dostałe w każde miejsce po 3 rany. Z dupy mięso wychodzi nawet po jednym strzale i wszyscy po karze chłosty chodzili ze spodenkami opuszczonymi tak, żeby suszyć rany na dupsku. Gwarantowane blizny do końca życia. Nie wiem czemu, ale chciałem dostać jednym batem, tak dla spróbowania. Bo ciężko mi uwierzyć, że dorośli faceci płakali jak małe dzieci z powodu paru batów.

CaningInSingapore-CanedButt

A tak wygląda dupcia już po skończonej zabawie

Przed wejściem do nowej celi czekało nas strzyżenie włosów. Nie ma, że boli, w Singapurze dozwolona jest tylko jedna fryzura. Jak miałeś długie włosy, to możesz się z nimi pożegnać. A właśnie, jak jesteśmy przy karze chłosty i strzeżeniu włosów, wiecie co się dzieje z kobietami? One w prawdzie batów nie dostają, ale za to sąd skazuje na ścięcie włosów na zero jako formę kary. Pfff, też mi kara!

W końcu docieramy do celi, 16 osób. Ale to było akurat coś pozytywnego, wszak pośród 16 osób zawsze znalazło się kilka sztuk, które nie należały do gatunku skończonych debili i zdarzało się, że ktoś nawet znają język angielski, a co za tym idzie, miałem do kogo otworzyć mordę. Spanie tak jak wcześniej na gołej podłodze, to znaczy mieliśmy „łóżko piętrowe”, czyli albo spanie na górze na drewnie, ze światłem w oczy, które nigdy nie gasło, albo pod łóżkiem na gołym betonie. Okna były zakratowane, bez szyby i jak dobrze lało deszczem to tych na dole trochę zalewało. W rogu celi był kibel. W żaden sposób nie zakryty, klocki robiliśmy przy wszystkich. Mnie to akurat nie przeszkadzało. Nie musiałem nawet używać sekretnej metody innych więźniów, czyli nakładanie ręcznika na głowę i wyobrażanie sobie, że jest się gdzieś indziej. Dodatkowo, inni więźniowie nie pomagali robią sobie żarty i dokuczając wypróżniającym się osobnikom. Mnie do tylko wkurwiało pierwsze 3 dni, potem stałem się takim zwierzęciem, że nic mnie nie obchodziło. Zresztą cały czas byłem na silnych anty depresantach, a one mają taki właśnie efekt, że na wszystko ma się po prostu wyjebane.

W celi poznałem Wietnamczyka, który był kiedyś w więzieniu w swoim kraju. Mówił, że na przeciwko mieli też więzienie dla kobiet, które widać było z okna. Jak się kupiło jakiejś więźniarce jedzenie, to w ramach podziękowania pokazywała cycki. Oczywiście Wietnamce wykorzystywali to jako żywe por*no i marszczyli do tego wacki. Swoją drogą, sam nie wiem jak przeżyłem te 4 miesiące bez niczego. Jedyna laska jaką widziałem przez 4 miechy, to strażniczka która pracowała „na recepcji”. Nie wiem nawet czy była taka fajna, ale jak się nie widzi żadnej dziewczyny przez długi okres, to robi się tak zdesperowany, że można się zakochać nawet od takiego powierzchownego kontaktu. Tak więc wszyscy fantazjowaliśmy  tej jednej Malezyjce, którą dane nam było widzieć raz na tydzień, tudzież dwa.

Po tygodniu w celi, przysługiwał na TV na jeden film wieczorem. Raz w tygodniu grali filmy angielskie, potem malezyjskie, hinduskie, chińskie i singapurskie. Oczywiści wszystko było ocenzurowane, żeby czasami jakiegoś cycka nam nie pokazać. Filmy po angielsku leciały za cicho, ch*ja było słychać, malezyjskie nie miały napisów, więc praktycznie oglądać dało się tylko chińskie i hinduskie. A, no i czasami mieliśmy coś tajskiego! Nawet powiem, że kilka dobrych filmów widziałem, takich nie main streamowych. Niestety, sadystyczni strażnicy lubili nas wkurwiać i puszczali non stop te same filmy. Wtedy było słychać takie „nooooooooooooooooo” dochodzące z każdej sali.

Jedno na co na pewno nie mogę narzekać, to jedzenie. Zażyczyłem sobie dietę wegetariańską i dostawaliśmy naprawdę dobre koryto. Może nie restauracja, acz naprawdę mi smakowało! No, poza śniadaniem, czyli chlebem z masłem, albo dżemem i słodką kawą, lub herbatą. Jedzenie był ok, ale dużo za mało. Przez 4 miesiące straciłem 4kg, byłem wychudzony jak nigdy. Tak jak teraz mam 81kg, wtedy miałem 68. W ogóle to ja mam strict diet, nie jem żadnego cukry poza fruktozą i czasami laktozą, czyli wyłącznie cukry proste. Aczkolwiek w Singapurze, gdzie głodowałem, każda kaloria się liczyła, więc nakurwiałem nawet znienawidzoną sacharozę, czyli cukier, aka, trucizna.

W celi było całkiem czysto, bo musieliśmy sprzątać 3 razy dziennie po każdym posiłku. Każdy z nas miał swoja kolej co jakiś czas. A że nie jestem mistrzem sprzątania, to znaczy, zostałem stworzony do prac umysłowych, to trochę współwięźniów się na mnie wkurwiało, że „źle myję podłogę”. Kilka razy prawie pobiłem się o to z jednym Singapurczykiem. Było na tyle źle, że musieli nas rozdzielać. Nigdy jednak nie bałem się tego tępaka, bo kto pierwszy zaczyna bójkę w Singapurze, ten nie tylko będzie odsiadywał dłużej, ale też dostanie za to z 6 batów i tydzień w izolatce. Tak więc, wręcz prowokowałem go do tego, aby mnie zaatakował. Kląłem na jego rodziców, a nawet psa. Chciałem po prostu, żeby mnie uderzył, dzięki czemu mógłbym się go pozbyć.

Pewnego dnia, do więzienia dotarł prawdziwy monster. Miał całe ciało masakrycznie zdeformowane jakimiś dziwnymi wrzodami, które były naprawdę duże i miał je nawet na głowie. Mało się nie porzygałem na jego widok. Zwłaszcza jak ściągnął koszulkę. I co się okazało? Że wrzucili go do mojej celi! Nie mogłem przy nim autentycznie jeść, bo chciałem rzygać. Więc siedziałem plecami do niego za każdym razem, tak po chamsku, ale naprawdę inaczej bym nie zjadł. Był on pastorem z jakiegoś kościoła chrystuso-podobnego, jacyś jebani sekciarze, zresztą jak 99% wszystkich więźniów, super religijna postać. Oczywiście on nic nie czaił, że ja się go brzydzę i wiedząc, że głoduję, chciał się nawet dzielić ze mną swoim ryżem. Taki z niego altruista. Ale w więzieniu jest już nie pierwszy raz za kradzieże. Nienawidzę złodziei!

Kiedyś z ciekawości zapytałem dlaczego jest takim zdeformowanym monsterem. Zdradził, że choruje na genetyczną chorobę neurofibroma. Nie będę tutaj wrzucał zdjęć, jak chcecie to sobie wygooglujcie. Hardcore. On oczywiście dorabia sobie do tego historię, że to jezus go testuje jak w biblijnej przepowiedni o udrękach Job’a. Urojenia w więzieniu są dość powszechne, wielu ludzi totalnie świrowało, a to modlenie się non stop tylko nasilało ich psychozę.

Pewnego dnia monster poprosił mnie, żebym napisał dla niego list do żony, bo on jest zbyt tępy, aby napisać parę zdań po angielsku bez zrobienia błędu w każdym słowie. Spoko, mogę to dla niego zrobić. Jak co tydzień, dostaliśmy długopis, taki giętki, żeby nikogo się nim zabić nie dało, i napisałem jakieś brednie które mi dyktował. Kocham cię żono, tęsknie, Jezus z tobą. Po napisaniu poklepał mnie po plecach swoją łapą która przypominała macki potwora. Poczułem się jakby na japońskim anime, kiedy potwór z mackami próbuje gwałcić dziewczynkę w szkolnym mundurku. Prawie się zrzygałem.

W sali mieliśmy kilka gier planszowych. Szachy i jakie chińśkie wynalazki. Ponieważ nie było zbyt wiele atrakcji, nakurwiałem w te szachy godzinami każdego dnia, aż śniło mi się to po nocach. Konik do lewej, goniec na przód, szach i mat. To były moje sny!

Poniedziałek do piątek wypuszczali nas z celi na godzinę. Był to nasz czas na prysznic i jakieś ćwiczenia na zewnątrz, lub pogadanie z innymi współwięźniami. W weekendy wychodziliśmy tylko na sam prysznic, ale za to czas oglądania TV był wydłużony. W więzieniu było kilku innych białasów, głównie z ameryki łacińskiej. Było też dwóch anglików. Jeden podobno niewinny, hehe. Jakoś specjalnie się z nimi nie przyjaźniłem. Oni wszyscy cały czas po hiszpańsku napierdalali, tak czy inaczej. Nawet ci Anglicy.

Ponieważ na zewnątrz musieliśmy  biegać bez koszulki, bardzo bałem się raka skóry. Oczywiście wszyscy ze mnie szydzili, ale super biała skóra wystawiona na silny ultrafiolet może doprowadzić do uszkodzenia DNA i w konsekwencji formowania się guzów i nowotworów. Ich azjatycka skóra dużo lepiej znosi słońce niż taki polak czy rusek. My jesteśmy najbardziej narażeni na tego typu problemy. Zgłosiłem się więc do lekarza i wytłumaczyłem mu moje obawy. Lekarz zaczął się śmiać jakby nigdy takich głupot nie słyszał. Ale jak przeczytałem jego imię z plakietki i powiedziałem, że w razie problemów będę w sądzie podawał jego imię, szybko przepisał mi jakieś kremiki z filtrem UV.

I tak leciał dzień za dniem w więzieniu. Codziennie rutyna, ale jednak niecodziennie i ciekawe doświadczenie. In a way, nawet się cieszę, że tam byłem. Teraz oglądając TV o więzieniu czaję o co biega i empatyczne wczuwam się w rolę bohaterów.

Więcej o życiu w Singapurskim więzieniu napiszę w części 5. Wait for it!

 

Chinag Mai >>> Bangkok – szybki life update


A więc tak. Nie będę się rozpisywał, ponieważ jestem w trakcie pisania czwartej części Locked up abroad. Ponieważ jednak sporo osób próbuje się ze mną spotkać w Chiang Mai, oficjalnie ogłaszam, że jestem już z powrotem w Bangkoku. Jak macie dla mnie kabanosy, to proszę o przywiezienie do stolicy 🙂 Tak jak wszyscy się domyślacie, zostałem dyscyplinarnie zwolniony za wdawanie się w intymne relacje z dziewczynami. Nie, nikt nie złapał mnie z Egipcjanką. Tym razem przyprowadziłem Tajkę poznaną przez Thaifriendly.com .

chinag-mai-bangkok.png

Harry, mój roommate, pojechał wraz z grupą wolontariuszy myć dupę słonia w sanktuarium. Miało go nie być przez 5 dni, więc miałem wolny pokój. Akurat Sara (Egipcjanka) również była na wyjeździe, gdzieś na jakimś English Camp dla dzieci z prowincji. Korzystając z okazji, od razu odpalałem Thaifriendly i zaprosiłem do siebie laskę. Około 11 w nocy Tajka poprosiła, żebym odprowadził ją do toalety, ponieważ ona boi się duchów (wszyscy Tajowie bardzo poważnie podchodzą do tego tematu). Wyszedłem więc na korytarz w samym ręczniku i BOOM wpadłem wprost na szefową, której przez 3 tygodnie nigdy nie było nawet na moim piętrze.

Zasadniczo to nawet nie wiedziałem, że przyprowadzanie Tajek jest wbrew regulaminowi. Podpisywaliśmy 5 stron różnych zasad, czego nie wolno na robić, i żadna z nich nie wspominała o przyprowadzaniu Tajek. Niestety ten argument nie zadziałał i szefowa twierdzi, że rzekomo 3 wolontariuszki poskarżyły się, że w naszym ośrodku jest jakaś obca laska i one się z tym czują niekomfortowo. Szczerze to średnio wierzę, że ktokolwiek miał z tym problem. Raczej wymyślona ściema, żeby się mnie pozbyć. A że akurat skończyliśmy już i kurs TEFL i lekcje tajskiego, nikt mnie nawet nie będzie musiał zastępować. Dostałem więc natychmiastowy wylot z pracy i oto jestem z powrotem w stolicy.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Chinag Mai #2 – raport z drugiego tygodnia


Nigdy nie mógłbym mieszkać na stałe w Chiang Mai. Nie rozumiem czym ci wszyscy ludzie tak się rajcują. Zarówno expaci jak i turyści postrzegają Chiang Mai jako jedno z najciekawszych i najlepszych miejsc do życia lub odwiedzenia w  Tajlandii. Dla mnie to zwykła komercha, w której brak smaku „prawdziwej Tajlandii”. Takie same wrażenie mam w Pattaya, Koh Phangan, czy Phuket.  Wszędzie znaki po angielsku, co 200 metrów wypożyczalnia skuterów, szkoła gotowania, travel agency albo restauracja z hamburgerami i pizzą. I nawet taxówkarze mówią po angielsku, co oczywiście przekłada się na ceny oferowanych usług.

chinang-mai-tajlandia-gory-doi-suthep

Kolejny już tydzień w pracy mija nawet nieźle, bo poza tym, że muszę wcześnie wstawać, to praca nie jest męcząca. Nadzorowanie bezradnych anglików nie jest szczególnie czasochłonne. No, poza odpowiadaniem na kretyńskie pytania. „Michal, what is evacuation plan in case of tsunami?” – zapytała pewnego dnia wolontariuszka. Akurat byliśmy na Doi Suthep (zdjęcie powyżej), więc pytam – Kurwa co widzisz przed sobą? – Mountains – odpowiada. To weź się puknij w łeb i zastanów na co nam tsunami evacuation plan, jak my jesteśmy 700 km od brzegu, 1700 metrów nad poziomem morza”. I wiecie jaka była odpowiedź? Ile 700 km to jest mil, bo oni w Anglii używają imperial system, a nie tak jak cała reszta europy, metric.

Na razie pracy nie straciłem, może się to jednak zmienić w każdym momencie, bo złamałem już chyba każdą możliwą zasadę, od przychodzenia do pracy pod pachnący alkoholem poprzedniej nocy, po pukanie wolontariuszek. Ekhm, w poprzednim odcinku wspominałem coś o Egipcjance. Jej matka jest niby angielką, ale ryj ma zajebiście arabski, urodziła się w Egipcie i mieszka w Kairze. No więc to właśnie ją codziennie posuwam. No, prawie codziennie, bo czasami śpię u Tajki którą poznałem przez Skout app. Anyway, Egipcjanka to moja pierwsza biała (no, pół biała, pół arabka), którą miałem od 5 lat! Problem z naszym ruchaniem jest taki, że ani ja, ani ona nie mamy swojego pokoju. Ja dzielę swój z Harrym, a ona z Jess, taką angielką z fajnym tyłkiem. Nasz pierwszy raz odbył się więc w kotłowni koło basenu, ale odkryliśmy, że dzielona łazienka jest jednak lepsza i chodzimy tam. Pomimo tego, że staraliśmy się ukrywać nasze nocne „randki”, to większość osób dobrze wie co się dzieje i nawet robi sobie z tego żarty. Swoją drogą, zajebiście komicznie to wygląda, jak Egipcjanka, pobożna muzułmanka, zakłada ręcznik na głowę, bo do modlitwy kobiety musza mieć zakryte włosy i kurwa W BIKINI z ręcznikiem na głowie, przy basenie hotelowym śpiewa jakieś allahu akbar i robi pokłony w stronę Mekki. Ja pierdole, kogo ja rucham, lolz !

Tak więc, kiedy mnie stąd wyjebią zdaje się być tylko kwestią czasu. Z drugiej jednak strony, musieliby znaleźć jakieś zastępstwo na kurs TEFL który prowadzę i lekcje tajskiego. Do tego drugiego znaleźć Tajkę nie będzie problem, ale żeby znaleźć kogoś kto może uczyć TEFL jest już nieco bardziej czasochłonne. A właśnie, powyżej video z mojej lekcji tajskiego.

No i generalnie, to ja miałem ich pilnować, żeby np. nie palili trawy, bo jak kogoś aresztują, to będzie problem. A tak się składa, że Egipcjanka codziennie kopci ten egipski haszysz, ale przecież nie będę donosił na laskę którą rucham, right?!  Te inne laski, to też strasznie swędzi. Jest nas tu 56, z czego 50 to laski, a spośród 6 facetów, dwóch to homusie, więc tak naprawdę na każdego z nas przypada grubo ponad 10 lasek i je roznosi. Prawie codziennie wymyślają jakieś zboczone zabawy, np. gra którą stosował Tyrion z Game of Thrones, czyli ktoś mówi „never have I ever… (tu coś sprośnego)” i każdy w grupie, kto miał taką przygodę, musi się napić. Tutaj nawet nie będę przytaczał przykładów, bo to nie jest strona por*no, ale uwierzcie, że angielki mają dobre historie.

zoe-in-yellow-chinag-mai-tajlandia-imprezy

Życie nocne w Chiang Mai jest zwyczajnie kulawe. Tak naprawdę wszystko kręci się wokół „Zoe in Yellow” night club, który robi się pełny koło 10:30. Jest tam też sporo innych barów, to taki Khao San północy. Niestety, Tajów tam można spotkać praktycznie tylko w weekendy, w tygodniu sporo ludzi, ale kurwa same białasy. Innym klubem jest oczywiście Spicy, który w weekend jest zbyt zatłoczony, żeby wejść do środka. Niestety wszystko w Chiang Mai zamyka się koło 1am, więc generalnie słabiutko. Są tutaj też tajskie kluby (kiedyś byłem), ale na razie nie miałem czasu się zapuścić podczas obecnego wyjazdu, bo muszę zazwyczaj wstawać rano, żeby zawieźć naszych wolontariuszy do szkoły – ciężkie życie, ale co zrobić. ***Update*** Jest conajmnij kilka dużych klubów w tajskim stylu w okolicach Nimanhemin road.

Poważnie zastanawiam się nad organizowaniem takich wolontariatów na własną rękę. Wygląda na to, że zainteresowanie jest duże, a że pracuję w rekrutacji, to mam kontakty z wieloma szkołami i bez problemu mógłbym coś takiego sam zorganizować. Co najwyżej nie jestem mistrzem marketingu i niekoniecznie wiem z której strony się za to zabrać, ale skoro inni są w stanie to ogarnąć, to dlaczego nie mógłbym i ja.  Można to połączyć z jakimiś wycieczkami, sanktuarium słoni, etc.

Codziennie ćwiczę Muay Thai. Wczoraj poszedłem na ring z 15-stolatkiem. Obciach w pytę, ale dostałem 4 razy wpierdol od jakiegoś dziecka, haha. Dopiero później trener pokazał mi jego zdjęcia z profesjonalnych walk, młody ćwiczy od małego i ma na koncie sporo wygranych. Pocieszam się, że gdyby to była walka uliczna, to byłbym w stanie go przygnieść wagą ciała, bo on mnie za każdym razem kładł na ziemię blokując szyję rękoma i kopiąc w udo tak, że traciłem równowagę. Natomiast gdybym się do niego przytulił i ściągnął nas razem na ziemię, to nie miałby tak łatwo.

W tygodniu oglądam jak radzą sobie w szkole nasi Anglicy i robię notatki, co mogą ulepszyć. Ciekawe, że niektóre grupy kompletnie sobie nie radzą, nie stosują nawet nic z tego czego uczyłem ich podczas kursu TEFL, inni z kolei wykazują się własną inicjatywą i ponad techniki które im pokazałem, potrafią improwizować i tworzyć własne strategie. Czyżby istniało coś takiego jak talent nauczycielski?

Ogólnie to tęsknie już za Bangkokiem. No i za moimi laskami w Bangkoku. Nie wiem, czy dalej będę pracował z tą firmą, bo jednak takie mieszkanie w hotelu, to jednak nie to samo co własny apartament. No i, jestem praktycznie non stop w pracy, jak tylko wyjdę na korytarz to ktoś może mnie zaczepić i muszę pracować, choćby był to środek nocy.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Chiang Mai – raport z pierwszych dni na dalekiej północy


W Chinag Mai dane mi będzie spędzić cały Sierpień. Najdłuższy wyjazd służbowy w moim życiu, ale generalnie jestem pozytywnie nastawiony. Nawet pomimo tego, że Chiang Mai nie jest moim ulubionym miejscem w Tajlandii. Jest tu po prostu zbyt wielu farangów i np. tak jak w Issan można zatrzymać dowolny pojazd na ulicy i poprosić o podwózkę, tak w takim Chinag Mai to nie przejdzie. Widok białej skóry jest tu dość powszechny. Ma to też inny wymiar – laski nie gwiżdżą na widok białego i, o zgrozo, policja zna podstawy angielskiego, więc nie da się nawet grać głupa. Suma summarum, dobre miejsce dla początkujący ekspatów, ale nie weteranów mojego pokroju. chinang-mai-tajlandia

A więc co ja tutaj właściwie robię? Poza codziennym pluskaniem się w basenie naszego resortu ze zdjęcia powyżej, opiekuje się grupą 50 wolontariuszy z Anglii. Nie wiem nawet jak nazywa się taka pozycja – po angielsku to po prostu lead representative, a w praktyce jestem trochę przewodnikiem, a trochę instruktorem – wszyscy Anglicy mają już za sobą online TEFL, ale dodatkowo, ja, jako instruktor TEFL muszę ich przeszkolić w klasie. W każdy poniedziałek 8h uczę ich o technikach i metodologii nauczania. W każdy czwartek wieczorem prowadzę też lekcje tajskiego. Wtorek do piątek, jesteśmy podzieleni na 5 grup i robimy różnego rodzaju prace na zasadzie wolontariatu. Jedna grupa jedzie myć dupe słonia, druga grupa jedzie do przedszkola uczyć dzieci angielskiego, trzecia grupa jedzie do sierocińca bawić się z sierotami. Całe szczęście, że ja ich tylko nadzoruje, bo jak wchodzę do tego przedszkola i czuje jak jebie moczem od tych dzieci, to od razu sobie przypominam dlaczego nigdy więcej nie chcę być nauczycielem. Weekendy mamy wolne, za to w tygodniu jestem trochę zajebany, bo pomimo tego, że sam wolontariat trwa 2, 3 godziny dziennie, to non stop albo muszę kogoś zabrać na Muay Thai, albo wycieczkę rowerową, albo na nocny bazar, etc. Generalnie nie jest źle, za darmo się popluskam w parku wodnym, poćwiczę tajski boks, itd.

95% wolontariuszy to dziewczyny. Jak tylko ich odbierałem z lotniska, to wiedziałem, że będzie problem z przestrzeganiem zasad, czyli „nie ruchaniem żadnych wolontariuszek”. Bo choć większość z nich przypomina z wyglądu raczej krowy, to jest tam parę naprawdę dobrych sztuk. Np, jest laseczka której ojciec jest z Egiptu i ma zajebiście arabską twarz. Takiej jeszcze nie miałem. W iście tajskim stylu, ktoś źle policzył ilość uczestników i ilość miejsca w autokarze wynajętym, żeby przetransportować nas do Chinag Mai, więc musieliśmy na szybkości wynająć dodatkowy minivan, w którym jechałem ja, 2 wolontariuszy i 5 wolontariuszek. Pierwsze parę godzin, a tu laska z Gibraltaru coś mnie „niechcący” za dużo dotyka. Dosyć oczywisty znak zainteresowania. Po drodze był śpiew, alkohol i haszysz z Egiptu, więc wyszło, z tego przytulanie i wspólne spanie z laską z Gibraltaru, ale jak na razie jestem twardy i nie próbuje nic więcej, bo jak mnie ktoś ze staffu na tym złapie, to od razu stracę pracę.

W końcu dojechaliśmy do Chinag Mai. Na miejscu niespodzianka – muszę dzielić pokój z Harry, czyli reprezentantem firmy po angielskiej stronie. Niezła chujnia, bo teraz będę musiał szukać lasek z własnym mieszkaniem. No i oczywiście nie próżnowałem w tym temacie. Od niedzieli intensywnie używałem aplikacji do randkowania i każda rozmowa miała ten sam schemat:

  1. Cześć. Mieszkasz w Chinag Mai?
  2. Ooo, to super, że tak. Będziemy najlepszymi przyjaciółmi.
  3. Mieszkasz sama czy z rodziną? (to bardzo ważne bo szukam tylko Tajek ze swoim mieszkaniem)
  4. O mieszkasz z rodziną? To dobrze, nie musisz się bać duchów (boom, koniec rozmowy z mojej strony) / Ooo, mieszkasz sama? Nie boisz się duchów?
  5. Masz motor? (to następne zajebiście ważne pytanie, bo ja nie mam swojego pojazdu, więc szukam tylko laski, która będzie po mnie przyjeżdżać)
  6. Nie masz? Aha, to będziemy musieli chodzić na nogach, żeby się spotykać (boom koniec rozmowy, ale zostawiam tak, żeby się dało do niej wrócić) / Masz motor? Super, to wpadnij mnie odebrać jak się będziemy spotykać.
  7. Ok, przyjedź po mnie po 1pm.

Od niedzieli do wtorku przeprowadziłem ten schemat rozmowy z chyba 30 laskami, aż w końcu znalazłem jedną, która spełnia wymagania, czyli ma swoje mieszkanie, motor i wygląda wystarczająco dobrze. Btw, nic w tej rozmowie nie jest przypadkowe. Punkt 1 – muszę wiedzieć, czy tu mieszka, czy jest tylko przyjazdem. Mnie raczej pojedyncze spotkania nie interesują, zawsze szukam laski która będzie moim gikiem i będziemy się spotykać przez jakiś czas. Punkt 2 – zawsze mówię laską, że będziemy tylko przyjaciółmi. Dlaczego? Bo pytam o spotkanie już w 7 zdaniu, na randkę to trochę za szybko, natomiast szanse na spotkanie znacznie wzrastają jeśli nie ma tego „pressure”, że to jest randka i coś poważnego. Punkt 4 – logistyka. Jeśli ona mieszka z rodziną, to muszę mieć swój apartament, a akurat w Chinag Mai dzielę pokój z jednym typem. Innymi słowy – jeśli nie mamy gdzie się iść bzykać, to jest to raczej strata czasu, nie chcę wydawać codziennie kasy na hotele. 5 – motor, znowu logistyka. Ja jak na razie nie mam swojego i nie wiem czy w ogóle będę miał, bo tak naprawdę potrzebny mi jest tylko do tego, żeby spotykać się z laskami, więc już lepiej od razu znaleźć taką, która ma swój.  7 – zasugerowanie spotkania. Jeśli ona nie jest gotowa / nie chce się spotkać, to nie ma co tracić czasu, bo następna bez problemu się zgodzi. Ja na tych aplikacjach do datingu zawsze od razu mówię, że jestem zainteresowany tylko prawdziwymi znajomościami, nie potrzebuje cyfrowych przyjaciół. Część lasek powie „poznajmy się trochę lepiej”, bo faktycznie szybko atakuje, ale ja je olewam, bo wiem, że te pozostałe od razu się spotyka bez takich obiekcji.

Tak więc od niedzieli poszukiwania i w końcu  we wtorek wyhaczyłem jakaś landrynę.  Przyjechała mnie odebrać na motorze i pytam „gdzie jedziemy?” – to pytanie było retoryczne, bo Tajki są totalnie bezużyteczne jak chodzi o jakąkolwiek inicjatywę i nic nie wymyślą, choćby skały srały. Sugeruję więc pójście do parku – znowu miejsce nie przypadkowe. Laska się zgadza i jedziemy (oczywiście ja muszę pokazać drogę, bo pomimo tego, że to jej miasto, ona się zgubi i w ogóle nie wie, że jest w tym mieście jakiś park -standard w Tajlandii). W parku trochę chodzimy, żeby się lepiej poznać, oczywiście to ja decyduję co, jak i kiedy robimy – mówię jej, kiedy siadamy na ławkę, kiedy wstajemy i oglądamy posąg Buddy – z jakiegoś powodu Azjatki się strasznie podniecają jak facet ma nad nimi pełną kontrolę. Druga sprawa – rozśmieszam ją, żartuję, dokuczam. Drażnimy się. Znowu, wszystko to tylko i wyłącznie po to, żeby swobodnie się ze mną czuła i szybciej nie miała obiekcji, żeby wrócić razem do pokoju. Na koniec kino-eskalacja – czyli nawiązujemy coraz śmielszy kontakt dotykowy. Ja lubię technikę – 2 kroki do przodu, jeden krok do tyłu, czyli dotykam ją, wycofuje się, dotykam bardziej, wycofuje się, znowu dotykam bardziej, i znowu trochę się wycofuje. W między czasie cały czas obserwuje jak ona się czuje z tym dotykiem. W tym przypadku wszytko wskazywało na to, że można ścinać bramkę i brać do domu. Wspominałem już, że park nie jest przypadkowy? Tak, jednym z powodów jest to, że nie muszę wydawać żadnych pieniędzy, acz nie jest to główny powód. Głównym powodem jest to, że mam łatwą wymówkę, żeby przenieść się na mieszkanie – w Tajlandii zawsze jest gorąco, więc wystarczy powiedzieć, że z tego powodu idziemy do mieszkania. Zawsze musi być jakiś powód. Dlaczego? Ponieważ pomimo tego, że podświadomie one wiedzą co będzie się działo w pokoju i o co w tym chodzi, to nie chcą się czuć łatwe. Chcą mieć tą swobodę, że mogą sobie pomyśleć: „oh nie, ja wcale nie poszłam się z nim od razu ruchać, my tylko poszliśmy do klimatyzacji, a ruchaliśmy się dlatego, że było tak romantycznie, on był taki męski i bla bla bla”. Niestety społeczeństwo tak programuje kobiety, żeby czuły się winne, jeśli nie stawiają oporu facetowi, więc trzeba im trochę pomóc i dać jakąś wymówkę, żeby to ominąć.

Półtorej godziny od spotkania byłem już w jej mieszkaniu. Szybka akcja, ale dobrze rozplanowana, więc stąd szybki efekt. I w ten oto sposób mam pierwszego gika w Chinag Mai. Na zakończenie wrzucam jeszcze fotke z jej mieszkania, zdjęcie „po”. A ciekawostka jest taka, jeśli się zastanawiacie ile kosztuje takie mieszkanie w Chinag Mai, to pewnie tak jak ja, zdziwicie się, że zaledwie 2,500 thb na miesiąc. To sporo mniej niż w Bangkoku. Aaa, tylko nie ma klimatyzacji, ale za to jest duży wentylator na suficie.

Trzymajcie się dzióbki, o Chiang Mai będzie jeszcze więcej, bo jestem tu cały miesiąc. Sawadee took khon !

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.