Zajebiste historie czytelników


Coraz więcej dostaje od was emaili. Oprócz pytań, zdarzają się również ciekawe historie, które przytrafiły się wam w Azji. Pomyślałem więc, że nie byłoby głupim pomysłem zrobić z tego cały dział na stronie. Masz ciekawą historię z pobytu w Azji, którą chciałbyś się podzielić? Wyślij wiadomość. Oczywiście gwarantuje anonimowość. A teraz enjoy 🙂
______________________________________________________
Siemano! Jestem drugi raz w Bangkoku. Myślę, że będziesz zainteresowany popierdolony sytuacja która mi się wczoraj przytrafiła.
Poznałem w niedziele laskę na DiA . Od tamtego czasu się z nią regularnie spotykałem. Ona po mnie przyjeżdżała. Spędzałem z nią intensywnie czas w jej domu do czasu aż wczoraj o drugiej w nocy niespodziewanie do je mieszkania wbił jej „były” chłopak. Gość mi groził nożem i gonił po mieszkaniu tulipanem z kufla.
Efekt był taki ze w momencie jak ja napierdalał po pysku ja byłem zmuszony się ewakuować przez okno z 1 piętra. Bez butów tj. amortyzacji.

13819740_1404521236229734_1898354740_n

13819329_1404521242896400_21383909_n

Efekt jest taki. Człowieku, mega się jaram Twoimi blogami ale chyba trzeba czasami trochę uważać. To może nie pouczanie, ale lekka przestroga. Pozdrawiam gracza!

_________________________________________________

Cześć. Ja pierdole, poznałem zajebistą Tajkę na Khao sanie. Piliśmy razem do rana, lizaliśmy się na ulicy. W końcu poszliśmy do mojego guest housu. W nocy nie chciała się dać, ale rano w końcu ją wyruchałem. Jej cipka była jakaś strasznie sucha, ale nic. Dopiero zacząłem coś podejrzewać, jak zapytałem dlaczego ma silikonowe cycki i powiedział, że są prawdziwe. Wtedy już byłem prawie pewien, że to ladyboy. Rano jak wychodziliśmy do widziała nas recepcjonistka. Później mi powiedziała „czy wesz, że to był ladyboy?”. Ja pierdole, wyruchałem faceta, nieeeeeeeeeee!!!

___________________________________________________

unnamed.jpg

 

„Gandzia w Tajlandii? A jednak!”

Zainspirowany opowieściami Autora AzjiPoZmroku poleciałem z dziewczyną na 3 tygodnie zwiedzić „Rajlandię”. Wszystkim wiadomo (i przed tym przestrzegał nas Michał Forsaken), że w Tajlandii za narkotyki idzie się do więzienia. Ktoś kto spędził miesiące w singapurskim łagrze chyba wie co mówi. Sądziłem więc, że oprócz alkoholu żadne inne formy wejścia na „salony umysłowe” nie będą nam dostępne. Okazało się jednak, że…

Na niektórych wyspach są specjalne knajpy, w których można niemalże „legalnie” kupić u barmana trawkę w postaci jointa za 200 bahtów (zioło mają mocne) i koktajl grzybowy za 500 bahtów (flow jak po tabletce ekstazy, miło ale liczyłem na fazę bardziej halucynogenną jak to zwykle po grzybach… Widocznie jednak farangom przeznaczono lżejsze grzybki żeby nie robili boruty na bani). Bo te używki są dla ludzi dorosłych, którzy umieją w tym „pływać” i szukają w tym jakiejś głębi, a nie dla dzieciaków chcących się prostacko naćpać. 

Wygląda to tak, że siedzą sobie w knajpie same białasy, pełna kulturka, piją piwko i palą joye. Zero agresji („lepiej żebyś pił, niż palił – twierdzi społeczeństwo… z tym że ziele to spokój – alkohol to szaleństwo”). Niezdrowo podniecony pytam barmana, że jak to, wtf, że przecież w Tajlandii więzienie za trawkę itd. Barman na to, że można palić, ale tylko u nich w knajpie i tylko zioło u nich kupione… a jak wyniosę poza knajpę to na własne ryzyko. Wszystko stało się jasne kiedy pojąłem, że na tak małych wyspach jak Koh Tao mieszka tylko kilku policjantów, i jak na polskiej wsi – wszyscy się znają… Nagle okazało się, że barman który sprzedaje mi jointa, jest bratankiem lokalnego komendanta policji… 

I taka scenka: siedzę z dziewczyną i kilkoma Europejczykami w knajpie o wymownej nazwie „High Bar”, palimy skręta i oglądamy cudowny zachód słońca. High Bar jest rzeczywiście „high” na górce – gdyby sprzedawali mocniejsze koktajle grzybowe to by się nafukane farangi z tej górki staczały jak kulki śniegu. Brawo Tajowie za racjonalne podejście biznesowe! Przynajmniej nie ma takich scen jakie widziałem w Amsterdamie – ludzie czołgający się po chodnikach bo zbyt mocnego grzyba zakupili w pobliskim coffee shopie). Wracając do High Baru: w głowie boski chillout że sobie bez spinki palimy w knajpie, a tu nagle do baru wchodzi policjant i zaczyna nas obczajać… łazi nerwowo po knajpie, zagląda do wc… W tym momencie pełna konsterna, serce mi zaczyna łomotać (nie od wciągniętego przed chwilą bucha, lecz od widoku funkcjonariusza), czuć zielsko na kilometr, jointy leżą na stolikach, zaczynam myśleć że może ci barmani to tak na lewo sprzedają i kurwa zaraz będę płacił 20.000 bahtów łapówki za uniknięcie aresztu. Na szczęście policjant po krótkiej obczajce zagaduje do barmana i wchodzi z nim na zaplecze (!), po czym uśmiechnięty wychodzi z knajpy, i luz… uff. Chyba przyszedł po prowizję z dzisiejszego utargu. 

Nie wiem czy na lądzie takie rzeczy przechodzą, ale na wyspach w hermetycznych społecznościach widocznie tak. Poczuli łatwą kasę do zarobienia na turystach (byłem w kilku takich barach i siedzą w nich tylko biali, tak jakby Tajowie się w ogóle nie żulili…). Dla mnie bomba. 20 zł za dobrego jointa z pięknym widokiem w cenie, to przyzwoita stawka (choć pewnie Tajowie parskają śmiechem że płacimy takie krocie za odrobinę majeranku). Natomiast koktajl grzybowy trochę za drogi – wypiłem kilka w różnych knajpach, ale nie wydałbym kolejnych 50 zł za taką fazę (dla mnie za słaba, choć moja dziewczyna z racji braku tego typu doświadczeń była grubo porobiona). Trzeba by skoczyć do pobliskiej Kambodży na pizzę z grzybami ponoć mocne (na pewno sprawdzę).

Mało tego – w High Barze przysiada się do nas młoda Niemka i wyciąga z torebki wór baki, kładzie go na stoliku jak gdyby nigdy nic. Pytam ją czy się nie boi nosić tego „poza barem”, a laska zero stresu. Ciekawo jakby ją złapali na mieście z worem trawska, to by pewnie słono musiała zapłacić albo gorzej (bo kupiła to poza barem, a więc nie zarobili ci co mieli zarobić). Widocznie w Tajlandii, jeśli idzie o ryzyko związane z posiadaniem małych ilości używek dla własnego użytku, wszystko zależy gdzie i na kogo się trafi, gdzie u i kogo się kupi. Wygląda na to, że są miejsca gdzie obowiązuje niepisana umowa między localsami, że na farangach można zarabiać w ten sposób. Skoro w tym klimacie konopie ładnie rosną, to czemu ich nie opychać degeneratom z zachodu, po cichu na zasadzie rynku kontrolowanego. Podoba mi się taki system – mam co chcę bez stresu i bez afiszowania się. 

Gdyby ktoś z Was szukał boskiego chilloutu bez odpowiedzialności prawnokarnej, sugeruję wybrać się właśnie do tych miejsc: na Koh Tao „High Bar”, na Koh Phangan „Reggae Bar”, „Amsterdam Bar”, i „Eden Garden” (zajebisty widoczek, na plażę gdzie jest Eden Garden można dostać się tylko łódką). Nie polecam jazdy na skuterze na bani – ja tam dawałem radę, ale wspomniana Niemka z High Baru miała rękę w temblaku po wypadku, bo jeździła sfazowana.

Summa summarum, w Rajlandii można bezstresowo zapalić stuff w „wyznaczonym” do tego miejscu. Czego nie można powiedzieć o Polsce, gdzie wciąż jest karalne i masa ludzi czai się z paleniem w domach, gdyż nie mamy takich barów. Także wybieram Rajlandię.

P.S. Proszę powyższą opowiastkę potraktować jako zmyśloną – oficjalnie nie ma takich barów, a ja nic nie paliłem. Posiadanie nawet małych ilości środków odurzających może spotkać się z surową reakcją tajskich służb.

____________________________________

Wysyłajcie więcej historii, bo dobrze się czyta 🙂 Będę je tutaj dodawał.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s