Locked up abroad (część 2) – czyli jak trafiłem do więzienia w Singapurze


Poniedziałek, dzień sądu. Wszystkich świeżo aresztowanych, nie ważne za co, zakuto w kajdany na nogi i ręce, zupełnie jak terrorystów w Guantanamo. Trochę mnie to śmieszyło, bo większość tu przebywających, trafiło z powodu różnego rodzaju błahych immigration offences, typu visa over-stay, czy praca bez work permitu. Singapurczycy jednak wszystkich traktują tak samo – trzeba zakuć w łańcuchy każdą kończynę. Lepiej dmuchać na zimne? Czy to tak dla nauczki? Nevermind…

singapur-wiezienie

Więźniarką bez okien dojechaliśmy do sądu. Chuj z oknami, ważne, że klimatyzacja była. Na wejściu rozebrano nas do naga i po raz kolejny przeszukano. Trzeba było zrobić przysiad – to tak na wypadek, gdyby ktoś próbował przemycać coś w dupie, no i oczywiście obowiązkowo otwarte usta, bo wiadomo, ktoś mógłby w buzi jakiś nóż, albo pistolet przemycać. Przez następne kilka miesięcy przeszukiwano tak nas około 3 razy dziennie. W Singapurze po prostu nie da się niczego przemycić, nie ma takiej opcji.

Rozprawa sądowa była generalnie bardzo szybka. Koledzy ze Srilanki, mafia wraz z którą zostałem aresztowany, szepcząc próbowali mnie namówić, abym nie zeznawał przeciwko nim. Najpierw na litość, “mam rodzinę, proszę nie rób mi tego”, potem już bardziej finansowo, obietnicami o pieniądzach które dostanę po wyjściu na wolność. Wracając jednak do rozprawy, skończyła się bardzo szybko, została od strzału odroczona o tydzień z powodu braku czasu na przygotowanie aktu oskarzenia. Zostaliśmy wszak aresztowani w piątek, a rozprawa odbyła się już w poniedziałek rano. To się nazywa efektywność!

Z sądu zostaliśmy przewiezieni, ponownie zakuci w kajdanach jak się tylko dało, do więzienia Changi. Więzienie znajdowało się bardzo blisko lotniska, z okien widać czasami było samoloty odlatujące w różne strony. Następnie skonfiskowano nam wszystkie własności, razem z ubraniami. Dostaliśmy w zamian więzienny mundurek, czyli niebieskie krótkie spodenki i białą koszulkę (jak widać na zdjęciach). Majtek brak, wsyscy w Singapurkim więzieniu chodzą z dyndającą pałą w spodenkach na czas swojego wyroku. Następnie zostaliśmy rejestrowani, ale zamiast tatuażu na ręce jak w Auschwitz,  dostawaliśmy niebieskie obrączki z numerem więźnia. Od tego momentu nikt nie zwracał się do nas po imieniu, staliśmy się tylko czterocyfrowymi numerami. Kolejny etap to wywiad z lekarzem. Czy masz jakieś dolegliwości?

Ja generalnie nie mam, ale… Kiedyś cierpiałem na depresję I brałem na to leki. Leki na depresję działają podobnie jak drugi, jeśli są przedawkowane, to dają mocnego kopa. Sprawiają też, że człowiek po prostu na wszystko ma wyjebane. Kiedyś po lekach miałem wrażenie, że nawet gdyby ktoś oświadczył, iż mam raka i umrę za kilka miesięcy, nawet specjalnie bym się ty nie przejął. Tak więc zgłosiłem w więzieniu, że cierpię na ciężką depresję i mam skłonności samobójcze. Dlaczego? Bardzo chciałem mieć na wszystko wyjebane, w czym owe leki bardzo pomagają. Nie pogardziłbym też małym hajem, więc niech jest coś co stymuluje w mózgu serotoniną, dopaminę, etc. Tak więc powiedziano mi, że psychiatra przyjmie mnie w przeciągu kilki następnych dni.

Dalej dostaliśmy zestaw więźnia, czyli pudełko z małą pastą do zębów, mydłem, srajtaśmą, szczoteczką do zębów specjalnie tak giętką i krótką, żeby nie dało się nią nikogo zabić, no I był też mały koc. Do tego słomiana mata, która zasadniczo chuja dawała, spanie na tej macie, czy na podłodze, nie robiło to żadnej różnicy. Zdjęcie zestawu więźnia i słomianej maki poniżej. Wreszcie idziemy do celi.

singapur-wiezienie2

Changi prison to zajebiście nowoczesne więzienie. Wszystko kontrolują komputery, zamki magnetyczne, klimatyzacja, głośniki. Prawie jak hotel. No, nie do końca. Bo w każdej celi było nas 4 osoby, a wymiary miała ona może 6 metrów na 3 szerokości. Z czego “łazienka” była odgrodzona małą ścianką i zabierała 1 z tych 6 metrów. Było ciasno w chuj. Na życzenie, zostałem zamknięty z moją kochaną mafią ze Srilanki. Były to jedyne osoby które znam i nie za bardzo wszyscy wiedzieliśmy czego się spodziewać po życiu w więzieniu, więc taka konfiguracja wydawała się najlepsza.

Już na samym początku zaczęła mi doskwierać głupota współtowarzyszy. Tutaj zaznaczam, że ci ze Srilanki nie bylu jeszcze tacy źli. Natomiast, czy wyobrażacie sobie bycie otoczonym skończonymi debilami 24 na dobę przez miesiące? Ludźmi którzy ledwo dukają po angielsku, nie mają żadnego wykształcenia, brakuje im zębów, a jak się już odzywają, to jest to historia typu jak strzelił z plaskacza swojej byłej, bo zupa była za słona, albo jak wyrwał torebkę starszej babci na przystanku autobusowym? Oczywiście zdarzały się wyjątki, acz posilę się na stwierdzenie, że 95% ludzi których spotykałem w więzieniu, reprezentowało sobą totalne dno.

Angielski jest podobno urzędowym językiem w Singapurze. Natomiast w więzieniu mało kto nim włada. Łącznie ze strażnikami. Co drudzy przynajmniej wszystko rozumieli, ale ich mowa była bardzo niegramatyczna i non stop wpierdalali jakieś słowa malezyjskie, lub chińskie. You ok la? Makan is here, let’s eat. Your lanciao is so big! Miałem więc okazję nauczyć się dosyć sporo słów z przeróżnych języków. Dla zaciekawionych “la” to taki polite particle zmiękczający ton, tak jak w Tajlandii mamy “na”, “makan” to jedznie po malezyjsku, a “lanciao” to nic innego jak “kutas” w języku chińsku, ale nie jest to chiński z main land China, jest to chiński który rozumieją wyłącznie malezyjscy i singapurscy Chińczycy. Brzmi dziwnie? I w Singapurze I w Malezji około 30% wszystkich mieszkańców to Chińczycy, więc nie ma się co dziwić, że mają swoje własne dialekty południowo-azjatyckie.

Z takich epicko tępych ludzi, poznałem np. gostka z Bangladeszu, który po poznaniu mówi do mnie: ‚ahh ty jesteś biały, ja nie lubię tych waszych białych dziewczyn. Straszne suki” OK – myślę, pewnie ma jakąś byłą feministkę, która dała mu popalić – ale nie, on kontynuuje argumentacje inaczej – “nie lubię białych dziewczyn, ponieważ one się dupczą z psami. – Taki był jego argument! – Na moje pytanie skąd ma takie informację, usłyszałem, że “widziałem na filmie w internecie”…

Innym razem, rozmawiam z innym typem z Bangladeszu. Było ich tam całkiem sporo. Wszyscy oni siedzieli w więzieniu za pracę na czarno w Singapurze. No większość, bo było też kilku takich którzy macali laski i zamknęli ich za to. Za visa over stay dostaje się w Singapurze 3 miesiące i 3 baty kary. Anyway, zapytałem go, czy to prawda, że oni nie znają swojej daty urodzenia na tym wypizdowie w Bangladeszu. Kiedyś pracując w Londynie jako optyk, mieliśmy sporo pacjentów z Bangladeszu w naszym salonie, którzy przychodzili robić darmowe badania wzroku – każdy na socialu w Anglii ma za darmo badania oczu, więc oczywiście 99% muzułmańskich śmierdzieli, ma takie rzeczy za darmo. Rejestrując ich dane osobowe, zauważyłem coś dziwnego – wszyscy oni mają tą samą datę urodzenia – 1 stycznia. Wydawało mi się to bardzo dziwne, bo przecież niemożliwe, że cały Bangladesz urodził się 1 stycznia. Zapytałem więc mądrego chińczyka który był optometrystą w naszym salonie, w czym tkwi sekret i oto usłyszałem, że prości ludzie w nierozwiniętych krajach nie znają swojej daty urodzenia, a nawet i nazwiska. Ot, rodzi się jakiś gówniarz i nikt nie spisuje kiedy i gdzie. Oni nie mają nawet nazwisk, stąd wszyscy nazywają się Islam, Mohamed, etc, bo to jest łatwe do zapamiętania kiedy trzeba podać takie informacje w Anglii, czy innym normalnym kraju. Tak więc wracając do więzienia, pytam swojego nowego “kolegę”, czy wie kiedy się urodził. Nie, nie wiem – odpowiedział – A czy wiesz ile masz lat? – zapytałem. Mam 30 lat. – odpowiedział bez zastanowienia. – To mnie jednak zaciekawiło skąd on kurwa wie ile ma lat, skoro nie zna swojej daty urodzenia. Zadaję więc proste, prozaiczne pytanie – skąd wiesz? – odpowiedź była taka – mama mi powiedziała….

11_1

Najgorsze w siedzeniu w celi z trzema tamilskimi Srilanczykami było to, że oni non stop napierdalali po tamilsku i ja nie miałem się nawet do kogo odezwać. Byłem wyizolowany strasznie. Potem przenieśli mnie do innej celi, z 3 Malezyjczykami. Znowu to samo. Nic nie rozumiałem. Następnie byłem z 3 chińczykami. Ogólnie masakra…

W końcu zostałem wezwany do psychiatry. W krótkim wywiadzie, podałem nazwę leku na depresję, który rzekomo przyjmuję. Dawka razy 4. Bez żadnych pytań dostałem lokalny zamiennik. Tego który mamy w Polsce akurat nie mieli. Co ciekawe, tak łatwo jak poszło z antydepresantami, jak chciałem dostać valium lub xanax na spanie, to za chuja nie chciał przepisać, twierdząc, że w ogóle nie mają takich leków, co było nie prawdą, bo leki na spanie były marzeniem każdego więźnia – w końcu coś co skutecznie zabija czas. A właśnie, jak chodzi o spanie, to nie spałem przez jakieś 2 tygodnie w ogóle. Taka hardcorowa insomnia, że koniec, nic nie dało się na to poradzić. Anyway, w końcu dostałem moje leki na depresje. Następne 2 tygodnie jechałem na konkretnym haju. Po przyjęciu trwało to około 20 minut i dosłownie odpływałem na pare godzin…

W pierwszych kilku dniach pobytu w Changi prison przyszedł odwiedzić mnie pracownik ambasady Polski. Bardzo miły i uczynny człowiek, ale jedną rzecz zjebał. Prosiłem go, żeby czasami nie powiedział mojej matce, że grozi mi do 10 lat więzienia, co oczywiście zignorował i szybko przekazał. Nawet sobie nie wyobrażam jaka musiała być jej reakcja…

Kolejne dni mijały, aż nastał czas na kolejną rozprawę sądową w następny poniedziałek. Tym razem byłem już uzbrojony w adwokata, którego wynajęła moja matka. Wiadomo, od razu czułem się pewniej. Na wstępnie powiedział mi bowiem, że w najgorszym wypadku dostane rok, o 10 latach którymi straszą nie ma szans. To już jakieś pocieszenie! Rozprawa jednak została odroczona po raz kolejny. Akt oskarżenia dalej nieprzygotowany.

project-img28.jpg

Któregoś dnia, przyszedł odwiedzić mnie policjant, który mnie aresztował. Chciał wyciągnąć coś z mojego portfela, a że kraj cywilizowany, to musiałem przy tym być, żeby nie było, że coś zginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Tutaj słowo o narkotykach – zawsze w Azji trzymam się od nich z daleka, nie chce nawet widzieć na oczy, bo w Tajlandii jest to poważny problem, tak jak i w Singapurze. Aczkolwiek mieszkając w Londynie, drugi spożywałem przez lata praktycznie w każdy weekend, przez co mój portfel był hardcorowo przesiąknięty specyficznym zapachem amfetaminy. Ja to czułem z półtorej metra, czyli on też musiał. Co ciekawe ja ten portfel dokładnie umyłem jeszcze w Londynie, żeby nie było właśnie takiego przypału jaki nastał… Serce zaczęło mi walić i w głowie snułem scenariusze kolejnych zarzutów. Nawet za to, że kiedyś w portfelu miałem narkotyki, dostałbym 2 lata, a jest to bardzo proste do udowodnienia – przykłada się do maszyny i na monitorze pokazuje dokładne substancje które miały kontakt z danym przedmiotem… Na moje szczęście, osoba która nigdy nie brała amfetaminy nie wie jak substancja ta pachnie i policjant nic nie zauważył. Ale nie dawało mi to spać jeszcze przez następny tydzień  – co jeśli jeszcze raz ktoś otworzy mój portfel i tym razem będzie to osoba, która skojarzy te specyficzny zapach? Na szczęście tak się nie stało…

W więzieniu wszyscy mieli niebieskie przepaski na nadgarstku z numerem więźnia. No prawie wszyscy, bo było kilku takich, którzy mieli czerwone… Czerwone były dla morderców i gwałcicieli. Pewnego razu siedziałem koło typa z takim czerwonym czymś. Pytam więc, morderstwo, czy gwałt? Morderstwo – odpowiada. Trochę się napaliłem, bo jeszcze nigdy nie miałem do czynienia z mordercą, więc poprosiłem, żeby wszystko dokładnie opowiedział. Historię zaczął od – a weź mnie nie wkurwiaj nawet, bo ja tego nie zrobiłem, a już 2 lata mnie tu trzymają. Stało się tak: wraz z kumplami mieliśmy imprezę z heroiną. Każdy z nas napierdalał w żyłę. Wszystko było fajnie aż do momentu, w którym jeden z nas przedawkował i wykitował. To jest problem, bo jeśli zadzwonię do szpitala, to przyjedzie policja, zrobią nam badania moczu i wszyscy dostaniemy po 2 lata więzienia. Będąc więc na haju, miałem lepszy pomysł – schowam zwłoki. Wsadziłem je do worka na śmieci, a potem do bagażnika samochodu. Myśląc gdzieżby się pozbyć ciała, ów ciało zaczęło wydalać z siebie śmierdzące płyny i normalnie cieknąc z każdego otworu. Trochę spanikowałem i wyjebałem zwłoki  do morza. W Singapurze każdy obywatel musi oddać odciski palców, więc znaleźli mnie bardzo szybko. I tak już siedzę tu 2 lata, za morderstwo którego nie popełniłem.

Ciąg dalszy w części trzeciej.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

11 comments

  1. Pingback: Locked up abroad – czyli jak trafiłem do więzienia w Singapurze | Azja Po Zmroku
  2. rex · Lipiec 8

    „Kiedyś cierpiałem na depresję I brałem na to leki”

    Czy mógłbyś powiedzieć jakie leki brałeś na depresje jeśli to nie tajemnica ?

    Pzdr

    Lubię

    • Michal Forsaken · Lipiec 8

      W Polsce Symfaxin ER, w Singaurze Fluvoxamine.

      Lubię

      • rex · Wrzesień 7

        A jak to wpływa na erekcje i libido nie ogranicza ???

        Lubię

      • Michal Forsaken · Wrzesień 8

        Symfaxin sprawiał, że nie mogłem się spuścić, a ten drugi nie miał żadnych efekktów ubocznych.

        Lubię

  3. Tom · Lipiec 13

    A gdzie oczekiwana czesc trzecia?? 🙂

    Lubię

  4. Pawel · Lipiec 15

    Michal, mieszkałeś pare lat w Londynie i Tajlandii, to ile Ty masz lat i kiedy wystartowales z PL? 🙂

    Lubię

    • Michal Forsaken · Lipiec 15

      Wyjechałem z Polski 12 lat temu, kiedy miałem 18 lat. Nie zapłaciłem na ZUS nawet jednej złotówki 🙂

      Lubię

      • Yumi · Lipiec 15

        I bardzo dobrze! (o ZUS mi chodzi)

        Lubię

  5. Pingback: Locked up abroad cz. 4 – czyli jak trafiłem do więzienia w Singapurze | Azja Po Zmroku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s