Zajebiste historie czytelników


Coraz więcej dostaje od was emaili. Oprócz pytań, zdarzają się również ciekawe historie, które przytrafiły się wam w Azji. Pomyślałem więc, że nie byłoby głupim pomysłem zrobić z tego cały dział na stronie. Masz ciekawą historię z pobytu w Azji, którą chciałbyś się podzielić? Wyślij wiadomość. Oczywiście gwarantuje anonimowość. A teraz enjoy 🙂
______________________________________________________
Siemano! Jestem drugi raz w Bangkoku. Myślę, że będziesz zainteresowany popierdolony sytuacja która mi się wczoraj przytrafiła.
Poznałem w niedziele laskę na DiA . Od tamtego czasu się z nią regularnie spotykałem. Ona po mnie przyjeżdżała. Spędzałem z nią intensywnie czas w jej domu do czasu aż wczoraj o drugiej w nocy niespodziewanie do je mieszkania wbił jej „były” chłopak. Gość mi groził nożem i gonił po mieszkaniu tulipanem z kufla.
Efekt był taki ze w momencie jak ja napierdalał po pysku ja byłem zmuszony się ewakuować przez okno z 1 piętra. Bez butów tj. amortyzacji.

13819740_1404521236229734_1898354740_n

13819329_1404521242896400_21383909_n

Efekt jest taki. Człowieku, mega się jaram Twoimi blogami ale chyba trzeba czasami trochę uważać. To może nie pouczanie, ale lekka przestroga. Pozdrawiam gracza!

_________________________________________________

Cześć. Ja pierdole, poznałem zajebistą Tajkę na Khao sanie. Piliśmy razem do rana, lizaliśmy się na ulicy. W końcu poszliśmy do mojego guest housu. W nocy nie chciała się dać, ale rano w końcu ją wyruchałem. Jej cipka była jakaś strasznie sucha, ale nic. Dopiero zacząłem coś podejrzewać, jak zapytałem dlaczego ma silikonowe cycki i powiedział, że są prawdziwe. Wtedy już byłem prawie pewien, że to ladyboy. Rano jak wychodziliśmy do widziała nas recepcjonistka. Później mi powiedziała „czy wesz, że to był ladyboy?”. Ja pierdole, wyruchałem faceta, nieeeeeeeeeee!!!

___________________________________________________

unnamed.jpg

 

„Gandzia w Tajlandii? A jednak!”

Zainspirowany opowieściami Autora AzjiPoZmroku poleciałem z dziewczyną na 3 tygodnie zwiedzić „Rajlandię”. Wszystkim wiadomo (i przed tym przestrzegał nas Michał Forsaken), że w Tajlandii za narkotyki idzie się do więzienia. Ktoś kto spędził miesiące w singapurskim łagrze chyba wie co mówi. Sądziłem więc, że oprócz alkoholu żadne inne formy wejścia na „salony umysłowe” nie będą nam dostępne. Okazało się jednak, że…

Na niektórych wyspach są specjalne knajpy, w których można niemalże „legalnie” kupić u barmana trawkę w postaci jointa za 200 bahtów (zioło mają mocne) i koktajl grzybowy za 500 bahtów (flow jak po tabletce ekstazy, miło ale liczyłem na fazę bardziej halucynogenną jak to zwykle po grzybach… Widocznie jednak farangom przeznaczono lżejsze grzybki żeby nie robili boruty na bani). Bo te używki są dla ludzi dorosłych, którzy umieją w tym „pływać” i szukają w tym jakiejś głębi, a nie dla dzieciaków chcących się prostacko naćpać. 

Wygląda to tak, że siedzą sobie w knajpie same białasy, pełna kulturka, piją piwko i palą joye. Zero agresji („lepiej żebyś pił, niż palił – twierdzi społeczeństwo… z tym że ziele to spokój – alkohol to szaleństwo”). Niezdrowo podniecony pytam barmana, że jak to, wtf, że przecież w Tajlandii więzienie za trawkę itd. Barman na to, że można palić, ale tylko u nich w knajpie i tylko zioło u nich kupione… a jak wyniosę poza knajpę to na własne ryzyko. Wszystko stało się jasne kiedy pojąłem, że na tak małych wyspach jak Koh Tao mieszka tylko kilku policjantów, i jak na polskiej wsi – wszyscy się znają… Nagle okazało się, że barman który sprzedaje mi jointa, jest bratankiem lokalnego komendanta policji… 

I taka scenka: siedzę z dziewczyną i kilkoma Europejczykami w knajpie o wymownej nazwie „High Bar”, palimy skręta i oglądamy cudowny zachód słońca. High Bar jest rzeczywiście „high” na górce – gdyby sprzedawali mocniejsze koktajle grzybowe to by się nafukane farangi z tej górki staczały jak kulki śniegu. Brawo Tajowie za racjonalne podejście biznesowe! Przynajmniej nie ma takich scen jakie widziałem w Amsterdamie – ludzie czołgający się po chodnikach bo zbyt mocnego grzyba zakupili w pobliskim coffee shopie). Wracając do High Baru: w głowie boski chillout że sobie bez spinki palimy w knajpie, a tu nagle do baru wchodzi policjant i zaczyna nas obczajać… łazi nerwowo po knajpie, zagląda do wc… W tym momencie pełna konsterna, serce mi zaczyna łomotać (nie od wciągniętego przed chwilą bucha, lecz od widoku funkcjonariusza), czuć zielsko na kilometr, jointy leżą na stolikach, zaczynam myśleć że może ci barmani to tak na lewo sprzedają i kurwa zaraz będę płacił 20.000 bahtów łapówki za uniknięcie aresztu. Na szczęście policjant po krótkiej obczajce zagaduje do barmana i wchodzi z nim na zaplecze (!), po czym uśmiechnięty wychodzi z knajpy, i luz… uff. Chyba przyszedł po prowizję z dzisiejszego utargu. 

Nie wiem czy na lądzie takie rzeczy przechodzą, ale na wyspach w hermetycznych społecznościach widocznie tak. Poczuli łatwą kasę do zarobienia na turystach (byłem w kilku takich barach i siedzą w nich tylko biali, tak jakby Tajowie się w ogóle nie żulili…). Dla mnie bomba. 20 zł za dobrego jointa z pięknym widokiem w cenie, to przyzwoita stawka (choć pewnie Tajowie parskają śmiechem że płacimy takie krocie za odrobinę majeranku). Natomiast koktajl grzybowy trochę za drogi – wypiłem kilka w różnych knajpach, ale nie wydałbym kolejnych 50 zł za taką fazę (dla mnie za słaba, choć moja dziewczyna z racji braku tego typu doświadczeń była grubo porobiona). Trzeba by skoczyć do pobliskiej Kambodży na pizzę z grzybami ponoć mocne (na pewno sprawdzę).

Mało tego – w High Barze przysiada się do nas młoda Niemka i wyciąga z torebki wór baki, kładzie go na stoliku jak gdyby nigdy nic. Pytam ją czy się nie boi nosić tego „poza barem”, a laska zero stresu. Ciekawo jakby ją złapali na mieście z worem trawska, to by pewnie słono musiała zapłacić albo gorzej (bo kupiła to poza barem, a więc nie zarobili ci co mieli zarobić). Widocznie w Tajlandii, jeśli idzie o ryzyko związane z posiadaniem małych ilości używek dla własnego użytku, wszystko zależy gdzie i na kogo się trafi, gdzie u i kogo się kupi. Wygląda na to, że są miejsca gdzie obowiązuje niepisana umowa między localsami, że na farangach można zarabiać w ten sposób. Skoro w tym klimacie konopie ładnie rosną, to czemu ich nie opychać degeneratom z zachodu, po cichu na zasadzie rynku kontrolowanego. Podoba mi się taki system – mam co chcę bez stresu i bez afiszowania się. 

Gdyby ktoś z Was szukał boskiego chilloutu bez odpowiedzialności prawnokarnej, sugeruję wybrać się właśnie do tych miejsc: na Koh Tao „High Bar”, na Koh Phangan „Reggae Bar”, „Amsterdam Bar”, i „Eden Garden” (zajebisty widoczek, na plażę gdzie jest Eden Garden można dostać się tylko łódką). Nie polecam jazdy na skuterze na bani – ja tam dawałem radę, ale wspomniana Niemka z High Baru miała rękę w temblaku po wypadku, bo jeździła sfazowana.

Summa summarum, w Rajlandii można bezstresowo zapalić stuff w „wyznaczonym” do tego miejscu. Czego nie można powiedzieć o Polsce, gdzie wciąż jest karalne i masa ludzi czai się z paleniem w domach, gdyż nie mamy takich barów. Także wybieram Rajlandię.

P.S. Proszę powyższą opowiastkę potraktować jako zmyśloną – oficjalnie nie ma takich barów, a ja nic nie paliłem. Posiadanie nawet małych ilości środków odurzających może spotkać się z surową reakcją tajskich służb.

____________________________________

Wysyłajcie więcej historii, bo dobrze się czyta 🙂 Będę je tutaj dodawał.

Pattaya – raport z nocy w Sin City


Pattaya to milionowe miasto nad morzem, znajdujące się około 150km na południe od Bangkoku. Podróż z centrum stolicy kosztuj zaledwie 130 batów i popierdalając po zajebistej autostradzie (a są nawet dwie – całą drogę do Chonburi można pojechać płatną autostradą nad ziemią), zajmuje około 2 godziny. Dodatkowo, główne lotnisko Bangkoku, Suvarnabhumi, znajduje się na obrzeżach miasta w kierunku Pattaya, dzięki czemu można ominąć stolicę i udać się wprost do Pattaya, startując od razu z autostrady i omijając wszystkie korki.

pattaya-plaza-tajlandia.jpg

Co takiego jest w Pattaya? W Pattaya jest plaża, a nawet kilka plaż. Jest morze, są skutery wodne. Można tu wpierdolić lobstera, przespać się w luksusowym kurorcie i udać na masaż w spa, a potem nurkowanie. Ale nie dlatego Pattaya jest odwiedzana przez 8 milinów turystów rocznie. Pattaya jest wszak największym burdelem na świecie i żyje  z seks turystki. Nie ma na świecie drugiego takiego miasta jak Pattaya. Dziwki roją się na każdym rogu, a przeważająca większość salonów masażu oferuje dodatki, z każdego baru można zabrać ze sobą dziewczynę po zapłaceniu bar fine’u i generalnie atmosfera jest dosyć poważnie kurewska. Nocne kluby są pełne freelancerek szukających klienta, przy głównej plaży, ciągnącej się przez 4 kilometry, stoi chyba więcej dziwek niż przechodni. Puszczanie się za kasę jest w Pattaya tak normalne i rutynowe, jak jedzenie śniadania. O tym się nie myśli, to po prostu się dzieje.

Największym skupiskiem kurewskości, jest oczywiście Walking Street, czyli około kilometrowa ulica na której znajduje się setki barów go go, klubów nocnych (właścicielem jednego jest Polak) i różnego rodzaju barów. Najlepsze kluby to I-bar i Insominia (t0 moje osobiste odczycie, być może ktoś mieszkający w Pattaya może polecić coś lepszego). W I-bar na każdego faceta przypada chyba z 5 zajebistych lasek, nie jest jakoś bardzo drogo, drinki chodzą po około 130 batów, wejście za free. No i jest to jedno z miejsc gdzie przy odrobinie szczęścia można puknąć coś za darmo (sprawdzone info :D), aczkolwiek 90% lasek to jednak szukające klienta dziwki, jak to w całej Pattayi.

pattaya-dziewczyny-tajlandia_b.jpg

Tutaj, aby oddać istotę kurewskości w Pattaya, opowiem pewną historię. Kiedyś wraz z moim przyjacielem Marcinem zachekowaliśmy się do hotelu na Soi Bakao, jednej ze słynnych ulic w Pattaya. Podobnie jak na Walking street znajduje się tam masa klubów go go, barów, restauracji, etc. Jest to też najtańsze miejsce do spania, są tam budżetowe pokoje za 200 batów na noc (wyglądają jednak przerażająco i śmierdzą spermą). W recepcji hotelu laska coś się dużo uśmiechała do Marcina, więc jak tylko znaleźliśmy się w pokoju, Marcin zadzwonił do niej, żeby przyszła „naprawić air con”, co miało być przynętą. Laska z recepcji przyszła i Marcin prosto z mostu – zrobiłabyś jakiegoś loda, albo coś – na co laska bez żenady – ok, 500 batów. I to była normalnie wyglądająca laska, z normalną pracą w hotelu na recepcji, więc wyobraźcie sobie mentalność tych ludzi w Pattaya.

W ten Weekend akurat szefowa wysłała mnie do Rayong, to jest prowincja niedaleko Pattaya, stąd też postanowiłem skorzystać z okazji i zostać w niedzielę na noc w Pattaya. Jak się bawiłem? Oczywiście, że zajebiście 🙂 Ta laska ze zdjęcia na górze to barówka z soi 6, chyba najbardziej kurewska ulica w całej Pattaya, gdzie w niektórych barach dupy robią loda, przy wszystkich, za co trzeba zapłacić 800 batów. Jest tam takich barów z 5, nazw aktualnie nie pamiętam, poza King Kong i Lick. Takie barówki można oczywiście wyciągać za kasę, czyli zapłacić bar fine, w Pattaya bar fine stoi chyba z 500 batów (nie dam sobie uciąć za to ręki, bo jeszcze nigdy w życiu nie zapłaciłem bar fineu – wiem natomiast, że w Pattaya jest to tańsze niż w Bangkoku). Anyway, poza bar finem trzeba się też umówić z laską ile ona chce kasy za ewentualne ruchanko, albo alternatywnie, można użyć tajnego sposobu na ruchanie za darmo – czyli wkręcenie lasce, że się ją lubi, zabranie Line ID i umówienie się po pracy. Wtedy koszt ruchania spada do ewentualnych paru drników które trzeba jej kupić przed pójściem do hotelu. Metoda sprawdzona wielokrotnie i w Bangkoku i w Pattaya (a także innych miastach jak Udon Thani) i przeze mnie i przez moich znajomych. Oczywiście jak się nie płaci kasą, to trzeba płacić czasem i udawać, że się jest nimi zainteresowanym, więc w pełni rozumiem jak ktoś woli od razu rzucić kasą – czas bywa więcej warty niż kasa. Ja zawsze powtarzam, że w Tajlandii dziewczynom daje się kasę nie za to, żeby przyszły do pokoju, tylko ŻEBY WYSZŁY. Jest dużo chętnych do pobawienia się z białymi za darmo, ale potem siedzą w pokoju, chcą się przytulać, oglądać TV, bleeeee. Jak im się daje kasę, to wiedzą, że chodziło tylko o seks i mogą sobie już iść po skończonej robocie. Anyway, dalej mam więcej czasu niż kasy, więc muszę płacić tym pierwszym i się z nimi umawiać na randki.

Poniżej krótki filmik który telefonem nakręcił wczoraj Tomek. Jest to jeden ze „zwykłych” barów. Ten znajduje się na soi 7. Pierwszy do którego się wczoraj udaliśmy. Można zaobserwować jak się laski kleją.

Podsumowując, jeśli kogoś interesuje seks turystyka, nie ma lepszego miejsca na ziemi niż Pattaya. Można tu nawet wynająć hotel razem z dziewczyną do towarzystwa (albo dwiema) i wtedy mamy na czas pobytu laskę która z nami siedzi przez cały okres i udaje naszą dziewczynę. Więcej o tym napisze w innym poście. Poniżej jeszcze jedno video które wczoraj zrobił Tomek, tym razem z soi 6.

Masz jakieś ciekawe historie z Pattaya? Chcesz dodać coś od siebie? Zostaw komentarz.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Back home – czyli Forsaken w znowu w Bangkoku


W Wietnamie było nawet fajnie… Zawsze dobrze jest poznać nowy kraj, posmakować nowej kuchni, zobaczyć inna kulturę, jak żyją ludzie, co robią  jak się zachowują, no i oczywiście zawsze jest zajebiście przelecieć laskę z nowego regionu. Summa sumarum, jestem zadowolony. Mogę teraz powiedzieć dlaczego Wietnam jest be, albo dlaczego jest super, mam porównanie z Tajlandią. I nie sądzę abym kiedykolwiek powrócił! Dlaczego?

tajlandia-chang-plaza

Powodów jest trochę. Jedne większe, drugie mniejsze. Zasadniczo jednak chodzi o pracę. Całe 2 miesiące w Wietnamie pracowałem jako nauczyciel – coś co uważam za wyjście awaryjne, żeby nie powiedzieć cofanie się w rozwoju. Tymczasem, w tym samym momencie dostawałem masę zajebistych ofert pracy z Tajlandii.

Aktualnie ponownie pracuję jako HR manager, czyli prowadzę rekrutacje nauczycieli. W tej samej firmie. Od zawsze Bom (szefowa) nagabywała mnie, abym powrócił.  Z jakiegoś powodu, wydaje jej się, że jestem niezbędny w tej firmie, pomimo tego, że nie robię prawie nic. Ale narzekać nie można. Są jednak pewne zmiany. Bom zaczęła współpracę z bardzo prężnie rozwijającą się firmą organizującą (płatne) wolontariaty dla Anglików w Tajlandii. I w Tajlandii jestem potrzebny, żeby się nimi opiekować. Wiadomo, trzeba ich przeszkolić z tajskiego, zrobić jakiś krótki kurs TEFL, no i zabrać na słonie, do dżungli na trekking, na wycieczkę rowerową, etc. Jest to praca która wymaga niesłychanie dużo podróżowania po całym kraju. Już pod koniec lipca, czyli za parę dni, wyruszam na miesiąc do Chinag Mai, na północy Tajlandii. Jestem odpowiedzialny za 40 lasek z Anglii, które zapłaciły po 1000 funtów, żeby umyć słonia i pouczyć angielskiego biedne dzieci z sierocińca. Będę też musiał brać ich na wycieczki w przeróżne miejsca, no i na imprezy oczywiście, bo wiek naszych wolontariuszek to 18 – 24 lata. 

Porównując to do pracy jako nauczyciela w Wietnamie… Pierdole, Tajlandia oferuje mi znacznie więcej. Jedyne co mi przeszkadza to wiek i płeć wolontariuszek… Dlaczego? Ano Philip, czyli właściciel tej firmy, powtórzył co najmniej 10 razy, że jak tylko wyrucham jakąś wolontariuszkę, to jestem out, zwolniony od strzału. To będzie naprawdę ciężkie do zrobienia, bo wiecie co się dzieje w Tajlandii, kiedy białe laski nagle odkrywają, że wszyscy faceci są dużo bardziej zainteresowani egzotycznymi i atrakcyjniejszymi Tajkami? Odpierdala im. Początkowo nie chciałem wierzyć Phillipowi, że wolontariuszki będą proponować trójkąty, latać z cyckami na wierzchu po resorcie, kusić, etc, ale po rozmowie ze staffem firmy, wszyscy potwierdzili, że dzieją się tam prawdziwe hardcory. Philip wspominał nawet, że musiał lecieć na komisariat, wyciągać wolontariuszkę, bo została aresztowana za robienie loda nowo poznanemu kolesiowi na środku Khao San road. Tak więc, praca zdaje się być idealna, podróże, szkolenia, ale… jak ja się mam powstrzymać od ruchania tych lasek, jeśli one faktycznie będą się tak zachowywać? Time will tell. Wierzcie, lub nie, ale planuję nie nie ruchać żadnych Angielek i koncentrować się jednak na Tajkach.

W Chinag Mai będę miał pokój w resorcie i oprócz tego mieszkanie służbowe, bo czasami trzeba uciekać przed niekończącymi się pytaniami. Trochę wolnego od pracy trzeba też mieć, a  już z doświadczenia jako przewodnik wiem, że turyści zawsze zatkają kibel srajtaśmą, zatrzasną klucz w pokoju, albo zgubią paszport. Trochę pierdolenia się jest.

Co więcej – jakby nie patrzeć, quality lasek które rucham jest zdecydowanie większe w Tajlandii. Mam tu sieć gików (czyli koleżanek do ruchania) tak obfitą, że przez pierwsze 2 tygodnie musiałem ruchać 3 razy dziennie. Benny przyjechała odebrać mnie na lotnisko, a że wróciła już do swojego domu w Roy Et na północnym wschodzie (to znaczy rodzice kazali jej wrócić), to nie ma mieszkania w Bangkoku. Siedziała u mnie 11 dni pod rząd (aż ją wywaliłem, bo nie mogłem jej znieść). Co ciekawe, zawsze wydawało mi się, że kocham tą laskę i właśnie mieszkanie razem uświadomiło mi, że nie mogę jej na dłuższą metę znieść. Interesting! Ciekawe ile razy w życiu ktoś jest w kimś zakochani, nic z tego nie ma oprócz depresji, a jakby tylko zamieszkali razem to BOOM, koniec miłości. Anyway, Benny mieszkała ze mną, więc codziennie obowiązkowo dwie rundy.

Miałem jednak ustawione masę innych lasek, z którymi rozmawiałem z Wietnamu, więc oprócz Benny musiałem latać po apartamentach innych gików. Jest Marisa. Jest Fha, która straciła ze mną dziewictwo. Jest Nam. Jest Ploy. Jest Namtan z dużymi cyckami. Jest Oil z fajnym uśmiechem. Jest Ekki. Jest Tawan. Kurwa dużo tego. 2 tygodnie masakry. Wyruchany na maxa. Ale za to właśnie kocham Tajlandię! W Wietnamie też było dużo walenia, ale tutaj jest ZDECYDOWANIE więcej. Być może dlatego, że mieszkam już tyle lat, ale nie zmienia to faktu, że jednak tak właśnie jest.

Innym powodem to ceny mieszkań – w Wietnamie pokoje dzielone z innymi ludźmi, chodzą grubo ponad 100$. Tym czasem w Tajlandii za tą samą cenę można mieć całe mieszkanie dla siebie. Pomimo tego, że mieszkałem znajomymi (poznanymi przez tą stronę – cheers Leszek ;), jestem już za stary na flatshare. Ponad 5 lat flatshare’u w Londynie i jednak wolę na swoim! Czyli jak mam ochotę nabrudzić, to jest brudno, mam ochotę zrobić orgię, to jest orgia i nie muszę się przejmować, czy nie przeszkadzam reszcie.

Na tym zakończę dzisiejsze pierdolenie, bo o 5 rano wyjazd (służbowy) do Rayong. W drodze powrotnej zamierzam zatrzymać się na dzień lub dwa w Pattaya i spotkać się z czytelnikiem AzjaPoZmroku (cheers Tom!), także może się wreszcie zbiorę i skrobnę też coś o Sin City!

Locked up abroad (część 3) – czyli jak trafiłem do więzienia w Singapurze


3 tydzień w więzieniu. Kolejny poniedziałek, to trzecia już rozprawa sądowa. Standardowo, zakuwają nas w kajdany, nogi, ręce. Brakowało tylko kuli u nogi. Śmieszne zwyczaje w tym Singapurze. Więźniarką bez okien, po raz kolejny przemieszczaliśmy się do sądu. Ręce miałem skute z tyłu – niebyt wygodnie. Udało mi się jakoś tak powyginać, że przerzuciłem ręce pod nogami do przodu. Dużo wygodniej. Ale tu mały zonk – w drugą stronę, już nie potrafię i oto stałem się jedynym więźniem, który ma kajdanki z przodu zamiast tyłu. Jak na to zareagują strażnicy?

download

Singapurskie więzienie jest zajebiście zdyscyplinowane. Na samym początku, dostaliśmy tyle zasad co robić, czego nie robić, jak się i kiedy zachowywać, że absolutnie nie sposób tego zapamiętać. Tym czasem niestosowani się do zasad, przynosiło kary dyscyplinarne, np. izolatkę na tydzień, czyli miejsce bez wiatraka (w bywa tam gorąco), wydłużenie wyroku, a nawet 3, albo 6 batów w dupę. Zasad było chyba ze 100. Niektóre absurdalne i bez sensu. Np., wolno nam było czytać tylko jedną książkę na 5 dni. Potem przez 2 dni nie ma czytania bo chuj. Po prostu nie ma. Nie ważne też, czy książka miała 40 stron, czy była gruba jak bibla (którą też całą w więzieniu przeczytałem w całości). Jedna książka i wsio. Czytasz  więcej? Możesz za to trafić do izolatki. Oczywiście nie mając nic lepszego do robienia, używałem numery więźniów „kolegów”, którzy byli tak tępi, że czytać w ogóle się nie nauczyli i wchłaniałem co najmniej 3 książki tygodniowo. Raz zostałem na tym strasznym wykroczeniu złapany. Pierwsze ostrzeżenie. Musiałem oddać odcisk kciuka, jako podpis, że jeszcze jeden raz taka straszna zbrodnia i dostaje tydzień w izolatce. Nie przestraszyło mnie to jednak. Wszak czytanie książek stało się moją pasją i potrafiłem to robić po 8 godzin dziennie. Ciekawe, że jak tylko wróciłem z Singapuru do Tajlandii i dorwałem laptopa z internetem, książki przestałem czytać prawie całkowicie, hehe.

Inne ciekawe zasady. Ćwiczyć można wyłącznie, kiedy wypuszczają nas z celi, raz dziennie, poniedziałek do piątek, po 1 godzinę. Za ćwiczenia w celi groziła kara. Mało tego, dostaliśmy listę dozwolonych ćwiczeń. Np, normalne pompki są ok. Ale pompki z szeroko rozstawionymi rękami, albo na odwrót, z dłońmi bardzo wąsko są be – można za to trafić do izolatki.

Lista idiotycznych reguł była długa. Wstajemy codziennie o 7 rano. Śpimy codziennie o 9 wieczorem. Po 9 nie wolno rozmawiać. Z nikim! Koszula zawsze musiała być w spodenkach. Chodząc, zawsze należy trzymać ręce z tyłu. Siadać należy wyłącznie po turecku. Kiedy przechodzi oficer, należy go przywitać stojąc na baczność „good morning sir!”. Każda sala miała jednego więźnia, który miał koordynować takie przywitanie. Dowódca celi krzyczał „ROOM!’ i wtedy cała reszta sali jak w przedszkolu, krzyczy „GOOD AFTERNOON SIR! THANK YOU SIR!” Ponad to, każdego dnia, 5, albo 6 razy wybijał alarm i strażnicy przychodzili nas liczyć. Siedząc po turecku z rękami tyłu czekaliśmy na oficera i dowódca celi musiał koordynować nasze teksty wypowiadane jak w przedszkolu. ROOM! GOOD MORNING SIR! MASTER 10 SIR! ROOM! THANK YOU SIR!

Inne z zajebistych zasad więzienia, to np. że każde lekarstwo ma tylko tydzień ważności. Ja zapierdalałem do „baby”, czyli lekarza (nie wiem z jakiego języka jest „baba”, albo malezyjski, albo chiński) i brałem duże ilości kremu – z jakiegoś powodu tak mnie wszystko swędziało, że drapałem się do krwi i nawet jaja mnie tak swędziały, bałem się, że wydrapie kulki na zewnątrz. Całe wory w strupach 😦 Tak więc „baba” dał mi jakiś kremik, który miał chyba działać jak placebo, ale lepiej to niż nic. Problem w tym, że nie chciało mi się chodzić do baby co tydzień więc ukrywałem kremik dłużej. I też zostałem pewnego dnia na tym przyłapany. To już było moje drugie wykroczenie, jeszcze jedno i dostałbym co najmniej tydzień więcej wyroku, plus punish cell.

Tak więc jak widzicie, było dosyć restrykcyjnie. Wracając do sądu w którym jestem – moje kajdanki są po złej stronie i naprawdę bałem się jak mnie za to ukrają. Oczywiście nie obyło się bez konkretnego opierdolu ze strony oficerów, ale żadnych poważniejszych konsekwencji nie było. Ufff….

Rozmowa z adwokatem – przyznaj się, że podrobiłeś paszport – doradza. Ale ja kurwa nie podrabiałem żadnego paszportu. Tak wiem, że tego nie zrobiłeś. Ale nie ma takiego przepisu dokładnie na to co ty zrobiłeś, a oni chcą cię ukarać. Moja rada – przyznaj się do winy, razem zaapelujemy do sędziego, że dobry z ciebie chłopak, nigdy nie karany, zwykła ofiara mafii ze Srilanki, to oni cię wykorzystali. To oni są ci źli, a ty byłeś tylko w złym miejscu o złym czasie.  Dostaniesz 3 to 12 miesięcy i wkrótce wrócisz do Bangkoku ruchać Tajki.

Well, ok… Słuchając się adwokata, postanowiłem przyznać się do czegoś, czego wcale nie zrobiłem – podrobienia paszportu. Oficjalna kara do 10 lat więzienia… Trochę srałem w gacie. Adwokat apeluje – wysoki sądzie, niekarany ani w Polsce, ani w Tajlandii, ani w Singapurze, bardzo żałuje tego co zrobił, jak wszyscy wiemy został wykorzystany przez syndicate ze Srilanki, nie ma sensu marnować publicznych pieniędzy na trzymanie go w więzieniu. Apeluje o najniższy wymiar kary do Michała. A, i on jeszcze chce coś dodać…

Wysoki sadzie – mówię starając się dobierać jak najbardziej elokwentne słowa po angielsku –  pomimo tego, że mój adwokat przeprosił już w moim imieniu, pragnę osobiście wyrazić skruchę. Tak, zasługuję na to, aby zostać ukarany. I wiem, że każdy na moim miejscu mówi podobne rzeczy. Ale ja naprawdę żałuję tego co zrobiłem, to było absolutnie lekkomyślne i trudno mi zrozumieć jakie okoliczności sprawiły, że znajduję się tu, gdzie teraz jestem. Nie proszę o niski wymiar kary. Proszę tylko o przyjęcie moich przeprosin. Jest mi wstyd…

I  w ten oto sposób rozprawa dobiegła końca. Adwokat wręcza mi list – masz, to od twojej dziewczyny – fajnie. Misa dale o mnie pamięta. Czytam list, a w nim: „Michał, nie ważne ile będziesz w więzieniu, ja na ciebie czekam.” Wtedy w to uwierzyłem. Teraz, biorąc pod uwagę, że jest to laska którą poznałem na portalu randkowym, gdzie dostaje 300 wiadomości dziennie, moja reakcja na ten list byłaby taka: hahahahahahahhahahahahhahahahhahahahhahahahaha. Nie ma takiej opcji, żeby Tajka która buja się z obcokrajowcami, ma konta na jakiś portalach randkowych, czekała miesiące na faceta. I nie ma się co dziwić – też bym nie czekał. Za błędy trzeba płacić.

Po przerwie nastąpiło ogłoszenie wyroku – Zważając na to, że Mr Michal Forsaken nigdy nie był karany i żałuje tego co zrobił, skazuję go na 6 miesięcy w więzieniu. – Uffff, nie tak źle. Bo mogło być to 10 lat. Od razy podbija adwokat i mówi „do zobaczenia za 4 miesiące. Ukroją ci 2 miesiące za dobre sprawowanie. No, chyba, że będziesz się wdawał w bójki, albo zrobisz coś głupiego. 4 Miesiące, not so bad. Zwłaszcza, że 3 tygodnie mam już odbębnione.

Wracamy do aresztu w basement’cie sądu. Siedzę i rozmawiam z nieletnimi nożownikami z chińskiego gangu. To kogo pociąłeś? – Pytam – A nikt ważny, taki chuj z konkurencyjnego gangu.

Przy wejściu stoi napakowany, łysy typek wyglądający na hindusa. Ma na imię Jason i okazuje się tamilem urodzonym w Singapurze. Od razu widać, że jest psychopatą. Staram się trzymać od niego z daleko. Jason bardzo szybko zaczyna kłócić się ze strażnikiem – co kurwa, chcesz się bić? zaraz ci wyjebie – Jason ściąga koszulkę i rzuca nią o podłogę – wow, myślę, ten to ma nasrane w głowie. Dostanie 6 batów za grożenie oficerowi + ekstra wyrok na starcie. Żeby mnie tylko nie wsadzili z takim debilem do celi!

Wracamy do więzienia Changi. Wiedziałem, że zostanę przetransportowany do więzienia dla ludzi z drobnymi wyrokami – Changi to max. security prison. Jak narazię muszę jednak czekać na transport do drugiego więzienia i – o kurwa – wsadzili mnie do małej celi z Jasonem, tym pojebem z sądu. Zajeeeeebiście!!!

Ciąg dalszy w części 4.

 

 

Locked up abroad (część 2) – czyli jak trafiłem do więzienia w Singapurze


Poniedziałek, dzień sądu. Wszystkich świeżo aresztowanych, nie ważne za co, zakuto w kajdany na nogi i ręce, zupełnie jak terrorystów w Guantanamo. Trochę mnie to śmieszyło, bo większość tu przebywających, trafiło z powodu różnego rodzaju błahych immigration offences, typu visa over-stay, czy praca bez work permitu. Singapurczycy jednak wszystkich traktują tak samo – trzeba zakuć w łańcuchy każdą kończynę. Lepiej dmuchać na zimne? Czy to tak dla nauczki? Nevermind…

singapur-wiezienie

Więźniarką bez okien dojechaliśmy do sądu. Chuj z oknami, ważne, że klimatyzacja była. Na wejściu rozebrano nas do naga i po raz kolejny przeszukano. Trzeba było zrobić przysiad – to tak na wypadek, gdyby ktoś próbował przemycać coś w dupie, no i oczywiście obowiązkowo otwarte usta, bo wiadomo, ktoś mógłby w buzi jakiś nóż, albo pistolet przemycać. Przez następne kilka miesięcy przeszukiwano tak nas około 3 razy dziennie. W Singapurze po prostu nie da się niczego przemycić, nie ma takiej opcji.

Rozprawa sądowa była generalnie bardzo szybka. Koledzy ze Srilanki, mafia wraz z którą zostałem aresztowany, szepcząc próbowali mnie namówić, abym nie zeznawał przeciwko nim. Najpierw na litość, “mam rodzinę, proszę nie rób mi tego”, potem już bardziej finansowo, obietnicami o pieniądzach które dostanę po wyjściu na wolność. Wracając jednak do rozprawy, skończyła się bardzo szybko, została od strzału odroczona o tydzień z powodu braku czasu na przygotowanie aktu oskarzenia. Zostaliśmy wszak aresztowani w piątek, a rozprawa odbyła się już w poniedziałek rano. To się nazywa efektywność!

Z sądu zostaliśmy przewiezieni, ponownie zakuci w kajdanach jak się tylko dało, do więzienia Changi. Więzienie znajdowało się bardzo blisko lotniska, z okien widać czasami było samoloty odlatujące w różne strony. Następnie skonfiskowano nam wszystkie własności, razem z ubraniami. Dostaliśmy w zamian więzienny mundurek, czyli niebieskie krótkie spodenki i białą koszulkę (jak widać na zdjęciach). Majtek brak, wsyscy w Singapurkim więzieniu chodzą z dyndającą pałą w spodenkach na czas swojego wyroku. Następnie zostaliśmy rejestrowani, ale zamiast tatuażu na ręce jak w Auschwitz,  dostawaliśmy niebieskie obrączki z numerem więźnia. Od tego momentu nikt nie zwracał się do nas po imieniu, staliśmy się tylko czterocyfrowymi numerami. Kolejny etap to wywiad z lekarzem. Czy masz jakieś dolegliwości?

Ja generalnie nie mam, ale… Kiedyś cierpiałem na depresję I brałem na to leki. Leki na depresję działają podobnie jak drugi, jeśli są przedawkowane, to dają mocnego kopa. Sprawiają też, że człowiek po prostu na wszystko ma wyjebane. Kiedyś po lekach miałem wrażenie, że nawet gdyby ktoś oświadczył, iż mam raka i umrę za kilka miesięcy, nawet specjalnie bym się ty nie przejął. Tak więc zgłosiłem w więzieniu, że cierpię na ciężką depresję i mam skłonności samobójcze. Dlaczego? Bardzo chciałem mieć na wszystko wyjebane, w czym owe leki bardzo pomagają. Nie pogardziłbym też małym hajem, więc niech jest coś co stymuluje w mózgu serotoniną, dopaminę, etc. Tak więc powiedziano mi, że psychiatra przyjmie mnie w przeciągu kilki następnych dni.

Dalej dostaliśmy zestaw więźnia, czyli pudełko z małą pastą do zębów, mydłem, srajtaśmą, szczoteczką do zębów specjalnie tak giętką i krótką, żeby nie dało się nią nikogo zabić, no I był też mały koc. Do tego słomiana mata, która zasadniczo chuja dawała, spanie na tej macie, czy na podłodze, nie robiło to żadnej różnicy. Zdjęcie zestawu więźnia i słomianej maki poniżej. Wreszcie idziemy do celi.

singapur-wiezienie2

Changi prison to zajebiście nowoczesne więzienie. Wszystko kontrolują komputery, zamki magnetyczne, klimatyzacja, głośniki. Prawie jak hotel. No, nie do końca. Bo w każdej celi było nas 4 osoby, a wymiary miała ona może 6 metrów na 3 szerokości. Z czego “łazienka” była odgrodzona małą ścianką i zabierała 1 z tych 6 metrów. Było ciasno w chuj. Na życzenie, zostałem zamknięty z moją kochaną mafią ze Srilanki. Były to jedyne osoby które znam i nie za bardzo wszyscy wiedzieliśmy czego się spodziewać po życiu w więzieniu, więc taka konfiguracja wydawała się najlepsza.

Już na samym początku zaczęła mi doskwierać głupota współtowarzyszy. Tutaj zaznaczam, że ci ze Srilanki nie bylu jeszcze tacy źli. Natomiast, czy wyobrażacie sobie bycie otoczonym skończonymi debilami 24 na dobę przez miesiące? Ludźmi którzy ledwo dukają po angielsku, nie mają żadnego wykształcenia, brakuje im zębów, a jak się już odzywają, to jest to historia typu jak strzelił z plaskacza swojej byłej, bo zupa była za słona, albo jak wyrwał torebkę starszej babci na przystanku autobusowym? Oczywiście zdarzały się wyjątki, acz posilę się na stwierdzenie, że 95% ludzi których spotykałem w więzieniu, reprezentowało sobą totalne dno.

Angielski jest podobno urzędowym językiem w Singapurze. Natomiast w więzieniu mało kto nim włada. Łącznie ze strażnikami. Co drudzy przynajmniej wszystko rozumieli, ale ich mowa była bardzo niegramatyczna i non stop wpierdalali jakieś słowa malezyjskie, lub chińskie. You ok la? Makan is here, let’s eat. Your lanciao is so big! Miałem więc okazję nauczyć się dosyć sporo słów z przeróżnych języków. Dla zaciekawionych “la” to taki polite particle zmiękczający ton, tak jak w Tajlandii mamy “na”, “makan” to jedznie po malezyjsku, a “lanciao” to nic innego jak “kutas” w języku chińsku, ale nie jest to chiński z main land China, jest to chiński który rozumieją wyłącznie malezyjscy i singapurscy Chińczycy. Brzmi dziwnie? I w Singapurze I w Malezji około 30% wszystkich mieszkańców to Chińczycy, więc nie ma się co dziwić, że mają swoje własne dialekty południowo-azjatyckie.

Z takich epicko tępych ludzi, poznałem np. gostka z Bangladeszu, który po poznaniu mówi do mnie: ‚ahh ty jesteś biały, ja nie lubię tych waszych białych dziewczyn. Straszne suki” OK – myślę, pewnie ma jakąś byłą feministkę, która dała mu popalić – ale nie, on kontynuuje argumentacje inaczej – “nie lubię białych dziewczyn, ponieważ one się dupczą z psami. – Taki był jego argument! – Na moje pytanie skąd ma takie informację, usłyszałem, że “widziałem na filmie w internecie”…

Innym razem, rozmawiam z innym typem z Bangladeszu. Było ich tam całkiem sporo. Wszyscy oni siedzieli w więzieniu za pracę na czarno w Singapurze. No większość, bo było też kilku takich którzy macali laski i zamknęli ich za to. Za visa over stay dostaje się w Singapurze 3 miesiące i 3 baty kary. Anyway, zapytałem go, czy to prawda, że oni nie znają swojej daty urodzenia na tym wypizdowie w Bangladeszu. Kiedyś pracując w Londynie jako optyk, mieliśmy sporo pacjentów z Bangladeszu w naszym salonie, którzy przychodzili robić darmowe badania wzroku – każdy na socialu w Anglii ma za darmo badania oczu, więc oczywiście 99% muzułmańskich śmierdzieli, ma takie rzeczy za darmo. Rejestrując ich dane osobowe, zauważyłem coś dziwnego – wszyscy oni mają tą samą datę urodzenia – 1 stycznia. Wydawało mi się to bardzo dziwne, bo przecież niemożliwe, że cały Bangladesz urodził się 1 stycznia. Zapytałem więc mądrego chińczyka który był optometrystą w naszym salonie, w czym tkwi sekret i oto usłyszałem, że prości ludzie w nierozwiniętych krajach nie znają swojej daty urodzenia, a nawet i nazwiska. Ot, rodzi się jakiś gówniarz i nikt nie spisuje kiedy i gdzie. Oni nie mają nawet nazwisk, stąd wszyscy nazywają się Islam, Mohamed, etc, bo to jest łatwe do zapamiętania kiedy trzeba podać takie informacje w Anglii, czy innym normalnym kraju. Tak więc wracając do więzienia, pytam swojego nowego “kolegę”, czy wie kiedy się urodził. Nie, nie wiem – odpowiedział – A czy wiesz ile masz lat? – zapytałem. Mam 30 lat. – odpowiedział bez zastanowienia. – To mnie jednak zaciekawiło skąd on kurwa wie ile ma lat, skoro nie zna swojej daty urodzenia. Zadaję więc proste, prozaiczne pytanie – skąd wiesz? – odpowiedź była taka – mama mi powiedziała….

11_1

Najgorsze w siedzeniu w celi z trzema tamilskimi Srilanczykami było to, że oni non stop napierdalali po tamilsku i ja nie miałem się nawet do kogo odezwać. Byłem wyizolowany strasznie. Potem przenieśli mnie do innej celi, z 3 Malezyjczykami. Znowu to samo. Nic nie rozumiałem. Następnie byłem z 3 chińczykami. Ogólnie masakra…

W końcu zostałem wezwany do psychiatry. W krótkim wywiadzie, podałem nazwę leku na depresję, który rzekomo przyjmuję. Dawka razy 4. Bez żadnych pytań dostałem lokalny zamiennik. Tego który mamy w Polsce akurat nie mieli. Co ciekawe, tak łatwo jak poszło z antydepresantami, jak chciałem dostać valium lub xanax na spanie, to za chuja nie chciał przepisać, twierdząc, że w ogóle nie mają takich leków, co było nie prawdą, bo leki na spanie były marzeniem każdego więźnia – w końcu coś co skutecznie zabija czas. A właśnie, jak chodzi o spanie, to nie spałem przez jakieś 2 tygodnie w ogóle. Taka hardcorowa insomnia, że koniec, nic nie dało się na to poradzić. Anyway, w końcu dostałem moje leki na depresje. Następne 2 tygodnie jechałem na konkretnym haju. Po przyjęciu trwało to około 20 minut i dosłownie odpływałem na pare godzin…

W pierwszych kilku dniach pobytu w Changi prison przyszedł odwiedzić mnie pracownik ambasady Polski. Bardzo miły i uczynny człowiek, ale jedną rzecz zjebał. Prosiłem go, żeby czasami nie powiedział mojej matce, że grozi mi do 10 lat więzienia, co oczywiście zignorował i szybko przekazał. Nawet sobie nie wyobrażam jaka musiała być jej reakcja…

Kolejne dni mijały, aż nastał czas na kolejną rozprawę sądową w następny poniedziałek. Tym razem byłem już uzbrojony w adwokata, którego wynajęła moja matka. Wiadomo, od razu czułem się pewniej. Na wstępnie powiedział mi bowiem, że w najgorszym wypadku dostane rok, o 10 latach którymi straszą nie ma szans. To już jakieś pocieszenie! Rozprawa jednak została odroczona po raz kolejny. Akt oskarżenia dalej nieprzygotowany.

project-img28.jpg

Któregoś dnia, przyszedł odwiedzić mnie policjant, który mnie aresztował. Chciał wyciągnąć coś z mojego portfela, a że kraj cywilizowany, to musiałem przy tym być, żeby nie było, że coś zginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Tutaj słowo o narkotykach – zawsze w Azji trzymam się od nich z daleka, nie chce nawet widzieć na oczy, bo w Tajlandii jest to poważny problem, tak jak i w Singapurze. Aczkolwiek mieszkając w Londynie, drugi spożywałem przez lata praktycznie w każdy weekend, przez co mój portfel był hardcorowo przesiąknięty specyficznym zapachem amfetaminy. Ja to czułem z półtorej metra, czyli on też musiał. Co ciekawe ja ten portfel dokładnie umyłem jeszcze w Londynie, żeby nie było właśnie takiego przypału jaki nastał… Serce zaczęło mi walić i w głowie snułem scenariusze kolejnych zarzutów. Nawet za to, że kiedyś w portfelu miałem narkotyki, dostałbym 2 lata, a jest to bardzo proste do udowodnienia – przykłada się do maszyny i na monitorze pokazuje dokładne substancje które miały kontakt z danym przedmiotem… Na moje szczęście, osoba która nigdy nie brała amfetaminy nie wie jak substancja ta pachnie i policjant nic nie zauważył. Ale nie dawało mi to spać jeszcze przez następny tydzień  – co jeśli jeszcze raz ktoś otworzy mój portfel i tym razem będzie to osoba, która skojarzy te specyficzny zapach? Na szczęście tak się nie stało…

W więzieniu wszyscy mieli niebieskie przepaski na nadgarstku z numerem więźnia. No prawie wszyscy, bo było kilku takich, którzy mieli czerwone… Czerwone były dla morderców i gwałcicieli. Pewnego razu siedziałem koło typa z takim czerwonym czymś. Pytam więc, morderstwo, czy gwałt? Morderstwo – odpowiada. Trochę się napaliłem, bo jeszcze nigdy nie miałem do czynienia z mordercą, więc poprosiłem, żeby wszystko dokładnie opowiedział. Historię zaczął od – a weź mnie nie wkurwiaj nawet, bo ja tego nie zrobiłem, a już 2 lata mnie tu trzymają. Stało się tak: wraz z kumplami mieliśmy imprezę z heroiną. Każdy z nas napierdalał w żyłę. Wszystko było fajnie aż do momentu, w którym jeden z nas przedawkował i wykitował. To jest problem, bo jeśli zadzwonię do szpitala, to przyjedzie policja, zrobią nam badania moczu i wszyscy dostaniemy po 2 lata więzienia. Będąc więc na haju, miałem lepszy pomysł – schowam zwłoki. Wsadziłem je do worka na śmieci, a potem do bagażnika samochodu. Myśląc gdzieżby się pozbyć ciała, ów ciało zaczęło wydalać z siebie śmierdzące płyny i normalnie cieknąc z każdego otworu. Trochę spanikowałem i wyjebałem zwłoki  do morza. W Singapurze każdy obywatel musi oddać odciski palców, więc znaleźli mnie bardzo szybko. I tak już siedzę tu 2 lata, za morderstwo którego nie popełniłem.

Ciąg dalszy w części trzeciej.

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Locked up abroad – czyli jak trafiłem do więzienia w Singapurze


Długo zastanawiałem się czy opowiedzieć tę historię. Z kilku powodów. Przede wszystkim, delikatnie rzecz ujmując, nie jestem z niej dumny. Wszak własna lekkomyślność nie jest cechą którą pragnę publicznie promować. Ciężko też opisać koszmar ciągnący się przez miesiące na ledwie kilku stronach. Jednakowoż, to czego doświadczyłem, zdaje się być na tyle niecodzienne, absorbujące i wzbudzające ciekawość, że niepodzielenie się tym przeżyciem wydaje mi się wręcz egoistyczne.

singapur-wiezienie-kara

Singapur to małe miasto-wyspa, znajdujące się na południe od Malezji. Jest to jedno ze światowych centrów biznesowych o tropikalnym klimacie z multikulturową społecznością. Singapur jest też słynny z czegoś innego… Jest to jeden z najbardziej restrykcyjnych krajów na świecie. Małe wykroczenia karane są olbrzymimi mandatami. Palenie papierosa w miejscu publicznym, splunięcie na ulicę, czy nie posprzątanie gówna po psie. Wszystko to może skończyć się bezlitosnym mandatem na nawet kilkaset dolarów. A co się stanie jeśli nie stać nas na zapłatę? Niespłacone kary pieniężne odrabia się w więzieniu. Sędziowie w Singapurze nie omieszkają wsadzić do więzienia nawet na 2 tygodnie za coś tak błahego jak niezapłacony mandat za parkowanie. Ah, czy wspominałem już, że w Singapurze oprócz więzienia stosuje się też karę chłosty?

Stop this man! – słyszę za swoimi plecami. Ze strachu mało nie posrałem się w gacie. Zrobiłem coś głupiego w najgorszym możliwym miejscu. I zostałem na tym złapany. Był to kwiecień, rok 2012. Lotnisko Changi w Singapurze. Byłem już tak blisko pokładu samolotu, dzieliło mnie może 5 metrów. Wiedziałem jednak od samego początku, że dopóki samolot nie znajduje się w powietrzu, nie jestem bezpieczny. Serce waliło mi strasznie. Poczułem skurcz w żołądku. Passport! Zażądał jeden z policjantów w cywilnym ubraniu. You are under arrest. Do you know why? – Zapytał. Przez ułamek sekundy przeszło mi przez głowę, aby grać głupa i wszystkiego się wyprzeć. Ale skoro mnie zatrzymali to przecież o wszystkim wiedzą. Yes, I do – odpowiedziałem z przerażeniem w oczach.

Na ręce założono mi zimne kajdanki. Jeden z policjantów przykrył je bluzą, żeby nie robić sensacji na lotnisku. Miałem ochotę im powiedzieć, że nie jest to konieczne. Nie planuję nigdzie uciekać i nie jestem agresywny. Wiedziałem jednak, że nic to nie zmieni. Zresztą bycie zakutym w kajdanki to nie taka tragedia, co najwyżej trudniej się podrapać po jajach, kiedy jest taka potrzeba. What is gonna happen to me – will I end up in prison? – zapytałem – Of course you are going to prison! This is Singapore!

Po 10 minutach zostałem odprowadzony na lotniskowy komisariat immigration police. Choć zostaliśmy aresztowani w innych miejscach, wraz ze mną, było jeszcze 3 obywateli Sri Lanki. Wszyscy byliśmy zamieszani w to samo przestępstwo i wszyscy staniemy przed sądem razem, za konspirację i złamanie tego samego prawa. Z nas czterech, jako jedyny nie grałem głupa ja, i z nas czterech, jako jedyny nie zostałem pobity przez policję tylko ja. Co prawda nie wszystko rozumiałem, bo rozmowa między nimi toczyła się po tamilsku, acz nie trudno się było domyślić – Sri Lańska mafia nie chciała się do niczego przyznać, co sprowokowało agresję policji. Na kamery założyli kurtki, zgasili światło i boom, boom, boom. Wszyscy trzej pobici za brak współpracy. Co dalej… Będą nas torturować? Czy wiesz, że w Singapurze karzemy takich jak wy karą chłosty? – pyta jeden z agresywnie wyglądających policjantów. Cały czas patrzył na mnie, jakby tylko szukał pretekstu, aby i mnie uderzyć. Ostatecznie jednak zostałem nietchnięty. Tak, oczywiście, że wiem o karze chłosty. Czy jest ktoś kto nie wiem? I szczerze to… mam na to wyjebane. W ogóle jej się nie boję. Nawet z ciekawości chętnie bym dostał jednego bata, żeby wiedzieć jak to jest.

singapur-wiezienie

Kilka godzin później zostaliśmy odwiezieni do aresztu imigracyjnego. Bycie przykutym do jakis rurek na ksztalt kaloryfera przez tak długi okres nie było przyjemne. Przez moje ciało przechodziły różne, skrajnie dziwne uczucia. Z jednej strony bałem się, z drugiej byłem zwyczajnie ciekawy jak wygląda więzienie od środka, nie na filmie. W końcu dotarliśmy. Zostałem wprowadzony do zielonej celi w której nie było niczego. Ot podłoga i z 6, 7 innych aresztowanych. Wszyscy spali na betonowej ziemi jak psy. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że przyjdzie mi spędzić w takich warunkach miesiące. Brak okna, obleśny srakowaty odcień zieleni na ścianach i nawet kibla nie mieliśmy. Była za to umywalka, w której z jednego kubka wszyscy mogliśmy się napić kranówy. Pierdzący i chrapiący mieszkańcy celi, również nie przypadli mi do gustu. Ogólnie zapowiadało się źle… Bardzo źle.
Przez całą noc w ogóle nie spałem. Za dużo nerwów i stres, wielki, wielki stres. Rano przyszło śniadanie. 2 kromki chleba, takiego najbardziej chujowego chleba, jaki jedzą w Anglii. Jedna kromka z dżemem, druga z masłem. Do tego herbata z cukrem (fuj). Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że tak będzie wyglądać moje śniadanie przez następne miesiące. Nie wytrzymałem i totalnie się załamałem. Z oczu zaczęły mi cieknąć łzy. Jakieś typy z Nepalu próbowali mnie pocieszyć – nie martw się, jesteś biały, potrzymają cię dla zasady 2, 3 miesiące i pojedziesz do domu – mówili…
You’re gonna spend up to 10 years in prison – powiedział prowadzący przesłuchanie policjant. Co kurwa?! Wiedziałem, że Singapur jest trochę hardcorowy, ale 10 lat?! To jest lekka przesada. Pierwsza myśl – do 2 lat jakoś przeczekam, jeśli ma być więcej popełniam samobójstwo. Druga myśl – kurwa jak moja matka się dowie, że czeka mnie do 10 lat w więzieniu w Singapurze, to przecież oszaleje. Znowu nerwy!
Cały weekend na komisariacie. Na obiad i kolacje dawali nam ryż i kawałek mięsa, który jedliśmy brudnymi rękami. Sztućców brak.  Prysznica brak. Czasami wypuszczali nas tylko do kibla w pomieszczeniu obok. Czas mijał pomiędzy przesłuchaniami, jedzeniem i patrzeniem w ścianę. Zajebiście depresyjna sytuacja. Przez cały ten okres oczywiście nikt nie dał mi nigdzie zadzwonić, więc dla znajomych i rodziny po prostu zaginąłem. Strażniczki w więzieniu, jak to Azjatki, non stop ze mną flirtowały. Michael, do you have a girlfriend? Michael, what type of girls do you like? – ja jednak, biorąc pod uwagę okoliczności, naprawdę nie byłem w nastroju.
W końcu nastał poniedziałek. Wyprawa do sądu, gdzie mój los miał się rozstrzygnąć. Czy naprawdę zostanę skazany na 10 lat? Czy dostanę karę chłosty? Czy w ogóle jestem w stanie przeżyć w takich warunkach kolejne ileś miesięcy, czy lat? Czy w więzieniu jest bezpiecznie?
O tym wszystkim dowiesz się w kolejnej części, którą napiszę już wkrótce… Tymczasem, jeśli chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku polub stronę na Facebooku.

Najlepsze miejsce na randkę w Wietnamie – czyli gdzie zaprosić dziewczynę


Tym razem o randkach. Na wstępnie chciałbym sprostować pewną informację. Pisałem gdzieś na Azjapozmorku, że generalnie Wietnamki nie ruchają się na pierwszej randce. Tkwiłem w tym błędnym przekonaniu, gdyż pierwsze 3 z którymi się spotkałem, przetrzymały mnie do drugiego, a nawet trzeciego spotkania. Dodatkowo w internecie przeczytać można dużo informacji, że jakoby wyruchanie Wietnamki jest generalnie trudniejsze niż zliczenie ich koleżanek w Tajlandii. Po 2 miesiącach w Wietnamie mogę już wyprostować – w Saigonie (nie wiem jak w innych miastach), puknięcie Wietnamki na pierwszej randce jest tak samo prawdopodobne jak puknięcie Tajki, czyli jak już przyszła na spotkanie, to szansa na zakończenie w łóżku to co najmniej 50%. Wszystkie Wietnamki, poza tymi pierwszymi trzema które miałem, szły bez problemu na pierwszym spotkaniu. To tak gwoli sprostowania informacji którą podałem wcześniej.

wietnam-saigon-hcmc-kino

A teraz back to the main topic, czyli gdzie najlepiej zabrać Wietnamkę na randkę. Ogólnie lubię chodzić do kina, ponieważ nie trzeba nawet nic mówić, nie jest nudno i można nawiązywać kontakt dotykowy. Powolna kinoeskalacja, coś tam posmyrać po nodze, coś tam szepnąć do ucha, etc. Jak wiadomo, bez odtykania się, można zostać co najwyżej przyjaciółmi. Umawiając się z laską MUSISZ stopniowo coraz bardziej ją dotykać, zaczynając od dłoni, lub ramienia i stopniowo atakując coraz bardziej. Kino jest więc generalnie dobrą miejscówką. Dlatego właśnie zaprosiłem Emy, dziewycznę którą poznałem na jednym z portali randkowych (swoją drogą to jest ona jedną z tych pierwszych trzech która przetrzymała mnie aż 3 spotkania do ruchania, ufff) właśnie nigdzie indziej a na film. Fortunnie jednak dotarłem do district 10 gdzie byliśmy umówieni tak późno, że w kinie nic sensownego już nie leciało

wietnam-saigon-hcmc-kino-.jpg

Dlaczego fortunnie? Otóż Emy wyszła z inicjatywą i zaproponowała alternatywę – NAJLEPSZE MIEJSCE NA RANDKĘ W WIETNAMIE. Zabrała mnie bowiem do prywatnego kina, to znaczy łóżko z projektorem w prywatnym pokoju. Moje pierwsze skojarzenie – pokój do ruchania na godziny! Ale nie, to jest po prostu kino, w którym ogląda się filmy na DVD. Dodatkowo można zamówić jakieś frytki, kawę, a nawet jak zażyczyłem sobie piwo 333 (tak się nazwa), to pobiegli do sklepu i mi przynieśli. Cała impreza kosztuje tyle samo, albo trochę więcej niż normalne kino. Zazwyczaj płacę około 200 – 250 tysięcy dongów za dwie osoby, czyli 10 – 13 USD. Adresu niestety nie mogę podać, bo miałem zapisany na telefonie który straciłem, ale jest takich miejsc więcej w Saigonie, więc jak popytacie to znajdziecie.

Tak więc wchodzimy do „kina” i ładujemy się na łóżko. Wybraliśmy jakiś horror i wszystko poszło bardzo szybko i gładko, albowiem miejsce jest wręcz idealne. Nie dość, że wygodnie, można się rozłożyć, to jest pole do działania, żeby się coś podroczyć, pomiziać, etc. Po jakiś 40 minutach wymacałem już wszystko co się dało i jade dalej, rozpinam jej stanik… Nie jestem pewien jak skończył się film, bo mieliśmy dwie rundy i ciężko było się skupić na oglądaniu.

Od tego dnia zawsze staram się przyprowadzać laski do tego kina. Bo czyż istnieje bardziej sprzyjające miejsce? Klimat, ciemno, czekające łóżko… Po prostu idealne!

 

Wietnam po zmroku – czyli przygody z alkoholem i dziewczynami


Ah, to była noc. Wraz z Michaelem, moim przyjacielem z Colorado, spędziliśmy całą noc w District 1, czyli centralnej dzielnicy Saigonu, radując się lokalnymi trunkami, snując plany na przyszłość i oczywiście, szukając Wietnamek chętnych do zabawy. Michael to ciekawa osoba, 4 lat temu, kiedy poznaliśmy się w Bangkoku, uchylił rąbka tajemnicy – jestem w Azji, żeby znaleźć bogatą sugar momma, która będzie mnie utrzymywać i kupować mi drogie prezenty. Dziś po 4 latach spędzonych głównie pomiędzy Wietnamem i Japonią, żyje on z pieniędzy starszej o 10 lat japonki, która robi regularne przelewy.

wietnam-saigon-hmcm-dziewczyny-wietnamki

Bycie utrzymankiem Azjatki, choć nie najpopularniejsze zajęcie w tym rejonie, spotykane jest również w Tajlandii. Znam co najmniej kilka takich przypadków gdzie moi znajomi atakują wyłącznie laski w drogich klubach Bangkoku na Thonglor lub Ekkamai z zamiarem stworzenia związku, w którym to oni będą czerpać korzyści materialne. I co ciekawe to nie są jakieś stare baby, a fajne dupcie! Tutaj przyznam się, że sam równe przez kilka miesięcy byłem na utrzymaniu pewnej Tajki, która płaciła nie tylko za nasz apartament, ale pokrywała 90% rachunków za restaurację, hotele, imprezy, etc. Jednak mnie osobiście taki styl życia nie odpowiada i szybko od niej uciekłem. Pieniądze nie są dla mnie ważne, znacznie bardziej cenię sobie wolność. A kasa? Można przecież zarobić samemu.

A więc noc w District 1 mija, w między czasie pojawiły się 2 Wietnamki. Przytulanie i mizianie z Wietnamkami. Wspólnie piliśmy przez następne kilka godzin, one kawę, a my piwo, aż przechodząc do sedna zaoferowaliśmy, aby przenieść się w bardziej intymne miejsce, czyli hotel, tudzież apartament. Niefortunnie laski nas zlały ciepłym moczem i dosyć klarowne stało się, że nic poważniejszego z nimi tej nocy się nie stanie. Stąd też postanowiliśmy się rozłączyć i szukać przygód gdzie indziej.

Tutaj pierwsza niespodzianka nocy. Nie ma mojego motoru! Pytam ludzi w okół, nikt nic nie wie. Trochę się posrałem, bo kradzieże w Saigonie są dość powszechne. Mimo wszystko motor był zaparkowany przed barem, który jest już zamknięty. Czyżby obsługa zamknęła go w środku? Albo to, albo nie mam już motoru…

Kupujemy piwo i ruszamy dalej. Idziemy ponurymi uliczkami w deszczu i zapowiada się nie najciekawiej. W pewnym momencie podjeżdżają dwie Wietnamki na motorze. Chcemy pić i się ruchać – oświadczają. Akurat z doświadczenia wiem, że jeśli laska na wstępnie wali takim tekstem to: a) chce się okraść, b) jest dziwką, c) jest dziwką i chce cię okraść. Moja pierwsza reakcja – no, thanks. Ku mojemu zdziwieniu, Michael, który spędził kilka lat w Wietnamie i w miarę dogaduje się po wietnamsku, mówi, żebyśmy z nimi szli. Dzielę się z nim moimi obawami, jednak szybka konkluzja – czy one w ogóle mają nas z czego okraść? Ja przy sobie nigdy nie noszę większej ilości gotówki, to nauczka po tym jak wietnamska policja wymusiła ode mnie 700,000 dongów. Teraz po prostu trzymam tyle kasy ile potrzebuje, żeby siłą rzeczy nic te złodziejskie chuje z z wietnamskiej policji nie mogły mi ukraść. Mam też przy sobie telefon za 120$, który ma już ponad rok. Też jakoś specjalnie mi na nim nie zależy. Ok, idziemy z wami.

Michael wskoczył na motor z jedną laską, a ja idę na nogach z tą drugą. Kupiliśmy więcej alkoholu i idziemy do „ich pokoju”. Po 10 minutach docieramy do jakiejś bramy, gdzie czeka na mnie Michael i druga laska. Otwieramy piwa i laski nas atakują. Mam na sobie ręce i jednej i drugiej. Otwierają mi rozporek, potem pasek od spodni. Michael stwierdza, że da mi trochę prywatności, a przynajmniej taka była jego wymówka i odchodzi 10 metrów. Nie wiem o co mu chodzi, szczerze to czułbym się bezpieczniej z nim obok, no ale cóż, znalazłem się w sytuacji, gdzie w miejscu publicznym mam spuszczone spodnie i dwie laski opierdalają mi ptaka. W bramie, przy głównej ulicy, w centrum Saigonu.

Minęło co najmniej 5 minut, a laski coraz bardziej domagają się, żebym ściągnął do zabawy Michaela. W grupie zawsze raźniej – mawiają. Wychodzę więc na ulicę i wołam swojego towarzysza.

W tym momencie laski wskakują na motor i odjeżdżają. Moja pierwsza myśl – ok, nie mam albo telefonu, albo kasy, albo wszystkiego. Łapię za jedną kieszeń – kasa jest. Łapię za drugą kieszeń… pusta! Nie ma telefonu. No cóż, nie mogę powiedzieć, żeby mnie to specjalnie zaskoczyło, przewidywałem taki rozwój wydarzeń od samego początku. Zaczynam się śmiać. Po raz kolejny przez moje pijaństwo i chuć zostałem okradziony. Który to już raz, trzeci? I za każdym razem taki sam scenariusz, haha. O dziwo zamiast wkurwienia, sytuacja mnie raczej śmieszy. Po raz kolejny potwierdziło się, że laski które chcą się ruchać w pierwszej minucie mają niecne zamiary. Ale przecież już o tym wiedziałem… Ah ten alkohol i evil dick, który domaga się aby go nieustannie karmić.

Na tym noc kończymy. Jest już 6 rano. Przygód trochę było. A motor? Następnego dnia wysłałem wiadomość na Facebooku do Van, Wietnamki z którą się regularnie dymam – nie mylić z dziewczyną – sama podkreśla wielokrotnie, że nie jesteśmy parką. Van podwiozła mnie do baru o 13 – zamknięty. Poszliśmy oglądać Conjuring 2 do kina, wracamy o 17 – bar zamknięty. Ona akurat mieszka w district 4, to nie jest daleko od jedynki, więc poszliśmy się ruchać do niej na chatę i akurat wybiła 20. Wracam do baru i…. uratowany. Mój motor jest w środku. Telefonem się nie stresowałem, ale strata motoru to już trochę grubsza kasa, zwłaszcza, że to wynajęty motor, więc nie wiadomo ile by mi zaśpiewali za wymianę.

Ah Wietnam, Wietnam… No i ten mój evil dick, przez którego po raz kolejny zostałem okradziony – wszystko z jego winy.