Dzień z życia w Wietnamie – policja, plaża i randka


Telefon w ręce, odpalam Tinder. Niesamowita zabawka. Mutual like z co drugą laską. W Bangkoku też jest nieźle, ale nie aż tak. Czyżby to mniejsza ilość obcokrajowców w Wietnamie? 5 Minut rozmowy z kilkoma laskami i umawiam się z jedną z nich. Rzucam propozycję, żeby iść na basen. Wietnamka upgradeuje pomysł, żebyśmy od razu pojechali na plaże. To nawet lepiej!

Dwie godziny później jesteśmy już na skuterze i jedziemy na południe w stronę morza. Drogi są w masakrycznym stanie, praktycznie nie można jechać szybciej niż 40km/h bo za bardzo trzęsie. Zresztą jak przestrzega mnie Wietnamka, jeśli przekroczę 60km/h to od razu ściągnie mnie policja. Przypomina też, iż należy jeździć wyłącznie prawym pasem, o czym zapominam co 5 minut.

Tak też podążamy drogą na południe, gdy nagle mój stary zjebany skuter wydaje dziwne odgłosy. Silnik działa dalej, ale brak przyśpieszenia. Albo spadł łańcuch, albo zerwała się taśma napędowa. Stoimy  na poboczu, o 12, w rozgrzanym słońcu, brak cienia, zero wody. W pobliżu brak jakichkolwiek domów. Sytuacja trochę beznadziejna.

Teraz tak. 99% Tajek w tej sytuacji zaczęło by płakać i szlochać co teraz z nami będzie, bez nawet zastanowienia się jednej minuty jak rozwiązać problem. Z przyzwyczajenia więc mówię Wietnamce, żeby ubrała hełm jako ochrona przed słońcem, a znaleźć wyjście z tej sytuacji muszę sam i nie ma co liczyć na pomoc ze strony laski.

Sprawdzam gdzie jesteśmy na google map. Mówię do Wietnamki: 6km w dół drogi jest jakaś wioska, może mają mechanika? Albo idziemy na nogach, albo poprosimy kogoś z ulicy, aby popchał motor, albo próbujemy googlować po wietnamsku mechanik w wiosce x. 

Wietnamka na mnie dziwnie popatrzyła i mówi: ale ja już dzwonię po mechanika, zaraz tu przyjedzie.  – jak to?! Czyżby Wietnamki nie były totalnie bezużyteczne jak w pobliskiej Tajlandii i Kambodży? Jak im wytłumaczyłaś gdzie dokładnie stoimy? – zapytałem. – popatrzyłam na numer słupa z prądem i znajdzie nas po tym numerze – ja pierdole RESPECT, naprawdę nie spodziewałem się tego ze strony Azjatki. Spodziewałem się płaczu, że słońce ją opali, że jest za gorąco i krzyk ZRÓB COŚ SZYBKO BO MI ŹLE, natomiast absolutnie zero inicjatywy.

5 minut później zjawia się mechanik. Popycha motor nogą pare kilometrów i jesteśmy gdzieś w warsztacie w dżungli, zdjęcie poniżej.

13245459_10208555646784528_1151792167082796152_n

Tak jak zgadywałem, zerwana taśma napędowa. 300,000 dongów, to jakieś 15$. Chujowo, bo ten stary motor który pożyczyłem za 1,000,000 na cały miesiąc pewnie będzie psuć się jeszcze nie raz. Swoja drogą tani wynajem, jak ja wypożyczałem skutery w Tajlandii, to kasowałem 2 razy tyle.  Tak czy inaczej, nie chce kupować motoru aż będę na 100% wiedział, że chce tu zostać na co najmniej 6 miesięcy. Na razie mam mieszane uczucia.

20 minut później dojeżdżamy do Monkey Island. Wietnamka mówi, że to fajna miejscówka. Na kasie biletowej bezczelnie dwie ceny, jedna dla Wietnamczyków, druga dla obcokrajowców. Ciekawe co jakbyśmy zrobili taki znak w europie. Wietnamka płaci za mój bilet. Pytam czemu, w odpowiedzi słyszę „i think I’m richer than you”. Haha. Mówię więc cảm ơn nhiều lắm, czyli dziękuje i idziemy oglądać małpy.

Małpy jak małpy, nic ciekawego. W kompleksie są też krokodyle, w ogóle cała miejscówka przypomina mi bardziej Kambodżę niż Wietnam. Wietnamka łapie mnie za rękę i romantycznie spacerujemy w błocie, pomiędzy gównami małp. To aby nie dotykać żadnych małp, nauczyłem się już w Tajlandii. Jebane same dotykają ludzi, ale jak im się zrobi to samo, to gryzą. No i nigdy nie należy pochodzić do małej małpy, chyba że bardzo chce się wkurwić jej rodziców.

13256538_10208595733786678_8109785119973802026_n

W końcu dojeżdżamy do plaży. To chyba najbardziej chujowa plaża jaką widziałem, brzydka, zaśmiecona, z szarawym piaskiem. Robię zdjęcie (poniżej). Wietnamka protestuje – nie chwal się na Facebooku, że takie plaże chujowe mamy w Wietnamie i tak wszyscy wiedzą, że Tajlandia jest 100 razy lepsza”. Tylko w takim razie po co w ogóle sugerowała, żebyśmy tu przyjeżdżali?

13237621_10208595733946682_3752487146219792149_n

Za pływanie w takim zajebistym morzu to ja podziękuje. Zresztą w ogóle, aktualnie w Wietnamie jest katastrofa ekologiczna, fabryki plastiku tak zatruły wodę, że ryby w morzu zaczęły pływać brzuchami do góry nogami, po czym to samo stało się w Saigonie. Tak jak w Bangkoku piję wodę z kranu, tutaj mam obawy, aby nawet myć kranówą zęby. Dodatkowo, Facebook nie działa co drugi dzień, bo rządowi nie chcą, aby organizować za pośrednictwem portali społecznościowych strajków w sprawie tego skarzenia. A jakby nie patrzeć, to ryby dla wielu ludzi są jedynym źródłem utrzymania.

W pobliżu jest targ z owocami morza. Podobno zajebiście tanie i mogą od razu ugotować za jakieś grosze. Nabraliśmy w pytę rożnych potworów do koszyka i objadaliśmy się małżami, krewetkami, ślimakami, etc. Nie pamiętam ile dokładnie wyszedł rachunek, ale to było coś w granicach 5-10$.

Jedziemy z powrotem. Oczywiście szybko zapomniałem o tym, że mam jechać po prawej stronie i BOOM, zderzenie z policją. Kurwa tak nieprzyjaznej policji w Azji jeszcze nie widziałem. Poważne miny i krzyczą, że ma dawać paszport. Nie za bardzo wiem o czym toczy się rozmowa, bo cały czas mówią po wietnamsku, nie do mnie, a do laski. W pewnym momencie ona daje im 500,000 dongów, to w chuj kasy, na co tyle kasy? Oni jednak są nie ugięci i chcą więcej. Końcowy rachunek 700,000 dongów, czyli 31$. Masakryczne dużo. W Tajlandii to samo kosztowałoby mnie albo 400 thb z wypisanym mandatem, albo 3$ łapówki. Wkurw na maxa. Wietnamka krzyczy do policji po angielsku fuck you, prawdopodobnie bardzo głupi pomysł, bo chyba każdy, nawet głupi policjant rozumie ten zwrot?

Dojeżdżamy do mojego domu, oboje w złym humorze. Próbuje oddać jej te 700,000 dongów, bo jakby nie patrzeć to była moja wina. Ona odmawia. Wsadzam jej 500,000 dongów za spodnie i myślałem, że zabrała. Dopiero później odkryłem, że wsadziła ten banknot pod mojego laptopa. Ja chyba naprawdę wyglądam na biednego!

W mieszkaniu nawet jej nie atakowałem, bo wiedziałem, że nic z tego nie będzie w tym momencie. Aktualny humor – pakować się w samolot do Bangkoku, tam przynajmniej policja nie okradnie cię ze wszystkiego co masz w portfelu. Speaking of which, teraz nosze już tylko 100,000 dongów w portfelu, żeby pokazać policji, że nie mam nic więcej, resztę siana trzymam gdzie indziej.

W między czasie dostaje wiadomość od znajomego Wietnamczyka, żebym wpadał do Cuba bar na jakieś drinki. Pytam Wietnamki, czy chce iść, w odpowiedzi słyszę, że „I never drink, but today I just wanna get drunk!”. 

Wieczorem jedziemy do Cuba bar. Impreza  stylu central america. Nawet jakieś latynoski do tańczenia zatrudnili (fajne!). Wietnamka kupiła sobie jakiś cocktail i mi piwo (lol znowu). Jeden drink i tak się nawaliła, że za bardzo nie mogła stać. Siada mi na kolana. Dobry moment, żeby ją pocałować. Wietnam podobno jest bardzo konserwatywny, więc postanawiam odstąpić od tego pomysłu… Patrzę na lewo, jakaś laska liże się z kolesiem. Patrzę na prawo, inna laska liże się z kolesiem. Pierdole, to chyba jakieś głupoty o tym konserwatywnym Wietnamie. Atakuje Wietnamkę, idziemy w ślinę.

Wypijam drugie piwo. Jej już nic nie pozwalam pić, bo ledwo chodzi po tym jednym coctailu. W końcu mówi, że muszę ją zabrać do domu. OK – chodźmy do mnie. W odpowiedzi słyszę – nie, bo ty mieszkasz za daleko, ale możesz spać u mnie, jeśli nie boisz się psa – Ok, brzmi dobrze.

Po drodze na parking Wietnamka się wyjebała na ziemie. To po tym jednym coctailu który wypiła! Jedziemy do niej. Kurwa nie mam kondomów. Szukam 7/11, ale oczywiście nie ma takich wynalazków w Saigonie. Czasami zdarza się Family Mart, ale pechowo po drodze do jej domu nie było żadnego.

Parkuje motor w budynku obok. Wietnamka – ej, ale musisz iść do mojego pokoju na palach bo mój ojciec śpi w pokoju obok. I nie próbuj mnie nawet ruchać, bo on wszystko usłyszy – oops, takiej akcji jeszcze nie miałem! Na ten momencie naprawdę wierzyłem, że nie będę próbował jej ruchać.

Jej pokój jest na strychu. Nie żartuje, normalny strych przerobiony na pokój, lol. Ale przynajmniej ma Air Con. Sufit na wysokości półtorej metra. Zamiast łóżka, materac na podłodze. Ja mam 185cm więc muszę chodzić na kolanach. Zdjęcie poniżej.

13240655_10208595903350917_5295785773079114172_n

No i tak, miałem jej nie ruchać, taki był plan, ale oczywiście ciężko się powstrzymać jak w gaciach ma się bonera. Chwila zawahania, czy się czymś nie zarażę, bo nie zdążyłem kupić kondomów. Analiza czy chodzi na imprezy, gdzie została poznana, co mówiła o swoich byłych, ile ma lat. Ostatecznie postanawiam zaryzykować i się za nią zabieram. Ona mówi „tylko cicho, bo mój ojciec usłyszy i tu przyjdzie„. Niespełna minutę później, Wietnamka jęczy jak w pornolu, aż jej musiałem ręką zasłonić usta, bo naprawdę bałem się konfrontacji  z jej ojcem.

Ok, idziemy spać… tylko że mnie po tych piwach strasznie chce się lać. OK, I will go first to scout the area and you follow me – idę za laską. Na palcach. Wietnamka przypomina 5 razy, że mam spuścić deskę. Wylałem się i czekam w kuchni. Ona poszła do łazienki umyć zęby czy coś. Ja widzę mydło koło umywalki w kuchni. Przydałoby się umyć pytę po seksie. Wciągam i zabieram się za mycie. Nagle słyszę, że ktoś schodzi po schodach. Zajebiście, nie tylko nakryje mnie ojciec, ale jeszcze z fujarą w ręku! Szybka ewakuacja na strych. Ufff, udało się.

Idziemy spać. Rano Wietnamka mnie budzi i mówi „oh fuck, zapomniałam, że mój ojciec dzisiaj nie pracuje, on gdzieś teraz wyszedł, musisz szybko uciekać”. Dopiero teraz sobie uświadomiłem, że skoro wychodził, to pewnie widział moje buty… Jak tylko o tym wspomniałem, laska wpadła w panikę. Szybka poranna ewakuacja i czas rozpocząć kolejny dzień w Wietnamie… Fajnie było.

Reklamy

Pierwsza flaga Wietnamska zdobyta


Dzień 1

Lotnisko Don Munag w Tajlandii. Benny szlocha i błaga, abym nie wyjeżdżał. Mnie również nie jest łatwo, przyznaję, że mam do niej uczucia. Powiem więcej, gdyby była w stanie spełnić moje warunki na związek, to nigdy nie wyjeżdżałbym z Tajlandii. Niestety należy ona jednak do gatunku zjebanych Tajek, których nie da się zreformować. Ostatni pocałunek i czas kończyć ten dramat. Idę w stronę odprawy celnej i czuje, jak oczy napełniają mi się łzami…

Samolot wzbił się w powietrze o godzinie 7:30 rano. Kierunek Saigon, Wietnam. Zasnąłem niemal natychmiast, ponieważ nie spałem całą noc. To była moja ostatnia noc z Benny i nie chcieliśmy zmarnować jej na spanie. Obudziło mnie mocne uderzenie kół samolotu o pas lotniska. Jestem w Wietnamie!

Flag_of_Vietnam.jpg

Na lotnisku miał mnie odebrać Leszek, który jednak porządnie zapił dzień wcześniej i w efekcie musiałem szukać taxówki po nieprzespanej nocy. Jakiś typek, podający się za taxówkarza z licznikiem zgarnia mnie przy wejściu i jestem prawie w drodze. Szybko jednak okazuje się, że chuj z niego a nie taxówka, jakiś kombinator zwykły. Umawiamy się na 15$, ale przy wyjeździe z lotniska zaczyna ściemniać, że mam mu dopłacić za parking, czy coś tam, i wpychał mi ręce do portfela, żeby samemu sobie wyciągnąć pieniądze. Mówię mu więc, żeby się pierdolił i wychodzę.

Godzinę później dojeżdżam do D7 i lokuje się w apartamencie. Wypadałoby spać… oczywiście przed spaniem poszła flaszka. Ok, czas na spanie po flaszce. Wrong again. Na Facebooku męczy mnie już jedna z Wietnamek, z którą jestem umówiony na kolacje. Podałem jej adres i przyjechała mnie odebrać na skuterze. Laska jest całkiem fajna, 21 lat, mówi bardzo dobrze po angielsku, ma spore (jak na Azjatkę) cycki i można z nią pożartować.

Jedziemy do D1. Oczywiście kierowcą zostałem ja. Cięższemu zawsze łatwiej prowadzić. No i ogóle nie ufam kobietom za kierownicą. Wietnamczycy jeżdżą jak downy. Nie dość, że zajebiście wolno, to jeszcze cały czas się w siebie wpierdalają. Codziennie widzę tu jakiś wypadek. Nikt nie patrzy w lusterka, a miliony skuterów zmieniają pasy kiedy tylko im się podoba. Dojechaliśmy na wietnamskie jedzenie. Dupy nie urywa, ale nie jest złe. Powoli dowalam się do Wietnamki. Ma na imię Van.

Van zapłaciła za naszą kolacje. Nie dużo, ale liczy się gest, wszak w Azji nie brakuje gold diggerów, a to swojego rodzaju dowód na to, że ona nie jest „jedną z tych”. Widząc, że dosłownie zasypiam na krześle, Van proponuje, żebyśmy wrócili. Dojeżdżamy z powrotem do D7. Próbuje ją zgarnąć na chatę i FAIL. I’m tired already, see you tomorrow. Pierwszy dzień w Wietnamie i zero seksu. Nie tak sobie to wyobrażałem! Na szczęście ostatnią rundę z Benny miałem o 5 rano, więc po jakiś 15 godzinach nie jestem jeszcze tak zdesperowany.

Dzień 2

Cały dzień ogarniam okolice. Trzeba było zlokalizować siłownie, sklepy, etc. Nigdzie nie widzę psów z grilla. Testuje też wszystkie marki piwa, które jest zajebiście tanie. Saparro beer, to zdecydowany winner, piwo japońskie.

Wieczorem udajemy się na jakieś drinki w centrum. Jesteśmy w barze/klubie o nazwie Emergency. Zajebista miejscówka, gdzie laski chodzą w outficie pielęgniarki z sex shopu. Poznałem filipinki i pijemy razem. Jedna z filipinek rzuca w końcu tekstem, żebyśmy wrócili w 5 osób do nich na chatę. Impreza przenosi się do D7, ta sama dzielnica gdzie mieszkam i ja. Taxi za 95,000 dongów, to jakieś 5$. Szukam siana, żeby zapłacić za taxe, ale filipinki się upierają, że same zapłacą.

saigon-hcmc-wietnam

Jesteśmy u nich na chacie. W Living roomie oczywiście dupny plakat Jezusa, bo jakże by inaczej. Podłoga niezły syf, nie dość, że chodzą w butach po mieszkaniu (coś co jest nie do pomyślenia w Tajlandii), to chyba nikt nie potraktował z mopa tej podłogi od tygodni. Stopy mam czarne od tego syfu.

Pijemy i palimy skręty. Podbijam do jednej z filipinek i zapowiada się nieźle, bo w pewnym momencie zostaliśmy sami w pokoju. Cała reszta się wykruszyła. Przeprowadzam atacke, dotykam ją po nogach, lekko się przytulamy. Coś z tego będzie.

10 minut później filipinka oświadcza, że idzie spać. Sama. Na nic moje próby, że boję się duchów i spać sam nie mogę (tak, tak, wiem, że to brzmi śmieszne, ale wszystkie Azjatki śmiertelnie wierzą w duchy i to jest dla nich argument który ma sens). W odpowiedzi słyszę, że jak szukam łatwej laski na jedną noc, to powinienem uderzać w Wietnamki, bo one puszczają się z każdym białym. Śmieszna obserwacja, bo z tego co kojarzę, to jednak filipinki dużo bardziej otwarte są na tego typy przygody. Dzień 2 okazuje się kolejną porażką. Zero seksu.

Dzień 3

Śniadanie, siłownia, spotkanie o prace. Dzwoni Van. Wanna hang out? Czemu nie. Wpadaj do mnie na basen, nauczę cię pływać. Lepsze apartamenty w Azji zazwyczaj mają swoje baseny i to jest zajebiste miejsce na randkę. Spora część Azjatek nie potrafi pływać, więc jest okazja, żeby trochę się poprzytulać na głębokiej wodzie. Do tego od razu można zobaczyć swój target w bikini i wtedy się dokładnie wie, z czym mamy do czynienia.

hcmc-wietnam-saigon-motory

Randkę zaczynamy od szukania tamponów, bo Van właśnie zaczęła krwawić. Znalezienie takiego wynalazku w Azji nie jest łatwe, są laski które nawet nie wiedzą do czego to służy. Anyway, jej okres dobrze nie rokuje na ewentualne ruchanie, więc trochę się stresuje. To już trzeci dzień bez niczego i trochę mnie skręca.

Pluskamy się w basenie. Po 40 minutach już w miarę swobodnie macam ją po cyckach. Taplamy się aż do zamknięcia i wracamy do mnie do mieszkania, żeby się wysuszyć. Puściłem jakiś film na laptopie i siedzimy w łóżku. Atacke! Ostro biorę się za Van, a to ostro się opiera, ale przecież oboje wiemy, że nie byłaby w moim łóżku, gdyby tego nie chciała. Mam okres! Jeszcze się nie znamy! Pomyślisz, że jestem łatwa! Strasznie dużo gadała, więc wziąłem ją na jaskiniowca i po prostu wyruchałem, nie czekając na jej aprobatę. Oczywiście po 10 sekundach udawania, że wcale nie chce, sama wskoczyła na górę i przejęła inicjatywę. Standard.

Pierwsza wietnamska flaga zdobyta!!! No, prawie pierwsza, bo miałem i Wietnamkę w Bangkoku i ze dwie z poprzedniego pobytu tutaj. Jest to natomiast pierwsza flaga od przyjazdu. 3 dni. Kurwa trochę długo. Ale ważne, że jest flaga.

 

 

600km motorem przez Kambodże


Pod koniec grudnia 2015, administracja mojego uniwersytetu w iście tajskim stylu spierdoliła moje dokumenty do przedłużenia wizy i oto stanąłem przed dwoma wyborami – przesiedzieć w Tajlandii na overstayu 4 dni, tudzież zrobić szybki visa-run do któregoś z sąsiednich krajów. A że Tajlandia jest krajem policyjnym, gdzie Wielki Generał aspiruje do bycia Kin Dzong Un’em numer dwa, toteż stwierdziłem, że bezpieczniej będzie jednak opuścić kraj.

12716105_10207643225654570_1672799274902006357_o

Laos – nudy, odpada. Ciężko z laskami (da się, ale jest to nielegalne, więc samo branie do hotelu już stwarza potencjalne problemy). Birma – same kamienie na kamieniach (świątynie) i nawet na stałe dostawy prądu nie ma co liczyć. Z dziewczynami też lipa – dają numer jak się do nich zagada, a potem nawet nie odbierają telefonu. Internet w Birmie praktycznie nie istnieje. No to może Malezja? Nie za bardzo. Co prawda da się tam wyrwać laski, ale ten muzułmański klimat mnie wkurwia. Jak widzę te ich brody to mi się odechciewa. No i od razu widać po wyrazach twarzy, że ich ten islam przytłacza. W Tajlandii wszyscy są uśmiechnięci, mają kwiaty w ogrodach. W Malezji jest Allah i odbija się to na mordach przeciętnych ludzi.

A więc Kambodża – tani alkohol, imprezy, laski choć brudne z zakurzonymi nogami i wwierconymi diamentami w zębach, to jednak lubią się ruchać z obcokrajowcami. Samolot, czy autobus? Motor!

Szybko okazało się, że nie mam czasu wyrobić odpowiednich dokumentów, ażeby przewieść moją maszynę przez granicę. Zmuszony więc byłem wsiąść w samolot 31 grudnia, zaraz przed sylwestrem i udało mi się od razu zaaranżować wynajem dużego motoru w Phnom Phen. 250cc cross motor. Wystarczy!

Na lotnisku w Phnom Phen poznałem Hiszpana, który chwali sobie… ruchanie Polek.  Szybko też zdradza mi swoje sekretne techniki jak walić Kambodżańskie dziwki za 10$ i nie wierzy, że zamierzam jednak uderzać w te „nie pracujące”, albo chociaż te pracujące, które nie będą mi za to wystawiać rachunku. Nie zależy mi jednak na przekonywaniu go do czegokolwiek. Robimy check in w tym samym hotel (12$ zaraz przy rzece) i tu pierwszy wkurw… po zapłaceniu zauważyłem, że wisi tabliczka „NO GUESTS ALLOWED”. Właściciel jest Australijczykiem, więc próbuje mu wyperswadować, że nie po to jestem w Kambodży, żeby spać samemu w sylwestra, ale za nic nie da się go przekonać. Humor zepsuty ze startu!

Pijemy khmerskie piwa po po 0.60$ za kufel, biegając od baru do baru. Odwiedziliśmy „bar 69”, gdzie kiedyś poznałem laskę ze zdjęcia poniżej i spędziliśmy razem noc, najpierw w klubie, potem hotelu. Sama mi powiedziała, jak mam nie zapłacić bar fineu za nią i choć miejsce sugeruje, że jednak jest dziwką, to nigdy nie rozmawialiśmy o żadnych pieniądzach. No, kupiłem jej ze 3 drinki w klubie Pontoon. Zdjęcie tej niewiasty poniżej, chyba najlepsza Khmerka jaką widziałem, chociaż zazwyczaj nie lubię ciemnej skóry:

 

Niestety nie pracuje już w tym barze, jak powiedziały mi jej koleżanki. A kiedyś tak ją lubiłem, że rozważałem nawet ściągnięcie jej do Bangkoku… głupi pomysł z miliona powodów, hehe. Szukałem jej numeru telefonu, ale niestety moja pamięć do azjatyckich  imion jest tak chujowa, że nie mam pojęcia które imię w telefonie to akurat ona.

Biegamy więc dalej po barach i okazuje się, że laski bez problemu dają Facebook. W Tajlandii by to nie przeszło – burdel mamy im zabraniają, żeby nie umawiały się z klientami poza pracą. W Phnom Phen nawet się z tym nie kryją i od razu dają. Przeciętna Khmerka ma dużo większe cycki niż przeciętna Tajka, ale powiedzmy sobie szczerze – nikt nie ma mniejszych cycków niż Tajki. W Tajlandii jest takie powiedzenie „nom kai dao„, które tłumaczy się na „cycki jak smażone jajka”, bo tak właśnie wyglądają.

W jednym z barów, gdzie postawiłem lasce lady drinka (3$), ona wzięła mnie do jakiegoś VIP roomu gdzie byliśmy sami i tam jej odwaliło. Wyciągnęła cycki, odsunęła majtki i zaczęła ujeżdżać mi palca. Co ciekawe, każda Tajka w takiej sytuacji poszłaby już na całość, a ta nie chciała zrobić nic więcej, bojąc się, że ktoś nas nakryje. Pfff, też mi problem. W końcu się na nią wkurzyłem bo byłem już napalony strasznie, a nic się z tym nie dało zrobić. Wyszedłem.

Sylwestrową noc spędziłem sam. Epic fail!

phnom-phen-kambodza-motor.jpg

Następnego dnia wskoczyłem na motor i udałem się w stronę Sihanoukville. 300 km drogi. W Kambodży jeździ się po prawej stronie, tymczasem ja jestem przyzwyczajony do lewostronnego ruchu w Tajlandii, który ustanowił jeszcze król Rama V bo za bardzo podlizywał się Anglikom, żeby ci nie skolonizowali mu kraju. Kilka razy odruchowo jechałem po lewej i jeszcze trąbiłem na nich, szybko uświadamiając sobie, że to ja jade jak debil pod prąd.

kambodza-phnom-phen

Po drodze robiłem przystanki w rożnych wsiach, gdzie wisiały wypatroszone psy, a widok białego na drogim motorze wzbudzał dość sporą sensacje. Khmerowie są brudni, śmierdzący, wokół nich latają muchy, a przy tym są bardzo mili i życzliwi. Z zainteresowaniem podchodzili pytać skąd jesteś, a ich zdolności w angielskim są 10 razy lepsze niż  w Tajlandii.

Motory na drogach w Kambodży są jak duchy dla kierowców – całkowicie niewidzialne. Normalnie spychają cię z drogi, pare razy musiałem zjechać już na trawę, bo oni mają jakąś paranoje, że muszą się wyprzedzać non stop, a jak jedzie z naprzeciwka motor, to po prostu jadą na czołówkę i dają znak światłami czyt. „spierdalaj albo zaraz cię rozpiedole”. A właśnie, długich świateł połowa pojazdów w ogóle nie wyłącza, oślepiając pojazdy z naprzeciwka. Szybko też nauczyłem się, że wszystkie motory w Kambodży jeżdżą wyłącznie na poboczu i kiedy ja jechałem środkiem pasa, kierowcy na mnie trąbili, nawet pomimo tego, że jestem na dużo szybszym pojeździe niż ich rozlatujące się gruchoty 40sto letnie.

W końcu dojechałem. Po drodze prawie mnie zabili ze 4 razy, ale i tak było fajnie. Sihanoukville to miasto nad morzem, więc od razu poszedłem się wykąpać. Plaża raczej chujowa i zaśmiecona, ale i tak 10 razy lepsza niż te gówna które mamy w jakiejś Francji, czy Hiszpanii. Zachekowałem się w hotelu za 7$ (wszystko inne było zajęte – okres sylwestrowy), który przypominał pryczę więzienną, ale ważne, że miałem gdzie spać, a Kambodżanki akurat są przyzwyczajone do mieszkania w szałasach, więc wiedziałem, że też im nie będzie przeszkadzać.

Sihanoukville-plaza-kambodza

W końcu dojechał i Hiszpan. Jechał autobusem 2 razy dłużej niż ja na motorze. Pojechaliśmy na plażę jakieś 5 km dalej, miejsce nazywa się Victory Hill i jest tam masa barów z laskami. Trochę  popiliśmy, po filtrowaliśmy z dupeczkami, ale generalnie bez szału. Kilka z nich pracowało kiedyś w Tajlandii i łatwiej było nam rozmawiać po tajsku niż angielsku.

Wracamy na główną plaże, gdzie znajduje się sporo klubów. Prawie same dziwki. W końcu dopadłem jedną która zdaje się być normalna. Po 10 minutach przytulanek, zaciągnęła mnie do brudnego kibla, albo raczej pomieszczenia z dziurą w podłodze do srania z metalowymi drzwiami jak w altanie, i zatrzasnęła drzwi. Zaczyna się ze mną całować, a że mnie te Kambodżanki jakoś trochę brzydzą, bo wyglądają na zakurzone, to popchałem jej głowę, żeby całowała na wysokości pasa, a nie w usta. Rozpiąłem rozporek i boom, pierwsza poważniejsza akcja w Kambodży. Po skończonej robocie, okazuje się, że… jednak dziwka. w zajebiście łamanym angielskim, mówi, że mam  jej dać 30$. Wyciągam z kieszeni pomarszczone 100 batów (czyli około 10 zł) i wsadzam jej do ręki. Ona na to „Denk you, denk you” i koniec znajomości.

Uderzamy do następnego klubu, poznaje nową laskę, która wydaje się być normalna (czyt. nie dziwka) . W między czasie pojawia się Hiszpan i mówi, że już jedną za 10$ zrobił (taki ma budżet ustalony lol) i teraz szuka następnej. Ja postawiłem pare drinków mojej i nawet mi się coraz bardziej podobała. W pewnym momencie poprosiła, żebym odwiózł na motorze jej siostrę do domu, bo Sihanoukville jest niebezpieczne i one się boją wracać w dwójkę, nawet taxówką.

Odwiozłem je na motorze. Trochę piszczały jak dawałem po gazie, ale nie mogłem się powstrzymać, bo ten motor to zajebista zabawka. Dotarliśmy. Ja pierdole gdzie one mieszkają. Buda mojego psa wyglądała lepiej niż ten szałas do którego węże, robaki, etc, miały możliwość wejść przez jedną z 10 dziur. Proper hardcore, chciałem zrobić zdjęcie, ale pomyślałem, że może to nie na miejscu. Pojechaliśmy z powrotem i po godzinie pytam, czy idziemy spać razem, na co słyszę… „will you give me any money?„. Ja pierdole, czy ten Sihanoukville to same dziwki?! Wtedy mi już przeszła ochota na wszystko i wróciłem do hotelu.

Następny dzień leczyłem kaca i nie miałem nawet motywacji, żeby szukać jakiejś laski pośród tych wszystkich dziwek. Akurat nie miałem zainstalowanego Tindera, ale na Badoo była lipa straszna, same białe laski, a to mnie akurat nie interesuje w ogóle.

Kolejny dzień czas już było wracać do Phnom Phen. Przejchałem następne 300km. Oddałem motor (15$ za dzień) i szukam samolotu, a tu surprise, wszystkie loty po 150$! Okres sylwestrowy, pojebało ich z cenami. Nawet tyle nie miałem, a z tajskiej karty nie chciał mi bankomat dawać siana. Do Tajlandii bez wizy nie można już w ogóle wjeżdżać drogą lądową (kiedyś dawali 15 dni, teraz albo trzeba mieć wizę z ambasady albo lecieć samolotem). Idę więc do jakiejś agencji, żeby wyrobili mi wizę turystyczną, a tu następna niespodzianka… mój banknot 100$ jest trochę potargany i nikt go nie chce przyjąć. Haha, utknąłem w Kambodży! Bardzo żałowałem, że nie pojechałem jednak do Wietnamu…

Następne 2 dni trochę się stresowałem jak ja kurwa wyjadę z tej Kambodży bez kasy. Szefowa w Bangkoku obiecała, że kupi mi bilet na samolot, ale minęły dwa dni i ona nie była w stanie tego zrobić, ponieważ… na komórkę przychodziło hasło, które trzeba było wpisać na stronę i dla niej była to przeszkoda nie do przejścia. Dwa dni się z tym męczyła i nic (w ogóle mnie to nie dziwi – Tajowie są naprawdę absolutnie bezużyteczni).

W końcu okazało się, że kolega Karol który jest przewodnikiem w firmie Rainbow, akurat ma grupę w Phnom Phen i udało nam się spotkać. Wypiliśmy flaszkę za 3$ (zdjęcie poniżej), pożyczył mi 200$ i następnego dnia byłem już w samolocie do Bangkoku…

 

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.

Khon Kean – najlepsze miasto do życia w Tajlandii


W mój ostatni tydzień w Tajlandii przed wyjazdem do Wietnamu, los sprowadził mnie do mojego ulubionego miasta w całej Tajlandii – do znajdującego się 400 km od Bangkoku na północny wschód – Khon Kean. Co robię w Khon Kean? Jestem na tak zwanym standby, czyli siedzę w hotelu i bujam się po imprezach, na wypadek gdyby firma mnie potrzebowała, w przypadku czego wezwą mnie do pracy. Tak też siedzę już czwarty dzień w Issan, jak nazywa się ten region, i wcale nie bezczynnie, gdyż zleceń na tłumaczeń mam całą masę, tak też nie narzekam na nadmiar wolnego czasu i klikam na komputerze po kilka godzin dziennie, z przerwami na spanie, siłownie, dziewczyny i imprezy. Jak do tej pory nie zostałem wezwany do pracy dla której docelowo tu jestem, ale to nawet lepiej – darmowy hotel w moim ulubionym mieście.

Jeśli kiedykolwiek powrócę mieszkać w Tajlandii (co jest bardzo prawdopodobne), to właśnie będzie to Khon Kean.

pullman-khon-kaen-tajlandia.5

A dlaczego jest to moje ulubione miasto? Otóż miasto to, nie ma nic do zaoferowania turyście. Dlaczego więc mi się tu podoba? Ponieważ nie ma tu turystów! Dodatkowo, płace w Issan są sporo niższe niż w Bangkoku, w związku z czym zwyczajnie jest tu bardzo mało farangów. Znajdzie się oczywiście trochę nauczycieli, wszak miasto liczy sobie około 400,000 ludzi (wikipedia podaje 100 – dobry przykład na to, że nie wikipedii zdarza się kłamać). Dlaczego zależy mi jednak na braku obcokrajowców?

Jest taka dziwna zależność, że im więcej jest gdzieś obcokrajowców, tym bardziej zjebani stają się Tajowie i działa to też  drugą stronę, im mniej obcokrajowców, tym bardziej zajebiści są Tajowie. Niestety my biali demoralizujemy i widać to nawet po Bangkokou – dzielnice typu lower Sukumvith, czy Banglamphu, słyną z oszustów, dziwek, lasek które lecą tylko na kasę, etc. Tymczasem wystarczy pojechać do Bang Kapi, czy Thonburi i nagle Tajowie stają się super życzliwi i nikt nie ma ukrytej agendy, nikt nie zagaduje, udając przyjaznego tylko po to, aby coś sprzedać, etc.

I dokładnie tak samo jest w Khon Kean – brak białych i zajebiście życzliwi ludzie. Często zdarza się, że lokalni postawią piwo, czy kolacje, odmawiając absolutnie moich pieniędzy. Ludzie którzy podchodzą zapytać się skąd jestem i co tu robię, nie mają żadnej ukrytej agendy, oni naprawdę zwyczajnie zaciekawieni są obcokrajowcem, których jest tu jak na lekarstwo.

Ceny w Khon Kean są sporo mniejsze niż w stolicy. Przykładowo, duże piwo w barach/klubach przy uniwersytecie, kosztuje 55 batów, czyli tyle samo co w sklepie! Apartamenty chodzą tu po 3,000 i 4,000 batów za miesiąc.

Oh, a czy wspominałem już o ruchu na drogach? Tutaj nie ma korków i niekończącego się sznuru samochodów. A zanieczyszczenia? Jest dużo lepiej niż w Bangkoku, aczkolwiek idealnie również nie jest.

A teraz to co tygryski lubią najbardziej, czyli dziewczyny. Większość farangów w Khon Kean ma bliżej 50siątki niż 20stki, skąd wywołuje dosyć dużo reakcji typu „hej, mogę sobie zrobić z tobą zdjęcie?” od miejscowych dziewcząt. Khon Kean to miasto studenckie i duża część miasta jest w przedziale wiekowym 18 – 24 lata. Umawianie się jest ekstremalnie proste, w końcu konkurencji prawie zero, zazwyczaj używając stronek randkowych i aplikacji pytam o spotkanie w trzecim zdaniu i prawie zawsze się zgadzają. Zresztą zobaczcie screena z Tindera poniżej. I najfajniejsze jest w tym to, że to są normalne laski, które nawet nie szukają białego faceta, tylko przypadkowo gdzieś się napatoczyłem. To nie są gold diggery, czy barówy, a normalne laski, w większości z uniwersytetu.

13174008_10208422255889839_3338045465635697_n

Jakie są minusy Khon Kean? Po pierwsze lokalni mają małą potrzebę mówienia po angielsku, w związku z czym znajomość języków obcych jest dość tragiczna, jest jeszcze gorzej niż w Bangoku. Co więcej, w Khon Kean ludzie mówią nie po tajsku, a w issan, co jest językiem dużo bardziej podobnym to laotańskiego niż tajskiego. Nawet znając tajski, ciężko jest mi ich rozumieć, bo przeplatają języki co dwa zdania. Z innych minusów powiedziałbym, że mały rozmiar miasta – 400,000 ludzi, jeśli porandkuje tu 2, 3 miesiące, to wszystkie mnie już będą znać.

Tak czy inaczej, podsumowując, uważam Khon Kean za najlepsze miasto w Tajlandii i na pewno będę chciał tu kiedyś pomieszkać. Możliwość pracy jako wykładowca na Khon Kean university bardzo mnie kusi.

 

Chcesz wiedzieć o nowościach na Azja Po Zmroku? Polub stronę na Facebooku.